Boy Kills World

Trzeba się naprawdę dzisiaj postarać, żeby zrobić beznadziejny czy słaby film akcji. Choć z drugiej strony zawieszono wysoko poprzeczkę dzięki pewnemu zabijace o imieniu John i nazwisku Wick, a także krwawej rzeźni z Indonezji. Niemniej ciągle pojawia się kolejna armia śmiałków chcących robi filmy akcji ze względnie umiarkowanym budżetem. Jak niemiecki debiutant Moritz Mohr, który w 2023 wystrzelił z „Boy Kills World”.

Akcja filmu dzieje w wielkomiejskiej dystopii, gdzie od kilkunastu lat rządzi rodzina Van Der Koy (sądząc po zapisie, to są chyba Holendrzy). Ci rządzą za pomocą terroru i od lat umieszczają co roku swoich wrogów do Uboju – programu telewizyjnego, gdzie 12 uczestników jest zabijanych przez bandę przebierańców. Czyli takie porąbane „Igrzyska śmierci”. Reszta jest rozstrzeliwana lub wieszana. Jednym z tych, co mieli zginąć jest chłopak, który był świadkiem śmierci swojej rodziny. Pozbawiono go języka i słuchu, a miał zostać powieszony, niemniej został uratowany przez ukrywającego się Szamana (Yayan Ruhian) – raczej nie tego z hitu Palucha. Ten go trenuje i szkoli, by mógł się zemścić. Aż w końcu przychodzi dzień zapłaty.

Sama historia brzmi niczym kolejne kino zemsty, których widziało się setki albo i nawet tysiące razy. Ten na pierwszy rzut oka czerpie z dystopijnych opowieści o brutalnych, opresyjnych dyktaturach. Bliżej jednak tutaj jest do pulpowego komiksu albo gry komputerowej, gdzie nasz bohater staje w kolejnej arenie/lokacji i mierzy się z kolejnym członkiem rodziny/bossem. Wszystko z bardzo szybko pędzącą kamerą na złamanie karku (niczym choćby w koreańskim „Carterze” czy serii „Kingsman”) z krótkimi momentami slow-motion, odrobiną bardzo smolistego poczucia humoru oraz… komputerowo wygenerowaną krwią, która wygląda bardzo sztucznie. Do tego jeszcze dostajemy wmieszane do tego retrospekcje z życia niemego Chłopaka (świetny Bill Skarsgard), którego nawiedza… zjawa jego młodszej siostry, która jeszcze komplikuje sprawę. Sama choreografia jest imponująca, kreatywna oraz dzika.

„Boy Kills World” ma w sobie także sporą dawkę humoru, który dają dwa elementy. Pierwszym jest nasz protagonista, który – choć nie mówi – posiada wewnętrzny głos samego H. Jona Benjamina, czyli agenta Archera z kultowego serialu animowanego dla dorosłych. Ten świetnie pokazuje jego zagubienie i dezorientację (bo i czytanie z ruchu ust nie zawsze mu się udaje), mimo ciągłego powtarzania jakim on jest instrumentem do siania mordu. Drugim jest bardzo wyrazista galeria głównych złoli, którzy są tak przerysowani, przegięci i groteskowi: szołmeński cykor Glen (niezawodny Sharlto Copley), zimna specjalistka od reklamy Melanie (wręcz przerażająca Michelle Dockery), niespełniony artysta-pisarz Gideon (najlepszy z obsady Brett Gelman) oraz paranoiczno-psychopatyczna Hilda (solidna Famke Janssen). Jeszcze mamy tu pokręconą dwójkę bojowników ruchu oporu w postaci dziwnie gadającego Benny’ego (Isaiah Mustafa) oraz cwanego Basho (Andrew Koji), którzy parę razy kradną ekran. A jak radzi sobie sam Skarsgard? To zdecydowanie bardzo fizyczna rola, gdzie jest dużo biegania, skakania oraz walenia wszystkimi kończynami. Jednocześnie wiele pokazują jego bardzo wyłupiaste oczy, zaś w scenach walki wypada bardzo przekonująco.

