Rozstanie

Na pierwszy rzut oka „Rozstanie” wydaje się jeszcze bardziej oszczędnym i kameralnym filmem w dorobku Wojciecha Jerzego Hasa. Oraz dziwnie przypominającym „Pożegnania”, gdzie też mamy odchodzenie dawnego świata, chociaż nie do końca. Podtytuł „Komedia sentymentalna” wywołuje pewną konsternację.

Tym razem film oparty na opowiadaniu Jadwigi Żylińskiej toczy się w małym miasteczku, gdzie życie idzie swoim rytmem. Tutaj przecinają się losy dwojga ludzi: młodego chłopaka (Władysław Kowalski) oraz troszkę starszej aktorki, Magdaleny (Lidia Wysocka). On przyjechał na wakacje, ona na pogrzeb swojego dziadka – weterana I wojny światowej oraz bardzo szanowaną personę. Kobieta dziedziczy po nim dom, tylko co z nim zrobić? Znajomi i przyjaciele chcą, by się wprowadziła na stałe. Jednak z powodu swojego zawodu nie bardzo jest to możliwe.

Sam film jest zaskakująco krótki (niecałe 80 minut), zaś samej fabuły jest jeszcze mniej. Has bardziej się skupia na budowaniu atmosfery odchodzenia dawnego świata. Świata wysokich sfer, dawnych tradycji, dla których czas stanął w miejscu i nie są w stanie odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Stąd to podobieństwo do „Pożegnań”, jednak wszystko rozgrywa się tu na przestrzeni paru dni niż lat. A zderzenie tradycji (pogrzeb z trumną w konnym orszaku, bardzo elegancka rezydencja) z nowoczesnością potrafi parę razy rozbawić. Jednak nie jest to komedia, tylko konfrontacja wspomnień z rzeczywistością. Nie brakuje tu typowych dla reżysera długich ujęć (scena w restauracji „Pod Różą”), scenografia jest imponująca, zaś w tle gra bardzo elegancka muzyka w tle.

Ale dla mnie najciekawsze były wspólne momenty między Magdaleną a młodym chłopakiem. Tutaj czuć sporo iskier, odrobinę lekkości oraz odrobina erotyzmu (szczególnie pod koniec, gdy młodzian zakrada się do domu niczym agent 007 – co tam się dzieje). To przede wszystkim zasługa naprawdę dobrze grających Lidii Wysockiej i (w szczególności) Władysława Kowalskiego, gdzie każda wymiana zdań, spojrzenie działały bardzo ożywiająco. Jeszcze mamy tu bardzo barwny drugi plan (najbardziej wybija się rozmarzony Gustaw Holoubek z wąsem, niezawodny Adam Pawlikowski czy energiczna Irena Netto w roli kucharki oraz zaskakujące cameo) oraz bardzo zgrabne dialogi.

„Rozstania” są uważane za jeden ze słabszych filmów w dorobku Hasa, ale dajcie mnie takich „słabizn” więcej. Delikatna, zaskakująco urocza i niepozbawiona sentymentalizmu (bez popadania w tandetę) opowiastka z przemijaniem w tle.

7/10

Radosław Ostrowski

Wielki Gatsby

Najsłynniejsza powieść Francisa Scotta Fitzgeralda nie ma zbyt wielkiego szczęścia do filmowych adaptacji. Widziałem tą bardzo efekciarską ekranizacje Baza Luhrmanna z boskim Leonardo DiCaprio, jednak dopiero teraz zmierzyłem się z poprzednią adaptacją. Stworzoną w roku 1974 przez reżysera Jacka Claytona i scenarzystę Francisa Forda Coppolę.

Sama historia jest znana, nawet jeśli się nie miało styczności z książkowym pierwowzorem. Wszystko opowiada młody makler giełdowy Nick Carraway (debiutujący Sam Waterston) z Wielkiego Miasta. Przybywa odwiedzić swoją kuzynkę, Daisy Buchanan (Mia Farrow) oraz jej męża (Bruce Dern) w ich posiadłości na prowincji. Pozornie para wydaje się szczęśliwa, jednak to wszystko fasada. Nick wynajmuje mały dom naprzeciwko wielkiej rezydencji, której właścicielem jest tajemniczy Jay Gatsby (Robert Redford). I zawsze w nocy trwają imprezy na ogromną skalę. Na jedną z takich imprez zostaje zaproszony Nick oraz poznaje osobiście samego Gatsby’ego. Następnego dnia zaprasza go na lunch, lecz pod tym wszystkim kryje się poważny plan.

