Projekt Hail Mary

UWAGA!
Recenzja zawiera drobne ilości spojlerów, których starałem się ograniczyć do minimum.

Ta pobudka była ciężka niczym po ostrym kacu. Jakieś światła i dźwięk atakują wszystkie zmysły, a po otwarciu oczu nie jest lepiej. Okazuje się, że znajdujesz się w jakimś worku z tubą przypiętą do twarzy. Jakiś komputer przeprowadza badania, a po niezbyt łatwych próbach poruszania odkrywasz trzy rzeczy. Raz – jesteś na jakimś kosmicznym statku, dwa – jesteś jedynym żywym członkiem załogi, trzy – kompletnie nie pamiętasz kim jesteś, jak się nazywasz i… „co ty tutaj robisz?”. Tak się zaczyna „Projekt Hail Mary”, czyli na pierwszy rzut oka znajomy kolaż motyw kina SF, a jednocześnie jeden z najbardziej wciągających i oszałamiających filmów ostatnich lat.

Akcja filmu rozwija się dwutorowo: z jednej strony jesteśmy na statku razem z Raylandem Grace’m (Ryan Gosling), który próbuje odnaleźć i się nawigować w bardzo odległej przestrzeni kosmicznej. Z drugiej mamy retrospekcje, które próbują odkryć jakim cudem facet (biolog molekularny, który pracuje jako nauczyciel w liceum) trafił na statek kosmiczny. A w tle mamy wyścig z czasem, gdzie stawką jest los Ziemi, która za 30 lat może umrzeć. Wszystko z powodu mikroorganizmów zwanych astrofagami, które zjadają napotykane gwiazdy (w tym Słońce). To doprowadza do stworzenia projektu Hail Mary (czyli po naszemu: Zdrowaś Mario) oraz misji kosmicznej.

Film oparto na powieści SF Andy’ego Weira (autora „Marsjanina”), scenariusz stworzył Drew Goddard (odpowiedzialny za adaptację „Marsjanina”), zaś całość wyreżyserował duet Phil Lord/Christopher Miller. Panowie znani głównie z komedii („22 Jump Street”) oraz animacji („Lego Przygoda”, „Spider-Man: Uniwersum” czy „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”) na pierwszy rzut oka wydają się dziwnym wyborem. Ale ich najnowsze dzieło oraz ręka dziwnie pasuje do tej historii. Z jednej strony epickiej w skali, gdzie zaczynamy odkrywać tajemnicę Grace’a i użycie inteligencji do rozgryzienia zagadki, ale z drugiej jest to zadziwiająco kameralna historia o samotności, nieoczekiwanej odwadze oraz… nietypowej przyjaźni. Bo nie jest jedyną istotą, która ma ten sam problem do rozwiązania.

Więcej zdradzić nie zamierzam (zwiastuny już to zrobiły), ale reżyserski duet bardzo płynnie przechodzi od dramatu do komedii, pozostając kosmicznym kinem przygodowym. Scen akcji jest tu niewiele, ale jak się pojawiają (jak zdobywanie próbek z planety), trzymają za gardło. Tym większe wrażenie robi tutaj bardzo namacalna scenografia statku kosmicznego oraz – co zważywszy na ogromny budżet – praktyczne efekty specjalne, gdzie efekty komputerowe wydają się być nieobecne albo ograniczone do minimum. A mimo to „Hail Mary” wygląda zjawiskowo – sam wygląd kosmosu, planety czy eksperymenty z astrofagami chłonąłem niczym spirytus gąbkę, a w tle gra fenomenalna, elektroniczno-orkiestrowo-chóralna muzyka Daniela Pembertona.

A to wszystko na swoich barkach dźwiga Ryan Gosling, który jest rewelacyjny w roli doktora Grace’a. To nie jest heros, lecz bardzo wycofany i zamknięty w sobie inteligent, który „sparzył się” w relacjach z innymi ludźmi. Aktor bardzo sugestywnie pokazuje jego samotność i wycofanie, ale kiedy poznaje kosmitę zaczyna się powoli otwierać, dokonując rzeczy o jakich by się nie podejrzewał. Cudowna chemia jest między nim a ufokiem o głosie Jamesa Ortiza i będącym… animatroniczną kukiełką, co dodaje o wiele większej lekkości niż można się było tego spodziewać. Jeszcze muszę wspomnieć o Sandrze Huller, która wciela się w szefową projektu, Evę Stratt. I jako jedyna wydaje się traktować bardzo poważnie, że aż ociera się o żart opowiadany z kamienną twarzą.

Nie pamiętam kiedy ostatni raz wyszedłem z kina z uśmiechem na twarzy oraz nadzieją, o którą coraz trudniej w naszej rzeczywistości. „Projekt Hail Mary” jest niczym kompilacja znajomych motywów kina SF (od spielbergowskiego „E.T.” po nolanowski „Interstellar”), która brzmi świeżo, ma masę uroku oraz staroświeckiego sznytu kina lat 70 i 80., pozostając inteligentną rozrywką. Może i niezbyt oryginalne, ale pierwszorzędnie wykonane oraz nie wychodzące z głowy od razu po seansie. Kapitalne kino po prostu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ptasznik z Alcatraz

Kino więzienne to w zasadzie podgatunek kina, który od dawna kieruje się swoimi prawidłami. Najczęściej są to historie skupione albo wokół niesłusznie skazanych i próbie/ach ucieczki, albo jest tu surowy portret życia w zamknięciu. Nakręconemu w 1962 roku „Ptasznikowi z Alcatraz” bliżej do tego drugiego, jednak film Johna Frankenheimera jest także czymś innym.

