Teściowie 2

Jak dobrze wiemy, bardzo rzadko zdarzają się udane kontynuacje. Najczęściej to łatwiejszy skok na kasę w imię prastarej zasady „więcej, mocniej, bardziej”, bo skoro coś się dobrze sprzedało raz, można zrobić to znowu. Więc czy był sens dalszej historii „Teściów”, czyli jak (nie doszło) do ślubu młodych przez ich rodziców z dwóch różnych światów.

Teraz mamy drugie podejście, bo młodzi (Łukasz i Weronika) są zdeterminowani, uparci, szaleni. Naprawdę chcą się chajtnąć, a tym razem uroczystość ma mieć miejsce… nad morzem. Na plaży przy hotelu, już za swoje pieniądze. Więcej przyjeżdżają przyszli teściowie, co zwiastuje zderzenie czołowe: prowincjusze Wanda i Tadeusz (Izabela Kuna i Adam Woronowicz) oraz reprezentująca inteligencję Małgorzata (Maja Ostaszewska) z mamusią (Ewa Dałkowska). Na czym polega myk? Kobieta rozstała się z Andrzejem (ten ma się pojawić później) i na ślub przybywa w towarzystwie młodszego Jana (Eryk Kulm) – kolegi z pracy. Wszystko dwa dni przed ceremonią, więc co może pójść nie tak?

Za drugą część tym razem odpowiada Kalina Alabrudzińska i na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło. Nadal siłą humoru jest kontrast między inteligencją a wsią, co daje odrobinę śmiechu. Szczególnie wobec bardzo poczciwego Tadeusza, który pierwszy raz jest w hotelu i widzi osoby z innych krajów oraz… koloru skóry. No i nie byłby sobą, gdyby tego nie skomentował, co czasami wywoływało we mnie ciarki żenady. Tutaj bardziej skręcamy ku komedii stricte, nawet idąc ku farsie (pojawienie się „stalkera”), ALE to nie ma tej siły rażenia jak „jedynka”. Nie czuć tutaj takiego wrzenia oraz coraz nasilającego się napięcia, zaś gagi z czasem stają się powtarzalne. A nawet finałowa mowa Małgorzaty była dla mnie zbyt dosłowna i niekomfortowa w oglądaniu.

Sama lokacja wnosi świeżego powietrza i zahacza klimatem o „Biały Lotos” (te szklane pokoje, masaże), co ładnie wygląda w obrazku. Najbardziej jednak mnie zaskakiwało to skupienie na postaciach, głównie naszych paniach. Obie, choć z różnych środowisk, mają ze sobą więcej wspólnego niż się wydaje. Iza Kuna i Maja Ostaszewska fantastycznie wygrywają (przez większość czasu) swoją tłumioną seksualność, samotność oraz ciągłą potrzebę zaspokajania potrzeb innych niż własne. Co dodaje – ku mojemu własnemu zaskoczeniu – ciężaru emocjonalnego, wybrzmiewając najmocniej. Nadal także błyszczy Adam Woronowicz, czyli bardzo wycofany Tadeusz. Może i ma bardzo archaiczne przekonania (oraz rzuca najbardziej żenujące teksty), ale nadal potrafi wywołać sympatię swoją poczciwością. Niejako w cieniu pozostaje Eryk Kulm jako młody partner Małgorzaty, jednak ma kilka momentów i okazuje się solidnym wsparciem.

Druga część „Teściów” jest dla mnie, niestety, sporym rozczarowaniem. Strasznie wtórny, powtarzalny, choć nadal jego siłą pozostają wyraziści bohaterowie. Aktorstwo ciągnie ten film wyżej, choć balans między humorem a zażenowaniem jest silnie zaburzony. ALE jest bardzo silna sugestia, że będzie część trzecia i może uda się odzyskać moje zaufanie.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Chrzciny

Kolejny film o „polskości”, czyli naszych wadach (hipokryzja, dewocja, kłótliwość, zawiść) siedzących w nas praktycznie od… chyba zawsze. Do tego jeszcze w czasach historycznych, co było wałkowane od dekad. Najlepiej w czasach polaryzujących i wywołujących silne emocje. Jak równie mocno wałkowany stan wojenny – ostatnio obecny choćby w takich filmach jak „Wszystko, co kocham” czy „Żeby nie było śladów”. Równie z tym tematem postanowił się zmierzyć debiutant Jakub Skoczeń w „Chrzcinach”, które toczy się… podczas przygotowań do chrzcin.

chrzciny2

Gdzieś w górskim miasteczku mieszka Marianna (Katarzyna Figura) – nestorka rodziny, której udało się dokonać niemożliwego. Zebrała wszystkich – także tych najbardziej skłóconych – członków rodu na chrzciny swojego wnuka. Jednak obawa skłócenia oraz podziałów nie do pogodzenia jest tak silna, że może dojść do rozejścia się wszystkich. Czemu? Powodów jest kilka: dwóch braci stoi po różnych stronach barykady (jeden partyjny, drugi w Solidarności); do tego nie wiadomo kto jest ojcem dziecka, zaś matka Hania (Marianna Gierszewska) nie zdradza tajemnicy; jest jeszcze rozwiedziona Irena (Marta Chyczewska) otrzymująca prezenty od byłego męża zza granicy. To jednak jest nic przy jednej, brutalnej decyzji, czyli… wprowadzeniu stanu wojennego. Kobieta decyduje się ukryć wszelkimi sposobami tą informację, by doprowadzić uroczystość do końca. Jakby mało było problemów o pomoc prosi ksiądz (Andrzej Konopka). Chodzi o ukrycie siostrzeńca Janka (Tomasz Włosok) przed ścigającą go milicją, co komplikuje sprawy.

