Doberman

Francuskie kino sensacyjne potrafiło mocno uderzyć, ale nawet ja nie byłem gotowy na „Dobermana”. Adaptacja serii komiksów Joela Houssina to kino efekciarskie, mocno próbujące wszczepić amerykańską estetykę na bardziej europejski grunt. Taka jest też ta produkcja z 1997, mocno komiksowo-teledyskowa w stylu samego Quentina Tarantino.

Tytułowy Doberman (Vincent Cassel) to szef grupy porąbanych gangsterów, którzy zajmują się napadami na bank. Poza nim grupę tworzą głuchoniema Cyganka Nathalie (Monica Bellucci), narwany Moskit (Antoine Basler), naćpany Pitbull (Chick Ortega) oraz bardzo ekscentryczny Ksiądz (Dominique Bettenfeld). Są bezwzględni, brutalni i grają ostro. Policja próbuje ich wytropić, ale za każdym razem wymykają. Po ostatnim napadzie, w którym zostało postrzelonych kilku policjantów, sprawy się komplikują. Bo do akcji wkracza inspektor Cristini (Tcheky Karyo), stawiający sobie za punkt honoru schwytanie Dobermana.

Już od samego początku mamy do czynienia z absolutnie pokręconym filmem. Już podczas sceny chrztu Dobermana, gdzie mamy wielkiego psa przed kościołem czy noworodka, któremu do kołyski wpada… pistolet typu Magnum. Reżyser Jan Kounen kompletnie bawi się formą: od szybkich cięć montażowych i dynamicznych ruchów kamery poprzez łamanie kadrów (scena napadu na bank) po ujęcia z ręki. Trudno nie odmówić intensywności, efekciarstwa oraz bardzo ekscentrycznej galerii postaci. Wszystko jest tu przerysowane i przejaskrawione: od samego gangu i wspierających ich Cyganów przez pomagającego im transwestytę aż po grupę policjantów. Ale wśród jest inspektor Cristini – facet tak odpychający, brutalny i bezwzględny, że nawet swoi nim gardzą, porównując go do gestapowca.

Sam film jest pełen szaleństwa oraz przesady: od napadu na ciężarówkę konwojentów przez wybuchowy (dosłownie) napad na bank aż po intensywny nalot policji na nocny klub. Jedyne, co mocno zdradza wiek filmu to komputerowe efekty specjalne: od przypominającą jakąś grę czołówkę oraz wszelkie eksplozje, które kłują oczy. W rzadkich momentach montaż bywa dość chaotyczny, niezbyt pomagając w śledzeniu akcji. Ale wszystko rekompensuje finałowa konfrontacja z policją oraz otwarte zakończenie.

Wszystko jeszcze podkręca świetna obsada. Vincent Cassel w roli Dobermana jest niemal idealnym bandziorem, który zachowuje opanowanie i spokój nawet w intensywnych momentach. Jednak to drugoplanowe postacie kradły ekran. Tutaj dla mnie całość kradł Dominique Bettenfeld ze swoimi tekstami, brzmiącymi niczym nawiedzone modlitwy oraz duet Basler/Ortega, niemal non stop w stanie nerwowości. No i jest jeszcze Monica Bellucci, która nawet nic nie mówiąc, jest bardzo pociągająca i magnetyzująca.

Ale jest jeszcze niesamowity Tcheky Karyo w roli inspektora Cristini, który wrył się najmocniej w pamięci. Jest równie przerysowany niczym Stanfield z „Leona zawodowca”, bardzo niebezpieczny niczym „Zły porucznik” z filmu Ferrary, do tego lubiący rzucać angielskimi słówkami. Grając z bardzo dziwnym spokojem czyni go wręcz tykającą bombą, która w każdej chwili może eksplodować agresją i przemocą. Choćby scena „przesłuchania” w domu jednego ze wspólników Dobermana, gdzie m. in. podchodzi do niemowlaka z granatem, rzuca wyzwiskami i terroryzuje całą rodzinę. Absolutnie rewelacyjna kreacja i jeden z najbardziej niezapomnianych bandziorów z odznaką.

„Doberman” jest destylatem kina lat 90., które mocno czerpie z komiksowej pulpy, pełnej wyrazistych indywidualności oraz pulsującej techno muzyki w tle. Niby tylko kolejna opowieść o policjantach i złodziejach, ale w drugiej połowie nabiera takiego tempa oraz energii, która nie pozwala wymazać go sobie z głowy. Szalone, efekciarskie, bardzo tarantinowskie w duchu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wielki Marty

Bracia Safdie byli jednym z najciekawszych rodzeństw wśród reżyserów od czasu braci Coen i nie ma w tym cienia przesady. Ale parę lat temu panowie się rozeszli, chyba wiem dlaczego. Każdy z nich chciał zrobić film sportowy, ale każdy chciał inny. Benny wyruszył po MMA w „The Smashing Machine”, a teraz Josh wyruszył w świat ping-ponga. Tylko, że nie do końca.

Bohaterem „Wielkiego Marty’ego” jest Marty Mauser (Timothee Chalamet) – młody, uzdolniony gracz tenisa stołowego z Nowego Jorku początku lat 50. Pracuje w sklepie obuwniczym, ale nie wywołuje to w nim żadnego entuzjazmu. Wręcz szuka każdej chwili, by się od niej wymigać. Najchętniej bzykając się w magazynie z Rachel (Odessa D’Azion) – co z tego, że ma męża? Nigdy mu to nie przeszkadzało, jednak pasja oraz ambicja bycia najlepszym ping-pongistą na świecie. Bierze udział w turnieju ping-ponga w Londynie, nawet dociera do finału, ale przegrywa z rewelacją tej imprezy – Japończykiem Koto Endo (Koto Kawaguchi). Po drodze jeszcze uwodzi podstarzała aktorkę Kay Stone (Gwyneth Paltrow), żonę biznesmena Miltona Rockwella (Kevin O’Leary), kradnie pieniądze szefowi na bilet i obraża jednego z sędziów imprezy. A kiedy wraca do domu, sprawy się komplikują: Rachel jest w ósmym miesiącu ciąży, szef oskarża go o kradzież i chce go zmusić do powrotu do pracy, a jeszcze otrzymał 1500 dolarów grzywny.

Sam początek mocno mnie zaskoczył, bo „Wielki Marty” sprawia wrażenie filmu biograficznego. Same zawody ping-ponga są pokazywane bez żadnego markowania czy użycia dublerów (głównie w jednym ujęciu), ale jest ich zaskakująco niewiele. Bo większość czasu „Wielki Marty” bliżej do poprzednich filmów braci Safdie, czyli „Good Time” i „Nieoszlifowanych diamentów”. Czyli historii drobnych cwaniaczków, którzy próbują wyplątać się z tarapatów, a pakują się w jeszcze większe. I kiedy wydaje się, że wszystko się uda oraz zmierza w dobrą stronę, to… jeszcze większy chaos się uruchamia. Ocierając się wręcz o mocno absurdalne sytuacje, potrafiące otrzeć się o czarną komedię. Przekręt wokół psa pewnego starszego pana (który okazuje się o wiele groźniejszy niż się wydaje), szybka hustlerka z ping-pogiem oraz grupką amatorów tego sportu czy romans z Kay. To wszystko wydaje się tak chaotyczne, szalone i pokręcone, że aż nie chce się w to wierzyć.