Oparty na książce Thomasa Gaddisa tytuł to biografia Roberta Strouda (Burt Lancaster) – więźnia, który spędził ponad 50 lat w różnych więzieniach. Kiedy go poznajemy jest w drodze do więzienia Leavenworth… pociągiem w 1912 roku. Ale od razu jest na kolizyjnym kursie z naczelnikiem, Harveyem Shoemakerem (Karl Malden). Do tego mężczyzna jest strasznie narwany, zwłaszcza gdy ktoś coś powie o jego matce lub dotknie jej zdjęcia. Ta reakcja doprowadza do zabicia strażnika przez Strouda. Zamiast wyroku śmierci przez powieszenie, dzięki interwencji matki (Thelma Ritter) otrzymuje dożywocie, ale do tego trafia do izolatki. Może chodzić na spacery, lecz wszystko robi sam. Jego powolne i nudne życie zmienia się przez jeden spacer podczas burzy, kiedy zabiera do celi… ptaka. Wróbla z urwanej gałęzi podczas burzy.

Reżyser ubiera całą historię w formie narracji z offu prowadzonej przez Gaddisa (Edmond O’Brien), dziejącą się na przestrzeni ponad 45 lat. Od Leavenworth aż do Alcatraz. Więc jest to spory kawał historii skompresowany do niecałych 2,5 godziny. Frankenheimer pokazuje zarówno zmieniający się system więziennictwa (od kul skuwanych na nogach i szorstkich cel Leavenworth aż po bardziej sterylne, pokryte linoleum Alcatraz), ale przede wszystkim zadziwiającą przemianę głównego bohatera. Przypadkowe uratowanie oraz opieka nad słabym wróbelkiem daje mu nowy cel – co w przypadku osoby z dożywociem jest nieoczywiste – a także pasję. Zaczyna stawać się samorosłym ornitologiem, trzymając w celi sporą ptaszarnię kanarków, dokształca się, a nawet udaje mu się… stworzyć lekarstwo na pewne ptasie choroby. I mimo wolnego tempa, przeskoków czasowych (widocznych głównie w „starzejących się” twarzach), to jednak historia wciąga oraz angażuje.

Frankenheimer panuje nad rytmem, dialogi brzmią cholernie dobrze, a w tle gra bardzo delikatna muzyka. Wszystko nakręcone na czarno-białej taśmie, gdzie kapitalnie wypadają sceny w celi Strouda (szczególnie nocą – cienie!!!) oraz powolne opiekowanie się ptakami. Równie bardziej napędzony akcją finał – bunt więźniów – jest sfilmowany z nietypowych kątów oraz kilku kadrów od góry. Klimat potęguje bardzo oszczędna scenografia, a także zmieniające się kostiumy z epok. A jednocześnie gdzieś przebija się oskarżenie systemu penitencjarnego, który nie daje szansy więźniom na resocjalizację, a wręcz ich próbuje złamać (ostatnia rozmowa Strouda z naczelnikiem, już w Alcatraz).

Niemniej muszę uprzedzić, że historia pokazana w filmie nie do końca ma pokrycie w rzeczywistości. Co akurat w przypadku filmów „opartych na faktach” czy „prawdziwych wydarzeniach” jest czymś, z czym należy się liczyć. Ale (tak samo jak książkowy pierwowzór) tworzy o wiele bardziej złagodzony portret Strouda. Owszem, jego zasługi w ornitologii są spore i bezdyskusyjne, jednak bywał on opisywany jako „psychopata” (przez lekarza psychiatrę w 1942 roku) oraz o wiele bardziej niebezpieczny, nieprzyjazny oraz niepokojący niż jest tu pokazany. Także jego rola w złagodzeniu buntu więźniów Alcatraz w 1946 roku była troszkę inna niż pokazuje reżyser.

Ale to jednak wszystko działa także dzięki fenomenalne kreacji Burta Lancastera. Jego Stroud to początkowo człowiek bardzo zdystansowany, pełen tłumionej przemocy. Jednak bardzo delikatnie zaczyna zmieniać się w bardziej empatycznego, powoli otwierającego się na innych. Ale jednocześnie nie do końca pasującego do tzw. „modelowego, posłusznego więźnia”, jakiego chciałyby władze. Zaskakująco złożona, magnetyzująca postać, będąca przykładem skuteczności resocjalizacji. W kontrze do niego stoi świetny Karl Malden (naczelnik Shoemaker), stający się antagonistą i bardzo surowym człowiekiem. Do tego miksu mamy jeszcze bardzo wyrazisty drugi plan z dodającym odrobiny humoru Tellym Savalasem (Feto Gomez), bardzo oddanej Thelmie Ritter (mocno przywiązania i walcząca o Roberta matka), ciepłej Betty Field (Shelly Johnson – miłośniczka ptaków, która staje się żoną) czy niezawodnego Neville’a Branda (strażnik Bull Ransom).

Aż zaskakujące, że po tylu latach „Ptasznik z Alcatraz” nadal potrafił tak rezonować. Jasne, czasami Frankenheimer bywa jednostronny i (nomen omen) czarno-biały, ale jednak jest w tym coś inspirującego, że dobro w człowieku może pojawić tam, gdzie nikt by się tego nie spodziewał.

8/10

Radosław Ostrowski

Rumble Fish

Kiedy jest się tak doświadczonym reżyserem jak Francis Ford Coppola, to wiele produkcji pozostaje zapomnianych i mocno w cieniu. W roku 1983 stworzył dwa filmy oparte na powieściach S.E. Hinton – „Wyrzutków” oraz „Rumble Fish”. Pierwszy zebrał bardziej pozytywne opinie i zarobił sporo kasy, drugi mocno wtopił, lecz stając się produkcją kultową. To tej drugiej się przyjrzymy.

Akcja dzieje się niby w czasie współczesnym (w czasie realizacji) w Oklahomie, ale postacie wyglądają jakby urwały się z „West Side Story”. Tylko nie śpiewają i nie tańczą, lecz bawią się w gangi. Takim gościem jest Rusty James (Matt Dillon) – chłopak w białym podkoszulku i bandanie, co szuka powodu do bójki oraz zadymy. Jego brat „Motor” (Mickey Rourke) jest otoczony legendą, choć opuścił miasto jakiś czas temu, zaś James traktuje go jako wzór do naśladowania. Poza tym Rusty ma paru kumpli, dziewczynę Patty (Diane Lane), z którą nie ma zbyt dobrych relacji oraz ojca-pijaka (Dennis Hopper). Ma dojść do konfrontacji między nim a liderem konkurencji, który ma chęć go zabić. I wtedy wraca jego brat z Kalifornii, bo budzi w Rustym J. nadzieję.

