Ghost in the Shell

Cyberpunk w ostatnich latach zaczyna wracać do popularności, co chyba można tłumaczyć grą „Cyberpunk 2077” oraz budzącym coraz większą niepewność rozwój sztucznej inteligencji. To także sprawia, że wiele osób chcących zagłębić się w podgatunek zaczyna szukać klasyków zarówno po stronie amerykańskiej („Blade Runner”, „Matrix”), jak i japońskiej. Ta druga gałąź bardziej skupiała się na wątkach transhumanizmu oraz głównie była tworzona w formie animacji. Jak „Akira” czy – wracający do naszych kin – „Ghost in the Shell” z roku 1995.

Oparty (dość luźno) na mandze Masamure Shirow film Mamoru Oshii skupia się na działającej Sekcji 9 – jednostce policji mierzącej się z cyberterroryzmem. Członkowie grupy to w większości cyborgi z ludzkim mózgiem, masą wszczepów oraz niezwykłymi możliwościami. Jednostką dowodzi Aramaki, a najskuteczniejszą osobą jest major Motoko Kusanagi. Grupa próbuje schwytać tajemniczego hakera zwanego Władcą Marionetek, który ostatnio mocno się uaktywnił i pozostaje nieuchwytny. Kim on jest, czego chce oraz czy działa sam?

Sam film to mieszanka kryminału, sensacyjnej akcji, futurystycznego świata i… filozoficznych rozważań. Czuć tu mocno inspirację „Łowcą androidów” Ridleya Scotta zarówno w pokazaniu miasta, jak i zadawanych pytań o człowieczeństwo oraz relacje człowieka z maszyną. Intryga jest bardzo gęsta oraz skomplikowana, gdzie w to wszystko zamieszana jest polityka i wywiad. Nie brakuje tu dość intrygujących koncepcji jak włamanie do umysłu oraz wrzucenie fałszywych wspomnień (niczym w „Incepcji”) czy świetnie wyglądające użycie optycznego kamuflażu (przez co animacja wygląda jakby była wygenerowana komputerowo). Akcja jest odpowiednio podkręcona, niepozbawiona pościgów i strzelanin, których może nie jest wiele, a jednak wyglądają bardzo imponująco. Zarówno w przypadku designu i odgłosów broni (pistolet maszynowy schowany w walizce czy bojowy czołg, będący mechem), bardzo płynnej animacji oraz adrenaliny. Wszystko jeszcze okraszone bardzo oszczędną, opartą o etniczne instrumenty muzyką Kenji Kawai. W absolutnie niezapomnianej czołówce, gdzie mamy powstawanie cyborgów oraz wplecionymi zielonymi literami i cyframi (jak w „Matrixie”) tworzącymi nazwiska twórców te dźwięki tworzą niesamowitą atmosferę.

Hybryda ręcznej animacji z odrobiną komputerowych obrazów (sceny pokazujące obrazy trójwymiarowe czy z komputerowych ekranów) działa elektryzująco. Ale jest tu też parę drobnych momentów, pozwalających na złapanie oddechów oraz zwyczajnie oszałamiających. Wybudzenie się major przy otwarciu okna, gdzie obraz zatrzymuje się na widoku z okna, a kobieta przygotowuje się niejako poza kadrem, nurkowanie pod wodą i ten moment zbliżenia się do powierzchni czy zadziwiająco długa, pozbawiona dialogów sekwencja pokazująca miasto z perspektywy ulicy. Chce się tu chłonąć atmosferę, wiele kadrów i ujęć pozostaje w głowie na długo. Włącznie z finałową konfrontacją oraz otwartym zakończeniem.

Ale mam jeden i to dość duży problem. Całość jest zadziwiająco krótka i próbuje upchnąć strasznie dużo. Przez co całość jest przeładowana dialogami oraz tonami ekspozycji, jakby chcąc zamaskować ograniczenia budżetowe. To wszystko wydaje się strasznie skompresowanej narracji i poczucie, że zaledwie liznąłem powierzchni. Aż chciałoby się spędzić tu więcej czasu oraz kolejnych intrygujących konceptów tego świata.

Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego „Ghost in the Shell” ma wśród fanów kina SF status kultowego klasyka. Nawet dzisiaj sama animacja, sceny akcji oraz klimat wsiąkają niczym odkurzacz, lecz całość była dla mnie zwyczajnie za krótka. Wiem, że powstała – dużo później – kontynuacja i może być zachętą do odkrywania tego uniwersum, ale czuć pewien niedosyt.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Minionki i straszydła

Wiele osób już mogło poczuć zmęczenie żółtymi Tic-Tacami zwanych Minionkami – maskotek studia Illumination. Swoje jeszcze dorzucił polski dystrybutor, który tak zmieniał i namieszał w polskich tytułach, że nie wiadomo czy to część serii „Despicable Me”, czy to poboczny spin-off. Więc nie miałem specjalnie dużych oczekiwań wobec trzeciego spin-offu, czyli „Minionków i straszydeł”, które pojawiły się w kinach na początku lipca. I ku mojemu zaskoczeniu to jedna z najlepszych odsłon serii.

I znowu Minionki zanim poznały Gru szukały swojego złola, któremu mogliby wiernie służyć. Chociaż jeden z nich wyróżnia się z tłumu, niejaki James, co ma dość bogatą wyobraźnię oraz pobudzoną kreatywność. Ale przez jego działania reszta ferajny nie jest w stanie utrzymać się u jednego mistrza. Jednak dzięki zbiegowi okoliczności trafiają do Hollywood końca lat 20., przy okazji niszcząc film aspirującego reżysera Maxa. Paradoksalnie jednak wystrzeliwuje ich karierę jako gwiazdy kina. Wszystko zmienia się jednak z erą dźwiękową kina – głosy postaci oraz ich problem z wypowiadaniem dialogów doprowadza do upadku. Niemniej James razem z przyjacielem Henrym oraz niemową Edem oddziela się od grupy i postanawia zrealizować własny film z potworami. Tylko skąd takie monstrum znaleźć?