chrzciny1

Reżyser w zasadzie nie odkrywa na nowo Ameryki i mamy znajomość historię rodzinną podczas uroczystości. Jak choćby „Cicha noc”, gdzie mamy ciasną przestrzeń domu i sporo postaci. Pojawiają się obowiązkowe animozje, sarkastyczny humor i pretensje, które wydają się dziwnie znajome. Czasy i dekoracje się zmieniają, ale wojna światopoglądowa wydaje się być nieodzownym elementem wielu rodzinnych spotkań. Dlatego bierzemy w nich udział tak rzadko, bo finał wydaje się bardzo łatwy do przewidzenia. Skoczeń wykorzystuje tą historię, żebyśmy wszyscy mogli spojrzeć na siebie jak w zwierciadle.

chrzciny3

Jednak „Chrzciny” nie są ani tak ostrym spojrzeniem jak u Smarzowskiego czy przenikliwe jak u Domalewskiego. Jasne, nie brakuje to kilku zabawnych sytuacji niczym z komedii pomyłek, jednak brakuje tutaj świeższego spojrzenia. Zmiana dekoracji to trochę za mało, kiedy postacie nie wydają się aż tak mocne i wyraziste. Poza Marianną najbardziej się tu wybija barwny Tolo (świetny Maciej Musiałowski), który jest najbardziej ekscentryczny, lekko postrzelony chłopak, co wszystko wygrywa w karty oraz twarda, nie dająca sobie w kaszę dmuchać Teresa (mocarna Agata Bykowska). Choć jest tu masa znanych twarzy jak Michał Żurawski, Tomasz Schuchardt czy w/w Konopka i Włosok, to tak naprawdę ten film trzyma w ryzach świetna Katarzyna Figura. To najbardziej złożona postać, która w szafie trzyma wiele trupów i dla utrzymania rodziny razem jest w stanie posunąć się do kłamstewek oraz manipulacji. Bardzo bogobojna i wspierająca, a jednocześnie mocno żyjąca w kłamstwie. Wszystko to bez demonizowania oraz szarży o jaką było tu bardzo łatwo.

chrzciny4

Trudno mi ten film jednoznacznie ocenić. Z jednej strony jest pewnie sfotografowany, ma kilka dobrych scen i porządne aktorstwo, ale z drugiej jest bardzo wtórny, pozbawiony jakiegoś mocnego uderzenia. Niemniej warto uważnie przyglądać się Jakubowi Skoczniowi, bo widać spory potencjał na ciekawego reżysera. Czy będzie go w stanie wykorzystać? Przekonamy się przy drugim filmie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Egzorcysta papieża

Czy jest w ogóle sens robienia filmów o opętaniu, egzorcyzmach i facetów w czerni, którzy walczą z nadnaturalnym złem? Pod względem finansowym – na pewno. Ale poza „Egzorcystą” Williama Friedkina żaden inny film nie wywołał takiego fermentu ani wrażenia w kwestii tego podgatunku jak horror religijny. A reszta – klisza kliszą pogania. Nie inaczej jest w przypadku „Egzorcysty papieża”, mimo wykorzystania prawdziwej postaci ojca Gabriela Amortha.

Nie znacie go? Był głównym egzorcystą Watykanu, czyli szefem wszystkich egzorcystów i pełnił ta funkcję od 1986 aż do śmierci w 2016. Napisał wiele książek, które były bestsellerami i opisywały wszelkie egzorcyzmy. W tej historii – trochę jak w kryminale – nasz heros ma wyniki, jednak dostaje opieprz od przełożonych (Kongregacja Nowej Wiary). Bo wtedy, czyli w roku 1987, egzorcyzmy wydawały się przeżytkiem dla młodszych duchownych. Na szczęście nasz duchowny ma wsparcie samego szefa, czyli Jana Pawła II (Franco Nero z sexy brodą). Ten niczym komendant policji daje swojemu podwładnemu zadanie – wysyła go do Hiszpanii, gdzie doszło do dziwnego opętania.

Do San Sebastian przybywa rodzina, co w spadku odziedziczyła… klasztor w trakcie remontu. Najmłodszy członek rodziny, chłopiec Henry zostaje opętany. Co w tym dziwnego? Że demon chce księdza Amortha, więc lokalny duchowny dostaje od razu łomot. Dodatkowo samo miejsce ma pewną mroczną tajemnicę, która mocno może rzutować na historię Kościoła.

Brzmi jak kompletne wariactwo i bzdura? Do tego pełna znajomych klisz, więc co może być interesującego w tej historii? Reżyser Julius Avery wydaje się być tego w pełni świadomy, bo mamy masę znajomych klisz. Opętane dziecko, co brzmi demonicznie i klnie jak szewc? Jest. Osoby pod wpływem demona poruszające się w nienaturalny sposób, unoszące się lub wyrzucane na drugi koniec pokoju? Wiadomo. Niszczony pomnik Jezusa w kościele? No ba. Młody asystent księdza z tajemnicą? Jakżeby inaczej. Jeśli chcecie obejrzeć ten film dla fabuły, to raczej nie liczcie na niespodzianki.

