Zagłada domu Usherów

Rzadko sięgam po horrory, bo zbyt łatwo jestem podatny na straszenie. Niemniej jest paru reżyserów tego gatunku, których dorobek uważnie obserwuje. Jak choćby Mike Flanagan, który ostatnimi czasy tworzył dla Netflixa mini-seriale jak „Nawiedzony dom na wzgórzu” czy „Nocna msza”. Ta współpraca dobiegła końca i reżyser tym razem przeszedł (brzmię jakbym mówił o piłkarzu) do Prime Video, by pracować nad adaptacją „Mrocznej wieży” Stephena Kinga. Ale na pożegnanie Amerykanin zdecydował się zmierzyć z „Zagładą domu Usherów” Edgara Allana Poe.

Punktem wyjścia całej tej opowieści jest spotkanie dwóch mężczyzn w opuszczonym domostwie, co lata świetności ma już dawno za sobą. Gościem jest pracujący w prokuraturze Auguste Dupin (Carl Lumbly), zaś gospodarzem ścigany przez niego Roderick Usher (Bruce Greenwood) – szef koncernu farmaceutycznego i właściciel ogromnej fortuny. Właśnie pochował sześcioro swoich dzieci, które zginęło w makabrycznych okolicznościach. Nestor rodu chce złożyć swoje zeznanie i powiedzieć jak zmarło jego potomstwo. Do tego przy okazji poznajemy jak mężczyzna ze swoją siostrą-bliźniaczką Madeline (Mary McDonnell) zbudowali swoje imperium. Przed śmiercią potomstwa i ostrym procesem sądowym.

Flanagan tym razem klei cały dorobek Poego i uwspółcześnia cała historię, tworząc bardziej horrorową wersję… „Sukcesji”. Akcja toczy się na kilku przestrzeniach czasowych, zaczynając na dzieciństwie z lat 50., początkach pracy w korporacji końcówce lat 70. i do współczesności. Zarówno podczas rozmowy dwójki bohaterów, jak i na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni. Flanagan nigdzie się nie spieszy z całą historią, pokazując galerię ludzi odrażających, brudnych i złych do szpiku kości. Psychopaci, socjopaci, nałogowcy, żądni władzy, pieniędzy oraz pozycji, dla której będą w stanie zrobić wszystko. Bez względu na cenę i konsekwencje, co tylko jeszcze bardziej czyni całą familię antypatyczną.

A cóż to za galeria postaci – pragnący miłości ojca, niepewny Frederick (Henry Thomas), hedonistyczny Prospero (Sauriyan Sapkota), specjalizująca się w PR-e wyrachowana Camille (Kate Siegel), tworzący gry video i ostro ćpający Napoleon „Leo” (Rahul Kohli), nakręcona na punkcie zdrowia Tamerlane (Samantha Sloyne) oraz uzdolniona medycznie karierowiczka Victorine (T’Nie Miller). Każde z nich skrywa pewne ukryte emocje, obsesje, motywacje, zaś ich wspólne sceny podnoszą napięcie do sufitu. Jak dodamy do tego odrobinkę czarnego humoru oraz makabryczne sceny śmierci (bardzo krwawe jak na Flanagana), efekt jest co najmniej piorunujący.

Cudownie stylowo sfotografowany, okraszony nerwowo-elegancką muzyką, świetnym dźwiękiem oraz mocnym napięciem. I nie mogę też nie wspomnieć o rewelacyjnym aktorstwie. Imponujące wrażenie zrobił na mnie Bruce Greenwood w roli Rodericka Ushera. Z jednej strony bardzo opanowany, elokwentny i pełny pychy, ale jednocześnie gdzieś tutaj skrywa się strach, lęk przed nieuniknionym oraz pewne wycofanie. Chyba jedyny bohater jaki wywoływał we mnie coś więcej niż obrzydzenie. O wiele bardziej enigmatyczna jest Carla Gucino, która jest… no właśnie. Odwiedza każdego członka rodziny, za każdym razem wyglądając, mówiąc i zachowując się inaczej. Wydaje się być osobą wiedzącą więcej o wszystkich, znającą ich ukryte myśli i lęki. Równie mocny jest – bardzo wycofany – Mark Hamill jako Arthur Pym, prawnik rodziny i fixer.

„Zagłada domu Usherów” to najlepsza rzecz jaką Mike Flanagan zrobił dla Netflixa. Fenomenalna technicznie, rewelacyjnie zagrana oraz chyba najbardziej interesująca adaptacja dzieł Poego jaką mogę sobie wyobrazić. Mroczne, niepokojące, brudne i bardzo satysfakcjonujące doświadczenie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kajtek Czarodziej

Polskie kino familijne w zasadzie jest rzadkością, choć w ostatnich latach coś się zmienia. I przynajmniej raz w roku pojawia się dzieło skierowane dla młodszego widza. Dylogia „Tarapaty”, „Za niebieskimi drzwiami”, „Za duży na bajki” – to tylko kilka przykładów, a do tego grona dołącza „Kajtek Czarodziej” na podstawie powieści Janusza Korczaka.

Akcja toczy się w nieopisanym konkretnie mieście w okresie przedwojennym, zaś głównym bohaterem jest Kajtek (debiutujący Eryk Biedunkiewicz) – młody chłopak wychowywany przez ojca i babcię. Matka zmarła w dość tajemniczych okolicznościach, których nikt nie chce poruszyć. I to daje pewne spięcia w domu. A ponadto Kajtek posiada pewne moce, pozwalające mu „czarować”. Czy to nagle przestanie padać deszcz, czy wejdzie na dach tramwaju, czy zmieni ciuchy, by wejść do eleganckiej restauracji. Takie raczej drobiazgi. Problem jednak tym, że chłopcem interesuje się pewien nieprzyjazny delikwent, który chce czegoś. Nie tyle jego mocy, co pewnego urządzenia, rzekomo zbudowanego przez zmarłą matkę.