Za kamerą powrócił Pierre Coffin, który odpowiadał za cztery pierwsze filmy o Minionkach jako reżyser i odpowiadał za głosy tych postaci. Można było się spodziewać kolejnej komedii naszpikowanej slapstickowym humorem, gdzie nasi żółci towarzysze będą siali chaos i zniszczenie. Po części tak jest (początek u cyklopa oraz czarodzieja z Rosji), ale twórcy mają więcej do dyspozycji. Chaos i destrukcja jest spora, jednak jest tu sporo rozbrajających gagów jak śmierci kolejnych przyszłych złoli czy cytowania klasyki kina. I to już od czołówki, gdzie mamy pierwsze krótkie filmy („Robotnicy opuszczający fabrykę Lumiera”, „Wyprawa na Księżyc”) przez mistrzów pokroju Charliego Chaplina i Bustera Keatona aż po „Sokoła maltańskiego” czy „Obywatela Kane’a”. W tych odniesieniach humor Minionków jest najlepszy, lecz także nie brakuje odwołań do horrorów spod znaku H.P. Lovecrafta oraz filmów SF z lat 50. A z pojawieniem się jednego cwanego stworka w postaci kurduplowatego Goomiego, sprawy zaczynają robi się mroczniejsze. Aczkolwiek jest to ogrywane w komediowy sposób. A sama historia staje się troszkę przewidywalna, choć pojawia się parę niespodzianek.

Co mnie najbardziej zaskoczyło, to sama animacja oraz strona techniczna. Jest o wiele ładniejsza niż inny tegoroczny film Illumination, czyli „Super Mario Galaxy”. Tak, powiedziałem to. Jest to naprawdę ładna i płynna robota komputerowa z przestylizowanymi sylwetkami ludzi: od niskiego reżysera Maxa przez dwóch mocno opasłych producentów (bracia Bright) aż po sympatyczną Debbie oraz dziwacznego Dorta, który jest robotem. A może i nie. A także jest parę technicznych niespodzianek. Od świetnego wejścia na plan filmowy pokazany w jednym ujęciu (jednocześnie pokazując różne plany oraz techniczne aspekty), budowanie planu filmowego w formie time lapsu (kapitalna scenka) czy – co mnie najbardziej zaskoczyło – zrobiona w czerni i bieli gonitwa w stylu starych kreskówek. Problem w tym, że w drugiej połowie tego sprytu oraz odrobiny inteligencji zaczyna brakować, a dominuje typowy humor minionkowy.

W naszym kraju ten film pokazany jest z dubbingiem (jak 99% animacji), a za ten odpowiada reżyserka Elżbieta Kopocińska (odpowiedzialna m. in. za poprzednie części serii) oraz tłumacz Bartosz Wierzbięta. I to jest wykonane bardzo solidnie – włącznie z kreatywnymi przekładami tytułów filmów – oraz bez wywoływania ciężkich zgrzytów. Co mnie zaskoczyło to fakt, że w scenach tworzenia filmów dźwiękowych teksty do powiedzenia napisane na planszach były… po polsku. A nie jest to zbyt częste w przypadku przekładów i jest fajnym szczególikiem. Głosy Minionków pozostawiono w oryginale, ale pozostałe głosy są co najmniej bardzo dobre. Od mocno zmodyfikowanego Tomasza Bednarka (Goomi, czyli mały Cthullu pełen uroku i cwaniactwa) i mówiącego z germańskim akcentem Przemysława Bluszcza (reżyser Max, będący mentorem oraz wsparciem dla Minionków) po mechanicznego Przemysława Wyszyńskiego (tajemniczy Dort) aż po podwójną kreację Piotra Bąka (bracia Bright).

Powiem szczerze, że czułem pewne zmęczenie Minionkami i nie byłem entuzjastycznie nastawiony na „Minionki i straszydła”. Ale całość okazała się zarówno sprytnym hołdem dla starego Hollywood, jak też zadziwiającą opowieścią o przyjaźni i podążaniu za własnymi marzeniami. Zaskakująco urocza, pełna lekkości oraz kilku ciepłych momentów, których po tej serii się kompletnie nie spodziewałem. Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów serii.

7/10

Radosław Ostrowski

Legionista

Był taki krótki okres w karierze Jean-Claude’a Van Damme’a, gdy ten próbował wyjść z szufladki twardziela i speca od kopniaków oraz serwowania uderzeń. Problem w tym, że jego fani woleliby zobaczyć dzieła ze sporą ilością akcji z piruetami. Niemniej zdarzały się całkiem przyzwoite rzeczy, nawet jeśli przeznaczone do węższego grona. I taki jest powstały pod koniec lat 90. „Legionista”.

Tym razem Belg gra Alaina Levafre’a – francuskiego boksera z Marsylii roku 1925. Mężczyzna ma ustawić walkę dla lokalnego gangstera Galganiego (Jim Carter), inaczej pozostanie niejako bez pracy. Pięściarz kiedyś był związany z obecną żoną mafioza, ale planuje razem z nią uciec, zaś walkę wygrać. Cóż, nie wszystko idzie zgodnie z planem. Kobieta zostaje zabrana ze stacji, a Alain zabija brata gangstera. Chcąc się wymknąć z rąk mafii zapisuje się do Legii Cudzoziemskiej – bardzo surowej jednostki wojskowej, stacjonującej w afrykańskich koloniach. Tam zbierają się ludzie z całego świata, czy to zbiegowie, czy ludzie nie mający życiowego celu. Jednostka wyrusza na misję, gdzie ma obronić jeden z posterunków przed wojskami przywódcy plemienia Berberów, Abda el-Krima.