Reżyser bardzo powoli buduje całą narrację, pozwalając wejść w atmosferę epoki. Już czołówka, podczas której widzimy opustoszała siedzibę Gatsby’ego wygląda imponująco. Aż ciężko oderwać oczy od scenografii oraz kostiumów, pozwalającym wejść w klimat lat 20.. Czas dekadencji, oszałamiającego bogactwa, niemal nieskrępowanej rozpusty i niemal ciągłego rozluźnienia. Niby mamy tu historię miłosną, gdzie mamy zderzenie dawnych kochanków. On odrzucony z powodu statusu społecznego, ona zbyt przyzwyczajona do wygody i bogactwa. I to potrafi zaangażować, choć dla mnie problemem jest zbyt wolne tempo oraz pewien dystans.

To, co dla mnie działa to absolutnie fantastyczny Robert Redford w roli Gatsby’ego. Pełen uroku, optymizmu, ale jednocześnie bardzo skryty i próbujący niejako cofnąć czas. Magnetyzująca, pełna charyzmy postać, a równie zaskakująca jest tutaj Mia Farrow. Jej Daisy jest z jednej strony naładowana pasją, energiczną kobietą, ale z drugiej jest kompletnie pustą laleczką, nie będącą w stanie podejmować poważnej decyzji. Jakby chciała być w stanie ciągłej zabawy, unikając jasnych deklaracji. Reszta postaci wypada solidnie, choć najbardziej wybija się żywiołowa Karen Black jako Myrtle Wilson oraz Bruce Dern w roli lekko prostackiego Toma.

Czy jest to lepsza adaptacja od filmu Luhrmanna? Dla mnie jest mniej spektakularna, mająca o wiele więcej przestrzeni na oddech oraz zapoznanie się z postaciami. Przyznaję, że miewa momenty znużenia i nie zawsze angażuje, ale Clayton w większości czasu trzyma wszystko w sprawnych rękach. Nawet zakończenie jest zdumiewająco poruszające, co nie jest takie częste.

7/10

Radosław Ostrowski

Wielka, odważna, piękna podróż

„Wielka, odważna, piękna podróż” – ten tytuł brzmi jak z reklamy biura podróży, oferującego jakąś wycieczkę do egzotycznego kraju. Najlepiej, gdzie jest jakiś wulkan albo spoooooooooora góra do wejścia. Jednak najnowszy film Kogonady oferuje troszkę zupełnie inną podróż niż można się było spodziewać. Po wyjściu z kina sam nie jestem w stanie do końca powiedzieć o swoich wrażeniach.

Historia skupia się wokół Davida (Colin Farrell) – niezbyt już młodego samotnika, mającego wyruszyć na wesele przyjaciół. Problem w tym, że akurat auto zostało uziemione z powodu nieopłaconych mandatów, Ale na szczęście znajduje (dosłownie na ścianie) ogłoszenie w sprawie wynajmu samochodu w nagłych przypadkach. Auto jest z 1994 roku i nie ma gniazdka USB na telefon, lecz jest za to GPS – cóż szkodzi wynająć? Już na miejscu poznaje Sarę (Margot Robbie) – singielkę jak on, jadąca takim samym autem. Niby coś tam się mogłoby wydarzyć, ale raczej nic z tego nie będzie. Chyba, że przypadek/zbieg okoliczności/scenarzysta (niepotrzebne skreślić) uzna inaczej. Tym czynnikiem jest… GPS, proponujący naszemu bohaterowi tytułową podróż. Jednym z przystanków jest coś w rodzaju McDonald’s, gdzie ma zjeść chesseburgera. I tam też pojawia się Sarah – kto by się spodziewał. Oczywiście, że jadą razem i to początek eskapady.

W założeniu to miał być taki feel-good movie, mieszający romans z pokręconą fantazją niczym ze scenariuszy Charliego Kaufmana. Bo jak inaczej wytłumaczyć odwiedzane przez naszą parę… drzwi. A co za nimi? Różne chwile z przeszłości obojga, pozwalając zmierzyć się pierwszy raz (śmierć matki) albo zobaczyć z innej perspektywy. Muszę przyznać, że nie można odmówić kreatywności w przeskakiwaniu po różnych miejscach: od zamkniętego muzeum przez szkołę Davida z brawurową sceną szkolnego musicalu aż po bardzo poruszające momenty (rozstanie z partnerami w restauracji, David jako ojciec rozmawia z młodszym sobą). W tle gra urocza, elegancka muzyka Joe Hisaishiego z pięknymi piosenkami Laufey. Problem jednak w tym, że nie byłem w stanie całkowicie się zaangażować. Dialogi czasami próbują być głębokie, lecz ostatecznie wychodzą banalnie, nie czuć zbyt mocnej chemii między bardzo energiczną Robbie a bardziej melancholijnym Farrellem (choć oboje grają bardzo dobrze).