Safdie coraz intensywniej podkręca stawkę dzięki szybkim dialogów, jak zawsze dynamicznemu montażowi oraz bardzo nietypowej ścieżce dźwiękowej. Choć akcja dzieje się w latach 50., muzyka jest wzięta z lat 80. – od wykorzystanych piosenek (Tears for Fears, Peter Gabriel) aż po syntezatorową ilustrację Daniela Lopatina. Potrafi oczarować w chwilach spokoju czy zawodów, bardzo przypominając Tangerine Dream czy Vangelisa. Nie można też odmówić uroku zdjęciom Dariusa Khondjiego – technicznie trudno się do czegokolwiek przyczepić. I jeszcze mamy to otwarte zakończenie, które każdy musi sam zinterpretować. Co zrobi nasz Marty? Mam pewne podejrzenie, ale nie zamierzam go zdradzić.

A wszystko jest absolutnie rewelacyjnie zagrane. Wszystko na barkach trzyma fenomenalny Timothee Chalamet w roli „wielkiego” Marty’ego Mausera i jest to najbardziej antypatyczna postać jaką zagrał ten aktor. Z jednej strony jest cholernie uzdolnionym sportowcem, pełnym talentu, ale z drugiej jest bardzo narcystycznym, skupionym na swoim celu cwaniaczku. Jego działania przypominają tornado, siejące spustoszenie dookoła wszystkich. Wyszczekany i wygadany (Amerykanie takich ludzi nazywają „bullshit artist”), bardzo pewny siebie, niemal dążący po trupach (nie dosłownie) jakby wzięty z zupełnie innej epoki. Ale to w chwilach rozedrgania, gdzie musi szybko działać oraz podczas scen gry przy stole błyszczy najmocniej. Jednak reszta obsady (mieszanki zawodowców i naturszczyków) działa piorunująco: od bardzo wyszczekanej Odessy A’Zion w roli Rachel (scena w domu przyjaciela, kiedy dochodzi do ostrej awantury – perełka) i eleganckiej Gwyneth Paltrow (Kay Stone) przez świetnego Gezę Rohniga (zawodnik Bela Kletzki) aż po nieoczywistych debiutantów jak znakomity Kevin O’Leary (biznesmen Milton Rockwell, mąż Stone – równie pełny władzy i sprytu), raper Tyler The Creator (taksówkarz Wally) aż po internetowego celebrytę Luke’a Manleya (mocno przy kości Dion – kumpel Marty’ego) oraz reżysera Abla Ferrarę (niepozorny właściciel psa, Ezra Mishkin). Plus jest tu kilka drobnych epizodów znanych osobistości, które – jak rozpoznacie – może parę razy zaskoczyć.

„Wielki Marty” to zaiste wielki film, choć mocno przypominający wspólne dokonania braci Safdie. Josh zachowuje swój chaotyczno-energiczny styl, pokazując kolejnego bohatera napędzanego przez swoje obsesje i szaleństwa. Że jest to o wiele ciekawsza oraz bardziej angażująca historia niż „The Smashing Machine”, nawet nie muszę mówić. Mocny strzał na koniec roku 2025 i wierzcie mi, warto się będzie wybrać do kina.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Filmowe rozczarowania roku 2025

Nawet jeśli tego nie chcemy, nie da się uniknąć pewnych rozczarowań. Nawet przeglądając opinie innych z Internetu, dzięki czemu unikam absolutnego ścierwa, głównie z platform streamingowych. Jeśli spodziewacie się tu filmów złych, koszmarnych oraz totalnej słabizny w skali 1/10 lub 0/10 – tu ich tu nie ma. Życie jest zbyt krótkie i zbyt cenne, by marnować czas na oglądanie beznadziejnych rzeczy. Tutaj pojawiają się filmy, które bardziej lub mniej mnie zawiodły. Czy to z powodu zbyt dużego hajpu wynikającego z reżysera i/lub obsady, tematu. Czy pewnego partactwa w wykonaniu albo z powodu przerostu ambicji nad talent. Nie są to najgorsze rzeczy (nie używam już tego określenia), ale co najwyżej średniaki z oceną 5/10 albo i mniejszą. Oto pełna lista wstydu:

1. Emilia Perez, reż. Jacques Audiard
2. Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat, reż. Julius Onah
3. Mickey 17, reż. Bong Joon-ho
4. Komora, reż. James Foley
5. Fachowiec, reż. David Ayer
6. Raport Pileckiego, reż. Krzysztof Łukaszewicz
7. Dziadku, wiejemy!, reż. Olga Chajdas
8. Superman III, reż. Richard Lester
9. Superman IV, reż. Sidney J. Furie
10. Kokainowy miś, reż. Elizabeth Banks
11. Misja na Marsa, reż. Brian De Palma
12. Różowy cadillac, reż. Buddy Van Horn
13. Ocean’s Eleven, reż. Lewis Milestone
14. Trick, reż. Jan Hryniak
15. Złoto, reż. Wojciech Jerzy Has
16. Chopin, Chopin!, reż. Michał Kwieciński
17. Uwięzieni w kosmosie, reż. John Sturges
18. Osobisty pamiętnik grzesznika… przez niego samego spisany, reż. Wojciech Jerzy Has
19. Anakonda, reż. Luis Llosa

Oj, chyba dawno nie było tak dużo zawodów odkąd prowadzę tego bloga. Co tylko pokazuje jak pewną nieobliczalnością jest tworzenie filmów. Nie ma tu nic pewnego, co może być zarówno zaletą, jak i wadą. Czy będzie w 2026 roku mniej wpadek, kiksów oraz rozczarowań? Przekonamy się.

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy roku 2025

Jakiż był rok 2025 w kinie? Dla mnie to był o wiele większy okres oglądania klasyki na dużym ekranie – zarówno tej już mi znanej jak „Siedem”, „Amelia”, „Mulholland Drive”, „Dzień świra” czy niedawno „Ojciec chrzestny” – ale też odkrywając po raz pierwszy takie perełki w stylu „Stop Making Sense” oraz „Amadeusza”. Po części dzięki takim inicjatywom kina powoli zaczynają ożywać, a ja mam dodatkową zachętę. Sam jednak byłem bardzo pozytywnie zaskoczony ilością dobrych filmów polskich. Od bardzo czarującej oraz rozbrajająco uroczej „Światłoczułej” przez psychologiczną grę w „Utracie równowagi” po bardzo mroczny „Dom dobry”. O „Dziewczynie z igłą” nie wspominam, bo… ten film już widziałem w 2024 roku. A jeszcze szperając po starociach wygrzebałem parę nieoczywistości.