Tym razem za kamerą stanął Peter MacDonald – bardzo znany i ceniony II reżyser, czyli facet odpowiedzialny głównie za kręcenie scen akcji. „Legionista” próbuje być bardziej kinem przygodowym w starym stylu oraz skromnym budżetem. Musze jednak przyznać, że początek w Marsylii jest zaskakująco wystawny. Od knajpy aż po salę bokserską. Do tego mamy drobne retrospekcje, próbujące pokazać przeszłość (nadal szczątkową) Levafre’a, lecz w zasadzie mogłoby ich nie być. A kiedy trafiamy do Legii, to widzimy głównie dwie rzeczy: piaski pustyni oraz maszerujących rekrutów. Po drodze poznajemy jeszcze kilka postaci, które stworzą z naszym protagonistą paczkę i nawet jeśli nie są zbyt głębokie, to są ciekawe: zakochany w dziewczynie Włoch Guido, były brytyjski oficer-hazardzista i czarnoskóry Amerykanin marzący o poznaniu Afryki.

Ale wszystko rekompensuje bardzo imponujące sceny akcji związane z oblężeniem twierdzy. Tutaj reżyser może sobie zaszaleć: od szybkich cięć montażowych przez popisy pirotechniczne i kaskaderkę. O sporej ilości statystów nawet nie wspominam. Nawet jeśli tempo nie zawsze jest równe (szczególnie w drugim akcie), to sytuację ratują całkiem niezłe dialogi oraz wyraziste postacie. A sam Van Damme wypada całkiem przyzwoicie w roli zbiega, stającego się wojownikiem. Jednak dla mnie całość skradł świetny Nicholas Farrell w roli Mackintosha. Niby elegancki i elokwentny dżentelmen, jednak przebija się z niego lekki cynizm oraz wojskowe doświadczenie. Tak samo swoje pięć minut ma Adewale Akinnuoye-Agbaje jako Luther czy jak zawsze solidny Steven Berkoff w roli szorstkiego sierżanta.

Może „Legionista” nie jest najbardziej imponującym filmem w dorobku Van Damme’a, to nadal pozostaje przyzwoitą opowieścią o honorze, odwadze i poświęceniu. Czasem widać niedoróbki budżetowe, niemniej przez większość czasu są sprytnie maskowane.

6/10

Radosław Ostrowski

Sprawiedliwość owiec

Zdarzają się takie pomysły tak nieprawdopodobne, że ciężko przewidzieć co z tego może wyjść. No bo jak połączyć film familijny z kryminałem w stylu Agathy Christie? I to jeszcze z owcami w rolach głównych? Taki szalony pomysł prezentuje adaptacja powieści Leonie Swann „Sprawiedliwość owiec”. I nie, nie jest ona powiązania z „Milczeniem owiec”.

Trafiamy do angielskiego miasteczka Denbrook, gdzie w centrum znajduje się George Hardy (Hugh Jackman). Mężczyzna jest pasterzem, który jest bardzo mocno przywiązany do stada owiec, a im przed snem czyta kryminały. Bo z owieczkami ma o wiele lepszą relację niż z ludźmi, bo z nimi jest dość skomplikowana. Sąsiad Caleb (Tosin Cole) też prowadzi stado, lokalny rzeźnik Ham (Conleth Hill), właścicielka pensjonatu Beth (Hon Chau), ksiądz Hillcoate (Kobna Holdbrook-Smith) biorący od George’a pieniądze oraz pierdołowaty policjant Tim Derry (Nicholas Braun). A jeszcze do miasteczka trafia dziennikarz Elliot Matthiews (Nicholas Galitzine), by opisać trwający festiwal kultury. Ale pewnego dnia pasterz zostaje znaleziony martwy, a do miasteczka przybywa dawno nie widziana córka Rebecca (Molly Gordon). Kto chciałby zabić George’a? Grupa owiec, a dokładniej najmądrzejsza z nich Lily (Julia-Louis Dreyfus) będzie próbowała rozwikłać sprawę. Razem z lokalnym gliniarzem, co może trochę potrwać.

I tu zaczyna się robić ciekawiej. Bo za kamerą stanął Kyle Balda, co wcześniej pracował przy serii filmów o… Minionkach, zaś scenariusz stworzył Craig Mazin znany choćby z „Czarnobyla” i serialowego „The Last of Us”. Nietypowy duet, muszę przyznać, a sam film to jedna z niespodzianek tego roku. Z jednej strony mocno czerpie z elementów klasycznego whodonit, gdzie mamy zamkniętą przestrzeń, wąskie grono podejrzanych, gdzie każdy ma swój motyw oraz intrygującą zagadką. Ale z drugiej widzimy to z perspektywy owiec, które niekoniecznie znają funkcjonowanie ludzi (poza powieściami czytanymi przez George’a), mają swoje własne uprzedzenia (niezdolność opuszczenia pastwiska, wymazywanie pamięci po policzeniu do trzech czy wrogość do owiec urodzonych zimą), z którymi będą musieli się skonfrontować i czasem bywają niezbyt lotne. To dodaje do całości sporej dawki humoru i lekkości, pozwalającej zbalansować pewne poważniejsze tematy.

A tak, bo tu chodzi o coś więcej niż tylko zabawę w detektywa. Bo mierzymy się tu zarówno z kwestiami żałoby i przebaczenia, kwestii przywiązania do stada, wykluczenia oraz poświęcenia. A wszystko opisane z mądrością i morałami, które nie są przekazywane wprost. Owieczki są pięknie zanimowane komputerowo i ich wygląd nie wybija ze świata przedstawionego, a kiedy mówią, ludzie słyszą tylko ich beczenie. I są ciekawie zarysowane: próbująca prowadzić śledztwo Lily, najbardziej doświadczony Sebastian skrywający pewną tajemnicę, zapamiętujący wszystko Motyl, lubiące się naparzać bliźniaki Reggie i Ronnie czy pozbawione imienia zimowe jagnię. Każde z nich ma swój temperament i osobowość, w czym pomagają fantastycznie dobrane głosy takich aktorów jak Bryan Cranston, Patrick Stewart, Chris O’Dowd czy Regina Hall. Ale żeby wyjaśnić zagadkę zwierzęta będą musiały skonfrontować się ze swoimi przekonaniami, co dla wielu z nich będzie bardzo poważną przeszkodą.