Za film odpowiada Magdalena Łazarkiewicz, która mierzyła się z różnymi gatunkami, ale nie z tego typu produkcją. Sama historia wydaje się prostą fabułką o dojrzewaniu, odkrywaniu siebie i odpowiedzialności za swoje czyny. Do tego jeszcze pojawia się magia, nauka, rodzinna tajemnica, radzenie sobie ze śmiercią, gnębiącymi kolegami. ALE film ma jeden bardzo poważny problem: chaos narracyjny. Reżyserka w krótkim czasie chce dużo opowiedzieć, przez co brakuje emocjonalnego zaangażowania. Kilka (wydawałoby się) istotnych postaci albo pojawia się na chwilkę (grany przez Piotra Głowackiego antykwariusz czy młody chłopak schowany w mroku z powodu uczulenia na promienie słoneczne), albo jest to ogrywanie w sposób komediowy (psoty wobec surowego i brutalnego nauczyciela Gangesa o aparycji Mirosława Kropielnickiego).

Nawet poważna sytuacja rodziny Kajtka, której grozi eksmisja z powodu długów, nagle zostaje zepchnięta na dalszy plan. Tutaj panuje dziwna przeplatanka wątków, przez którą dość ciężko się zorientować o co w tym filmie tak naprawdę chodzi. Niby jest tu o bezwarunkowej miłości dziecka do babci, brak wspólnego języka z przygnębionym ojcem (także nie pogodzonym ze śmiercią żony), pojawia się nawet kwestia bezdomnego psa, nauczycielka fizyki z niepełnosprawną córką czy kwestia odpowiedzialności za swoje czyny. Lub rzucanie czarów, tylko to wszystko zmieszane jest do jednego kotła bez ładu i składu.

Muszę za to pochwalić warstwę audiowizualną, bo tu widać spory budżet. Przepiękne, lekko pastelowe zdjęcia z uroczą muzyką tworzą wręcz bajkowy klimat. Wrażenie robi także scenografia i kostiumy – te szyldy, samochody, restauracja czy szczególnie sklep antykwariusza wyglądają wręcz zjawiskowo. O dobrze słyszalnym dźwięku i dialogach nawet nie wspominam. Największą robotę robią jednak… efekty specjalne, które prezentują się naprawdę dobrze. Może nie są widowiskowe jak z hollywoodzkich blockbusterów, jednak nie wybijają z seansu i prezentują wysoki poziom.

Tak samo aktorzy, choć znane twarze oraz nazwiska pełnią rolę drugoplanową. Choć nie zawsze mają zbyt wielkie pole do popisu, wykorzystują tą przestrzeń maksymalnie. Debiutujący w głównej roli Eryk Biedunkiewicz bardzo zaskakuje na plus. Nie czuć takiej sztuczności jak u wielu początkujących aktorów dziecięcych, a w bardziej emocjonalnych momentach wiarygodnie pokazuje frustrację, złość i przygnębienie. Sercem dla mnie była Maja Komorowska jako babcia – cudowna, wspierająca i pełna ciepła oraz skontrastowany z nią Grzegorz Damięcki jako szorstki ojciec. Za to lekkim rozczarowaniem jest Martin Hoffman w roli złego maga, którego motywacja jest banalna i sam bohater wydaje się płaski. Jeszcze jedno – film jest koprodukcją polsko-czesko-słowacką, więc część aktorów to nasi sąsiedzi z południa i z tego powodu zostali zdubbingowani. Na szczęście to nie wywołuje dezorientacji, o co byłoby bardzo łatwo.

Więc czy warto poznać „Kajtka Czarodzieja”? Książkowego – myślę, że tak. Ale filmowa wersja pani Łazarkiewicz jest frustrująca i tak chaotyczna narracyjnie, że seans będzie przeprawą, mogącą wywołać także znużenie. Techniczne dopracowanie nie jest w stanie zamaskować tej poważnej wady. Wielka i niepowetowana strata.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Shaft w Afryce

John Shaft nigdy nie może liczyć na spokój. Nowojorski prywatny detektyw stworzony przez pisarza Ernesta Tidymana doczekał się sześciu powieści oraz filmowej trylogii realizowanej co roku w latach 1971-73. Już tytuł tej ostatniej części pokazuje, że mocno zmieni się klimat. Jeszcze bardziej podbija to fakt, że za tą część odpowiadał reżyser John Guillermin oraz scenarzysta Sterling Silliphant. Ale po kolei.

shaft3-1

Tym razem Shaft (nadal cudny Richard Roundtree) zostaje zatrudniony przez emira Ramila. Sprawa jest poważna, zapłata także. Nasz detektyw ma udawać lokalnego Afrykanina, by zinfiltrować gang handlarzy ludźmi. Dlaczego Shaft? Bo jest nieznany tamtejszemu środowisku, bo tamtejsi agenci są znani tym „biznesmenom”. Poza tym wysłano już agenta (syna emira), który został zamordowany. Nasz „czarny” Sam Spade przechodzi odpowiednie szkolenie i wyrusza do Wybrzeża Kości Słoniowej. Już na lotnisku ktoś próbuje go zabić, co może oznaczać tylko jedno – ktoś z otoczenia emira gra na dwa fronty.