Obecne poniżej filmy zostały przeze mnie ocenione na przynajmniej 8/10, a jeśli chcecie poznać moją opinię, wystarczy kliknąć w link do recenzji. Całość jest ułożona chronologicznie od stycznia, bez rankingów. A jeśli jakiego tytułu tu nie ma, są dwie opcje: albo mi się nie spodobał tak bardzo, albo po prostu go nie widziałem. Tyle słowem wstępu, więc bierzcie i patrzcie na to wszyscy.

1. Stop Making Sense, reż. Jonathan Demme
2. Bezdroża, reż. Alexander Payne
3. Światłoczuła, reż. Tadeusz Śliwa
4. Dog Man, reż. Peter Hastings
5. The Brutalist, reż. Brady Corbet
6. Nosferatu, reż. Robert Eggers
7. To nie mój film, reż. Maria Zbąska
8. Ronin, reż. John Frankenheimer
9. Mulholland Drive, reż. David Lynch
10. Grzesznicy, reż. Ryan Coogler
11. Rambo: Pierwsza krew, reż. Ted Kotcheff
12. Genialny klan, reż. Wes Anderson
13. Surfer, reż. Lorcan Finnegan
14. Dom zły, reż. Wojciech Smarzowski
15. Lilo i Stitch, reż. Dean Fleischer Camp
16. Utrata równowagi, reż. Korek Bojanowski
17. Tajemniczy ogród, reż. Agnieszka Holland
18. Prosta historia, reż. David Lynch
19. Materialiści, reż. Celine Song
20. F1: Film, reż. Joseph Kosinski
21. Chip i Dale: Brygada RR, reż. Akiva Schaffer
22. Follemente. W tym szaleństwie jest metoda, reż. Paolo Genovese
23. Wojna, reż. Alex Garland, Ray Mendoza
24. Pan Wilk i spółka 2, reż. Pierre Perifel
25. Naga broń, reż. Akiva Schaffer
26. Zniknięcia, reż. Zach Gregger
27. Chinatown, reż. Roman Polański
28. Amadeusz, reż. Milos Forman
29. Pętla, reż. Wojciech Jerzy Has
30. Pożegnania, reż. Wojciech Jerzy Has
31. To był zwykły przypadek, reż. Jafar Panahi
32. Cinema Paradiso, reż. Giuseppe Tornatore
33. Wielki marsz, reż. Francis Lawrence
34. Jak być kochaną, reż. Wojciech Jerzy Has
35. Ostatni wiking, reż. Anders Thomas Jensen
36. Szyfry, reż. Wojciech Jerzy Has
37. Zbieg z Alcatraz, reż. John Boorman
38. Lalka, reż. Wojciech Jerzy Has
39. Na rozkaz serca, reż. Michael Apted
40. Franz Kafka, reż. Agnieszka Holland
41. Sanatorium pod Klepsydrą, reż. Wojciech Jerzy Has
42. Nieciekawa historia, reż. Wojciech Jerzy Has
43. Bugonia, reż. Yorgos Lanthimos
44. Predator: Pogromca zabójców, reż. Dan Trachtenberg
45. Ministranci, reż. Piotr Domalewski
46. Zwierzogród 2, reż. Jared Bush & Byron Howard
47. Dom dobry, reż. Wojciech Smarzowski
48. Rękopis znaleziony w Saragossie, reż. Wojciech Jerzy Has
49. Błysk diamentu śmierci, reż. Helene Cattet & Bruno Forzani
50. Wielki Marty, reż. Josh Safdie

Dawno nie miałem tak długiej listy tak imponujących filmów. Także pierwszy raz od dawna zrobiłem ranking filmografii reżysera, co chyba się wielu spodobało. Pozostaje mi mieć nadzieję, że rok 2026 będzie równie bogaty albo równie bogatszym doświadczeniem filmowym.

Radosław Ostrowski

Anakonda (2025)

Chyba nikt się nie spodziewał, że powstanie nowa „Anakonda”. I nie chodzi o remix utworu Nicky Minaj, tylko o… no właśnie. Remake, reboot, wariację na temat? Więc znowu jesteśmy w dżungli oraz znowu mamy wielkiego węża. Jednak cała reszta jest zupełnie inna.

W nowej „Anakondzie” historia skupia się na grupie przyjaciół z Buffalo, którzy znajdują się w kryzysie wieku średniego. Doug McCallister (Jack Black) miał być reżyserem w Hollywood, jednak zamiast tego reżyseruje filmy ślubne, zaś Ron Griffin (Paul Rudd) jest aktorem z niezbyt dużymi sukcesami. Ale udaje mu się przekonać przyjaciela, że ma prawa do filmu „Anakonda”. Razem ze swoją byłą dziewczyną, prawniczką Claire (Thandiwe Newton) oraz niezbyt rozgarniętego Kenny’ego (Steve Zahn) wyruszają do Brazylii kręcić niskobudżetowy remake produkcji z 1997 roku. Co może pójść nie tak?

Tym razem za kamerą stanął Tom Gormican, czyli reżyser „Nieznośnego ciężaru wielkiego talentu”. I w zasadzie są tu dwie opowieści w jednym. Z jednej to meta-komedia, próbująca iść w kierunku „Jaj w tropikach”, gdzie grupa przegrywów podąża za marzeniami. Ale jednocześnie jest jeszcze poboczna opowieść, gdzie pojawia się niejaka Ada (Daniela Melchior). Kobieta jest ścigana i dołącza do grupy jako kapitan statku. I ku mojemu zaskoczeniu, o wiele bardziej nowa „Anakonda” działa jako thriller. Nie brakuje tu zarówno sprytnie budowanego napięcia (scena z kamperem) czy akcji (ucieczka z użyciem „przynęty” lub wybuchowy finał), ale nadal jest to zrobione z lekkim dystansem. Problem jednak w tym, że ten humor nie zawsze trafia. Co zważywszy na reżysera i jego poprzedni film zdziwiło mnie.

Najbardziej dla mnie błyszczały momenty związane z realizacją filmu oraz mocno „nawiedzonego” specjalisty od węży (świetny Selton Mello). Swoje też robi mocna chemia między Blackiem a Ruddem, gdzie nie ma tutaj przerysowania ani karykatury. Pierwszy ma w sobie szaloną energię, drugi jest zadziorny, z błyskiem w oku (kiedy gra awanturnika). Troszkę do tła została przesunięta Thandiwe Newton i w zasadzie nie ma zbyt wiele do roboty, zaś parę razy całość kradnie Steve Zahn. Jego pierdołowatość, brak pewności siebie oraz jego ekspresja twarzy potrafi rozchmurzyć nawet największego ponuraka. Jest też jedno (a nawet dwa) cudne cameo, wywołujące lekki uśmieszek na twarzy.