Jednak poza fantastycznymi głosami ludzie też mają sporo do zagrania. Choć Hugh Jackman pojawia się dość krótko jest na tyle wyrazisty jako pasterz George. Jednak dla mnie film skradł Nicholas Braun jako niezbyt lotny gliniarz Tim Derry. Lecz z każdą sceną powoli (i z pomocą owieczek) zaczyna łączyć kropki, zaś scena rozwikłania zagadki w jego wykonaniu to majstersztyk. Równie zaskakujący jest Nicholas Galitzine w roli fotografa Elliota, który wydaje się być wspólnikiem w rozwiązywaniu zagadki, a do sklejenia całości mamy jeszcze mocny epizod Emmy Thompson jako prawniczki, cudnej Hong Chau oraz Tosina Cole’a.

Może sama zagadka kryminalna i konstrukcja filmu jest dla fana gatunku znajoma oraz oczywista, ale Baldzie z Mazinem udaje się stworzyć angażującą intrygę z satysfakcjonującym rozwiązaniem. Film jest zarówno mądry, ciepły, z uważnymi refleksjami, świetnym aktorstwem, jak też bardzo brytyjskim klimatem. Idealną rozrywkę dla całej rodziny, a także potencjalnie dobry wybór do pierwszego kryminału dla bardzo młodego widza.

8/10

Radosław Ostrowski

Odyseja

Christopher Nolan to jeden z tych reżyserów, którego filmy pozostają (mniejszym lub większym) wydarzeniem. Jednak od czasu „Mrocznego rycerza” i castingu Heath Ledgera nie było takich kontrowersji jak w przypadku swojego najnowszego dzieła. Czyli adaptacji eposu niejakiego Homera o Odyseuszu, który po 20 latach (10 lat wojny z Troją i 10 latach powrotu) wraca do swojego domu.

Sama historia nawet dla osób nie znających dzieła literackiego wydaje się znajoma i – jak na dzieło Brytyjczyka przystało – opowiedziana jest dwutorowo. Z jednej strony jesteśmy w Itace, gdzie żyją królowa Penelopa (Anne Hathaway) oraz jej dorastający syn Telemach (Tom Holland). A od lat na dworze przebywają zalotnicy pod wodzą Antinoona (Robert Pattinson), co chętnie wzięliby sobie królową za żonę i knują jak pozbyć się młodzieńca. Z drugiej strony mamy Odyseusza (Matt Damon) przebywającego na wyspie nimfy Kalipso (Charlize Theron) nie pamiętając kompletnie jak tu trafił. Powoli zaczyna sobie przypominać zdobycie samej Troi oraz pełną niebezpieczeństw drogę do domu.

Pozornie Nolan niby robi to, co zwykle, czyli bawi się chronologią i czyni całość quasi-realistyczną w szaro-burych kolorach. Co jak na produkcję w klimacie fantasy jest nietypowym wyborem i to wielu od razu odrzuci. Nie znaczy to, że w „Odysei” nie ma w ogóle żadnych elementów fantastycznych czy nadnaturalnych, bo te zapadają mocno w pamięć. Skręcająca ku horrorowi uwięzienie i próba ucieczki z jaskini olbrzyma Polifena (jedna z najlepiej udźwiękowionych scen), ucieczka przed wielkimi wojownikami w ciężkich zbrojach (niczym RoboCop), wizyta u Kirke i strawa, która zmienia ludzi w zwierzęta (David Cronenberg byłby dumny!!!) czy odwiedzenie Hadesu pokazują, że Nolan ciągle potrafi zaskoczyć na poziomie inscenizacji. Także samo zdobycie Troi potrafiło utrzymać w napięciu, co także jest zasługą świetnych zdjęć oraz bardzo oszczędnej, choć intensywnej muzyki Goranssona. Jednak dopiero w ostatniej godzinie obydwie linie spinają się w bardzo satysfakcjonującym zakończeniu oraz tutaj wybrzmiewa przesłanie filmu. O naznaczeniu wojną i PTSD, łamaniu i nadużywaniu dawnych tradycji, doprowadzającym do degrengolady oraz końca obecnego porządku.

Niemniej jednak „Odyseja” daleka jest od doskonałości. Po pierwsze, przeskoki w czasie na początku wywołują dezorientację, co na samym początku zwyczajnie męczy. I nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta achronologia w zasadzie jest niepotrzebna. Po drugie, Nolan lubi często niektóre sceny i ujęcia powtarzać jakby widz nie był w stanie zapamiętać albo zrozumieć pewne rzeczy. A to oznacza wykorzystanie jednego z ulubionych narzędzi reżyserów filmowych, czyli łopaty. Po trzecie, miałem spore problemy z wątkiem Telemacha. I ja rozumiem, że chodzi o pokazanie jego frustracji i bezsilności, bo zalotnicy nadużywają prawa gościnności, a sam nie może ich pozabijać niczym Kratos cały panteon bogów. Niemniej można było kilka(naście) minut wyciąć, co pomogłoby w kwestii tempa.

Znowu Nolan niczym Wes Anderson zbiera imponującą obsadę aktorską i nawet w drobnych rolach pojawiają się znane twarze, ale jednak nie wszyscy są w pełni wykorzystani. Kompletnie nie wiem, co tu robi raper Travis Scott, co niby ma być bardem, a tak w zasadzie tylko wali laską niczym marszałek Sejmu i rzuca pojedyncze słowa. Tak samo będąca jedną ze służących Penelopy Mia Goth czy Logan Marshall-Green, którzy po prostu są. Pewne kontrowersje wywołało obsadzie Lupity Nyong’o zarówno jako Heleny jak i Klitajmestry (żona Agamemnona), jednak sama aktorka pojawia się może z minutę, więc nie ma tu za bardzo o co kruszyć kopię. To samo tyczy Elliota Page’a, który – według nie wiadomo skąd wziętych plotek – miał grać Achillesa, ale… to jest adaptacja „Odysei”, nie „Iliady”. Czyli Achillesa tu nie ma, lecz sam aktor jako żołnierz Sinon jest zaledwie poprawny. Tak jak Zendaya wcielająca się w Atenę, która parę razy objawia się Odysowi. I jest wyjaśnione dlaczego pokazuje się w takiej postaci, ale nie zamierzam zdradzać z czego to wynika. No i ostatnie źródło kontrowersji, czyli Darth Agamemnon w kurewsko wielkiej zbroi grany przez Benny’ego Safdie. Tez jest go bardzo niewiele, jednak Nolan sprytnie z niego korzysta. Ma wyglądać złowrogo oraz groźnie, co działa, ale jeszcze lepszy jest pokazany w scenach powrotu do domu, gdyż ANI RAZU nie widzimy jego twarzy. Nawet jak zdejmuje ten hełm (scena przygotowania do kąpieli i chwila przed śmiercią) jest kręcony z tyłu głowy. To pokazuje jego bezwzględność w jego celu, czyli żądzy władzy.