Ten film widziałem parę naście lat temu i – delikatnie mówiąc – nie zrobił na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Coś mi tu nie do końca pasowało, wydawało się sztuczne, pretensjonalne, z niezbyt dobrymi dialogami. Pomyślałem, że po latach może coś się zmieniło. Od razu uprzedzę – nie specjalnie. Choć sama historia zagubionego młodzieniaszka z trudną przeszłością, uwielbieniem gangów oraz udawaniem twardziela wydaje się interesująca. Sporo jednak w jej pewnej epizodyczności i przeskoku od sceny do sceny, gdzie brakowało mi mocniejszego kośćca. Jasne, wspólne sceny braci oraz powolne odkrywanie pewnych tajemnic (porzucenie ich przez matkę, samotność) z KAPITALNIE użytym dźwiękiem do ilustracji zdarzeń przeszłości – zamiast umieszczenia retrospekcji – ma swoje momenty. Tak jak poznanie jeszcze bardziej zagubionego od swojego brata „Motora”, zmęczonego swoją legendą i sławą. Nie mniej nadal przeszkadzały mi dialogi, bo albo były zbyt deklaratywne i wiele rzeczy mówiły wprost (tutaj „błyszczy” na tym polu postać policjanta, który jest wrogo nastawiony do wracającego motocyklisty), albo próbowały być poetyckie, zaś brzmiały bardziej jak bełkot. Niby byłem z postaciami, a jednocześnie trzymałem się od nich z daleka. Także drugi plan nie jest zbyt mocno zarysowany.

Co jednak najbardziej wybija się w „Rumble Fish” to warstwa audio-wizualna. I nie chodzi tylko o czarno-białą kolorystykę (kolor mają tylko rybki oraz jedna scena w finale), ale też jak buduje ona atmosferę. Od dwóch time lapsów, kilku kadrów pokazujących chmury czy rzucane cienie. Coppola miesza estetykę kina noir, wrzuca do kadrów dym (bójka Rusty’ego z Biffem czy rewelacyjny moment, kiedy chłopak opuszcza swoje ciało i widzi, co dzieje się po jego śmierci), a także bawi się różnymi kątami. Jest też mocno perkusyjna oraz pozornie skoczna muzyka Stewarta Copelanda, która dziwnie pasuje do tego nastroju.

Choć nie brakuje tu uzdolnionych oraz obiecujących aktorów na drugim planie – od Nicolasa Cage’a i Laurence’a Fishburne’a po zjawiskową Diane Lane i Chrisa Penna – to wszystko trzyma na swoich barkach Matt Dillon z Mickeyem Rourkiem. Pierwszy ma w sobie łatwo odpalającą agresję i udaje zagubienie byciem twardym oraz cool, drugi bardziej szepczący i spokojny, ale pod tym wszystkim kryje się pozbawiony złudzeń facet, mocno zdystansowany do swojego mitu. To on był dla mnie ciekawszym, bardziej pociągającym bohaterem.

No cóż, ten powrót po latach nie wyszedł mi za bardzo. „Rumble Fish” próbuje wejść w skórę młodych ludzi, którzy nie mają żadnych perspektyw i są zdani tylko na siebie. Tylko to wszystko jest bardziej skupione na stylu oraz formie, bo nie byłem w stanie wejść do tego świata. Czy ja za dużo już widziałem takich opowieści, czy może forma obrana przez Coppolę wydaje mi się sztuczna? Odpowiedzcie sobie sami.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Tajny agent

Brazylia pod względem kinematografii kojarzyła się przez bardzo długie lata z telenowelami, ale w ostatnich dekadach coś się mocno zmieniło. Co jest zasługą choćby takich tytułów jak „Miasto Boga”, „Carandiru” czy zeszłoroczne (jeszcze nie obejrzane przeze mnie) „I’m Still Here”. Teraz do tego grona dołącza kolejny nominowany do Oscara film z kraju karnawału i samby.

Akcja „Tajnego agenta” toczy się w 1977 roku, kiedy krajem nadal rządziła dyktatura wojskowa. Już sam początek pokazuje rzeczywistość tej epoki, gdzie jesteśmy na stacji benzynowej za miastem. Tam przyjeżdża kierowca żółtego Garbusa, zaś w okolicy znajduje się… rozkładający się trup. Akurat w pobliskim mieści Refire trwa karnawał, więc policja nie bardzo ma czas się tym zająć. A tu przybywa radiowóz i przeprowadza kontrolę nowego kierowcy, ale nic nie udaje się znaleźć. A mężczyzna, Marcelo (Wagner Moura) zostaje puszczony. Przybywa do lokum prowadzonego przez don Sebastianę (Tania Maria), gdzie przebywają ludzie ukrywający się przed państwem. Z różnych powodów. Jak się dowiadujemy, mężczyzna ma w mieście syna i razem z nich planuje uciec z kraju. Sprawy o tyle się komplikują, gdy na zbiega poluje dwóch zabójców opłaconych przez włoskiego biznesmena oraz szefa firmy inżynieryjnej.

Ale kim tak naprawdę jest Marcello? Dlaczego się ukrywa? I kim jest ten tytułowy tajny agent? Na część z tych pytań odpowiada najnowszy film Klebera Mendonca Filho, który wśród naszych recenzentów i krytyków nie spotkał się z aż takim entuzjazmem jak za granicą. A sama historia toczy się bardzo wolnym tempem, które ma zbudować przekonująco Brazylię drugiej połowy lat 70. Od początku krążyła masa pytań związanych z naszym bohaterem. Porusza się niczym konspirator, który przemieszcza się w tajemnicy, prowadzi rozmowy telefoniczne z budek, a nawet rozmowy w cztery oczy dzieją się poza widokiem.