I powiem, że ta nowa „Anakonda” jest zaskakująco przyzwoitą rozrywką. Nawet jeśli nie zawsze porywa, a humor potrafił czasem przestrzelić, ma swoje urocze momenty. To przede wszystkim zasługa świetnego aktorstwa i chemii między ekipą, nagłe ataki węża zaskakują, zaś efekty specjalnie trzymają poziom. Leciutka rozrywka na rozluźnienie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Anakonda (1997)

Już w kinach pojawiła się nowa wersja „Anakondy” – jeszcze nie wiem, czy to będzie reboot, remake czy tylko wariacja na temat. Więc to dobra okazja, aby się zapoznać z pierwowzorem. Czyli stworzonym w latach 90. blockbusterowym kinem klasy B, mocno czerpiącym ze znajomych klisz oraz schematów animal attack.

Sama fabuła jest prosta niczym konstrukcja cepa. Otóż śledzimy ekspedycję naukową w głąb Amazonki, która ma odnaleźć mityczne plemię. Grupą prowadzi dr Steven Cale (Eric Stoltz) oraz filmowcy z reżyserką Terri (Jennifer Lopez), operatorem Danny’m (Ice Cube), dźwiękowcem Gregiem (Owen Wilson), asystentką Denise (Kari Wuhler) oraz aktorem, pełniącym rolę narratora Warren (Jonathan Hyde). Cóż może pójść nie tak? Wszystko zmienia się, gdy ekipa przygarnia rozbitka, niejakiego Paula Serone’a (Jon Voight). Ten obiecuje pomóc w dotarciu do celu, jednak ma własny motyw.

Wszystko jest tu proste, a reżyser Luis Llosa wydaje się być świadomym tego, co robi. Postacie w zasadzie są proste, płaskie i papierowe – naukowiec w stroju Indiany Jonesa, czarnoskóry dobrze posługujący się nożem, Brytyjczyk z wyższych sfer nie odnajdujący się w tym otoczeniu. No i jeszcze tajemniczy przybysz – niby z Paragwaju, ale akcent jest zupełnie z zupełnie innej strony galaktyki, jest kompletnie przerysowana, w zasadzie niejako kradnący ekran bardziej niż anakonda. Dialogi w zasadzie są, ale ich brak nic specjalnie by zmienił. Z kolei sam wąż jest… straszny. I nie chodzi o to, że budzi grozę, ale efekty komputerowe nie zestarzały się zbyt dobrze. Gad wygląda jakby był z gumy i nie budzi przerażenia, za to jest bardzo długi, a nawet potrafi złapać swoją ofiarę w locie. Dosłownie i w przenośni.

Sam film wygląda ładnie wizualnie (szczególnie wschody słońca na rzece), co jest zasługą Billa Butlera – autora zdjęć m.in. do „Szczęk”, zaś muzyka Randy’ego Edelmana pomaga w budowaniu klimatu. Ale jeśli myślicie, że wywołuje to jakiekolwiek napięcie czy grozę, zapomnijcie. Ja nie czułem kompletnie nic, poza nagłymi atakami śmiechu oraz niedowierzania. Choćby w finale, gdzie mamy podpalanie, ucieczkę za bestię i eksplozję. Jedynie Jon Voight sprawia wrażenie, jakby wiedział w czym gra, robiąc absolutną zgrywę. Ten dziwny akcent, niemal kamienny wyraz twarzy oraz opanowanie godne najtwardszego twardziela zapadają w pamięć. A jego śmierć – o rany, tego nawet nie jestem w stanie opisać.

„Anakonda” ani nie działa jako horror/thriller, bo suspensu i strachu w zasadzie tu nie ma. Scenariusz w zasadzie jest szczątkowy, nawet jeśli świadomie idzie w stronę kina klasy B, C, a nawet jeszcze niższego. Idiotyczne, głupie, bliżej kategorii guilty pleasure, ale tak naprawdę jest bardzo przeciętne.

5/10

Radosław Ostrowski

Błysk diamentu śmierci

Czy jeszcze można coś wymyślić w kwestii kina sensacyjno-szpiegowskiego? Bondy, Bourne’y, Kingsmani oraz ich klony czy parodie pokroju Austina Powersa są bardzo znanymi motywami oraz tropami, które zbudowały ten gatunek. A teraz pojawił się francuskie małżeństwo Helene Cattet/Bruno Forzani, który zrobił swoją wariację kina szpiegowskiego w mocno włoskim stylu z lat 60. i 70.

„Blask diamentu śmierci” skupia się na panu Dimanie (Fabio Tesli) – niezbyt młodym mężczyźnie, co zawsze nosi się na biało. Obecnie przebywa w jakimś hotelu na Lazurowym Wybrzeżu, popijając drinki, spacerując. Nic nie wiemy o nim, ale jedna sytuacja budzi wspomnienia z przeszłości. A dokładnie pewna apetyczna sąsiadka oraz diament… przypięty do jej piersi. Niedługo potem kobieta zostaje znaleziona martwa, zaś Diman ma podejrzenia, że to może być powiązane z jego przeszłością. Przeszłością szpiegowską, chociaż… czy aby na pewno był szpiegiem.

Para reżyserów to ewidentnie ludzie kochający kino, mocno czerpiąc z klimatów retro. Ale jednocześnie to ciągle prowadzona gra z widzem, gdzie – tak jak główny bohater – wpadamy w konsternację. Bo mamy zarówno tajną akcję z przeszłości (zdobycie zaufania handlarza ropą naftową), galerię ekscentrycznych przeciwników, z którym najbardziej niebezpieczna jest enigmatyczna Serpentik. Ciągle nosząca strój niczym ninja, z której widać tylko oczy, nikt nic nie wie o niej, szybko się pojawia i znika jeszcze szybciej. Zostawiając po sobie tylko śmierć, chaos i spustoszenie. A dalej robi się jeszcze dziwaczniej – diamenty, morderstwa, dziewczyna w sukience pełnej małych… lusterek, co robią nagrania. Raz jesteśmy w akcji, raz na konferencji prasowej, by trafić na plan filmowy. Wracają pewne linijki dialogów oraz sceny w nowych kontekstach, by jeszcze wejść w poziom meta. Co tu się dzieje? Czy tego quasi-Bonda robił David Lynch albo inny Winding Refn? I jeszcze absolutnie bardzo energetycznie (z braku lepszego słowa) zmontowane. Byłem kompletnie pochłonięty oraz oszołomiony warstwą audio-wizualną, że nie mogłem kompletnie oderwać oczu. Mózg mi eksplodował od pewnych poszlak i tropów (szczególnie w finale), cały czas będąc w stanie ciągłej stymulacji, jakiej nie czułem od dawna.