A kto tu wypada najlepiej z tego składu? Jest taka mocna piątka. Po pierwsze, Matt Damon w roli Odyseusza sprawdza się, kiedy ma pokazać swój spryt oraz inteligencję w radzeniu sobie z przeciwnościami. Ale najlepsze dla mnie były sceny pokazuje jego poczucie winy (za Troję, za stratę towarzyszy) i ciężar odpowiedzialności, a także finałowa konfrontacja z zalotnikami. Po drugie, świetna Anne Hathaway wcielająca się w Penelopę. Oddana i wierna żona, ale też trzymająca całe królestwo w ryzach, mimo rzekomo nie posiadająca żadnej władzy. Ale też próbująca poprowadzić syna w sprawach polityki. Po trzecie, fantastyczny Robert Pattinson jako Antinoos, najbardziej wyrazisty z zalotników. Odpowiednio śliski cwaniak, całkowicie dwulicowy tchórz, działający za pomocą podstępu. Po czwarte, największa niespodzianka w postaci Johna Leguizamo jako pół-ślepego świniopasa Eumajosa. Najbardziej lojalny sługa Odyseusza, pozornie słaby, lecz wewnętrznie silny i będący największym sercem tego filmu. I na sam koniec kradnąca scenę Samantha Morton, czyli Kirke. To jest najlepszy przykład jak mając niewiele czasu ekranowego wykorzystać go maksymalnie, tworząc enigmatyczną, niepokojącą, a jednocześnie pełną empatii postać. Niesamowite.

Czy „Odyseja” jest tak zajebistym filmem, który odmieni oblicze kina i zmieni reguły gry? No bez jaj. Nie jest też tak zły, jak kreślą go ci wszyscy krzykacze, serwując absurdalne i niedorzeczne powody. To „zaledwie” bardzo solidny film w dorobku Nolana, który miał potencjał na bycie arcydziełem, ale ma parę poważnych rys na poziomie scenariusza. Niemniej uważam, że sprawdza się jako blockbuster z wieloma niezapomnianymi scenami oraz w większości świetnym aktorstwem, ale trzeba przyjść z otwartą głową.

8/10

Radosław Ostrowski

Kraina mroku

Wielu twórców seriali próbowało przejść z małego na duży ekran, ale skutek raczej nie należał do zbyt udanych. Bo jak z kilku sezonów, gdzie jest sporo czasu na opowiedzenie historii, zmieścić wszystko w ciągu półtorej czy dwóch godzin? Tego zadania postanowił się podjąć Bryan Fuller – najbardziej znany jako twórca „Hannibala” z Madsem Mikkelsenem w roli psychiatry-psychopaty. Teraz panowie zrobili wspólnie film i – jak można spodziewać się po twórcy – jest to pokręcone dziwadło.

„Kraina mroku” skupia się na dziewczynce o imieniu Aurora (Sophie Sloan), pod której łóżkiem przebywa potwór. Nie jakiś tam urojony czy wymyślony, ale taki namacalny i widoczny dla niej. Taki królik z pyłków, co lubi jeść każdego kto dotknie podłogi w pokoju dziewczynki. Sytuacja jest tak tragiczna, iż monstrum zjada jej rodziców. Aurora jest przerażona do tego stopnia, że postanawia wynająć do pomocy sąsiada z 5B (Mads Mikkelsen). Podgląda go nocą w Chinatown, gdzie zabija „smoka” i dlatego wydaje się mieć odpowiednie kwalifikacje. Ale mężczyzna jest więcej niż sceptyczny i uważa, że „potworem” oznacza płatnych morderców. Jednak nawet on nie jest gotowy zmierzyć się z tym koszmarem.

Sam film to bardzo specyficzna mieszanka stylu Jean-Pierre’a Jeuneta (plastyczna i barwna scenografia) z odrobiną grozy Guillermo del Toro oraz… „Leona zawodowca”. Już sama ta zbitka wydaje się nieoczywista, ale trzeba dać jej troszkę czasu. Pierwsza 20 minut, czyli zawiązanie całej akcji jest dość powolne i bardziej skupione na warstwie wizualnej. Choć większość tej sekwencji dzieje się w nocy, to na szczęście wszystko jest bardzo czytelne i wyraźne, czego się początkowo obawiałem. Fuller prezentuje tu znajomy sposób realizacji, z paroma zabawami kamerą oraz wysmakowaną formą: od żółtych ścian kamienicy przez restaurację aż po takie rekwizyty jak lampa w kształcie… kurczaka. Elementy surrealizmu dodają nietypowego klimatu, zaś samo monstrum (troszkę szkoda, że w całości wygenerowany komputerowo) jest początkowo oszczędnie prezentowany.