shaft3-2

„Shaft w Afryce” jest najbardziej odjechanym filmem z całej trylogii, bo nasz bohater działa poza swoim naturalnym środowiskiem. To już czysta sensacja w lekko szpiegowskim stylu, gdzie Shaft musi udawać „dzikusa”. Nie powiem, jest tu parę momentów trzymających w napięciu (próba zabójstwa Shafta w toalecie lotniska czy walka na kije), jednak reżyser dość szybko odkrywa istotne informacje i tempo jest bardzo nierówne. Lokacje wygląda przyzwoicie, jest kilka dość ogranych stereotypów jak dziewczyna złola z nieopanowaną chucią i zdradzającą bardzo dużo, francuski policjant trzymający się prawa oraz obowiązkowe fajerwerki. Chociaż sam aspekt „afrykańskości” wydaje się potraktowany po macoszemu i dla mnie był najmniej ciekawy.

shaft3-3

A sam antagonista? To (oczywiście) biały biznesmen z obsesją na punkcie chcicy, niemieckim akcentem oraz bardzo opanowanym głosem. Grający go Frank Finlay wypada przekonująco w tej roli, ale dla naszego bohatera nie stanowi żadnego wyzwania. Nie można nie wspomnieć o Vonette McGee, czyli zjawiskowej (a jakże!) córce emira, co ma pomóc Shaftowi w znajomości afrykańskiej kultury. I jak zapewne się domyślacie, na tym się nie skończy.

„Shaft w Afryce” to najsłabsza, ale potrafiąca dostarczyć trochę rozrywki część trylogii. Choć jeśli chodzi o mnie, to bardziej pasowały mi kryminalne opowieści Johna Shafta. Widzom w rok premiery chyba też, bo w kinach poniósł klęskę i zakończył historię nowojorskiego detektywa na długie lata. O tym jednak innym razem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wielki sukces Shafta

John Shaft, czyli czarnoskóra inkarnacja Philip Marlowa powrócił. Po kasowym sukcesie pierwszej części kontynuacja była nieunikniona i pojawiła się zaledwie rok później. Reżyser Gordon Parks i scenarzysta Ernest Tidyman wrócili tak samo jak grający główną rolę Richard Roundtree. Niemniej jednak coś się po drodze zmieniło.

John Shaft nie zmienił swojej profesji – nadal jest prywatnym detektywem w nowojorskim Harlemie, do którego kobiety lgną bardziej niż muchy na lep. Tym razem jednak sprawa jest bardziej osobista, bo zostaje zamordowany przyjaciel, niejaki Cal Asby. Facet prowadził firmę ubezpieczeniową i zakład pogrzebowy, ale – o czym wie niewielu – nielegalną loterię ze wspólnikiem Johnnym Kellym. Nieboszczyk przed śmiercią schował pieniądze z sejfu. A tymi pieniędzmi interesuje się Kelly zadłużony u włoskiej mafii. Shaft będzie miał kolejną trudną sprawę do rozwiązania.

„Wielki sukces Shafta” na pierwszy rzut oka wydaje się podobny w tonie i klimacie do poprzednika. W tle gra funkowa muzyka, dialogi niepozbawione są ciętego humoru oraz barwne, wyraziste postacie. Widać większy budżet, nawet scenografia prezentuje się lepiej (nocny lokal, komisariat policji czy siedziba głównego złola). Tylko jest jedno poważne ALE. Kontynuacja „Shafta” to bardziej film sensacyjny niż kryminał. Sama intryga jest dość łatwa i szybko wyjaśniona, choć nasz protagonista musi połączyć kropki, atmosfera czarnego kryminału oraz brudnej ulicy wyparowuje. Zamiast tego większy nacisk jest na akcję, czyli strzelaniny, bijatyki (w tym jedna z użyciem slow-motion przeplatana tańcami w klubie – dziwnie to wyszło) i pościgi. Dla wielu zmiana naszego bohatera w typa bardziej jak James Bond (minus gadżety) może być nie do przeskoczenia.

Niemniej muszę przyznać, że same sceny akcji są całkiem nieźle zrealizowane. Szczególnie wrażenie robi finałowy pościg oraz konfrontacja na terenie opuszczonej stoczni. Tutaj jest mocne napięcie, wybuchy, gonitwy, a nawet strzelanina z… helikopterem. To się nadal przyjemnie ogląda, zaś Richard Roundtree nadal czuje postać Shafta i jest zwyczajnie świetny. Ze starych znajomych wraca w drobnej roli Moses Gunn (Bumpy) oraz Drew Boudini Brown (Willy), zaś nowi antagoniści, czyli gangster Muscola (Joseph Mascolo) i Johnny Kelly (Wally Taylor) wypadają bardzo porządnie.

„Wielki sukces Shafta” to zdecydowanie sukces komercyjny w dorobku serii, bardziej skupionej na akcji niż kryminale. Nadal trzyma klimat epoki, muzyka jest przyjemna, zaś dialogi mają swój styl. Choć troszkę słabsza, ciągle potrafi sprawić masę przyjemności, więc warto dać tej części szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Mindhunter – seria 2

Kolejne spotkanie z „Łowcami umysłów”, czyli serialem o początkach Wydziału Behawiorystyki FBI. Agenci Holden i Tench nadal prowadzą rozmowy z seryjnymi mordercami, by móc łatwiej ich złapać pod nadzorem dr Wendy Carr. Nadal jednak ich praktyki trochę są traktowane z pewnym dystansem wobec reprezentantów wymiary sprawiedliwości (policja, prokuratura). Jednak pojawia się szansa na wykorzystanie zdobytej wiedzy w praktyce – w Atlancie dochodzi do zaginięć i morderstw dzieci.