Rozumiem, że ta „Podróż” miała być baśnią o dojrzewaniu do otwarcia się na drugą osobę oraz mierzeniu się ze swoimi demonami. Problem jednak w tym, że urok jest tutaj wymuszony, chemii między parą bohaterów nie czuć, zaś warstwa wizualna kompletnie przerasta pozostałe elementy. Jedno z większych rozczarowań tego roku, niestety.

6/10

Radosław Ostrowski

Wielki marsz

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że w ciągu ostatnich lat filmowcy coraz chętniej biorą się za ekranizowanie bardzo bogatego dorobku mistrza grozy, Stephena Kinga. W samym 2025 roku dostaliśmy już dwie: czarną komedię „Małpa” oraz bardziej refleksyjne „Życie Chucka”. Już za dwa miesiące pojawi się bardziej skupiony na akcji „Uciekinier”, ale teraz dostaliśmy „Wielki marsz”.

Powieść została wydana w 1979 roku pod pseudonimem Richard Bachman, choć napisał ją jeszcze jako student pierwszego roku na uniwersytecie w Maine w latach 1966-67. Plany do jej ekranizacji już były szykowane w 1988 roku przez samego George’a Romero. Po drodze jeszcze szykowali się inni reżyserzy jak Frank Darabont, James Vanderbilt czy Andre Orvedal. Ostatecznie za kamerą stanął znany z serii „Igrzyska śmierci” Francis Lawrence, zaś scenariusz stworzył JT Mollner – reżyser zeszłorocznej niespodzianki „Strange Darling”. Co mogło powstać z takiego połączenia?

Akcja toczy się w niezbyt określonej przyszłości, kiedy w USA doszło do kolejnej wojny domowej, wskutek której władzę przejęło wojsko. 19 lat po jej zakończeniu zostaje utworzone najważniejsze wydarzenie sportowe, mające zjednoczyć kraj: Wielki Marsz. Bierze w nim udział 50 młodych chłopców z całego kraju, w nagrodę dostając sporo pieniędzy oraz… życzenie. Zawodnicy dostają wodę i drobny prowiant, a całość jest pokazywana przez telewizję. Jak wygrać? Jest to banalnie proste – wystarczy być jedynym chodzącym na trasie, pozbawionej końca. Jeśli będziesz szedł poniżej 5 km/godzinę, otrzymuje się ostrzeżenie, a gdy dostanie się takich ostrzeżeń trzy, zawodnik otrzymuje czerwoną kartkę. To znaczy kulę w łeb.

Już po tym opisie można odnieść wrażenie, że „Wielki marsz” klimatem przypomina wcześniej wspomniane „Igrzyska śmierci”, „Battle Royale” czy „Squid Game”. To by wyjaśniało wybór Francisa Lawrence’a na stołku reżyserskim, jednak film ma zupełnie inny klimat oraz atmosferę. Cały marsz obserwujemy z perspektywy uczestników, w zasadzie (poza retrospekcjami) nie znając niczego na temat świata przedstawionego. Pozornie wszystko wydaje się wręcz spokojne czy sielankowe. Do pierwszego strzału i śmierci, pokazywanej bez żadnego znieczulenia. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak drgnąłem przy każdym wystrzelonym naboju. Śmierć jest tu zarówno brutalna i szokująca. A wizualnie wszystko jest tu bardzo depresyjne, wyprane z kolorów i utrzymane w tonacji szarości. Jeszcze bardziej uderza tu niemal pusta przestrzeń (ogromne pola i lasy), z nieliczną grupą ludzi, patrzącą na maszerujących z obojętnością niż ekscytacją. Jak dodamy do tego wyniszczone, opustoszałe budynki, można odnieść wrażenie bycia w jakiejś postapokalipsie. Brakuje tylko pustynnego krajobrazu, by poczuć się niczym w „Mad Maxie”. I jak w tej rywalizacji znaleźć w sobie człowieczeństwo czy zaprzyjaźnić się?