Sercem ma być tutaj relacja między szorstkim i małomównym sąsiadem z przeszłością a dziewczynką, która widzi i wierzy w potwory. Mikkelsen jako ten pierwszy sprawdza się bez zarzutu, pokazując zarówno jak wiele może pokazać w bardzo oszczędny sposób, ale także w nielicznych scenach akcji też wypada przekonująco. Za to debiutująca Sophie Sloan wypada przyzwoicie, choć jej postać bywa przy tym irytująca. Ale skoro mówi często o potworze, to może doprowadzać do szału. Po drodze jeszcze dostajemy odrobinę scen akcji: pierwsza starcie ze „smokiem” czy mordobicie z zabójcą kamuflującym się z otoczeniem są sprawnie zrobione technicznie oraz mają niezłą choreografię. A wszystko uderza z wręcz szaloną konfrontacją w finale, której nie zamierzam zdradzać. Dodajmy do tego drobne role Sigourney Weaver (Laverne), Sheily Atim (Brenda, „opiekunka społeczna”) oraz Davida Dastmalchiana, dające odrobinkę soczystości.

Bardzo specyficzna mieszanka baśni, kina akcji oraz surrealistycznej komedii, która nie jest dla każdego. Wyrazisty wizualny styl Fullera ku mojemu zaskoczeniu sprawdza się także na dużym ekranie, każąc uważniej przyglądać się kolejnym produkcjom Amerykanina.

7/10

Radosław Ostrowski

Przekleństwa niewinności

Rok 1999 dla kina był bardzo obfity. Zarówno pod względem popkulturowych fenomenów jak „Matrix” czy „Szósty zmysł”, ale także imponujących oraz oryginalnych dzieł pokroju „Magnolii”, „Informatora” czy „Być jak John Malkovich”. Ale także było parę tytułów, które osiągnęły status kultowych. Taki jest przypadek reżyserskiego debiutu Sofii Coppoli, czyli „Przekleństw niewinności”.

Akcja dzieje się gdzieś na przedmieściach Michigan połowy lat 70. i poznajemy poprzez offową narrację jednego z chłopaków po 25 latach. Mężczyzna należał do paczki, która była kompletnie zauroczona i zafascynowana pięciorgiem sióstr Lisbon lat 13-17. Ich rodzice: ojciec – nauczyciel matematyki (James Woods) i matka (Kathleen Turner) – głęboko religijna pani domu, wychowująca w surowy sposób. Jednak ich spokojne życie zaczyna się rozpadać, kiedy najmłodsza z córek, 13-letnia Cecilia (Hanna R. Hall) próbowała popełnić samobójstwo. Na szczęście udaje się ją uratować, zaś leczący ją lekarz psychiatra (Danny DeVito) zaleca większy kontakt z rówieśnikami poza szkołą. Jednak na przestrzeni jednego roku wszystkie siostry odbiorą sobie życie (nie, to nie spojler – oryginalny tytuł filmu „The Virgin Suicides” już zdradza finał).

Sam film to bardzo specyficzny dramat psychologiczny, który bardziej stawia na atmosferę i nastrój. Czuć to już od pierwszych ujęć, pokazujących przedmieścia w mocnych, jasnych kolorach oraz delikatną muzyką w tle skontrastowane z chłodną łazienką, gdzie znaleziona zostaje Cecilia. Dodana narracja z offu w wykonaniu Giovanniego Ribisi jeszcze bardziej potęguje pewien nie tyle nostalgiczny, co nawiedzającego snu. Coppola buduje tutaj aurę tajemnicy, której wyjaśnienie wydaje się ciągle wymykać i nawet po 25 latach nie daje spokoju. Ponieważ nie przyglądamy się samej rodzinie, tylko niejako widzimy ją oczami innych (sąsiadów, czwórce nastoletnich chłopaków, dziennikarce) i rzadko wchodzimy do ich domu. To jest jednocześnie siła i słabość, bo z jednej buduje klimat oraz atmosferę, ale z drugiej same siostry – poza bardziej zbuntowaną, świadomą swojej seksualności Lux – wydają się bardziej zjawami czy widmami niż postaciami z krwi i kości. Dla mnie to podejście ma sens, gdyż cała opowieść przedstawiona jest w formie wspomnień po wielu latach, a te z czasem ulegają zniekształceniu, stając się fantazją i mitem.

A całość jest świetnie zagrana. Nawet pojawiający się w drobnych epizodach tacy giganci jak Danny DeVito (dr Horniker), Scott Glenn (ksiądz Moody) czy Michael Pare (dorosły Trip), zapadają bardzo mocno w pamięć. Wiele scen kradnie rodzicielski duet James Woods/Kathleen Turner. On bardzo cichy, całkowicie zdominowany przez silnie wierzącą żonę. To ona niejako trzyma spodnie w związku, trzymając wszystkich na twardej smyczy. Jednak w centrum tego wszystko jest rozsadzająca ekran Kirsten Dunst. Jej Lux sprawia wrażenie bardzo pociągającej i seksownej, ale jest w niej też pewna delikatność, która może wydawać się niewidoczna. I jeszcze jest tu Josh Hartnett w roli pociągającego, pełnego uroku Tripa.

O tym też opowiadają „Przekleństwa niewinności” – o sile mitów, nastoletnim niepokoju i powolnej tragedii, która wisi w powietrzu, uderzając w najmniej spodziewanym momencie. Świetnie zagrane, pełne bardzo nieuchwytnej, nieopisywanej atmosfery. A po seansie wiele ujęć zostaje bardzo głęboko w głowie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Toy Story 5

Kiedy kilka lat temu ogłoszono, że powstaje piąta część „Toy Story” nie miałem zbyt wielkiego entuzjazmu. I nawet nie chodziło o jakość poprzedniej części (dla mnie zaskakująco udanej), ale czuć było ze strony Disneya pazerność oraz zarabianie na nostalgii. Nie uspokoił też fakt, że tą część serii wyreżyserował Andrew Stanton – związany z cyklem jako scenarzysta od samego początku. Bo też ostatnie dokonania jako reżysera (w szczególności „W okamgnieniu”) nie były zbyt ciepło odebrane. I jak w ostateczności wyszło?