Sam film nie jest aż tak straszny jakby się można było spodziewać, ale reżyser bardzo sprawnie buduje klimat. Jest odpowiednio mrocznie i zachowuje cały czas równo tempo. Pewnym miłym dodatkiem jest odkrywana tajemnica tego domostwa o wyglądzie zamku, co skojarzyła mi się z „Kodem da Vinci” czy „Skarbem narodów”. Choć sam finał jest efekciarskim popisem (słabych) efektów komputerowych i jest oczywisty, to jednak potrafił mnie złapać. Innym zaskoczeniem jest… humor, którego w takiej ilości się nie spodziewałem oraz praca kamery, nadająca intensywności.

Ale najmocniejszą rzeczą, która czyni ten film aż tak przyjemnym doświadczeniem jest Russell Crowe. W roli tytułowej cudownie balansuje między powagą a zgrywą, ma masę uroku i w bardziej dramatycznych momentach zwyczajnie błyszczy. Doświadczony duchowny w walce ze złem skrywającym mroczną tajemnicę i zaskakująco bardzo przyziemny, który większość opętań uznaje za chorobę psychiczną. Nawet (całkiem nieźle) mówi po włosku i z akcentem, nie popadając w śmieszność. Równie świetny jest debiutujący Peter DeSouza-Feighoney w roli opętanego Henry’ego, który wyciska z tej postaci masę energii. Bardzo niepokojący i przekonujący w tej roli, bez popadania w niekontrolowaną przesadę.

Jeśli spodziewacie się czegoś nowego w konwencji filmów o opętaniach, „Egzorcysta papieża” nie jest filmem dla was. Niemniej jest to zaskakująco sympatyczny akcyjniak z elementami nadnaturalnymi i solidny kawałek kina, który nie traktuje się do końca zbyt poważnie. Zwiastun zapowiadał o wiele bardziej generyczny horror niż ostatecznie dostaliśmy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Poprzednie życie

Już sam początek zapowiada, że to tylko pozornie znajoma historia. Jesteśmy w jakimś barze nocą, gdzie siedzi troje ludzi: dwoje Azjatów (mężczyzna oraz kobieta) i jeden biały. Widzimy jak dwoje z nich rozmawia, do tego pojawia się narracja z offu. Dwoje postaci spekuluje kim jest ta cała trójka oraz jakie są ich relacje, a jednocześnie kamera coraz bardziej się przybliża do kobiety. I… cofamy się o 24 lata do Korei, aby poznać dwójkę bohaterów jako 12-letnich dzieci (Hae Sung i Na Young) – taka całkiem sympatyczna para. Być może coś by z tego wykiełkowało, lecz rodzice Na opuszczają kraj. Oboje zaczynają żyć swoim życiem, a ich losy przetną się… 12 lat później dzięki Internetowi.

Kolejne nowe dzieło niezależnego hegemona jakim na przestrzeni lat stało się A24 i – znowu – dali szansę debiutantowi. Tym razem jest nią Celine Song – urodzona w Korei Południowej i mieszkająca w Nowym Jorku dramaturg, której także pracowała jako scenarzystka (staff writer) przy serialu „Koło czasu”. Kompletnie mnie to zaskoczyło, bo niemal od pierwszego kadru dałem się wciągnąć w tą historię – bardzo powolną, spokojną i pozornie pozbawioną jakiejkolwiek akcji. Reżyserka tutaj stawia na klimat i nastrój, stąd tutaj bardzo wiele statycznych ujęć, kilka mastershotów oraz bardzo stonowana kolorystycznie. Całość rozbita jest na trzy linie czasowe: czas dzieciństwa, potem pierwszym kontakt po 12 latach w wieku studenckim, wreszcie współcześnie po kolejnych 12 latach już „na żywo”.

A nad wszystkim cały czas pada jedno pytanie: a co by było gdyby? Czy gdyby ona nie wyjechałaby z kraju, ta parka byłaby razem? Jakby się potoczyły ich losy? Zejdą się teraz czy nie? Wielu z nas czasami takie myśli przychodzą po głowie, co pozwala pewnie o wiele łatwiej się identyfikować z tymi postaciami. Bardzo sympatycznymi, złożonymi i szukającymi swojego miejsca. A jednocześnie tak więź między Hae a Na (później używająca imienia Nola) jest tak silna i namacalna, że chciałem wierzyć w jedną, absurdalną rzecz. Iż tych dwoje znowu się razem zejdzie, choć ona już ma męża. Bo przecież takie rzeczy się zdarzają na ekranie, prawda? I że ten jej mąż jest porządnym gościem nie powinno być problemem? Tylko, że… to nie jest ten typ kina, co spełnia sny o sile miłości pokonującej wszystko i przeznaczeniu. Choć pojawia się wiele świetnych, niepozbawionych głębi dialogów, to jednak nie popada w podniosło-melodramatyczno-patetyczne rejony.