Wszystko do tego zagrane przez grupę w większości mało ogranych i rozpoznawalnych twarzy. Cieszy mnie obecność Marka Hamilla (już drugi raz w tym roku w adaptacji Kinga) jako major, motywujący zawodników do walki i będący bezwzględnym wojskowym. Jednak dla mnie sercem jest budowana relacja między Rayem Gerratym i Peterem McVriesem granymi przez Coopera Hoffmana oraz Davida Jonssona. Tu jest miejsce i na odrobinę humoru, ale też obaj mają najlepiej napisane, z rozbudowaną przeszłością. Nawet drobne role są wyraziście zagrane m. in. przez Garretta Wareinga (enigmatyczny Stebbins), Charliego Plummera (antypatyczny Berkovitch) czy Romana Griffina Davisa (Curley).

Dla mnie „Wielki marsz” to najlepsza kinowa adaptacja Kinga od dawna. Lawrence bardzo przekonująco pokazuje dystopijny, bardzo mroczny świat coraz większej beznadziei i desperacji w przetrwaniu. Bardzo mocne, brutalne kino, będącej bliżej klimatem „Czyż nie dobija się koni” niż „Igrzyskom śmierci”, co wcale nie musi być wadą.

8/10

Radosław Ostrowski

Teściowie 3

Chyba nawet sam dramaturg Marek Modzelewski nie spodziewał się, że jego teatralny „Wstyd” i jego kinowa adaptacja w postaci „Teściów” wywoła taki ferment. Lekko satyryczne zderzenia mentalności „Warszawki” z Podlasiem na ślubie ich dzieci potrafi rozbawić, ale też ostro potraktować hipokryzję i puste przywiązanie do tradycji. Sukces był tak duży, że powstała kontynuacja, jednak zmiana reżysera mocno odbiła się na jakości. Jednak przy części trzeciej wraca reżyser Jakub Michalczuk i forma też jakby jest lepsza.

W „trójce” już tym razem ślubu nie będzie, bo już był. Do tego jeszcze panna młoda już zaciążyła i razem z mężem mieszkają w Niemczech. Ale teraz wracają młodzi, rodzice panny młodej – Wanda z Tadeuszem (Iza Kuna i Adam Woronowicz) oraz matka pana młodego, Małgorzata (Maja Ostaszewska). Już z mężem nie są razem, więc kobieta przyszła razem z przyjaciółką, Grażynka (Magdalena Popławska). Ku jej zaskoczeniu pojawia się także jej dawny partner, Andrzej (Marcin Dorociński) z Australii. Razem z… synem. Po co spotyka się cała rodzinka? Na urodzinach najmłodszego członka rodziny oraz… jego chrzcinach. A to staje się dla Małgorzaty prawdziwą iskrą w prochu.

Reżyser wraca do zderzenia dwóch przeciwstawnych światów, gdzie baty są serwowane obydwu stronom. I już od samego początku, gdzie mamy podobne długie ujęcie prowadzące na naszych gospodarzy przez kuchnię, czuć pewną świeżość. Znowu wracamy do tradycji i skrytych pozorów skonfrontowanych z tak szerokim otwarciem się na świat (wiedza o chorobach psychicznych oraz przyczynach, wiara w różne talizmany), że doprowadza to do totalnych idiotyzmów. Te spięcia (zwłaszcza wobec pań) mają w sobie tą znaną ostrość poprzedników. Ale jest w tym wszystkim zaskakująco sporo bardziej refleksyjnej nuty. Szczególnie widać to w wątku Andrzeja, który zaczyna (przynajmniej takie sprawia wrażenie) dojrzewać do ogarnięcia się. Jeszcze jest tu zamknięty w sobie Tadeusz, odkrywający paskudną tajemnicę Wandy, z którą będzie musiał się zmierzyć. W ogóle ostatnie 30 minut to najintensywniejsza farsa, jaką widziałem od dawien dawna, z masą przewrotek i zakrętów oraz bardzo satysfakcjonującego zakończenia.

A wszystko jest absolutnie rewelacyjnie zagrane. Ostaszewską z Kuną drą łacha tak mocno, że się już bardziej nie da, wycofany Woronowicz nadal budzi mnóstwo sympatii, zaś wracający Dorociński ma w sobie masę uroku. Wspólne sceny obu panów wywołują wiele śmiechu, także doprowadzając do najbardziej widowiskowej sceny filmu. Do tego miksu jeszcze wrzuceni zostają bardzo energiczny Wojciech Mecwaldowski (właściciel knajpy Marek Vajs) oraz niezawodna Magdalena Popławska (neurotyczna Grażyna), dodający sporo świeżej energii.