Nie wszystkim spodoba się ten film, a wielu nawet uzna za przerost formy nad treścią. Ale „Błysk diamentu śmierci” to najbardziej postmodernistyczne kino, jakiego nie widziałem od dawna. Niejako żyjące własnym życiem, czerpiące ze znajomych elementów, by kompletnie je zdemolować i rozsadzić od środka. Seans jak najbardziej warty ryzyka.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wojciech Jerzy Has

Reżyser i scenarzysta filmowy.

Urodzony 1 kwietnia 1925 roku w Krakowie. Syn restauratora. Podczas okupacji niemieckiej studiował w krakowskiej Szkole Handlowej, a gdy ta została rozwiązana w 1943 roku, w Szkole Przemysłu Artystycznego (zakonspirowana Akademia Sztuk Pięknych). Po zakończeniu wojny zapisał się do przywróconej ASP oraz na Kurs Przeszkolenia Filmowego kierowany przez Stanisława Furmanika. W ramach zajęć Has mógł obejrzeć filmy przechwycone przez Antoniego Bohdziewicza z hitlerowskiego biura propagandy Film und Propaganda jak Ludzie za mgłą (1938) Marcela Carne, Jej pierwszy bal (1937) Julien Delivera czy Iwana Groźnego (1944) Siergieja Eisensteina. Kurs ukończył w lipcu 1946 roku i rok później przerwał studia w ASP. Po drodze jeszcze pracował jako asystent operatora Polskiej Kroniki Filmowej.

Początki filmowej kariery reżysera Pętli jednak nie należały do łatwych. Zaczął jako asystent reżysera przy filmie Dwie godziny (1946) Stanisława Wohla. Produkcja nie trafiła jednak do dystrybucji, jednak Wohl polecił Hasa Jerzemu Zarzyckiemu przy pracy nad Zdradzieckim sercem opartym na prozie Edgara Allana Poe. Film nigdy nie powstał z powodu śmierci aktora grającego główną rolę, Stanisława Grolickiego, lecz Has został zarekomendowany Eugeniuszowi Cękalskiemu – opiekunowi artystycznemu jego pierwszego krótkiego metrażu. Nakręcona w 1947 roku Harmonia spotkała się z dezaprobatą filmowca, który zarzucił Hasowie formalizm i zablokował dystrybucję filmu. Podczas starań o realizację filmu, twórca Pożegnań poznał Jerzego Bossaka – szefa artystyczno-programowego „Film Polski”. Kiedy Has razem ze Stanisławem Różewiczem przygotowywali dokument Ulica Brzozowa (1947), ten pierwszy został najęty jako realizator w Wytwórni Filmów Dokumentalnych w Warszawie. Sytuacja jednak się zmieniła, kiedy Bossak został pozbawiony stanowiska, a jego miejsce zajęła Ruta Radkiewiczowa, żona ministra bezpieczeństwa publicznego. Wskutek donosu Has za karę został zesłany do Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi, gdzie tworzył filmy dokumentalne, instruktażowe i oświatowe.

A potem przyszedł rok 1955, kiedy zaczęły powstawać pierwsze zespoły filmowe. Początkowo Has związał się z kierowanym przez Jerzego Zarzyckiego ZF „Syrena”, gdzie przygotowywał swój pełnometrażowy debiut na podstawie scenariusza Danuty Ścibor-Rylskiej Ziemia. Tekst miał rysy kina socrealistycznego: wyzyskiwani przez kułaka parobkowie przechodzą do spółdzielni produkcyjnej, gdzie prowadzą lepsze życie od niego. Problem w tym, że scenopis wykonany przez Hasa tak mocno odbiegał od założeń, iż projekt został mu odebrany. Rozczarowany reżyser odszedł z „Syreny”, ale otrzymał propozycję współpracy od Ludwika Starskiego – kierownika artystycznego ZF „Iluzjon”. Has do współpracy zaprosił znanego pisarza Marka Hłaskę, po czym obaj przyszli ze wstępnym scenariuszem do kierownika literackiego zespołu, Stanisława Dygata. I tak powstała Pętla, a następnie – za namową autora zdjęć, Mieczysława Jahody – Pożegnania. Po tym reżyser związał się z kierowanym przez Jerzego Bossaka ZF „Kamera”.

Od 1974 roku Has zaczął pracę jako wykładowca w łódzkiej Filmówce na Wydziale Reżyserii. W latach 1989-90 został dziekanem tego wydziału, zaś w latach 1990-96 pełnił funkcję rektora uczelni. Wśród filmów, które twórca objął opieką artystyczną uczelni były takie dzieła jak Indeks (1977) Janusza Kijowskiego, Listopad (1992) Łukasza Karwowskiego, Rozmowa z człowiekiem z szafy (1993) Mariusza Grzegorzka, Torowisko (1999) Urszuli Urbaniak czy Szczęśliwy człowiek (2000) Małgorzaty Szumowskiej. Do tego w latach 1981-87 był kierownikiem artystycznym Zespołu Filmowego „Rondo”. Poza swoimi filmami powstały tam m.in. Matka Królów (1982) Janusza Zaorskiego, Yesterday (1984), Kochankowie mojej mamy (1985) i Pociąg do Hollywood (1987) Radosława Piwowarskiego oraz Oszołomienie (1988) Jerzego Sztwiertni.

Wojciech Jerzy Has zmarł 3 października 2000 roku w Łodzi. Początkowo miał być pochowany na Cmentarzu Rakowieckim w Krakowie, ostatecznie ceremonia pogrzebowa odbyła się 10 października 2000 na cmentarzu komunalnym w Dołach w Łodzi. Zostawił po sobie trzecią żonę, Wandę Ziembicką.

Do grona regularnych współpracowników należeli: scenografem Jerzym Skarżyńskim, montażystką Zofią Dwornik, kompozytorami Lucjanem Kaszyckim i Jerzym Maksymiukiem, operatorem Mieczysławem Jahodą, Stefanem Matyjaszkiewiczem i Grzegorzem Kędzierskim, kostiumologiem Lidią Skarżyńską, Magdaleną Biedrzycką i Marią Nowotny; dźwiękowcem Bohdanem Bieńkowskim i Januszem Rosołem oraz aktorami – Gustawem Holoubkiem, Ireną Orską, Ireną Netto, Władysławem Dewoyno, Józefem Pierackim, Zdzisławem Maklakiewiczem, Adamem Pawlikowskim, Krzysztofem Litwinem, Zbigniewem Cybulskim, Beatą Tyszkiewicz, Barbarą Krafftówną i Elżbietą Czyżewską.

Oto ranking obejrzanych przeze mnie filmów Wojciecha Jerzego Hasa – od najsłabszego do najlepszego.

Miejsce 14. – Złoto (1961)

Na pierwszy rzut oka to prosta opowieść, skupiająca się wokół młodego chłopaka, który próbuje znaleźć swoje miejsce na ziemi. Ostatecznie trafia do kombinatu w okolicy kopalni węgla brunatnego. Jednak zaadaptowanie się w nowym środowisku nie jest proste. Has pozornie idzie w stronę produkcyjniaka, jednak próbuje stworzyć dramat psychologiczny. Główny bohater grany przez Władysława Kowalskiego ma pewną tajemnicę, ale fabuła była pretekstowa, tło ledwo liźnięte, zaś postacie pozbawione głębi. Recenzja tutaj.