Moja melancholijna strona jest bardzo oczarowana tym skromnym i pełnym romantyzmu klimatem „Poprzedniego życia”. Niby jest to debiut, ale film sprawia wrażenie zrobionego przed doświadczonego reżysera, który wie jak opowiedzieć historię pełną emocji, zaangażowania i pasji. A jeśli debiut jest tak fantastyczny, to przyszłość Celine Song jako reżyserki wydaje się świetlana.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Śubuk

Pamiętam jaki ogromny ferment oraz piorunujące wrażenie zrobił na mnie film „Chce się żyć”. Dzieło Macieja Pieprzycy otworzyło wrota dla innych twórców do opowiedzenia historii rodzin z niepełnosprawnymi intelektualnie dziećmi. W zeszłym roku pojawiły się dwa filmy o tej tematyce – „Sonata” oraz „Śubuk”. I z tej dwójki ciekawsze jest dzieło Jacka Lusińskiego, który ostatnio zrealizował fantastyczny serial „Minuta ciszy”.

Akcja zaczyna się gdzieś na przełomie ustrojowym w jakimś dużym mieście, ale nie w Warszawie. Tutaj mieszka Marysia (Małgorzata Gorol), która zaszła w ciążę z milicjantem Darkiem (Filip Pławiak). Problem w tym, że ona nie chce mieć dziecka, lecz ucieka przed rozpoczęciem zabiegu. Wskutek okoliczności, w czym spory wpływ ma starsza siostra Marta, rodzi chłopca. Trochę wbrew sobie, bo nie da sobie rady zająć się nim i jednocześnie studiować. Ale po nagłej śmierci Marty wszystko się komplikuje. Sąsiedzi też nie pomagają, jednak nie to jest najgorsze – w przedszkolu chłopiec (Kubuś), delikatnie mówiąc, się nie odnajduje. Jest bardzo wycofany, nierozmowny i… agresywny. A jedynym wypowiadanym przez niego słowem jest „Śubuk”. Desperacko szukając przyczyny tej sytuacji zapada brutalny wyrok: autyzm.

Na pierwszy rzut oka ten film wydaje się prosty do zrobienia, wręcz samograj. No bo jest dramatyczna sytuacja, więc łatwiej sympatyzować z bohaterką (jeszcze łatwiej stosując emocjonalny szantaż), podkręcając kolejne wyboje na drodze i zderzenie z bezdusznym systemem. Dowalić śrubę beznadziei i dać promyk światła, z patosem i WIELKIMI słowami. No i zajebiście, nie? To by było jednak zbyt łatwe i zbyt proste podejście, czego reżyser wydaje się być świadomy. Dlatego idzie w stronę kina środka, czyli próbując zachować balans między powagą a humorem, bez popadania w stany mroczno-smutno-depresyjne i nie osłabiając emocjonalnego ładunku. Dzięki temu „Śubuk” tak angażuje, bez popadania w patos, moralizatorstwo czy skręcając w publicystykę.

Lusiński opowiada historię Marysi i jej syna od narodzin aż do matury, czyli bardzo spory kawałek. Czasem czuć skrótowość tej narracji, jednak relacja tej dwójki cały czas jest w centrum uwagi. Kolejne zderzenia z systemem, który jest kompletnie nieprzygotowany na takie sytuacje (szukanie przedszkola, interwencja policji czy stworzenie klasy integracyjnej). A mimo lat niewiele się zmieniło i jakoś się kurwa nie zanosi na poprawę. Szczególnie na polu edukacji społecznej czy podejścia urzędników i polityków. Chyba że samemu zdejmie się klapki z oczu, co najbardziej pokazuje przykład sąsiada (bardzo dobry Andrzej Seweryn). Początkowo pisze donosy i nie jest w stanie wytrzymać hałasów, jednak z czasem staje się silnym wsparciem dla dziewczyny.

To wszystko jednak by nie zadziałało, gdyby nie trzymająca na swoich barkach całość Małgorzata Gorol. Aktorka całkowicie zwraca uwagę, tworząc bardzo złożoną postać matki mimo woli. Widzimy jak zaczyna dojrzewać do roli opiekunki, pozostawiając za sobą swoje marzenia i ambicje: od poczucia przytłoczenia (mocna scena, gdy wykrzykuje pełnemu energii synowi, żeby przestał i próbuje go… udusić poduszką) oraz bezsilności aż po desperacki upór, niezłomność. Wszystko bez próby zdobycia na siłę sympatii widowni i pójścia na łatwiznę. Gorol wspierają w/w Seweryn, a także – wcielający się w synów – Wojciech Dolatowski i Wojciech Krupiński plus drobne epizody Aleksandry Koniecznej (dyrektor) oraz Marty Malikowskiej (Marta, siostra Marysi).

Są tu pewne drobne rysy (skokowa narracja, czasem powiedzenie pewnych rzeczy DUŻYMI LITERAMI czy finał z niby-dylematem), ale to w żaden sposób nie osłabia siły „Śubuka”. Reżyser Jacek Lusiński przyznał, że nakręcił ten film z gniewu i frustracji. To czuć od początku do końca, a jednocześnie jest on pełen empatii, wrażliwości oraz czułości. Tylko pozornie wydaje się to sprzeczne.