Trzecie spotkanie z „Teściami” jest powrotem do dobrej dyspozycji, choć muszę przyznać, że jest bardziej refleksyjna i skupiona na postaciach niż humorze. Nadal jest to inteligentna rozrywka, zrobiona z dużym wyczuciem, masą energii oraz cudownym aktorstwem. W zasadzie domyka całą serię, aczkolwiek nie miałbym nic przeciw kolejnej części.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Grzyby

Paweł Borowski po utrzymanym w stylistyce retro futurystycznej „Ja teraz kłamię” zrobił największą woltę, jaką tylko można było sobie wyobrazić. „Grzyby” są kinem bardzo minimalistycznym, z bardzo ograniczoną przestrzenią, niewielką grupą aktorów oraz aurą tajemnicy, która ma wywołać efekt porównywalny do dostania w mordę. Z nie wiadomo skąd.

Akcja dzieje się w lesie. A las jaki jest, każdy widzi. Drzewa, grzyby, pajęczyny, jagody – fajnie jest. Starsza pani (Maria Maj) zbiera sobie grzyby do swojego wiklinowego koszyka przy pomocy nożyka. No dzień jak co dzień. Ale podczas takiej wycieczki znajduje młodą parkę. Tylko jacyś tacy dziwni. Obrani jakby byli w XVIII albo XIX wieku i powiedzieć, że nie pasują tutaj jest oczywistą oczywistością. Ona (Paulina Walendziak) ma lekko zwichniętą nogę, on (Jędrzej Bigosiński) w stroju arystokraty. Zapewniają, że to wszystko żart ich kolegów, nie mają dokumentów ani pieniędzy. Ale zapłacą jak babuszka zaprowadzi ich do siebie, to zrekompensują to.

Borowski buduje bardzo powoli atmosferę gdzieś między snem a niepokojem. Z jednej strony sporo zbliżeń na detale w rodzaju pajęczyny, mrowiska, roślinki zakwitającej na drzewie. Ale z drugiej kamera lubi pokazywać postacie z daleka, jakby były przez kogoś podglądane. Jeszcze ta rzadko pojawiająca się muzyka, mieszająca ambientowe dźwięki z sound designem. Coś tu wisi w powietrzu, postacie są bardzo oszczędne w dialogi i nie do końca wiadomo, o co tu chodzi. Tych dwoje zachowują się co najmniej podejrzanie, unikają rozmów (szczególnie dziewczyna) i tutaj tkwi cała zagadka. Na szczęście całość jest na tyle krótka (niecałe 80 minut), przez co nie pozwala się za bardzo nudzić.

Całość wygląda naprawdę świetnie, co jest zasługą świetnych zdjęć nieodżałowanego Arkadiusza Tomiaka. Grające na ekranie trio Maria Maj/Jędrzej Bigosiński/Paulina Walendziak elektryzuje, choć najmłodsza z obsady jest bardzo wyciszona oraz (pozornie) w tle. „Grzyby” są intrygujące, powolnie budowane, zaś zakończenie naprawdę mnie uderzyło. Zdania z napisów końcowych już mniej mnie złapały, lecz nawet to nie w stanie zepsuć zadziwiająco pozytywnego wrażenia. Bardzo przyzwoity kawałek oszczędnego kina.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wspólny pokój

Kolejny poniedziałek i kolejny film Hasa obejrzany. Tym razem reżyser sięgnął po utwór przedwojenny, czyli „Wspólny pokój” Zbigniewa Uniłowskiego. Powieść będąca portretem ówczesnego środowiska studencko-literackiego w roku wydania została skonfiskowana oraz uznana za skandalizującą, ze względu na naturalizm opisu, przekleństwa oraz śmiałą erotykę (jak na tamte czasy).

Akcja toczy się głównie w pokoju jednej z kamienic we Warszawie. Tutaj trafia aspirujący młody literat, Lucjan Salis (Mieczysław Gajda). Wśród lokatorów tego lokum jest jego przyjaciel, Zygmunt Stukonis (Adam Pawlikowski), jego brat Mietek (Ryszard Pietruski), student prawa Bednarczyk (Zdzisław Maklakiewicz), Teodozja (Beata Tyszkiewicz) oraz jej brat, student medycyny (Krzysztof Litwin). Teraz jeszcze pojawia się pełniący rolę duszy towarzystwa „Dziadzia” (Gustaw Holoubek).