Początkowo w tym sezonie reżyserzy (David Fincher, Andrew Dominik i Carl Franklin) wydają się podążać znajomym schematem poprzedniej serii. Czyli przeplatanki życia prywatnego naszej trójki bohaterów z przesłuchaniami kolejnych seryjnych morderców. ALE tutaj jakby większy nacisk jest na prywatne życie Tencha oraz dr Carr. Ten pierwszy mierzy się z powoli rozsypującą się rodziną (chodzi tu o syna, który wskutek pewnego drastycznego wydarzenia niejako cofa się w rozwoju), z kolei ona poznaje potencjalną partnerkę – Kay (Lauren Grazier). Tutaj udaje się zachować równowagę między dramatem obyczajowym a thrillerem i kryminałem. Cały czas czuć napięcie podczas rozmów z seryjnymi mordercami (David Berkowitz, Elmer Wayne Henley Jr.), wraca nawet stary znajomy Kemper (na jedną scenę) i pojawia się sam Charles Manson. Ale tak jest przez pierwszą połowę serialu.

Bo ostatnie cztery odcinki odsuwają kwestię rozmów na dalszy plan, kiedy nasi agenci zostają wysłani do Atlanty. I tutaj „Mindhunter” błyszczy najmocniej. Nasz duet agentów zostaje wsparty przez tamtejszego agenta Jima Barneya. Sprawa jednak jest więcej niż tylko delikatna. Same ofiary są czarnoskórymi dziećmi, więc podejrzany wydaje się oczywisty – Ku Klux Klan. Tutaj zaczyna też dochodzić do tarć między Holdenem a Tenchem – pierwszy z obsesją na punkcie profilu, drugi przytłoczony brakiem równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. To jest jedno źródło problemów, ale nie jedyne. Wrogie nastawienie „czarnej” społeczności do władz, ominięcie kilku istotnych świadków i tropów, nieufność policji wobec dziwnych, biurokratyczne procedury, niedoświadczeni policjanci. Jeszcze w grę wchodzi polityka, bo to rok 1980 i powoli zbliżają się wybory – chaos, panika, zamieszanie, wściekłość mieszkańców. Ten wątek błyszczy najmocniej, gdzie czuć tutaj bezsilność śledczych kolejnymi poszlakami prowadzącymi donikąd oraz furię rodzin ofiar (mocna scena przemówienia burmistrza w kościele). A wszystko kończy się bardzo słodko-gorzkim finałem, który zostanie na długo. Jest on tym bardziej frustrujący, że Netflix skasował ten serial.

Bo jest tutaj kilka kwestii otwartych (m. in. pojawiający się często na początku odcinka tajemniczy serwisant ATD, który wydaje się być fetyszystą w damskich ciuchach), które nadal pozwalały na eksplorację tego tematu. Twórcy nie idą ku robieniu z tego jakiegoś sensacyjnego dreszczowca, zdominowanego przez akcję, pościgi, strzelaniny itd. (jak w pierwszej serii). To powolny, lecz nadal niepokojący tytuł, pozwalający wejść do najmroczniejszych zakamarków ludzkiego umysłu. Fantastycznie wykonany, napisany, zagrany – absolutnie flagowe dzieło Netflixa, które znać trzeba. Kropka.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nie patrz w dół

Ile było już takich filmów, które pokazywały skuteczność prostych pomysłów. Pod warunkiem, że są one dobrze wykonane. Najbliżej nowemu dziełu Scotta Manna bliżej jest do „127 godzin”, gdyż jest to thriller survivalowy. Czyli ograniczona przestrzeń i walka o przetrwanie w sytuacji coraz bardziej się pogarszająca.

Bohaterką filmu jest Becky – młoda dziewczyna, która razem z mężem i kumpelą Hunter kochają wspinaczkę. Podczas jednej z takich eskapad jej mąż ginie, spadając w dół. To bardzo mocno odbija się na niej i zmienia ją we wrak człowieka. Niemal rok później widzimy ją ostro pijącą, ciągle w żałobie i odcinającą się od wszystkich. A wtedy pojawia się znikąd Hunter i chce ją wyciągnąć na wspinaczkę. Celem jest mocno zardzewiała wieża telewizyjna o wyskości 2 tysięcy stóp gdzieś na pustyni w USA, a na jej szczycie rozsypią prochy zmarłego męża. To ostatnie staje się decydującym czynnikiem, by Becky zgodziła się na tą wyprawę. Nie bez problemów udaje się wejść na sam szczyt i nawet zrobić parę postów. Ale podczas schodzenia drabina rozpada się i odrywa od wieży, pozostawiając dziewczyny na samym szczycie. Bez zasięgu w telefonie, bez kontaktu ze światem, w samym środku niczego.

Jak widać „Nie patrz w dół” ma prosty pomysł i Mann robi wszystko, by utrzymać tą historię w napięciu. Pięknie sfilmowane krajobrazy kontrastują z poczuciem izolacji i klaustrofobii, co jest zasługą fantastycznych zdjęć (nie tylko z drona). Niektóre kadry pokazujące skalę czy pokazujące z bliska wspinaczkę we mnie – osobie z lękiem wysokości – wywoływały o wiele większe poczucie strachu niż pewnie przewidzieli twórcy. Nasze panie są zbudowane na wyrazistym kontraście: przerażona i osamotniona Becky, zaś Hunter jest bardziej przebojowa, zaradna i zachowująca zimną krew. Jak się jeszcze okaże panie mają pewną tajemnicę, która może podważyć ich przyjaźń.