8/10

Radosław Ostrowski

Wilk – seria 2

Ten mini-serial Canal+ okazał się dla mnie sporym zaskoczeniem. Przynajmniej formalnym, gdzie pokazywane było życie młodych w quasi-alternatywnym świecie. Świecie, gdzie wskutek pandemii zostaje wprowadzony stan wyjątkowy i panuje dyktatura totalitarna. Jednak opowieść była bardzo kameralna, ograniczona do jednej przestrzeni i… bardzo krótka (najdłuższy odcinek nie przekraczał 15 minut). Więc tym większe było moje zaskoczenie, gdy Jan Dybus z Michałem Wojciechowskim zrobili w tym roku drugi sezon.

wilk2-1

Tym razem mamy zupełnie inna historię, która toczy się wokół trzech postaci: wpływowego ministra (Hubert Urbański), jego nastoletniej córki Igi (Waleria Gorobets) oraz mieszkającej z nimi Ani (Jessica Polak). Ta druga jest córką człowieka skazanego za handel bronią i – o czym reszta domowników nie wie – członkiem grupy buntowników, co są przeciw dyktatorskiej władzy. A tej nocy ma się stać coś, co może zmienić życie całej trójki.

wilk2-3

Sama historia jest w zasadzie wycinkiem większej całości, którą poznajemy dzięki narracji z offu oraz wielokrotnemu łamaniu czwartej ściany. Tutaj niemal każdy raz to robi, co wywraca percepcję, zaś zmienna perspektywa tylko uatrakcyjnia skromną i właściwie prostą opowieść. Nie brakuje tu soczystych dialogów czy świetnej pracy kamery (atak na radiowóz z perspektywy policjantów), która była już znakiem tej serii. Tak samo dobrze wypada aktorstwo, gdzie najbardziej znanymi twarzami są raper Bedoes (tatuażysta Janek) oraz Hubert Urbański. I ku zaskoczeniu wszystkich nie ma tutaj słabej roli, gdzie nawet drobne epizody wypadają dobrze. Na mnie wrażenie zrobiły młode dziewczyny, czyli Gorobets i Polak. Ta pierwsza jest niby zbuntowana i niby gardzi swoim ojcem, ale lubi swoje wygodne życie. Z kolei ta druga to idealistka, co wierzy w słuszność sprawy, lecz próbuje patrzeć szerzej.

wilk2-2

Nie mniej może wkurzyć bardzo otwarty finał, sugerujący kolejną część. Obyśmy się jej doczekali, bo ta wizja świata niebezpiecznie przypomina to, co się dzieje za oknem. Bo to zdecydowanie jedna z ciekawszych produkcji w dorobku Canal+.

7/10

Radosław Ostrowski

Kochanica króla Jeanne du Barry

Kino kostiumowe ostatnio dzięki „Faworycie” zaczęło nabierać nowego blasku i witalności. A teraz pojawił się kolejny film z tego gatunku, tym razem z Francji. A jak wskazuje sam tytuł to historia królewskiej faworyty. Ostatniej kochanki króla Ludwika XV.

Więc jesteśmy w XVIII-wiecznej Francji, gdzie towarzyszymy Jeanne Becu – nieślubna córka mnicha i krawcowej. Czyli dziewczyny z nizin społecznych, która nie ma zbyt wielkich perspektyw. Zwłaszcza w przypadku osoby niewykształconej, więc najpierw trafia do klasztoru, potem do kilku różnych możnych. Nigdzie nie jest jednak w stanie pozostać na dłużej, a wszystko z powodu dość szybko odkrytej seksualności i poznanej literaturze. Aż poznaje bardzo bogatego faceta, czyli hrabia du Berry. I dzięki temu zostaje zauważona przez samego króla. Mężczyzna czyni Jeanne swoją faworytą i umieszcza na swoim dworze, co bardzo wielu osobom się nie podoba.

jeanne du barry2

Za film odpowiada aktorka, reżyserka i współscenarzystka Maiwenn, która także obsadziła się w tytułowej roli. Sama historia poprowadzona jest klasyczne, z offowym narratorem, dopowiadającym wiele rzeczy nie pokazywanych na ekranie. Zaskakuje dość spokojny rytm i tempo, gdzie po dość rwanym pierwszym akcie trafiamy na sam dwór. W tym momencie „Kochanica króla…” dla mnie zaczęła nabierać barw, pokazując jej żywot w Wersalu. Gdzie zmuszona jest do zachowania reguł panującej etykiety. ALE ona zaczyna trochę wywracać znany porządek. I nie chodzi tylko o modę (ubierała się jak mężczyzna, nie nosiła peruki, makijażu), lecz także niektóre konwenanse. Te zderzenia iskrzyły, zaś reakcje oburzenia intrygowały, a ja czekałem na rozwój wypadków.

jeanne du barry1

Tylko, że z chwilą pojawienia się Marii Antoniny nagle tempo wyraźnie zwalnia i bardzo rzadko podnosi się na wyższy poziom. Nie do końca kupiłem też związku Jeanne z królem, gdzie więcej się mówi o tej miłości niż ją się widzi. Tej chemii nie było widać. Także lekko rozczarowujące było zakończenie, opowiedziane przez narratora o wydarzeniach po opuszczeniu Wersalu. Wydawało mi się zbyt dużą drogą na łatwiznę.

jeanne du barry3

Za to wielkie wrażenie zrobiła na mnie warstwa wizualna. Scenografia i kostiumy są bardzo barwne oraz wystawne. Kompozycja kadrów też wydaje się przemyślana, krajobrazy wyglądają imponująco, zaś w tle gra bardzo stylizowana muzyka na epokę. Jeśli jednak chodzi o zdjęcia, muszę wspomnieć o bardzo istotnej kwestii. Mianowicie sceny nocne są – albo przynajmniej wyglądają – na kręcone przy naturalnym oświetleniu, czyli na świecach. To budziło we mnie skojarzenia z „Barrym Lyndonem” czy „Faworytą” i być może stanie się nowym trendem w tego typu produkcjach.