A jednocześnie widzimy wiele rzeczy dziejących się obok, co jeszcze komplikuje całość: duet killerów, co tropi Marcello; lokalny komendant policji Euclides (Roberto Diogenes) tuszujący morderstwa; absurdalna kwestia ludzkiej nogi znalezionej w… rekinie. By jeszcze bardziej wszystko pogmatwać mamy drobne przeskoki do współczesności, gdzie dwie studentki przesłuchują kasety magnetofonowe dotyczące tej historii. To jest prawdziwy labirynt, który wymaga skupienia, by połączyć wszystkie kropki. Co samo w sobie nie jest problemem, ale ten lokalny koloryt pozostaje niezrozumiały dla osób spoza Brazylii (pokazana bestia w czerwonej masce; karnawał; werbowanie cyngli), co może być barierą nie do przeskoczenia. Mnie też to przeszkadzało, a przywiązanie do detali jest imponujące. Tak samo jak dialogi, unikające nadmiaru ekspozycji.

Jeśli miałem z czymś problem, to z wątkiem współczesnym, który wydawał mi się zbędny (z wyjątkiem ostatnich scen – nie zdradzę, co się tam dzieje, ale ładnie to spina). Drugim problemem było też początkowe przeskakiwanie z wątku na wątek, co mocno dezorientowało. Byłem zaciekawiony, a nawet zaintrygowany, jednak napięcie czułem dopiero w drugiej połowie, kiedy poznajemy przeszłość Marcelo/Armando. A także mocniej zaczyna się zaciskać pętla wokół niego, co prowadzi do krwawego i mocnego finału.

A jednak to działa dzięki rewelacyjnemu, bardzo oszczędnemu Wagnerowi Mourze. Dużo jest w nim (pozornego) spokoju oraz nie rzucania się w oczy, a jednocześnie czuć w nim nerwowość. Bardzo subtelna, ale łapiąca za serducho kreacja. Chce się za nim podążać, by zobaczyć jaki wykona ruch, co może zrobić oraz jak lawiruje, by nie dać się złapać. Mocny punkt filmu. Ale też drugi plan jest tu przebogaty, nawet jeśli postacie mają niewiele czasu ekranowego: rewelacyjna Tania Maria (dona Sebastiana), śliski duet Gabriel Leone/Roney Villela (zabójcy Bobbi i Augusto), bardzo mocny Robert Diogenes czy cudowny Carlos Francisco (Alexandro, teść Armando). Jest tu też w swojej ostatniej roli zmarły w zeszłym roku Udo Kier jako ocalały z wojny krawiec Hans. Pojawia się w jednej scenie, ale zapada mocno w pamięć.

„Tajny agent” mocno testuje cierpliwość, jakby sam dwu i półgodzinny metraż nie wystarczył. A jednak ta opowieść o pamięci, ojcach i synach oraz jak bardzo mały jest człowiek w trybiku machiny totalitarnego systemu, gdzie ludzkie życie jest bezwartościowe. Mocna rzecz, choć nierówna.

7/10

Radosław Ostrowski

Za duży na bajki 3

Ile to już lat minęło, kiedy widzieliśmy Waldka znanego jako Waldi Pierwszy Mocarny? Nie spodziewałem się, że dostaniemy aż trzy części. A wszystko zaczęło się od powieści Agnieszki Dąbrowskiej, która została zaadaptowana przez Kristoffera Rusa w 2019 roku. A jak teraz radzi sobie (nie do końca) Mocarny Waldek?

No niezbyt dobrze. Pojawiła się młodsza siostra, co czyni dom niemal otchłanią z piekła dla niego, jego mamy oraz obecnego partnera Piotra, zaś tworzona przez niego drużyna (współtworzona przez Staszka i Delfinę) zaczyna się rozpadać. Zważywszy na to, że ostatnio trio nie jest w najwyższej formie e-sportowej, zaś Staszek więcej czasu spędza z grupą taneczną, a Delfina po porażce postanawia odejść. Pada o jedno słowo za dużo, a wtedy Waldek ze złości pisze hejterski komentarz w Internecie. A to uruchamia całą spiralę, którą ciężko będzie zatrzymać.

Połączenie kina familijnego z poważną kwestią hejtu brzmi jak karkołomny miks. Niczym jazda jedną nogą na deskorolce, a drugą na rowerze. Brzmi niedorzecznie? I niestety, ten film taki właśnie jest. Próbuje jednocześnie bardzo poważnie podejść do kwestii hejterstwa – jak potrafi namącić w głowie, jeśli nie ma się wsparcia nikogo bliskiego (świetna scena, kiedy dziewczyna w kapturze przechodzi przez rynek i „słyszy” szydercze śmiechy, które się nie wydarzają) oraz jak bardzo pełni kompleksów są autorzy tych komentarzy. Innymi słowy, mocno są tylko w gębie. Ale z drugiej całość jeszcze bardziej próbuje uczyć (co w sobie nie jest niczym złym) i robi to w dość nachalny sposób. Młodszemu widzowi może się to spodobać, ale dla mnie to aż za bardzo było wprost. Plus jeszcze kilka pobocznych wątków, które nie do końca są rozwinięte: domowe życie Delfiny, Piotr wracający na studia oraz prywatne śledztwo w celu namierzenia hejtera.

Z drugiej strony nie brakuje tu obecnego od początku humoru (każde wejście ciotki Marioli, która prowadzi auto niczym doświadczony kaskader lub członek „Szybkich i wściekłych”, drobny epizodzik Borysa Szyca czy przerażająco-groteskowej Doroty Pomykały), całkiem nieźle balansującego ton. Plus jak zawsze niezawodna obsada, z której najbardziej wybija się Amelia Fijałkowska (Delfina). Ale między naszą trójką (poza wspomnianą dziewczyną jeszcze jest Maciej Karaś i Patryk Siemek) nie ma aż tak mocnej chemii, co może wynikać ze zbyt małego czasu ekranowego razem.