Wracamy do zabawek tym razem pod wodzą kowbojki Jessie, z którymi nadal bawi się Bonnie. Poprzedni lider, czyli szeryf Chudy stał się „dziką” zabawką, prowadzącą własne życie. Jednak spokój w relacji zabawki-Bonnie zostaje zaburzony. I to nie dlatego, że dziewczynka jest starsza od ostatniej wizyty, ale z powodu nowego cacka. Mianowicie… tableta w kształcie żabki zwana Lillypad, która ma rzekomo pomóc w budowaniu relacji z rówieśniczkami. Efekt jednak jest łatwy do przewidzenia: dziewczynka spędza przy ekranie więcej czasu, doprowadzając do odstawienia zabawek do garażu. Jessie idzie na konfrontację z komputerkiem i ściąga do pomocy Chudego.

Reżyser do spółki z wspierająca go McKenną Harris wydaje się iść w pozornie oczywistym kierunku. Czyli konfrontacji tradycyjnych zabawek ze współczesną technologią, którą bardzo łatwo uczynić antagonistą oraz wskazać jako główną przyczynę nieszczęść. Początkowo wydaje się to zmierzać w tym kierunku, ale twórcy są o wiele mądrzejsi i sprytniejsi. Tu nie ma łatwego demonizowania technologii, a sama Lily chce tego samego, co zabawki – dać swojej właścicielce szczęście. Tylko czym to szczęście jest? Stanton nie boi się pokazać społecznego wykluczenia z powodu niedopasowania oraz innych zainteresowań, ale też pokazuje inne zabawki „technologiczne” jak cyfrowy aparat czy pomagająca w załatwianiu się Pierre Papier. Czyli w zasadzie znowu wracamy do kwestii przemijania oraz potencjalnego bycia opuszczonym.

A propos, pamiętacie jak Jessie została porzucona przez swoją pierwszą właścicielkę Emily? Ten wątek powraca ze zwielokrotnioną siłą, wskutek trafienia kowbojki na dawne miejsce. A przeniesienie ciężaru właśnie na nią działa bardzo odświeżająco. Sam Chudy i Buzz zostają zepchnięci na dalszy plan (pierwszy z brzuszkiem oraz łysinką, która – jak głowa jest pod słońcem – odbija się mocno; drugi robi tutaj bardziej za comic reliefa, niepotrafiącego wyznać miłości Jessie), zaś reszta ferajny tak naprawdę robi tutaj tylko za tło. I jeszcze zostaje wrzucony wątek armii Buzzów – ale takich bardziej podrasowanych – zmierzających do… no właśnie, czego? Te przebitki początkowo wydają się przerywnikiem dającym odrobinę oddechu, ale potem się wszystko łączy.

Za to muszę pochwalić fantastycznie pokazane segmenty zabawy pokazaną w formie pastelowych rysunków. Sama animacja wygląda pięknie – w końcu to Pixar – z kolei finałowy pościg jest bardzo dynamiczny, a zakończenie jest bardzo, bardzo satysfakcjonujące. I nie mówię tego jako stary pierdziel, który widział poprzednie części, ale czuć tu zaangażowanie oraz pasję twórców. Swoje także robi polski dubbing, za który tym razem odpowiada reżyser Grzegorz Pawlak (wcześniej pracował przy części trzeciej) i dialogista Kuba Wecsile. A także role głosowe wypadają świetnie. Wracają starzy znajomi w głównych rolach, czyli Izabella Bukowska (Jessie), Łukasz Nowicki (Buzz) i Robert Czebotar (Chudy), którzy nie zawodzą, wchodząc w skóry postaci z taką łatwością jakby między tymi częściami była bardzo krótka przerwa. Z nowych postaci wybijają się wspomniane Lillypad z pozornie ciepłym głosem Anny Cieślak i lekko neurotyczny Pierre Papier w cudownym wykonaniu Piotra Polaka.

Nie będzie zaskoczeniem, że „Toy Story 5” jest lepszy filmem od poprzedniej części i zdecydowanie odstaje od oryginalnej trylogii. Nadal to jednak jest fantastyczne kino nie tylko dla całej rodziny, po którego seansie można będzie porozmawiać. Co dla mnie jest jedną z największych wartości.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zaproszenie

Sąsiad to istota ludzka, która potrafi być nieobliczalna i ma kilka odmian. Podsłuchujący, plotkujący, czasem skrywający mroczne tajemnice, ale też są bardziej otwarci i serdeczni. A przynajmniej tak słyszałem. Nigdy nie wiadomo, czego się po nim spodziewać. Właśnie wokół relacji sąsiedzkich skupia się „Zaproszenie” – jedna z inteligentniejszych i błyskotliwszych komedii ostatnich lat.

Film skupia się na parze małżeńskiej z dłuższym stażem, która coraz bardziej rdzewieje przez rutynę. Jeff (Seth Rogen) uczy muzyki w liceum, jednak wydaje się być kompletnie nieobecny. Jego żona Angela (Olivia Wilde) to wręcz wulkan energii, dbający o dom. Oboje wychowują 12-letnią córkę, która – dla wygody całej fabuły – nocuje u koleżanki. Postanowili (a tak dokładnie to Angela) postanowiła zaprosić na kolację swoich sąsiadów, którzy chcieliby zobaczyć ich chatę. I bardzo lubią po nocy hałasować, co naszej parce troszkę przeszkadza. Pina (Penelope Cruz) to pochodząca z Hiszpanii psychoterapeutka, zaś Hank (Edward Norton) – emerytowany strażak. Ale kolacja skręci nagle w zadziwiające rewiry.

Najnowszy film w reżyserii Olivii Wilde od razu nasunął mi dwa skojarzenia – „Kto się boi Virginii Woolf” Mike’a Nicholsa oraz „Rzeź” Romana Polańskiego. Obydwa to bardzo kameralne, ograniczone (w większości) do jednej przestrzeni, skupiona na czwórce postaci oraz słowach, słowach i jeszcze raz słowach. To jednocześnie komedia niepozbawiona ironii, ciętych ripost i złośliwości, a jednocześnie to psychodrama na temat związków, bliskości oraz sposobach na ciągłą „żywotność”. Więcej nie chcę więcej zdradzić, bo w połowie – mniej więcej – dochodzi do kompletnie nieoczekiwanego skrętu, dodając zarówno dodatkowego ciężaru oraz nagłych spazmów śmiechu. Reżyserka bardzo płynnie przeskakuje między powagą a żartem, jednak bez osądzania postaci oraz walenia morałami wprost. Nawet jeśli tematyka wydaje się dość znajoma, udaje się utrzymać zaangażowanie oraz tempo aż do bardzo wyciszonego finału.