jeanne du barry4

Aktorsko jest dość nierówno. Sama Maiwenn w roli tytułowej ma w sobie masę iskry i temperamentu, przez co ogląda się ją z zainteresowaniem. Muszę jednak przyznać, że na początku miałem pewne wątpliwości, lecz z czasem ta postać zaczynała nabierać barw. A jak Johnny Depp, dla którego – przynajmniej według marketingowców – miał zaliczyć wielki powrót? Całkiem nieźle, choć jest mocno wycofany i stonowany. Co trzeba pochwalić, że aktor całą rolę zagrał po francusku i mówi nim dość biegle. Dla mnie najlepszym punktem obsady był Benjamin Lavernhe w roli majordomusa La Borde – zaufanego człowieka króla oraz osobę będącą dla naszej bohaterki przewodnikiem po Wersalu. Nie można było od niego oderwać wzroku.

Trudno mi jednoznacznie polecić ten film. Z jednej strony Maiwenn potrafi ciekawie pokazać dworskie życie, ale gdzieś po drodze zgubiono emocje, zaangażowanie oraz postacie. Wizualia są jednak na tyle interesujące, by dać szansę, lecz nie należy oczekiwać zbyt wiele.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ukryta sieć

Raz na jakiś czas na naszym podwórku powstaje interesujące kino gatunkowe. Takie naprawdę na poziomie światowym, nie tylko pod względem technicznym. Ostatnimi czasy jednak chyba coś ruszyło i tych lepszych filmów z rodzaju kryminałów, thrillerów, horrorów itp. Dlatego tak bardzo czekałem na „Ukrytą sieć”, którego marketing przykuł moją uwagę.

Film oparty jest na pierwszej części trylogii Jakuba Szamałka i skupia się na postaci dziennikarki Julity Wójcickiej (Magdalena Koleśnik). Dziewczyna pracuje w brukowcu, a te zawsze gonią za sensacją, kliknięciami i nakładem. Dlatego być może relacje Julity z ojcem (Andrzej Seweryn) – szanowanym dziennikarzem-emerytem są tak chłodne. Plus jeszcze nieprzepracowana trauma po śmierci matki. Kobieta zaczyna interesować się bieżącą tragedią, czyli wypadkiem samochodowym, co skończył się śmiercią kierowcy. Co w tym niezwykłego? Ofiarą był Gustaw Miller (Mariusz Czajka) – prezenter programów dla dzieci. Wygląda na to, że wpadł w poślizg, rozbił się o barierkę i wypadł z mostu. Ale zeznanie jednego ze świadków sugeruje, iż mogło to być coś innego. Wtedy dziewczyna popełnia głupi błąd, co mocno odbija się na jej prywatności.

Reżyser Piotr Adamski ewidentnie tutaj wzoruje się na Davidzie Fincherze, ze szczególnym wskazaniem na „Dziewczynę z tatuażem”. Sami historia jest pozornie prostym dziennikarskim śledztwem, gdzie trafiamy na kolejne dziwne zdarzenia i ktoś próbuje zastraszyć Julitę. Ale kto? Czy to naprawdę był wypadek, a jeśli nie, komu na tym zależało. Kolejne odkrywane tajemnice zaczynają prowadzić do króliczej nory. I mocno jest tu pokazany wpływ Internetu oraz jak łatwo – trochę przez swoją głupotę – można stracić swoją prywatność, wpuszczając do swojego telefonu czy laptopa hakera. Oraz wiele rzeczy w sieci nie jest tym, co na pierwszy rzut oka się wydaje.

Technicznie trudno się do czegoś przyczepić, a nawet trzeba pochwalić. Dawno nie widziałem w polskim kinie tak gęstej czerni. Jest tak czarno, że z niepokojem czekałem co lub kto się z niej wyłoni, a jednocześnie wszystko jest czytelne i klarowne. Szczególnie jak w paru nocnych ujęciach gra się oświetleniem i kolorem (czerwień dominuje!). Jeszcze bardziej mnie zaskoczyło jak wiele scen jest tu świetnie wyreżyserowanych – zarówno te typowe dla gatunku momenty (pozbycie się ochroniarza, by zdobyć nagrania z monitoringu i ucieczka przed nim czy szybki powrót do domu z powodu hałasów elektronicznej niani), jak te bardziej wyciszone sceny dialogowe.

Niestety, zdarzają się (drobne) skazy w tym obrazku. Adamskiemu zdarza się parę scen niepotrzebnie rozciągać, gdzie kamera skupiona jest na jednym miejscu lub postaci za długo. To niby tylko parę sekund, jednak jest to wkurzające. Z kolei im bliżej końca, tym bardziej napięcie było nierówne. ALE muszę przyznać, że reżyserowi udaje się pod koniec finału strzelić w pysk tak mocno, iż jestem w stanie ten drobiazg przełknąć. Za to bardzo podoba mi się otwarte zakończenie i daje mi nadzieję na kontynuację. Pod warunkiem, że pójdzie na to sporo narodu. Na moim seansie poza mną była tylko jedna osoba, to jednak zwalam na dość wczesną godzinę.