Nie będę ukrywał, że trzecia część „Za dużego na bajki” wypada najsłabiej z całej serii. Gdzieś brakuje tego balansu między lekkością a mądrością, całość jest zbyt dydaktyczna oraz miejscami dialogi nie brzmią za dobrze. Porządnie wykonana, ale pozbawiona pewnego błysku część z finałem, który dla mnie dobrze zamyka tą historię. Kolejnego sequela raczej się nie spodziewam.

6/10 (ale takie na szynach)

Radosław Ostrowski

Zasada domina

Raz uruchomione kostki domina nie dadzą się zatrzymać i zniszczą wszystko, co napotka na swej drodze – nazywa się to efektem domina. Jedno zdarzenie – pozornie drobne – pociąga następne, uruchamiając niebezpieczny ciąg wydarzeń. O podobnej sytuacji postanowił opowiedzieć weteran kina Stanley Kramer w swoim przedostatnim filmie.

Bohaterem „Zasady domina” jest niejaki Roy Tucker (Gene Hackman) – weteran wojny wietnamskiej, który odsiaduje wyrok za zabójstwo. Zwykły szaraczek, który jest jednym z wielu ze swojego pokolenia. Ale spokojna odsiadka zmienia się, kiedy ma spotkanie z niejakim Taggem (Richard Widmark), a ten proponuje mu pomóc opuścić więzienie. W zamian ma zrobić pewną przysługę. Jaką? Tego dowie się później, pod warunkiem, że się zgodzi. Po drodze odbywa kolejne rozmowy z mężczyzną, a następnie z niejakim Pinem (Edward Albert). W końcu zgadza się, a po ucieczce dostaje konto w banku (200 tysięcy dolców), książeczkę czekową, paszport, nową tożsamość oraz… możliwość spotkania się z żoną (Candice Bergen), której nie widział od czasu procesu.

Lata 70. to był czas szczytu popularność thrillerów politycznych i filmów opartych na teoriach spiskowych czy paranoicznych lękach. Wystarczy wspomnieć „Rozmowę” F.F. Coppoli, „Syndykat zbrodni” Alana Pakuli czy późniejszy „Koziorożec 1” Petera Hyansa. Kramer próbuje wpisać się w ówczesne trendy, gdzie mamy wszechpotężną organizację sterującą w zasadzie wszystkim. Stojącą za politycznymi morderstwami, mającą swoich ludzi wszędzie, co może z jednej strony wywołać silne poczucie paranoi oraz absolutny brak zaufania do kogokolwiek. Ale z drugiej potrafi też odlecieć w takie rewiry, że ciężko to traktować poważnie. Bo skoro to spisku może należeć twój szef, przyjaciel, a nawet… żona, to jaki jest sens walki z nimi? Są oni w stanie przewidzieć każdy ruch, którego nawet ty się nie spodziewałeś.

Problem jednak w tym, że Kramer nie jest w stanie zaangażować, a filmowi brakuje energii. I nawet bym przełknąłbym to, ale nie czuć tu za mocno stawki. Nie ma napięcia, bo skoro może wydarzyć się wszystko, to dlaczego mnie ma to obchodzić? Sytuację troszkę ratuje ostatnie 20 minut (w tym sceny z helikoptera), charyzmatyczny Gene Hackman – ten facet potrafi wszystko sprzedać wszystko – niezły drugi plan oraz odrobinę egzotycznych lokacji. Bo część zdjęć była kręcona w Meksyku. Tylko, że „Zasada domina” strasznie się zestarzała i po latach jest jednym z wielu paranoicznych dreszczowców, gdzie brakuje tej paranoi, tempo jest strasznie ospałe, zaś ognia jest tu tyle, co kot napłakał. Niewykorzystany w pełni potencjał, który traktuje się zbyt poważnie.

6/10

Radosław Ostrowski

Lot nad kukułczym gniazdem

Choć „Odlot” poniósł komercyjną porażkę nie zniechęciło to Milośa Formana do tworzenia filmów w USA. I tym razem zaskoczył wszystkich, choć ten film wydawał się być mu pisany. Oparty na powieści Kena Keseya „Lot nad kukułczym gniazdem” wydanej w 1962 roku okazał się ogromną niespodzianką, sporym kasowym hitem (przy budżecie niecałego 4,5 mln dolarów zarobił ponad 130 baniek) oraz artystycznym, zdobywając m. in. Wielką Piątkę przy Oscarach (najlepszy film, reżyseria, scenariusz oraz role pierwszoplanowe).

Dlaczego było to niejako przeznaczone dla czeskiego reżysera? Otóż prawa do książki wykupił aktor Kirk Douglas, a ten zaproponował pracę Czechowi po tym jak wyruszył w trasę po komunistycznej Europie Środkowej w 1969 roku. Problem w tym, że kopię książki przechwycili cenzorzy, a panowie stracili kontakt. Wszystko się zmieniło, kiedy twórca „Miłości blondynki” przybył do USA, zaś prawa do ekranizacji przejął syn Kirka, Michael Douglas. Po próbach szukania reżysera (przez pewien czas byli związani Richard Rush i Hal Ashby) skontaktowali się z Formanem, a ten po otrzymaniu kopii książki od razu się zgodził. A o czym jest sam film? Sama historia dzieje się w 1963 roku w szpitalu psychiatrycznym gdzieś w stanie Oregon. Tam trafia nowy pacjent, czyli Randall Patrick MacMurphy (Jack Nicholson). Przybywa z więzienia, gdzie został skazany za seks z nieletnią, a po drodze jeszcze pięciokrotnie zaatakował strażników. Ma zostać poddany obserwacji i sprawdzeniu czy nie symuluje. I niemal od razu trafia na kolizyjny kurs z prowadzącą oddział siostrą Ratched (Louise Fletcher), trzymającą wszystkich pod kontrolą.