Miejsce 13. – Osobisty pamiętnik grzesznika… przez niego samego spisany (1985)

Has i horror? Adaptacja powieści Jamesa Hogga miała potencjał na intrygujące kino. Historia skupia się wokół Robert (Piotr Bajor), który opowiada historię swojego życia po śmierci. Wychowywany przez dewotkę oraz pastora, przekonany o wyższym celu, trafia na tajemniczego Nieznajomego (Maciej Kozłowski). Ta mieszanka grozy, dramatu historycznego oraz – w założeniach – traktatu o łatwo można wpaść w sidła zła poprzez pychę i arogancję. Ale problem w tym, że reżyser przedstawia to wszystko w sposób mętny i nieczytelny. Z masą metaforycznych dialogów, symboli oraz teatralnego aktorstwa. Recenzja tutaj.

Miejsce 12. – Pismak (1984)

Tytułowym pismakiem jest Rafał (Wojciech Wysocki), związany z pismem „Djabeł”, który publikuje antyklerykalne i antypaństwowe treści. W zaborze rosyjskim podczas I wojny światowej. Zostaje aresztowany i trafia do celi, gdzie razem z nim przebywają były zakonnik Syskstus (Jan Peszek) oraz legendarny kasiarz Szpicbródka (Zdzisław Wardejn). Has jest bardzo kameralny, oszczędny w formie dramat psychologiczny w ograniczonej przestrzeni. Granica między jawą a snem zaczyna się zacierać, w tle mamy kwestie winy i kary, ale powolne tempo oraz mętne zakończenie. Sytuację ratuje świetna obsada, szczególnie Wardejn, Peszek, a także drobne role Gustawa Holoubka i Janusza Michałowskiego. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Niezwykła podróż Baltazara Kobera (1988)

Ostatni film w dorobku Hasa, będący koprodukcją polsko-francuską. Adaptacja powieści Fredericka Tristana skupia się wokół młodego chłopaka z małego miasteczka. Jąkała, który… widzi anioły i wydaje się, że jest przeznaczony do nieprzeciętnych rzeczy. Odkąd trafia na studia do seminarium jest świadkiem niezwykłych rzeczy. Trudno nie zauważyć, że „Niezwykła podróż…” mocno przypomina „Rękopis znaleziony w Saragossie” – Inkwizycja, kabaliści, wolnomularze, Niebo, Piekło. Jest mętnie i tajemniczo, ale jednocześnie trudno mi było oderwać oczy. Pięknie wizualny, z fantastyczną muzyką oraz naprawdę dobrym aktorstwem. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Wspólny pokój (1959)

Tym razem Has bierze na warsztat powieść Zbigniewa Umiłowskiego, będącą portretem aspirujących, młodych literatów w przedwojennej Warszawie. Do pokoju pełnego takich ludzi trafia Lucjan Salis (Mieczysław Gajda), próbujący pracować nad nowym dziełem. A jednocześnie ma nawrót gruźlicy. Film naładowany dialogami, bardzo kameralny i pokazujący jałowe życie młodych ludzi, którzy o czymś marzą, planują, myślą, ale nie potrafią zrobić nic ponad to. Problem w tym, że nie byłem w stanie się emocjonalnie zaangażować. Technicznie i aktorsko bez zarzutu, lecz czegoś mi tu zabrakło. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Rozstanie (1960)

„Komedia sentymentalna” – ten podtytuł raczej nie jest czymś, czego można było się spodziewać po filmie Hasa. Historia skupia się wokół starszej aktorki, która wraca do rodzinnego miasteczka na pogrzeb dziadka. Jej rodzina bardzo chce, by kobieta została w odziedziczonym domu, ale to nie będzie łatwe. Po drodze jeszcze pojawia się pewien młody chłopak. To jeden z bardziej uroczych filmów w dorobku reżysera, pełen ciepłego humoru, zaś w tle mamy zderzenie dawnego świata z nową rzeczywistością. Zaś między Lidią Wysocką a Władysławem Kowalskim jest mocna chemia, a na drugim planie jest masa wyrazistych postaci ze wskazaniem na Holoubka i Pawlikowskiego. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – Szyfry (1966)

Druga z produkcji Hasa, która polemizuje z „polską szkołą filmową”. Podążamy za Tadeuszem (Jan Kreczmar) – mieszkającym w Londynie imigrancie, który nie utrzymuje kontaktu z pozostawioną w kraju rodziną. Zmuszony jest wrócić do Krakowa przez list od syna (Zbigniew Cybulski), opisującym coraz pogarszający się stan matki, która nie potrafi się pogodzić ze śmiercią drugiego syna. Próba rozwikłania tajemnicy okaże się trudnym zadaniem. Mamy tu zderzenie dwóch perspektyw – ludzi, co przeżyli okupację i imigrantów, dla których jest to kompletnie nieznane doświadczenie. Dla tych drugich słowa pierwszych brzmią jak tytułowe szyfry. Plus dwie niezapomniane sceny oniryczne. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Nieciekawa historia (1982)

Pierwszy po 10 latach przerwy film Hasa, oparty na opowiadaniu Antoniego Czechowa. Podstarzały profesor medycyny (świetny Gustaw Holoubek) dokonuje bilansu swojego życia. A ten nie wypada zbyt pomyślnie. Bardzo kameralny dramat psychologiczny o poczuciu jałowości egzystencji i przegraniu życia. Najbardziej melancholijny film w dorobku reżysera, pięknie sfotografowany i zagrany. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Pożegnania (1958)

Pamiętasz była jesień – to z tego filmu pochodzi ta piosenka. Ale to nie jedyna niezapomniana rzecz w tej adaptacji powieści Stanisława Dygata. Dwoje młodych ludzi z różnych światów – on z klasy inteligenckiej, ona fordancerka. Coś między nimi zaczyna iskrzyć, jednak spełnienia nie będzie. Po części z powodu wybuchu wojny. Zadziwiająco delikatny i poruszający melodramat z wojną w tle, która niszczy wiele rzeczy. Oczekiwania, nadzieje, plany i miłości. Ale może jest jest szansa na to, że jeszcze ta para się zejdzie? Fantastyczny duet Tadeusz Janczar/Maria Wachowiak, świetny drugi plan oraz Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Lalka (1968)