Co mnie bardzo zaskoczyło (na plus) to fakt, że mamy do czynienia z bohaterkami budzącymi sympatię, zaradnymi i bardzo sensownie podchodzącymi do szukania rozwiązań. Nie są one mistrzyniami survivalu, ale ich tok myślenia jest bardzo sensowny i racjonalny. Rzadko pozwalają sobie na panikę, bo nic ona nie daje. Do tego jeszcze problemem są okoliczne sępy, pazerne na złamaną i powoli gnijącą nogę Becky, zmęczenie oraz brak snu, co odbija się na psychice. Bardzo efektywnie zbudowane oraz działające do bardzo mocnego finału. I żadna sytuacja nie wydawała mi się naciągana, absurdalna czy idiotyczna, ale bardzo prawdopodobna. Również z bardzo mocnym twistem, którego się nie spodziewałem.

Jeszcze bardziej w tym wszystkim pomagają aktorzy. Całość na swoich barkach trzymają Grace Caroline Currey (Becky) i Virginia Gardner (Hunter), które wypadają bardzo przekonująco w swoich rolach. Ich strach, zaradność i zmęczenie jest bardzo namacalne, tak jak chemia między nimi. Bardzo zaangażowane role, szczególnie w przypadku Currey, której postać mierzy się z traumą oraz własnymi demonami. Bardzo łatwo można było przeszarżować lub popaść w nadekspresyjność albo zrobić z nie kompletne idiotki, jednak scenarzystom udaje się uniknąć tych pułapek. Na szczęście.

„Nie patrz w dół” to przykład prostego konceptu, który jest dobrze i cały czas konsekwentnie prowadzony do samego końca. Świetnie zagrany, sfilmowany i trzymający w napięciu. Do tego stopnia udany film, że już jest w planach kontynuacja.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Królestwo niebieskie – wersja reżyserska

Chyba nie ma większego speca od epickich produkcji niż Ridley Scott. Nie ważne, czy to kino SF, czy produkcja historyczna Anglik ma bardzo silny zmysł wizualny i tworzy produkcje zawsze atrakcyjne dla oka. Nie inaczej jest przypadku powstałego w 2005 roku „Królestwa niebieskiego”, choć reżyser odciął się od wersji pokazywanej w kinach. Dlatego jak tytuł trafił na nośniki fizyczne zawierał wersję reżyserską dłuższą o ponad 45 minut.

krolestwo niebieskie1

Akcja zaczyna się w roku 1184 we francuskiej wiosce, gdzie mieszka kowal Balian (Orlando Bloom), którego żona popełniła samobójstwo. A jak wiadomo w kulturze chrześcijańskiej dusze takich osób trafiają do piekła. W tym czasie przechodzą oddziały krzyżowców, by pomóc w obronie Jerozolimy. Uczestnikom takich wypraw gwarantowane było odkupienie win, a przy okazji można było zdobyć niemały majątek. Mocno do udziału zachęca jeden z rycerzy, Godfryd z Ibelin (Liam Neeson) oraz towarzyszący mu rycerz z zakonu szpitalników (David Thewlis). Wskutek pewnych okoliczności kowal dołącza do rycerzy, jednak droga jest dość wyboista. Wystarczy wspomnieć, że Godfryd umiera, statek Baliana rozbija się na morzu i tylko on przeżył.

krolestwo niebieskie2

W końcu udaje mu się trafić do Jerozolimy kierowanej przez trędowatego króla Baldwina (Edward Norton). Władca zawarł pokój z przywódcą saracenów, Saladynem zapewniając m. in. bezpieczeństwo karawan kupieckich. Niemniej wielu osobom takie porozumienie jest nie na rękę, szczególnie templariuszom pod wodzą Renalda z Chatilionu (Brendan Gleeson) oraz Gwidona z Lusignan (Marton Csokas), którego żona Sybilla (Eva Green) jest siostrą króla. Wkrótce nasz bohater mocno weryfikuje swoje przekonania co do wiary i nie tylko.

krolestwo niebieskie3

Scott tym razem opowiada o wyprawach krzyżowych, opierając się na prawdziwych wydarzeniach przeinaczając to i owo. W końcu to nie jest film dokumentalny, więc nie ma mowy o rekonstrukcji jeden do jeden. Ale reżyserowi udaje się pokazać podzielenie wśród obrońców Jerozolimy i różne frakcje oraz jak wykorzystywano walkę „w imię Boga” dla własnych korzyści (szczególnie templariusze, a także niektórzy hierarchowie Kościoła). To Renald i Gwidon są pokazani jako żądni krwi, zaś Saladyn jest o wiele bardziej analitycznym, opanowanym przywódcą. Choć on też ma w swoim gronie religijnych fanatyków, co wierzą w siłę wiary niż racjonalne podejście do wojny. Ta sprzeczność wybrzmiewa tutaj najmocniej.