Nie będzie raczej zaskoczeniem, że film Formana ma prostą opowieść i jest alegorią opisującą zderzenie systemowego porządku z chaosem oraz walczącym z jakąkolwiek formą kontroli wolnym duchem. Sama historia prowadzona jest w bezpośredni sposób, realizacyjnie przypominając niemal dokument. Ze stonowanymi kolorami, bardzo oszczędnie wykorzystywaną muzyką, sporą ilością zbliżeń na twarze, bez żadnych zabaw formalnych. Ale za to mamy galerię bardzo wyrazistych postaci (głównie pacjentów, którzy – w większości – są tu z własnej woli), mających swoje własne dziwactwa. Nieśmiały jąkała Billy, inteligent Harding, bardzo impulsywny Cheswick, lekko bucowaty Tabor, głuchoniemy wielkolud Wódz czy lekko dziecięcy Mancini – nawet jeśli nie są zbyt rozmowni, zapadają mocno w pamięć.

Pozornie nic się nie dzieje, jednak działania MacMurphy’ego wywołują ogromny ferment – od prób oglądania meczu baseballa przez ucieczkę i łowienie ryb przez gwałtowny atak Cheswicka z powodu kary ograniczenia papierosów aż po nocną imprezę z dwiema dziewczynami. Forman podkręca napięcie nawet w pozornie prostych scenach, gdzie siostra Ratched prowadzi rozmowy grupowe i więcej widzimy spojrzeń między nią a – pozornie spokojnym – MacMurphym. Wszystko w bardzo sterylnym pomieszczeniu, budującym poczucie izolacji. O wiele bardziej niż więzienie, bo tam przynajmniej wiesz ile trwa wyrok, a w szpitalu może to trwać w nieskończoność. Zaś próby łamania (limitowane ilości, fizyczne bicie, elektrowstrząsy czy lobotomia) potrafią być brutalne, wręcz barbarzyńskie. Ale czy da się złamać wolnego ducha? Zakończenie daje pewną nadzieję.

A całość jest rewelacyjnie zagrana. Jack Nicholson tworzy charyzmatyczną kreację bardzo wyluzowanego, cwanego i pewnego siebie MacMurphy’ego. Uważnie obserwuje, niemal od razu budzi sympatię swoim bezkompromisowym podejściem, siejąc chaos, ferment oraz pobudzając innych. Każde jego podejście czyni seans nieprzewidywalnym oraz pełnym energii. W kontrze do niego stoi równie wyrazista Louise Fletcher w roli siostry Ratched. Ona jest o wiele spokojniejsza, wręcz nienaturalnie pozbawiona emocji niczym robot. Jest w tym spokoju coś bardzo niepokojącego jak bardzo delikatnym głosem potrafi wszystkich postawić na baczność. Wspólne sceny tego duetu elektryzują aż do mocarnego finału. Za to drugi plan jest wręcz przebogaty – od debiutującego Brada Dourifa (bardzo nieśmiały oraz stłumiony Billy), przez potężnego Willa Sampsona (Wódz), chaotycznego Christophera Lloyda (Tabor), wyciszonego Danny’ego DeVito (Mancini) po kapitalnego Williama Redfielda (inteligent Harding).

„Lot nad kukułczym gniazdem” nie bez przyczyny jest uważany za jeden z najlepszych filmów lat 70. oraz jeden z największych triumfów Formana. Precyzyjnie napisany, fenomenalnie zagrany oraz zadziwiająco realistyczny w pokazywaniu szpitali psychiatrycznych jako bezwzględnych klatek, z których można nigdy nie wyjść. Prowokujące do myślenia, zaskakująco aktualne i emocjonalnie angażujące do ostatniej sceny.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej

Tytuł ma w sobie tak silną moc, że nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Potrafi zachęcić, zniechęcić, wystraszyć, zaintrygować albo naprowadzać na pewne tropy. Kiedy powiedziałem siostrze, że idę na film „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” zapytała mnie: „Czy to horror?”. I trudno się dziwić, skoro mamy duchy nasuwa się pewne oczywiste skojarzenia. Jednak debiut Emi Buchwald jest czymś zupełnie innym.

Historia toczy się w mieście leżącym gdzieś między Pruszkowem a Wołominem i skupia się wokół czwórki rodzeństwa. Jana (Karolina Rzepa) jest najstarsza i próbuje swoich sił jako artystka. Właśnie dostała szansę na stworzenie swojej wystawy. Młodsza siostra Nastka (Izabella Dudziak) oraz brat bliźniak Franek (Tymoteusz Rożynek znany bardziej jako raper Szczyl) są kompletnie różni. Ona studiuje psychologię i spotyka się z niejakim Stachem (Piotr Napierała), zaś on bawi się w muzykę, poznaje dziewczynę oraz… zaczyna dilować. Po drodze jeszcze wyrzucił z domu najmłodszego brata, znerwicowanego Benka (Bartłomiej Deklawa), z którym kiedyś był mocno zżyty.

Reżyserka tworzy bardzo specyficzny film, który jest bardzo kameralny i wyciszony, a konstrukcją przypomina zbiór luźno powiązanych ze sobą opowiadań. Pojawiają się śródtytuły, niejako zapowiadające co się wydarzy. Ale jeśli ktoś spodziewa się pełnego ekspresji czy mocnych scen, granych na wysokim C (z krzykami, retrospekcjami oraz ekspozycją), nie znajdziecie tu zbyt wiele. Fabuła jest skromna i szczątkowa, gdzie wiele rzeczy pozostaje niewytłumaczonych – jak choćby jakie traumy ich naznaczyły – co może dla wielu być frustrujące. Zamiast tego przyglądamy się naszej czwórce młodych dorosłych, próbujących sobie poradzić i odnaleźć w rzeczywistości. Próbując jednocześnie zachować rodzinne więzi i żyć samodzielnie, co próbuje robić Franek („przestać myśleć o sobie w liczbie mnogiej”), jednak reszta przez to cierpi.