A wszystko opiera się na absolutnie rewelacyjnym kwartecie aktorskim. Kolejny raz zaskakuje Seth Rogen jako sfrustrowany, niespełniony artysta, który coraz bardziej zamyka się w skorupie sarkastycznego egoisty. Jest to o wiele bardziej poważna, wręcz pozbawiona komediowych sztuczek (poza charakterystycznym śmiechem) kreacja. W kontrze do niego stoi sama Wilde, której postać też poświęciła zbyt wiele dla związku i jeszcze próbuje o niego zawalczyć. Jest bardziej żywiołowa i ekspresyjna (szczególnie jej oczy), próbując zachowanie opanowanie w coraz większym chaosie. A jak jeszcze rzucimy do miksu elektryzującą Penelope Cruz oraz odrobinę ekscentrycznego Nortona, to już klękajcie narody. Tutaj nie ma słabych punktów i każdy ma swoje pięć minut na zabłyśnięcie.

Rzadko mi się zdarza iść na film niemal w ciemno, ale „Zaproszenie” okazało się kolejną niespodzianką tego roku. Pozornie teatralny w formie, jednak jest to spektakl z najwyższej półki: świetnie napisany, kapitalnie zagrany oraz wyreżyserowany. Pełen pulsującej energii, niemal wiszącej w powietrzu atmosfery, jednocześnie potrafi rozbawić i skłonić do zastanowienia. Takie zaproszenie warto przyjąć.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zabójcy

Pamiętacie jeszcze Wachowskich, zanim stali się siostrami? I jeszcze zanim nakręcili swoje opus magnum w postaci „Matrixa”? Andy i Larry wtedy tworzyli komiksy dla Marvela (głównie oparta na dorobku Clive’a Barkera), a na początku lat 90. zaczęli swoje pierwsze próby jako scenarzyści, sprzedając dwa swoje skrypty dla Warner Bros.: „Brudne pieniądze” (ich debiut reżyserski) oraz „Zabójcy”. Ten drugi trafił na biurko weterana i częstego współpracownika studia Richarda Donnera, ale efekt był bardzo daleki od satysfakcji. Do tego stopnia, że bracia chcieli wycofać swoje nazwiska z filmu przez „mocno przepisany” scenariusz.

Punkt wyjścia jest dość obiecujący, bo mamy do czynienia z rywalizacją dwóch zawodowych cyngli do wynajęcia. Którzy wydają się mieć kontrakty na tą samą fuchę, o czym nie mają pojęcia. Doświadczony Robert Rath (Sylvester Stallone) coraz bardziej myśli o wycofaniu się z interesu, zaś młody i narwany Miguel Bain (Antonio Banderas), który chętnie zostałby najlepszym w swoim fachu. Robert nie potrafi rozgryźć kto za tym stoi, ale następne zlecenia ma być jego ostatnim. Suma: 2 miliony. Cele: duńscy kupcy i próbująca sprzedać im dane hakerka. Problem? Nie wiadomo jak ona wygląda. Drugi problem? Bain też pojawia się na miejscu, co podkręca atmosferę.

Jeśli ktoś spodziewałby się popisów strzeleckich oraz mocno podkręconych scen akcji, to należy szukać gdzie indziej. Donner ewidentnie chciał czegoś bardziej eleganckiego niż ciągłej rzezi oraz masakry, tworząc psychologiczny thriller. Coś, czego raczej fani Sylwka raczej się nie spodziewali. Tempo jest dość powolne i bardziej spokojne, z nagłymi strzałami akcji (gdzie nasi przeciwnicy używają broni z tłumikiem) oraz budowaniem napięcia. Ale problem w tym, że reżyser podejmuje pewne decyzje, które torpedują ten film. Wiele scen akcji jest na granicy przerysowania jak pościg taksówką, szaloną eksplozją w mieszkaniu czy ucieczką z radiowozu po schwytaniu Baina. Aczkolwiek muszę przyznać, że strzelaniny z punktu widzenia Latynosa są bardziej dynamicznie nakręcone, młodzik niemal jest ciągle w ruchu, a z dwoma giwerami w dłoniach wygląda jakby się urwał z kina Johna Woo. Ale próba zrobienia romansu między Rathem a naszym celem o twarzy młodej Julianne Moore kompletnie tu nie działa z powodu braku chemii.

Sama intryga może początkowo intrygować, jednak dalej wydaje się to kompletnie naciągana. Wrzucone są nakręcone w czerni i bieli retrospekcje, które dodają stylu, w tle gra świetna (choć mocno w stylu lat 90.) muzyka Marka Manciny, zaś w ostatnie pół godziny udaje się zbudować napięcie. O idiotycznych zachowaniach postaci (głównie naszej hakerki, która ewidentnie jest aspołeczna) nawet nie chce mówić. A sytuację próbują ratować skontrastowani Stallone i Banderas. Pierwszy jest bardzo wycofany, opanowany oraz odchodzący od wizerunku twardziela, z kolei drugi to chaotyczna, wręcz dzika energia, która wydaje się niepowstrzymana. Julianne Moore prezentuje się nieźle, ale zostaje mocno w cieniu.

Pozornie wszystko wydaje się na miejscu, ale w przypadku „Zabójców” coś nie do końca gra. Technicznie jest porządnie zrobiony oraz zagrany, ale brakuje mu mocniejszego pazura. Aż szkoda, że sami Wachowscy nie spróbowali sami spróbować swoich sił jako reżyserzy i może byłby z tego lepszy film.

6,5/10

Radosław Ostrowski