Sam film jest dość specyficzny. Reżyser do spółki z odpowiedzialnym za dialogi Stanisławem Dygatem skupiają się na tworzeniu psychologicznego portretu młodych inteligentów. Ci tylko gadają, chodzą po knajpach, piją, gadają oraz planują. Marzenia o osiągnięciu wielkości, sławy oraz sukcesach. Trudno tutaj mówić o jakiejkolwiek fabule, przez co film Hasa atmosferą przypominał mi „Wszystkie nieprzespane noce”. Bardziej liczy się atmosfera coraz bardziej uciekającego czasu i poczucia niespełnienia. A nawet w przypadku pozornie melancholijnego „Dziadzi” nawet mamy samooszukiwanie się, budowanie mitów oraz opowieści, które niekoniecznie mają jakiekolwiek pokrycie w rzeczywistości. A w środku tego wszystkiego jest potencjalnie uzdolniony, choć bardzo chorowity Salis. Wizualnie film jest mocno oszczędny w formie, całość jest mocno podparta dialogami (dobrymi nawet). Ale problemem były dla mnie postacie, bo a) jest ich za dużo i przez to b) są one ledwo zarysowane, a o niektórych kompletnie zapominamy.

Właściwie z całej obsady największe wrażenie zrobił na mnie Adam Pawlikowski oraz Gustaw Holoubek. Pierwszy wydaje się nadal wierzyć w swój talent, choć coraz bardziej traci nadzieję, z kolei drugi to mitoman, gawędziarz żyjący na koszt innych. Taka bardziej elokwentna i wygadana wersja pijawki. Reszta, choć grana przez młodych (wtedy) aktorów, którzy mieli stać się bardzo rozpoznawalni są zaledwie solidni.

Rozumiem, że „Wspólny pokój” miał był pokazaniem jałowej, nudnej egzystencji młodych dorosłych. Tylko dlaczego jest to opowiedziane w tak nudny, nieangażujący, pozbawiony emocji sposób? Doceniam techniczną sprawność, scenografię oraz solidne aktorstwo, jednak nie będę do tego filmu tak chętnie wracał jak do „Pętli” czy „Pożegnań”.

6/10

Radosław Ostrowski

Cinema Paradiso

Kino przez wiele dekad było miejscem centralizującym małe społeczności. Źródłem jedynej (poza radiem) rozrywki, mającym ogromną siłę oddziaływania na widzach. Podobno w niektórych miejscowościach nadal tak potrafi rezonować. A przynajmniej tak słyszałem. O takiej sile kina opowiada wracający do kin „Cinema Paradiso” – włosko-francuska koprodukcja z 1988 roku.

Tytułowe kino znajduje się w małym miasteczku Giancaldo na Sycylii i jest jedynym kinem w okolicy. Prowadzi je kinooperator Alfredo (Philippe Noiret), zaś akcja zaczyna się po zakończeniu II wojny światowej. Innym odwiedzającym kino jest niejaki Salvatore Di Vita (Salvatore Cascio jako dziecko; Marco Leonardi w wieku nastoletnim oraz Jacques Perrin w wersji dorosłej) zwany Toto – wychowywany przez matkę, gdyż ojciec wyruszył walczyć za kraj. Z czasem chłopiec staje się pomocnikiem i uczy się obsługiwać projektor, wzmacniając miłość dzieciaka do kina. Ale podczas jednego z seansu taśma filmu się spala, doprowadzając do pożaru, wskutek którego kino zostaje zniszczone, zaś Alfredo traci wzrok.

„Cinema Paradiso” to był drugi film w dorobku Tornatore. Po debiutanckim gangsterskim „Kamoryście” nie można się było spodziewać się większego zwrotu o 180 stopni. Jest to pełen ogromnej dawki nostalgii, ciepła oraz humoru portret świata, którego już nie ma. Świata, gdzie lokalne kino było oknem na świat oraz miejscem łączącym całą społeczność. I jest to prawdziwa zbieranina ekscentrycznych postaci: od takich, co zatracają się całkowicie w ekran przez takich, co chodzą na seans… zdrzemnąć się czy miejscem na romantyczną schadzkę. Jest też jeszcze lokalny proboszcz, będący cenzorem, co widzi każdy film przed seansem i każe wyciąć „gorszące” momenty pocałunku. Bo tak naprawdę jest tu kilka opowieści w jednym. Z jednej strony o sile ruchowym obrazów i ich wpływie na widzów, z drugiej to inicjacyjna opowieść o dojrzewaniu i przyjaźni, z trzeciej historia zauroczenia oraz miłości do wobec ślicznej Eleny (przeurocza Agnese Nano).