krolestwo niebieskie4

Wrażenie robi warstwa techniczna, ale w przypadku Scotta to standard. Świetna scenografia oraz imponujące kostiumy budują klimat epoki, tak samo jak sakralno-orientalna muzyka Harry’ego Gregsona-Williamsa. Nie można też wiele odmówić scenom batalistycznym, choć jest ich zaskakująco niewiele. Widok wojsk krzyżowców z dużym, złotym krzyżem na przedzie wygląda imponująco. Tak samo oblężenie Jerozolimy i atak wojsk Saladyna są świetnie zmontowane, stanowiąc popis dla pirotechników oraz mistrzów od efektów specjalnych. Jest bardzo krwawo i brutalnie, bez żadnego certolenia. Wielu może zniechęcić powolne tempo, jednak pozwala to w bardziej złożony sposób pokazać całą historię.

krolestwo niebieskie5

Równie imponujące jest tutaj aktorstwo. Grający główną rolę Orlando Bloom jest całkiem niezły w roli kowala, co staje się rycerzem i podąża drogą honorowego wojownika. Problem w tym, że drugi plan jest o wiele bogatszy oraz bardziej interesujący niż sam protagonista. Bardzo wycofany, stonowany i oszczędnie grany pod koniec staje się charyzmatycznym liderem. Ale drugi plan robi imponujące wrażenie na mnie. Świetny Liam Neeson w dość krótkiej roli mentora Godfryda, równie wyrazisty jest Jeremy Irons jako doradca króla Tyberiasz z wieloma mocnymi zdaniami, choć chciałbym więcej scen z nim. Równie wyrazista jest nasza para antagonistów, czyli Brendan Gleeson i Martin Csokas – tak odpychający, żądni krwi, aroganccy fanatycy, gotowi na konfrontację.

krolestwo niebieskie6

Jeśli jednak miałbym wskazać najmocniejsze punkty obsady, to byłyby trzy kreacje. Pierwsza to zjawiskowa Eva Green, czyli Sybilla, siostra króla. Diabelnie inteligentna, świadoma swoich mocnych stron oraz próbująca wiele ugrać dla siebie. Jej relacja z Balianem początkowo wydaje się niejasna, lecz z czasem zaczyna nabierać ciekawych kolorów. Po drugie, a propos króla, fenomenalny Edward Norton jako Baldwin IV. Władca chorujący na trąd, dlatego cały czas jest w pokrywającym całe ciało kostiumie oraz masce. Mając do dyspozycje tylko mowę ciała i głos (zapewne przez tą maskę brzmi on trochę jak… Marlon Brando) tworzy bardzo przekonującą kreację uczciwego, honorowego monarchy, bardziej starającego się o pokój niż wojnę. No i trzecia, najbardziej enigmatyczna postać rycerza-mnicha opatrzonego twarzą Davida Thewlisa. Niewiele o nim wiemy, poza przyjaźnią z Godfreyem – nie jest fanatycznym zabijaką, choć walki nie unika, emanuje z niego o wiele większa mądrość (lub cynizm) niż się może wydawać oraz pokora.

krolestwo niebieskie7

„Królestwo niebieskie” w kinach poległo mocno, a widzowie i krytycy byli zawiedzeni. Wersja reżyserska robi piorunujące wrażenie, angażuje o wiele bardziej emocjonalnie niż się spodziewałem i unika prostego, zero-jedynkowego podziału na dobrych chrześcijan oraz żądnych krwi muzułmanów. Wielu zarzuci filmowi wolne tempo i polityczną poprawność, ale to jeden z najciekawszych blockbusterów historycznych XXI wieku.

8/10

Radosław Ostrowski

Shaft

John Shaft dla czarnoskórej społeczności był tym kim dla osób o wiele jaśniejszej karnacji był Brudny Harry. Choć lepszym porównaniem byłoby do Philipa Marlowe’a czy innego prywatnego detektywa z czarnego kryminału. Tego bohatera stworzył pisarz i scenarzysta filmowy Ernest Tidyman w 1970 roku. A rok później prawa do ekranizacji kupiło Metro-Goldwyn-Meyer, zaś za kamerą stanął znany fotograf Gordon Parks.

Akcja toczy się w Nowym Jorku na początku 1971 roku, a głównym bohaterem jest prywatny detektyw John Shaft (Richard Roundtree). Facet to mieszanka inteligencji, uroku działającego na kobiety, pewności siebie oraz nie daje sobie w kaszę dmuchać. Nawet gdy do jego biura wchodzi dwóch ludzi gangstera z Harlemu, Bumpy’ego Jonasa (Moses Gunn), detektywowi udaje się ich zneutralizować, a nawet jednego wyrzucić z okna. W efekcie to mafiozo przychodzi do niego i ma zadanie. Jego córka została uprowadzona – nie wiadomo przez kogo i dlaczego. Bumpy chce, żeby Shaft ją odnalazł i odbił z rąk porywaczy. Być może w sprawę zamieszani są aktywiści pod wodzą Bena Buforda (Christopher St. John), ale trzeba to sprawdzić.

Reżyser miesza konwencję czarnego kryminału, gdzie Shaft jest męczony zarówno przez swoich ziomków, gangsterów oraz policję z barwnym portretem Harlemu. Parks potrafi być zarówno stylowy i elegancki, a jednocześnie niemal dokumentalny. Sama fabuła brzmi jak coś prostego, ale im dalej w las, tym więcej odkrywamy nitek intrygi. Pomagają w tym cięte, niepozbawione ironii dialogi (włącznie z ulicznym slangiem), barwne postacie (nawet jeśli są stereotypowe jak porucznik policji) oraz pełen napięcia finał. Wszystko podbite mocno funkową muzyką i sprawnym montażem. Mocno czuć klimat epoki: od muzyki przez kostiumy i fryzury aż do scenografii (siedziba Bumpy’ego).