Choć ta migawkowo-epizodyczna struktura może wielu odrzucić nadmiarem niejasności, to jednak mnie złapało. Naturalnie napisane i oszczędne dialogi pozwoliły mnie wejść w ten bardzo intymny portret. Niektórzy złośliwcy powiedzieliby, że to portret hipsterskiej „warszawki” albo „cierpienia młodego Warszawiaka”. Ludzi, których – jakimś cudem – stać na duże mieszkanie na Dobrej (czyli na Powiślu), choć raczej nie z wykonywanej pracy. Niemniej jest w „Duchach” coś tak poruszającego, że pozwala zanurzyć się w powolnej atmosferze. Włącznie z bardzo satysfakcjonującym zakończeniem, wręcz ostatnim kadrem.

Buchwald bardzo dobrze sobie radzi w warstwie technicznej. Nawet jeśli stylistycznie bliżej jest filmowi dokumentalnemu (choć nie ma tu ujęć z ręki), to jednak jest tu parę zapadających w pamięć obrazów. Świetny początek w jednym ujęciu, gdzie krążymy po pustym domostwie, ale słyszymy dźwięki opisujące dawne wydarzenia (szepty, bieganina, otwierane drzwi czy przygotowanie posiłku w kuchni), sensacyjny pościg samochodowo-pieszy trójki rodzeństwa za bratem-dilerem z dramatycznym finałem czy Benek szepczący podczas urodzin do „Serca” Syberii TDW. Takich momentów jest więcej, ale te wyżej wspomniane zapadły mi mocno w pamięć. Co też jest zasługa fantastycznego kwartetu pierwszoplanowego, składająca się z mało rozpoznawalnych aktorów: Rzepa (silna i niejako „matkująca” Jana), Dudziak (neurotyczna Nastka), Rożynek (najbardziej pogubiony Franek) oraz – najbardziej angażujący mnie – Deklawa (wycofany, niemal apatyczny Benek). Chemia między nimi jest naturalna, bardzo oszczędne aktorstwo nie wywołuje sztuczności, a każde z nich tworzy bardzo wyraziste postacie.

Nie widziałem tak szczerego portretu młodych ludzi od czasu „Chleba i soli” Damiana Kocura i „Ostatniego komersu” Davida Nickela, ale Emi Buchwald tutaj lawiruje między realizmem a oniryzmem. Wiele osób odrzuci ta epizodyczna narracja, ale jest w tym filmie coś tak nawiedzonego, że nie pozwoli zapomnieć o sobie na długi czas. Aż boję się myśleć, jakie będą kolejne filmy tej obiecującej, młodej reżyserki.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Hopnięci

Coś ostatnio forma jednego z najlepszych studiów filmów animowanych w USA, czyli Pixara jest bardzo chwiejna. Oryginalne produkcje jak „Między nami żywiołami” czy „Elio” spotykały się najwyżej z umiarkowanym odbiorem, zaś sequele raczej są robione z automatu (z wyjątkiem drugiego „W głowie się nie mieści”). Światełkiem w tunelu mieli okazać się „Hopnięci” – pierwszy od dawna film studia z Emeryville mający bardzo wysokie oceny krytyków. Czy w końcu dostajemy coś wyjątkowego?

Akcja dzieje się w Bobromyślu, gdzie życie sobie niejaka Malwinka Tanaka. Dziewczynka jest outsiderką, która ma totalnego zajoba na punkcie przyrody. Do tego stopnia, że jako młoda uczennica chciała „uwolnić” zwierzęta ze szkoły. Jedyną osobą, która ją rozumie i wspiera jest jej babcia o mocno ekologicznych przekonaniach, mieszkająca pod miastem nad jeziorkiem. Ale po śmierci staruszki Malwina zostaje studentką i przeprowadza się do jej domu. Sytuacja się pogarsza, kiedy burmistrz miasta Dziarski chce w okolicy jeziora zbudować obwodnicę, niszcząc domostwo boberów oraz innych zwierząt. Chyba, że jej uda się ściągnąć gryzoni od tam z powrotem. Dziewczyna przypadkiem trafia na eksperyment prowadzony przez panią profesor Bossak z uniwersytetu zwanego hopnozą. Polega na wydrukowaniu mechanicznych zwierząt oraz umieszczaniu w niej ludzkiej świadomości. Po co? By móc obserwować przyrodę bez płoszenia reprezentantów fauny i flory swoją obecnością. Nie trzeba być dziennikarzem TVN-u czy TV Republika, by domyślić się co zrobi Malwina.

Jeśli punkt wyjścia budzi w was skojarzenia z „Avatarem” Jamesa Camerona, nie jesteście jedyni. Dzieło Daniela Chonga na pierwszy rzut oka wydaje się mieszanką znajomych filmów – poza opowieścią o kosmicznych smerfach mamy tu i „Dzikiego robota”, „Odlot” (jeden rysunek na tablicy jakiś znajomy) czy… „Matrixa”. Ale to wszystko wydaje się na pierwszy rzut oka prostą kalką oraz podziałem na złych ludzi i dobrą przyrodę. Nie jest to pozbawione humoru, kiedy Malwinka jako bober (nie takie bydle jak mówił ktoś w filmiku z YT) poznaje przyrodę oraz jej prawa. Od działania łańcucha pokarmowego (oraz reakcji zwierząt) przez wspólne zamieszkiwanie pod wodzą króla ssaków, bobera Karola – scena wspólnej rozgrzewki pod muzykę CUDOWNA – czy wspólnej rady zwierząt.

Im dalej w las, tym bardziej twórcy odpinają wrotki i szaleją: zarówno wizualnie z masą zwierząt na ekranie (motyle, mrówki, ryby) robią piorunujące wrażenie, tak jak szalony pościg i ucieczka samochodem przed… rekinem Renatą (nie, nie pomyliłem się) albo komunikacja z ludźmi przy użyciu smartfona. Pojawi się parę niespodzianek i zakrętów (włącznie z nieoczywistym antagonistą), będą nagłe zgony, zaś przesłanie o wspólnym koegzystowaniu ludzi z fauną i florą nie jest nachalnie dydaktyczne. Sama animacja jest na najwyższym poziomie, gdzie czuć odrobinę inspiracji anime (szczególnie w przypadku twarzy postaci). Wygląda to pięknie, mimo nie bycia produkcją spod znaku National Geographic czy Discovery Channel.