No i aktorsko jest po prostu pysznie. Kolejny raz błyszczy Magdalena Koleśnik, która potwierdza jak cholernie uzdolnioną jest aktorką i warto ją obserwować. Jej Julita to ten typ, który jest opisywany jako silno-słaby. Z jednej strony potrafi być twarda, silna i zadziorna, by w bardzo rzadkich momentach pozwolić sobie na chwilę słabości. Tyle emocji potrafi wyrazić wyłącznie samym spojrzeniem, że nie da się być obojętnym i nie kibicować tej postaci. Świetnie ją uzupełnia debiutujący Błażej Dąbrowski w roli Janka – speca od komputerów pochodzenia polsko-wietnamskiego, który jest też kimś więcej (nie zdradzę kim) oraz jak zawsze trzymający poziom Andrzej Seweryn (Henryk Wójcicki) czy solidna Wiktoria Gorodeckaja (Magda, siostra Julity). Nie mogę nie wspomnieć też o Piotrze Trojanie, choć jego rola jest zaskakująco niewielka. Niemniej bardzo mocno zapada w pamięć i coś czuję, że ten bohater może wrócić.

Piotr Adamski rozwija się jako reżyser i po surrealistycznym „Easternie” tym razem robi gatunkowe kino, ale po swojemu. Bardzo gęste, z ciągłym poczuciem zagrożenia i paranoi, które tak łatwo – dzięki technologii – można zbudować oraz doprowadzić do zaszczucia. Jeszcze nigdy Warszawa nie wyglądała tak niebezpiecznie i wrogo. Pozostaje mi mieć nadzieję, że cała trylogia Szamałka zostanie zekranizowana. I to już wkrótce.

8/10

Radosław Ostrowski

Operacja: Soulcatcher

Polski oddział Netflixa próbuje robić wszystko, by ubarwić trochę poziom kina gatunkowego na naszym podwórku. W większości przypadków z marnym skutkiem i raczej kolejne premiery nie wywołują zbyt wielkiego szumu. Takie są też produkcje Daniela Markowicza – producenta filmowego, który próbuje sił jako reżyser. W raczej nieudanych filmach pokroju „Bartkowiaka” i „Planu lekcji”, ale jak to się mówi: do trzech razy sztuka.

soulcatcher1

„Operacja: Soulcatcher” opowiada o byłym żołnierzu, a obecnie najemniku Kle (Piotr Witkowski). Zostaje wysłany z grupą sprawdzonych wojaków do Czeczenii z tajną misją. Plan jest prosty: zdobyć materiały i wyciągnąć niejaką Elizę Mazur (Michalina Olszańska), ale od początku wszystko idzie nie tak. Najpierw zostaje zabity przewodnik, a następnie grupa wpada w zasadzkę. Jakby tego było mało, podczas akcji ginie paru członków grupy oraz pojawia się tajemnicze urządzenie. Jak się okazuje po powrocie jest to Soulcatcher – cacko, co miało wyleczyć ludzi z raka, a zamienia ich we wściekłych zombie-wojaków. A posiadanie takiego cacka może stworzyć armię większą niż wojska III Rzeszy i Armii Czerwonej razem wzięte. To nie może się stać, więc Kieł tym razem – z poręczenia rządu – wyrusza na tajną akcję.

soulcatcher4

Fabuła jest tak prosta jak konstrukcja cepa, ale w takich filmach to sprawa drugorzędna. Wszystko tutaj zależy od realizacji, a ta ewidentnie celuje w rejony kina klasy B. Postacie są szczątkowo zarysowane, jednowymiarowe niczym komiks i jest to tak schematyczne, że bardziej się nie da. Mamy milczącego twardziela z wyrzutami (Kieł), śmieszka (pilot Krzysiek), klona Jasona Momoy (Byk), eks-twardzielkę, co wraca do gry (Burzę). Mało wam? Jest też nowy członek zespołu, co w kluczowym momencie okazuje się zdrajcą (Damian) – oczywiście, że tak; zmuszonego do współpracy dobrego naukowca (zmarnowany Jacek Poniedziałek) czy absolutnie przejaskrawionego złego generała (Mariusz Bonaszewski powinien mieć zakaz mówienia po angielsku – CHRYSTE PANIE, CO TU SIĘ ODJANIEPAWLIŁO).

soulcatcher2

Na te bzdury i przewidywalność jeszcze można byłoby przymknąć oko, ALE… same sceny akcji są troszkę słabiutkie. Nawet mordobicie w „Planie lekcji” czy walki w „Dniu matki” wyglądały bardziej ekscytująco. Same zdjęcia są tutaj całkiem niezłe, jednak brakuje tutaj adrenaliny, kreatywności i finezji w formie. Przy „Tylerze Rake’u” to prezentuje się zwyczajnie blado, szczególnie przy strzelaninach ze sporym użyciem MOCNO widocznych efektów komputerowych. Nieliczne sceny mordobicia po prostu… są i tyle mogę o nich powiedzieć. Nie jest to chaotyczne czy nieczytelne, ale pozbawione oryginalności, przez co staje się dość szybko nudny.

soulcatcher3

„Operacja: Soulcatcher” jest, niestety jednym z największych zawodów tego roku. Nie oczekiwałem wiele, ale dostałem jeszcze mniej. W zasadzie nie ma tutaj zbyt wiele zalet i wydać bardzo słabą rękę Markowicza jako reżysera. Jeśli będzie chciał sięgnąć za kamerę, niech to poważnie i głęboko przemyśli, bo kolejna wpadka może być końcem kariery.