Aczkolwiek pojawia się tu parę drobnych niedoróbek, które mogą przeszkadzać. Pierwsza scena akcji jest nie za dobrze zmontowana i chaotyczna, jest parę nieostrych kadrów (raptem dwa), ale najdziwniejsze rzeczy dzieją się z dźwiękiem. Zdarza się tutaj często sytuacja, że w jednej scenie dialog jednego aktora brzmi normalnie, zaś u drugiego słychać coś jakby echo. Albo wypowiadane słowa niektóre brzmią ciszej, by parę sekund były głośniejsze. Ta nierówność jest najbardziej irytująca.

Jednak nawet to nie jest w stanie zepsuć „Shafta”. Wszystko trzyma na swoich barkach charyzmatyczny Richard Roundtree, który wydaje się być idealny do tej roli. Jest odpowiednio sprytny, inteligentny i zachowujący spory dystans do wszystkiego. Ale jednocześnie jest pełen dumy, sekapilu oraz pewności siebie, która czasem pozwala mu wykaraskać się z paru podbramkowych sytuacji. Trudno nie polubić tego gościa, co ma klasę, styl i luz. Reszta aktorów też wypada bardzo dobrze, ze szczególnym wskazaniem na Mosesa Gunna (opanowany i nie do końca szczery Bumpy Jonas), Charlesa Cioffiego (porucznik Vic Androzzi) oraz Christophera St. Johna (idealistyczny Ben Buford).

„Shaft” uważany jest za jeden z najważniejszych filmów nurtu blaxploitation i nie jest to przesada. Z jednej czerpie mocno z kryminałów, z drugiej zbudował stereotyp czarnoskórego protagonisty równie inteligentnego jak biali odpowiednicy plus bardziej jurny. Nadal pozostaje inteligentnie napisany, bardzo klimatyczny i angażujący.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Castlevania: Nocturne – seria 1

Serialowa „Castlevania” stworzona przez amerykańskie Powerhouse Animation okazała się największą niespodzianką dla fanów gier komputerowych. 4 sezony losów Trevora Belmonta i walki z Draculą oraz jego bestiami były świetnymi, z bardzo brutalnymi scenami akcji, obrzydliwymi monstrami, wyrazistymi postaciami, a także kreską w stylu anime. I w zasadzie na tym los tej ekranizacji mógłby się skończyć, ALE postanowiono zrobić spin-off o potomku rodu Belmont na wojnie z bestiami nocy.

„Nokturn” przenosi nas do XVIII-wiecznej Francji ogarniętej rewolucją, gdzie trafia Richter Belmont. Chłopak mieszka u ciotki Tery i jej córki Marie w jakimś małym miasteczku. Jako dziecko był świadkiem śmierci matki z ręki wampira. Ale w okolicy dzieją się niepokojące rzeczy – wampirza arystokracja próbuje zdławić rewolucję. Do tego pojawiają się pogłoski o planowanym przybyciu wampirzej Zbawicielki. Kimkolwiek ona jest, nie zwiastuje to niczego dobrego. Do Belmonta dołącza czarownica Annette, które uciekła z plantacji na francuskiej kolonii oraz Edouard – śpiewak operowy.

„Nokturn” składa się z ośmiu odcinków po niecałe pół godziny, czyli ma więcej niż pierwszy sezon i zdecydowanie daje więcej czasu na poznanie bohaterów. Nowy scenarzysta Clive Bradley miał trudne zadanie wejść w historię wojny Belmontów i ich sojuszników z wampirami. Lawirowanie między stronami konfliktu, zarysowanie nowych bohaterów i powolne odkrywanie kolejnych tajemnic. O dziwo więcej czasu poświęcamy tutaj sojusznikom Belmonta (Tera, Marie, Annette), poznając ich przeszłość – niepozbawionej brutalności i przemocy – a także szykując się do zebrania szyków oraz ostatecznej konfrontacji. Tutaj wampiry jak zwykle są arystokratami z dużymi wpływami, ale z tego grona najbardziej wybijają się trzy postacie: tajemniczy hrabia Orlox (zabójca matki Belmonta), bezwzględna Drolta oraz Zbawicielka, czyli reinkarnacja egipskiej bogini wojny.

Ta ostatnia jest brutalna, pełna charyzmy i ma plan wprowadzenia do świata wiecznej nocy. Niemniej nie jest ona aż tak wyrazista jak Dracula, Camilla czy Varney. To jest jednak wprowadzenie do większej historii, co mocno sugeruje zakończenie. A że niedawno ogłoszono, że powstanie drugi sezon. Trochę mnie zdziwiła za to jak od niechcenia są tutaj rzucane (rzadko) bluzgi. Jasne, one były już w oryginalnej serii, jednak to wywołało jakiś dziwny zgrzyt. O dziwo dobra jest nowa obsada głosowa, której najbardziej znana jest czwórka aktorów: Nastassja Kinski (ciotka Tera), Richard Dormer (opat Emmanuel), Zahn McClarnon (enigmatyczny hrabia Orlox) oraz Franka Potente („Wampirza Zbawicielka”). Reszta wypada bardzo przyzwoicie, choć troszkę odstaje Edward Bluemel w roli Richtera. Aktor jest strasznie nierówny i próbuje być bardziej wyluzowany, jednak ten dystans mnie nie przekonał. O wiele lepiej wychodzą mu sceny bardziej dramatyczne, gdzie mierzy się (dosłownie i przenośnie) ze swoimi demonami.