Można byłoby się spodziewać, że Tornatore tutaj jest bardziej sentymentalny czy wręcz ckliwy (z paroma kliszami w rodzaju pocałunku młodych w deszczu). Ale reżyser przemyca do tej mieszanki nutki goryczy i smutku. Najdobitniej to czuć w trzecim akcie, kiedy już dorosły Salvatore (ceniony i znany reżyser) wraca do miasteczka na pogrzeb Alfreda. Miejsce zmienia się nie do poznania, zaś samo kino idzie do rozbiórki. Sam widok miejsca pełnego pajęczyn, zrujnowanego kina zapada bardzo mocno w pamięć. Tak jak finał z oglądanymi ścinkami przez Salvatore – taki przepięknych scen tu więcej. Wszystko okraszone przepiękną muzyką mistrza Morricone (to była pierwsza współpraca z Tornatore, która trwała aż do śmierci kompozytora w 2020 roku), tworzącymi niezwykłą atmosferę zdjęciami oraz rewelacyjnym aktorstwem z Philippem Noiretem na czele.

Rozumiem skąd bierze się fenomen „Kina Paradiso” i dlaczego jest aż tak uwielbianym filmem w na świecie. Tornatore odtwarza dawny świat, kiedy lokalne kina było centrum kulturalnym. Wszystko w czasach przed telewizją, kasetami video oraz platformami streamingowymi. Melancholijne, słodko-gorzkie oraz zadziwiająco poruszające kino, z niezapomnianymi dialogami oraz scenami.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

To był zwykły przypadek

Pierwszy raz pojawiłem się na festiwalu filmowym w moim mieście, czyli WAMA Film Festival. O tyle warto wybrać się na tą imprezę, bo wejściówki są (za pomocą rezerwacji przez internet) za darmo. Dla mnie to brzmi jak uczciwa cena. I dzięki temu udało mi się zobaczyć przedpremierowo tegorocznego zdobywcę Złotej Palmy w Cannes, czyli najnowsze dzieło irańskiego reżysera Jafara Panahiego.

„To był zwykły przypadek” zaczyna się niepozornie. Widzimy rodzinę jadącą samochodem nocą – ojciec za kółkiem, obok niego żona, z tyłu córka. W trakcie jazdy dzieją się dwie rzeczy: najpierw przejechany zostaje pies, co wyskoczył kompletnie znienacka, a następnie auto staje. Na szczęście pomoc oferuje mechanik, jednak drugi Vahid (Vahid Mobasheri) przygląda się z oddali, ukrywając się. Dlaczego? Sposób poruszania się klienta sprawia, że mężczyzna rozpoznaje w nim oficera policji Eghbah (Ebrahim Azizi), który go torturował podczas przesłuchania dotyczących protestów antyrządowych. Wskutek tych działań mężczyzna ma mocno wyniszczone nerki i obolałe plecy, więc decyduje porwać się swojego oprawcę oraz… zakopać go żywcem. Problem w tym, że zaczyna mieć wątpliwości co do tożsamości porwanego. Zwraca się o pomoc do przyjaciela, a ten daje namiar do innej ofiary, fotograf Shivy (Mariam Afshari).

Reżyser opowiada bardzo powoli, w zasadzie niewiele zdradzając na początku, bez walenia ekspozycją jak szalony. Dialogi są zdawkowe, proste, z kamerą niemal przyklejoną do postaci. Jednak atmosfera staje się coraz gęstsza, tonalnie skręcając raz w stronę thrillera, raz w mocno absurdalną komedię. Bo w całą tą historię zostają wrzuceni także państwo młodzi (przyszła żona też była ofiarą gliniarza) oraz najbardziej narwany Hamid. Cała ta grupa zostaje znowu zderzona z brutalną przeszłością, która zostawiła silne piętno. I co z tym wszystkim zrobić? Zapomnieć oraz iść dalej, czy może wziąć sprawy we własne ręce? Panahi oskarża irański reżim za opresyjność i terror – same opowieści przesłuchań mrożą krew w żyłach. Ten ból, ta wściekłość i gniew trzyma za gardło. A wszystko zmierza ku bardzo silnemu emocjonalnie finale, niemal pokazany w jednym, statycznym kadrze. Tak samo zapada mocno w pamięć ostatni kadr i dźwięk, przypominający, że jakiekolwiek działanie nie pozwoli zachować spokoju.