Adaptacja jednej z najgłośniejszych powieści Bolesława Prusa, czyli historia niespełnionej miłości między zamożnym kupcem Wokulskim (Mariusz Dmochowski) a zubożała arystokratką Łęcką (Beata Tyszkiewicz). To także pierwszy film Hasa nakręcony w kolorze. Przede wszystkim historia próby wejścia do środowiska, które patrzy na kogoś innego więcej niż krzywo. Jak zawsze bogata w detale scenografia, pokazująca bardzo naturalistycznie Warszawę drugiej połowy XIX wieku, piękne kostiumy oraz bardzo wyraziste aktorstwo z masą drobnych epizodów. Nim zobaczymy nową wersję z Marcinem Dorocińskim, warto sobie przypomnieć tą interpretację. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Pętla (1957)

Pełnometrażowy debiut reżysera na podstawie dzieła Marka Hłaski. Czyli jeden, bardzo dzień z życia Kuby (Gustaw Holoubek) – nałogowego alkoholika. Następnego dnia ma pójść na odwyk, ale musi tą dobę wytrzymać. A wierzcie mi, to nie będzie proste. Już tutaj widać jak bardzo skupionym oraz precyzyjnym reżyserem jest Has. „Pętla” jest bardzo mrocznym i najbardziej depresyjnym portretem uzależnienia jaki widziałem (bardziej niż „Zostawić Las Vegas” czy „Pod mocnym aniołem”), przypominający senny koszmar przeżywany w nieskończoność. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Sanatorium pod Klepsydrą (1973)

Do tytułowego sanatorium przybywa Józef (Jan Nowicki), by odwiedzić swojego umierającego ojca (Tadeusz Kondrat). Lecz samo miejsce jest dość osobliwe: niby jest lekarz i pielęgniarki, ale te ściany popękane, jakieś mchy, kurze. A potem Józef otwiera drzwi na zewnątrz ogrodu i… trafia do zupełnie innego świata. Opierając się prozie Bruno Schulza reżyser prowadzi bohatera do świata, który bezpowrotnie odszedł. Świata żydowskich społeczności, wspomnień z dzieciństwa, gdzie rzeczywistość i sny mieszają się ze sobą. To brzmi jak mieszanka, którą mogli spłodzić David Lynch, Terry Gilliam i Andrzej Żuławski, a wszystko fenomenalnie nakręcone przez Witolda Sobocińskiego. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Rękopis znaleziony w Saragossie (1964)

Piętrowa opowieść w ramach opowieści w ramach opowieści według epickiej (ponad 900 stron) prozy hrabiego Jana Potockiego oraz zwariowana mieszanka komedii, kina przygodowego i… horroru. A wszystko skupia się wokół młodego oficera Alfonsa van Wordena, który wyrusza do Madrytu. Po drodze trafia do gór Sierra Morena, uważanych za nawiedzone. A potem dzieją się rzeczy nie z tego świata – islamskie księżniczki, opętani, pustelnicy, Inkwizycja, kabaliści, ożywieni wisielcy. Do tego jeszcze ludzie opowiadają swoje historie, które otwierają kolejne i kolejne. Produkcja do wielokrotnego oglądania, gdzie można więcej wyłuskać. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Jak być kochaną (1962)

Chyba największa niespodzianka tego zestawia. Na podstawie utworu Kazimierza Brandysa, film opowiada historię aktorki Felicji (rewelacyjna Barbara Krafftówna), której losy obejmują okres przedwojenny, okupacji i współczesność. Dziewczyna podczas okupacji miała ukryć aktora Rawicza (Zbigniew Cybulski), w którym się podkochiwała. Ale nie jest to miłość odwzajemniona. Mimo upływu lat to bardzo porażające kino, bardzo powolne, precyzyjnie napisane, wykonane oraz zagrane. Aż sam jestem zdziwiony, że tak bardzo mi się spodobał. Recenzja tutaj.

Sam Wojciech Jerzy Has to twórca tak osobliwy, że w zasadzie trudno go wcisnąć w jakąś szufladkę. Od bardzo kameralnych dramatów psychologicznych po bardzo wystawne, wręcz wysokobudżetowe produkcje z bardzo szczegółową scenografią i kostiumami. Reżyser w swoich dziełach często porusza kwestie czasu, miesza jawę ze snem, wpuszczając się w surrealistyczne rewiry. Nawet jeśli nie zawsze jest on jasny i czytelny, to jednak nie można odmówić uroku, unikalnej estetyki i wręcz wizjonerstwa.

A jakie są wasze ulubione filmy Wojciecha Jerzego Hasa? Tak jak u mnie? A może zupełnie inaczej? Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach.

Radosław Ostrowski

Rękopis znaleziony w Saragossie

Dość długo zwlekałem z sięgnięciem po ten najgłośniejszy film w dorobku Wojciecha Jerzego Hasa. Oparta na szkatułkowej powieści hrabiego Jana Potockiego „Rękopis znaleziony w Saragossie” to najbardziej odjechany, psychodeliczny film, którego nie powstydziliby się filmowi surrealiści czy wariaci pokroju Davida Lyncha. Tylko, że nakręcony w Polsce lat 60.

Punktem wyjścia jest podróż nowego kapitana gwardii walońskiej, Alfonsa van Wordena (Zbigniew Cybulski) do Madrytu. Przedziera się przez góry Sierra Morena, uważając ją za najkrótszą drogę do celu. Problem w tym, że okolica uważana jest za nawiedzone miejsce. Ale nasz oficer to szlachcic, który nie wierzy w taką ciemnotę i nie jest go w stanie nic przekonać do zmiany swoich planów. Po drodze trafia na oberżę, gdzie straszy. Tak straszy, że właściciel z żoną nocą idą do najbliższego miasteczka. I kapitan na własnej skórze przekona się, iż istnieją rzeczy nie z tego świata. Wszystko przez kobietę, a nawet dwie – muzułmańskie księżniczki, co nie wyparły się swojej wiary w Allaha. Uczta oraz napój, przez który obudzi się rankiem… przy szubienicy. I to więcej niż raz.

Has tworzy coś, co dużo później Barbara Białowąs określi jako „film o filmie w ramach filmu”. Co przez to mam na myśli? Dużo sporo postaci opowiada o sobie, swoich przygodach i tam pojawia się inna postać, zaczynająca snuć kolejną opowieść. To się strasznie gmatwa, komplikuje oraz wywołuje kompletny mętlik w głowie – mojej, a także samego van Wordena. Każda z tych opowieści niby dotyczy hiszpańskiego społeczeństwa XVII wieku, jednak ciężko oderwać uszy oraz oczy. Jest tu masa barwnych oraz wyrazistych postaci – pustelnik mieszkający w opuszczonej kaplicy (Kazimierz Opaliński), „nawiedzony” Paszenko (Franciszek Pieczka), zaczytany w romansach kupiec don Lopez (Krzysztof Litwin), uwodzicielska Frasquetta (Elżbieta Czyżewska), wreszcie tajemniczy kabalista (Adam Pawlikowski) oraz król Cyganów (Leon Niemczyk). A po drodze jeszcze ożywieni wisielcy, rabusie, święta Inkwizycja, wezyr, usypiające napoje. Jakbyśmy razem z van Wordenem znaleźli się w jakiejś pętli, z której nie da się wyrwać.