„Castlevania: Nokturn” to nadal krwawa młócka, z bardzo dynamicznymi scenami akcji, groteskowo-obrzydliwymi nocnymi stworzeniami oraz mocno w duchu japońskich anime. Niby tylko wprowadzenie do większej opowieści, ale już nie mogę się doczekać kolejnej serii niczym wampir kolejnej dawki krwi.

8/10

Radosław Ostrowski

Zabójca

Killer – wiadomo, co oznacza ten termin. Wynajmowany przez pośredników za duże pieniądze w celu wyeliminowania jednego lub kilku ludzi. A jednocześnie nie może on się wyróżniać z tłumu, bo zostanie rozpoznany. Co oznacza wpadkę, śmierć lub aresztowanie. Było już wiele filmów o specjalistach od eliminowania ludzi spośród żywych jak „Samuraj” Melville’a czy „Leon zawodowiec”. Teraz swoją opowieść o cynglu do wynajęcia postanowił opowiedzieć sam David Fincher, zaś podstawą był francuski komiks.

Tytułowego bohatera, którego imienia i nazwiska nie poznamy nigdy gra Michael Fassbender. Jak go poznajemy jest w Berlinie naprzeciwko bardzo eleganckiego hotelu. Czeka, gimnastykuje się, składa broń i mierzy sobie ciśnienie. To już czwarty czy piąty dzień, a cel nadal się nie pojawia. Wyczekiwanie się dłuży i jest szansa, że zlecenie może w ogóle nie zostać wykonane. Ale w końcu się pojawia delikwent w pokoju, pojawia się kobieta… udzielająca się społecznie, snajperka jest gotowa. Niestety, nasz zabójca trafia prostytutkę i cały misterny plan poszedł w pizdu. Zabójcy udaje się uciec i robi coś, co raczej mało kto się spodziewał – wraca do domu na Dominikanie. A tam zostaje pobita jego kobieta i to bardzo, co dla naszego bohatera daje motywację oraz nowy cel – zemstę.

Sama fabuła jest prosta, wręcz standardowa, czyli klasyczne kino zemsty w wykonaniu zimnego profesjonalisty. A przynajmniej kogoś próbującego zachowywać się niczym bohater gier z cyklu Hitman. Nasz bohater w 95% wypowiada się tylko z offu i powtarza swoje credo jak mantrę, żeby działać w sposób wykalkulowany, zgodnie z planem oraz by mieć to wszystko w dupie. Jakby miał porównać nowy film Finchera, to jest to „Samuraj” Melville’a nakręcony przez… Paula Schradera. Nie brakuje tu pościgów, różnych lokacji czy zmian tożsamości i przygotowań, ALE to nie jest film akcji.

Tu nie ma strzelanin, ciągle podkręcanej adrenaliny czy pędzącej na złamanie karku akcji. „Zabójca” więcej czasu spędza na… czekaniu, szukaniu informacji, przygotowania do roboty. Wszystko o wiele bardziej powolne, wręcz zimne w wykonaniu, bez żadnego dreszczyku adrenaliny. Jednocześnie Fincher potrafi wciągnąć w taką historię, mimo bardzo wycofanego bohatera, którego poznajemy tylko przy pomocy narracji z offu oraz w działaniu. W zasadzie tylko w jednej scenie poznajemy (na krótko) jego dziewczynę, ale ta relacja nie była na tyle mocno zbudowana, by mogła mocniej zadziałać. Nie mniej jednak wciągnąłem się w tą zemstę. Pozbawioną efekciarstwa, lecz nadal bardzo stylowa, ze świetnym montażem oraz pracą kamery. Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła muzyka, jednak jest pewien dość zaskakujący szczegół z tym związany. Kiedy nasz bohater słucha muzyki na słuchawkach (i są to same kawałki The Smiths) brzmi wyraźnie tylko, gdy widzimy akcję z jego oczu. Gdy patrzymy na bohatera z boku, jest ona odpowiednio przytłumiona (bardziej lub mniej) w zależności od tego, gdzie na ekranie znajduje się źródło dźwięku. Niby detal, a mocno się wyróżnia. Tak jak nieoczywisty finał, który bardzo mnie zaskoczył czy zadziwiająco oszczędne dialogi.

I to wszystko trzyma na barkach Fassbender. Aktor ostatnio nie miał szczęścia do dobrych scenariuszy, przez co nie miał szans na wykazanie się. Tutaj jako zabójca prezentuje się bardzo dobrze, skupiając się przede wszystkim na mowie ciała oraz dobrych spojrzeniach. Jedynie narracja z offu pozwala go poznać jako doświadczonego zawodowca, niepozbawionego ironicznych złośliwości czy pragmatycznie (uśpienie psa mięsem z lekami nasennymi) podchodzącego do rozwiązywania problemów. Reszta postaci to w zasadzie epizody, które nadal są wyraziste jak Tildy Swinton (ekspertka), Charlesa Parnella (prawnik) czy Arlissa Howarda (klient) i tutaj nie ma słabego punktu.

Bez cienia wątpliwości „Zabójca” to obok „The Social Network” najbardziej rozrywkowy i stylowy film w dorobku Finchera. Pozornie idzie znajomymi ścieżkami, by za każdym razem pójść w innym kierunku, grając z naszymi oczekiwaniami oraz schematami związanymi z kinem zemsty. Bardzo zimny i wyrafinowany w formie, ale z bardzo fascynującym, nieoczywistym bohaterem, który zostanie ze mną na długo po seansie.

8/10

Radosław Ostrowski