Chyba będę musiał bliżej poznać filmografię samego Panahiego oraz irańskiego kina. „To był zwykły przypadek” jest jak bomba z opóźnionym zapłonem – powolna, lecz konsekwentnie zmierzająca do eksplozji. Oficjalnie film do kin wchodzi pod koniec stycznia przyszłego roku, ale jeśli będziecie mieli okazję zobaczyć przedpremierowo, nie wahajcie się. Fantastycznie zagrany, świetnie napisany, pełen napięcia oraz silnego zakończenia. To nie był zwykły film.

8/10

Radosław Ostrowski

W nich cała nadzieja

Na hasło polskie kino SF skojarzenia są dwa: „Seksmisja” Juliusza Machulskiego oraz filmy Piotra Szulkina. Były próby przypomnienia sobie tego gatunku, głównie oparte na niskim budżecie jak „Jestem REN”, „Ja teraz kłamię”, „Ostatni samotnik”, „Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę” czy – na razie najlepszy film ostatnich lat – „Człowiek z magicznym pudełkiem”. Nie wymieniam tu produkcji krótkometrażowych, bo lista byłaby jeszcze dłuższa. Parę lat temu debiutujący reżyser Piotr Biedroń też zdecydował się pójść w kino fantastyczno-naukowe, mając do dyspozycji gumkę-recepturkę, zużyte ciuchy, masę blachy oraz paczkę fajek. Ale czy „W nich cała nadzieja” jest warta uwagi?

Opowieść to niemal klasyczne kino postapokalipsy. Ziemia miała nas już serdecznie dość i wskutek ociepleń klimatycznych doszło do roztopienia lodowców, pojawienia się zapomnianych wirusów oraz bakterii. Ludzkość ostatnimi środkami wystrzeliła rakiety w kosmos, by stąd uciec do znajdujących się arek. Na wyniszczającej planecie, niedobitki zamieszkiwały domostwa znajdujące się w najwyższych regionach, z dala od nieznośnej atmosfery. W jednej z takich baz żyje Ewa (Magdalena Wieczorek), której towarzyszy jedynie pilnujący obozu robot patrolowy Artur (Jacek Beler). By wpuścić uprawnione osoby, muszą one podać hasło. Problem jednak w tym, że po trzech miesiącach hasło się zmienia, zaś nasza Ewa… zapomniała go. I nie może wejść, bo inaczej Artur ją zabije.

Sama historia jest bardzo prosta jak konstrukcja cepa, gdzie mamy tutaj walkę o przetrwanie w niemal opustoszałej Ziemi. Reżyserowi udaje się zbudować klimat i atmosferę izolacji, samotności. Samo odwiedzanie opustoszałego miasta, z zardzewiałymi samochodami, bardzo śladowymi ilościami towarów, gdzie poruszać się trzeba w masce tlenowej. I o dziwo wygląda to dużo lepiej niż w przypadku produkcji mikrobudżetowych. Cholernie dobre zdjęcia, skromna i bardzo efektywna scenografia (jak choćby wnętrze elektrowni czy „bazy”), świetne efekty specjalne na początku oraz praktyczny wygląd robota są imponujące. Także elektroniczna muzyka pomaga w budowaniu klimatu. Ale największym problemem jest tutaj scenariusz, który najbardziej pokazuje ograniczenia budżetowe. Nasza bohaterka próbuje przemówić maszynie, dla której najważniejsze jest oprogramowanie. Jak znasz hasło (nieważne, ile razy się widzieliśmy oraz jak długo się znamy) – wchodzisz, jak nie – jesteś intruzem.

Dlatego bohaterka (choć dobrze zagrana przez Magdalenę Wieczorek) sprawia wrażenie tępej pindy. Bo mogłaby przegonić robota – mimo posiadania przez niego karabinu maszynowego – poruszającego się bardzo powoli. Bo wszelkiej próby perswazji (włącznie z podszywaniem się pod uchodźcę) kończą się klęską. Tu należałoby albo użyć większego sprytu, albo pójść na siłową konfrontację jak np. wjeżdżając w niego rozpędzonym samochodem. Co niby nasza bohaterka robi, lecz… eee, nic więcej nie zdradzę.

Pełnometrażowy debiut Biedronia jest frustrującym doświadczeniem. Technicznie bardzo imponujący, pełen klimatu i atmosfery, jednak treściowo odtwórczy oraz rozczarowujący. Niemniej jest nadzieja oraz spory potencjał w tym reżyserze. Oby ją w pełni wykorzystał.

6/10

Radosław Ostrowski