Ponieważ filmy animowane przez Disneya u nas są pokazywane tylko z polskim dublażem. I jak w większości przypadków nie można się za bardzo przyczepić, co jest zasługą reżysera Łukasza Lewandowskiego (wcześniej odpowiadał za realizację „Uniwersytetu Potwornego” i pierwszego „W głowie się nie mieści”) oraz tłumaczenia Kuby Wecsile. Niespodzianką byli dla mnie mniej znani Alicja (nomen omen) Bobruk i Paweł Algier w rolach Malwinki oraz króla Karola. Pierwsza początkowo moje irytować swoją pro-ekologiczną obsesją, przez co staje się outsiderką w społeczeństwie. Ale zaczyna dostrzegać jakie niebezpieczne konsekwencje sprawiają jej działania, mimo czystych intencji i doprowadza do przemiany. Z kolei bobrzy król jest zwyczajnie uroczy, pełen życzliwości oraz empatii, choć wydaje się unikać konfrontacji. Oboje razem są świetni, z każdą sceną zyskując moją sympatię. Jednak to drugi plan kradnie jak zawsze ekran: od zaskakującego Pawła Małaszyńskiego (burmistrz Dziarski – polityk jakich wielu, ale lubiany przez mieszkańców) przez solidną Kingę Preis (profesor Simona Bossak) oraz Jarosława Boberka (ospały Buba) aż do świetnej Danuty Stenki (królowa owadów), lekko demonicznego Józefa Pawłowskiego (król owadów) i niespodziewanego cameo Katarzyny Herman (Renata!!!).

W zasadzie jedynym problemem było dla mnie nierówne tempo w drugim akcie. Nie zmienia to faktu, że „Hopnięci” to jedna z lepszych produkcji Pixara od kilku lat. Jak zawsze twórcy nadal czarują piękną animacją, dostarczając sporo frajdy dzieciom, ale także taki stary pryk jak ja (lat powyżej 18) nie będzie się nudził. No i pamiętajcie – zło bobrem zwyciężaj, bo bober to potęga!!!!

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przeznaczenie

Co było pierwsze – jajko czy kura? To jedno z odwiecznych pytań, które dręczą nie tylko filozofów, ale także pisarzy czy filmowców. W szczególności tych wykorzystujących konwencję fantastyki naukowej. Szczególnie te dotyczące podróży w czasie oraz reperkusji tych działań. Jeśli kojarzycie takie filmy jak trylogia „Powrót do przyszłości” czy „12 małp”, to prawdopodobnie podejdzie wam australijskie niskobudżetowe „Przeznaczenie”.

Akcja skupia się wokół Agenta Czasu, który wykonuje skoki w czasie, żeby powstrzymać ataki terrorystyczne, zamachy oraz inne tragedie. To alternatywna rzeczywistość w retro wydaniu, gdzie podróżnicy mają dwa rewolwery oraz wehikuły w kształcie futerału na skrzypce czy inną gitarę. Bohaterem jest protagonista (Ethan Hawke), który ma obsesję na punkcie dopadnięcia terrorysty o ksywie Fizzle Bomber. Człowiek ten w marcu 1975 roku podłoży ładunek, który zabije ponad 10 tysięcy osób, więc sprawa jest bardzo poważna. Wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem, jednak agent ma pewien plan. I szybko trafiamy do 1970 roku w jakimś barze, gdzie podróżnik działa jako barman pod przykrywką. Tam pojawia się pewien szorstki mężczyzna (Sarah Snook) opowiadający pokręconą historię swojego życia.

I w tym momencie muszę zatrzymać opowiadanie fabuły, bo jedno czy dwa zdania za dużo mogą zepsuć odkrywanie tajemnicy. A dzieło braci Spierig – doświadczonych gości od tworzenia efektów specjalnych – jest jednym z największych mózgotrzepów jaki widziałem od dawna. Próbując połączyć kto, co, jak i kiedy może doprowadzić komórki mózgowe do intensywnego myślenia. Ale przez większość czasu jesteśmy w nowojorskim barze AD 1970, słuchając rozmowy dwójki ludzi. Z masą retrospekcji, osadzonymi w przedziale 1945-70, mocno osadzonymi w znanej nam rzeczywistości. Efektów specjalnych oraz wizualnych bajerów tu nie znajdziecie, akcja w zasadzie dzieje się w kilku lokacjach, co wynika z ograniczeń budżetowych.

Ale reżyserzy umieją to ugrać w atut. „Przeznaczenie” ładnie wygląda wizualnie, scenografia i kostiumy z epoki świetnie budują klimat (zwłaszcza siedziby SpaceCorp), zaś świetne dialogi wpadają w ucho oraz wypadają naturalnie. To ostatnie jest także zasługą opowiadania Roberta Heinleina – jednego z klasyków literatury SF lat 50. i 60., zaś wszelkie nitki, kroki oraz twisty zawstydziłyby samego M. Nighta Shyamalana. Przeznaczenie, transgresja, podróże w czasie, tożsamość i czas – za pierwszym razem nie ogarnąłem. Czuję, że jeszcze tu wrócę. Sama akcja jest bardzo dobrze pokazana, choć jest jej zaskakująco mało, a ostatnie pół godziny to prawdziwy rollercoaster oraz rozgardiasz, próbujący spiąć wszystko w gigantycznym suple. A wszystko to jest rewelacyjnie zagrane przez dominujący duet Ethan Hawke/Sarah Snook, szczególnie ta ostatnia magnetyzuje wcielając się zarówno w mężczyznę oraz kobietę, bez popadania w sztuczność. Karkołomna, skomplikowana i niezapomniana rola.

Nie będzie raczej niespodzianką nazwanie „Przeznaczenia” najlepszym filmem braci Spierig. Intrygujący, tajemniczy, bardzo stylowy wizualne, świetnie zagrany oraz napisany. Skomplikowana układanka, do której będzie się chciało wracać, by poszukać kolejnych tropów w sklejeniu całego obrazu.

7,5/10

Radosław Ostrowski