3/10

Radosław Ostrowski

Pakt – seria 2

Po wydarzenia z pierwszej serii Piotr Grodecki (Marcin Dorociński) przeniósł się do Katowic i redakcji „Tygodnika”. Nie oznacza jednak, że zrezygnował z opisywania afer oraz polityki. Tym razem trafia na seksaferę związaną z ministrem gospodarki Janiakiem, jednak ofiara – asystentka polityka, Natalia (Magdalena Berus) – boi się o tym mówić. Ale dziennikarzowi udaje się przekonać ją i to doprowadza do destabilizacji rządu. W konsekwencji zostają rozpisane przyspieszone wybory. Cztery miesiące później w kopalni „Brygida” dochodzi do wybuchu i ginie 36 górników. Prezydent miasta Bytomia Anna Wagner (Magdalena Popławska) oskarża premiera o odpowiedzialność za katastrofę i ignorowanie sygnałów. Kobieta dołącza do stworzonej przez Dariusza Skalskiego (Adam Woronowicz) partii Odnowa.

Niby wszystko wydaje się nie mieć zbyt wiele ze sobą wspólnego, ALE… Grodecki w tajemnicy spotyka się z Wagner. I to jest pierwszy łącznik, a drugim jest otrzymana wiadomość z anonimowego źródła. Z tego wynika, że cała seksafera oraz dymisja Janiaka była ukartowana. Kto zmanipulował dziennikarza i jakie jest tu drugie dno? Grodecki próbuje dociec.

Drugi sezon tym razem zrealizowany został przez reżysera Leszka Dawida i tym razem jest to historia oryginalna, nie podparta na licencji. Tutaj już bardziej skupiamy się na politycznych gierkach, podchodach, kantach oraz wszelkich innych nieczystych zagrywkach. Wszystko w jednym celu i jednym celu wszystko: władzy. Dla niej można posunąć się do wszystkiego, nawet do morderstwa. I tak jak poprzednio mamy kolejną intrygę, która jest odkrywana powoli, po drodze serwując wiele trupów, tajemnic i zmiennych. Znowu mamy spisek ludzi na styku polityki, biznesu i służb specjalnych, jednak tutaj bardziej czuć klimat… „House of Cards”. Przesadzam? Troszeczkę, bo jednak nasz bohater bardziej przypomina superherosa, co niemal z każdej sytuacji wychodzi za pomocą sprytu lub szczęścia. No i świat brudnej, nieczystej polityki, gdzie trzeba szybko się uczyć jak przetrwać i walczyć. Tylko czy walka o władzę za wszelką cenę jest jedynym sposobem?

Nadal zachowany jest taki szaro-bure kadry z paroma nieostrymi ujęciami oraz pulsującą, elektroniczno-ambientową muzyką. Zdarzają się pewne problemy z uchwyceniem dialogów, lecz nie tak częste jak w poprzedniku. O wiele bardziej za to wypada montaż. I nie chodzi tylko o sceny dialogów czy rozmów, ale choćby użycie montażu równoległego, szybkich cięć, pokazywania (na ekranie, który nie jest monitorem) redagowanego tekstu czy szybkich zbitek z fragmentami rozmów dziennikarzy, zdjęć, tekstów. To o wiele urozmaicało seans.

Mieszanka starych znajomych z nowymi postaciami jest wręcz piorunująca. Dorociński nadal trzyma fason, ale to wyga i trudno mu nie kibicować. Tak samo solidnie się prezentuje Witold Dębicki (Andrzej Bitner), Mariusz Bonaszewski (premier Kostrzewa) czy świetny Adam Woronowicz (Dariusz Skalski). Ten drugi zostaje pogłębiony jako pozornie opanowany i spokojny, ale też doświadczony weteran zagrywek politycznych.

Najjaśniejszym nowym punktem obsady – przynajmniej dla mnie – była rewelacyjna Magdalena Popławska jako Anna Wagner. Lokalna polityk, której bliżej jest do idealistki z zasadami i zostaje zderzona z brutalnymi, bezwzględnymi zagrywkami, próbując zachować twarz. A nie jest to łatwe zadanie, gdy odkrywa kolejne brudy oraz jak głęboko sięga cały układ. Równie mocna jest Kinga Preis, czyli przełożona Piotra, Olga oraz Roman Gancarczyk w roli tajemniczego oficera ABW. Pojawiają się kolejne znajome twarze o różnym stopniu znaczenia, ze szczególnym wskazaniem na Łukasza Simlata (Sebastian Malik), Zbigniewa Zamachowskiego (Roman Hanus) i Borysa Szyca (właściciel Tygodnika, Łukasz Seidler).

Drugi sezon „Paktu” trzyma poziom poprzednika, a w paru miejscach wręcz przebija. Ciągle mroczna, brudna, lepka i nieprzyjemna kombinacja powiązań polityki, mediów, biznesu oraz służb specjalnych. Trzymająca w napięciu, z mocnymi dialogami i wyrazistymi postaciami. Ale trzeciej serii już nie dostaliśmy, co wynika z braku furtki na ciąg dalszy. Może to i lepiej.

8,5/10

Radosław Ostrowski