I tutaj Hasowi udaje się zbudować niepokojącą atmosferę tajemnicy, niesamowitości. W tle jeszcze wchodzi mieszanka symfonicznej muzyki z raczkującą elektroniką w tle, która działa. Jak zwykle u tego reżysera nie zawodzi strona wizualna: imponująca scenografia i kostiumy (a także rysowane ryciny – piękne) przez bardzo surowe krajobrazy górskie aż po proste, ale bardzo przemyślane ruchy kamery. Reżyser jest bardzo pewny w tym, co i jak chce zaprezentować. Choć czasem bywają momenty, że film wygląda niczym spektakl teatralny (szczególnie we wnętrzach), ale to dodaje mu pewnego uroku. A jeszcze jak to jest rewelacyjnie zagrane – w zasadzie tu mógłby w zasadzie wpisać same nazwiska, bo tu każdy ma swoje przebłyski, także wymienieni wyżej ludzie. Jednak dla mnie całość – poza kradnie rewelacyjny Zdzisław Maklakiewicz w roli natrętnego, ale bardzo zaradnego i wygadanego don Busquerosa. Jego energia jest bardzo zaraźliwa z każdą obecnością.

Od razu powiem, że „Rękopis…” nie jest łatwym filmem do rozgryzienia i za pierwszym razem można się od niego odbić albo zniechęcić. Jednak ta mieszanka komedii, kina przygodowego oraz kostiumowego z dużą dawką surrealizmu imponuje skalą, techniczną biegłością i klimatem tak specyficznym, że nie da się go opisać. To zdecydowanie kino do wielokrotnego oglądania, gdzie można będzie odkryć kolejne warstwy, znaczenia, tajemnice.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zgiń kochanie

Choć szkocka reżyserka Lynne Ramsay kręci filmy rzadko, to nie pozwalają sobie łatwo wyjść z głowy. Tak było z głośnym „Musimy porozmawiać o Kevinie” czy niby sensacyjnym „Nigdy Cię tu nie było”. Teraz Ramsay wraca z adaptacją powieści argentyńskiej pisarki Ariany Harowicz, której blisko jest do w/w „Kevina”, ale jednocześnie to zupełnie inna bestia.

„Zgiń kochanie” opowiada historię dwójki młodych ludzi, którzy wprowadzają się do domu gdzieś na prowincji Montany. Grace (Jennifer Lawrence) planuje napić powieść, Jackson (Robert Pattinson) zaczyna pracować i próbuje jakoś utrzymać się. Wszystko się jednak zmienia, gdy przychodzi na świat ich dziecko. Początkowo wydaje się wszystko iść w dobrym kierunku. Ale im dalej w las (nie tylko ten znajdujący się wokół domostwa), tym coraz bardziej Grace zaczyna zachowywać się dziwnie. Znudzenie, samotność, izolacja oraz nieobecność męża w domu zaczynają naznaczać się w psychice młodej dziewczyny.

Ramsey z jednej strony niczym w „Kevinie” pokazuje tą mniej przyjemną twarz macierzyństwa, pozbawioną radości i euforii. Ale z drugiej reżyserka o wiele mocniej skupia się na stanie psychicznym młodej matki, która zaczyna się rozsypywać na tysiące kawałków. Nie ma tu jako takiej narracji, gdzie wskakujemy od jednego epizodu do drugiego: coraz agresywniejszego oraz szokującego (kompletne zdemolowanie łazienki, wyskoczenie przez szybę) z chwilami onirycznymi jak pojawianie się tajemniczego motocyklisty, który przejeżdża koło domu. Zupełnie jakby z kobiety zaczyna budzić się coś bardziej zwierzęcego, wręcz pierwotnego, nie dającego się opisać czy zaszufladkować. Czy to, co widzimy dzieje się naprawdę, a może to wytwór jej pokiereszowanego umysłu? Jeśli liczycie na odpowiedź, nie dostaniecie jej. Przynajmniej nie wprost, dodając pewne drobne poszlaki. O ile będziecie chcieli je wypatrzyć.

Całość jest bardzo ciężkim doświadczeniem, co wynika z samej tematyki i – co muszę z bólem przyznać – męczący. A nie było to zbyt przyjemne zmęczenie. Gwałtowne ataki muzyki (punkowy początek wywołał we mnie silny ból głowy), szczególnie intensywny montaż pod koniec, wreszcie bardzo wolne, ospałe tempo. Jednak jak zaczynają dziać się rzeczy, zaś ataki stają się coraz ostrzejsze i mocniejsze, ciężko jest oderwać wzrok. Wszystko jest bardzo pięknie sfotografowane (nawet nocne zdjęcia na lekko niebieskim filtrze są bardzo wyraźne), dialogi mają przebłyski, jednocześnie potrafi zaskoczyć w paru kierunkach. Jednak cały czas miałem jeden poważny problem: cały czas czułem, że nie jestem w głowie bohaterki, tylko przyglądam się jej z boku. Po części przez to nie byłem w stanie zaangażować się emocjonalnie w tym całym rollercoasterze.

Aktorsko jest tu bardzo solidnie, ale wszystko na barkach trzyma rewelacyjna Jennifer Lawrence. W żadnej innej roli aktorka nie grała aż tak ryzykownie, oscylując na granicy przerysowania i szarży, jednak cały czas nie można od niej oderwać. A także nie byłem w stanie przewidzieć, co zrobi dalej: od skradania się na łące niczym kot… z nożem w ręku przez gwałtowne wybuchy emocjonalne aż po niezrozumiałą dla nas frustrację. Poczucie osamotnienia, przygnębienia oraz braku wsparcia doprowadzają do eskalacji oraz bardzo mocnego zakończenia. Nawet jeśli budziło we mnie skojarzenia z „Mother” Darrena Aronofsky’ego, to jednak Ramsey więcej wyciąga z aktorki. W kontrze stoi do niej Robert Pattinson, którego bohater coraz bardziej staje się przytłoczony i nie radzący się z dorosłym życiem. Jest o wiele bardziej w cieniu Lawrence, jednak między nimi jest dość mocna chemia. Drugi plan dominuje dawno nie widziana – przynajmniej przeze mnie – Sissy Spacek jako teściowa Pam i jest świetna.

Jak zwykle w przypadku Ramsey „Zgiń kochanie” mocno spolaryzuje widownię, jak to miało miejsce podczas festiwalu w Cannes. Jest to zdecydowanie nieprzyjemny, trudny, bardzo szorstki dramat psychologiczny, miejscami ocierający o horror kobiety na skraju załamania nerwowego. Ma dość powolne tempo, oniryczny klimat i bardzo testuje cierpliwość, wywołując także dyskomfort. Niemniej jest on jak zadra, której nie da się tak łatwo pozbyć i zostaje na długo, a to bardzo duże osiągnięcie.

6,5/10

Radosław Ostrowski