Chyba nadal jestem ciągle spragniony takiej bezpretensjonalnej rozwałki, pełnej groteskowej i krwawej przemocy. Debiutant Mohr odpowiednio balansuje między technicznym efekciarstwem, przerysowaniem, ostrym humorem a zadziwiającą głębią psychologiczną. To nie powinno działać, a jednak efekt zaskakuje.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przepis na morderstwo

Czy są tutaj fani Glena Powella? Aktor przebił się do szerszej widowni drugoplanową rolą w drugim „Top Gun” i od tamtej pory pojawia się częściej na ekranach, także w głównych rolach. Aczkolwiek ostatnio coś chyba Amerykanin nie ma szczęścia (gdzieś od czasu chłodno odebranego „Uciekiniera” – jeszcze nie widziałem), zaś produkcje z jego udziałem ponoszą komercyjną oraz artystyczną porażkę. Czy to mnie zniechęciło do sprawdzenia „Przepisu na morderstwo”? Nie, ale trochę żałuję zmarnowanego czasu.

W najnowszym filmie Johna Pattona Forda Powella gra Becketa Redfellowa – młodego faceta z bardzo zamożnej rodziny. Tylko, że jego matka spłodziła go z jakimś gołodupcem jak miała 18 lat i miała dwa wyjścia – aborcja z dostatnim, wygodnym życiem albo urodzić, będąc wykluczoną z rodu. Co wybrała, możecie się domyślić. Tak z bogatego pałacu trafiła do skromnego mieszkania w Belleville i pracowała jako urzędniczka. Mimo to jednak starała się dać chłopakowi odpowiednie wykształcenie oraz ogładę godną dżentelmena z wysokich sfer. Dając też nadzieję, że wkrótce odziedziczy ogromny majątek. Jednak kobieta umiera, gdy Becket jeszcze jest dzieciakiem i początkowo nie radzi sobie za dobrze. Już jako dorosły mężczyzna Becket planuje odzyskać, co swoje i musi zrobić tylko jedno: pozbyć się pozostałych siedmioro członków rodziny.

Całość brzmi jak czarna komedia z satyrycznym zacięciem na elitę najbogatszych. Reżyser pozwala Becketowi samemu opowiedzieć historię… księdzu na kilka godzin przed egzekucją. Pozornie może wydawać się pozbawieniem napięcia, bo wiemy, że plan się nie udał. Niemniej byłem zaciekawiony. Ale mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony humor opiera się na mocno przerysowanych postaciach „rodziny” jak ekscentrycznego artystę (znany z „Doliny Krzemowej” Zach Woods), pastora lubiącego nadużywać ulg podatkowych (Topher Grace) czy planującego lot w kosmos wuja (Alexander Hanson). Z drugiej brakuje tutaj napięcia, zaś słodko-gorzkie zakończenie niby daje satysfakcję, lecz jest przewidywalne.

Drugim mocnym problemem była dla mnie postać dawnej przyjaciółki Julie granej przez Margaret Qualley. Bardzo chaotyczna, wyrazista i żywiołowa, ewidentnie kreowana na femme fatale, od początku wydawała mi się strasznie śliska i odruchowo czułem, że te „przypadkowe” spotkania z naszym protagonistą miały pewien ukryty motyw. Co mi strasznie zgrzytało, bo między tą dwójką nie czuć było żadnej chemii. Sytuację częściowo ratuje sam Powell, będący czarującym i sympatycznym facetem, próbującym stać się hitmanem. Choć jest bardzo stonowany oraz grający bardzo oszczędnie, trzymałem i kibicowałem mu całkowicie. Z dość barwnego drugiego planu, gdzie raczej aktorzy nie mają zbyt wiele czasu ekranowego najbardziej wybija się niezawodny Bill Camp w roli Warrena Redfellow, szefa firmy inwestycyjnej. I jako jedyny z całej rodziny wydaje się najbardziej ludzki, przyziemny, co jest sporą niespodzianką.

Więc czy warto wybrać się na „Przepis na morderstwo”? Szczerze mówiąc nie, bo nie sprawdza się zarówno jako ostra satyra na nowobogackich elit, ani jako trzymający w napięciu thriller, ani czarna komedia. Jest to film okej, który niby ogląda się dobrze, ale bardzo szybko wypada z głowy. Produkcja bardziej nadająca się na streaming niż na duży ekran.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Drama

Coś ostatnio norwescy reżyserzy zaczęli się przebić do szerszej widowni. Obecnie najpopularniejszymi reprezentantami tego kraju są Joachim Trier oraz Kristoffer Borgli. Ten ostatni zaczął tworzyć w Stanach Zjednoczonych, co pokazało „Dream Scenario” (do nadrobienia!) oraz jego najnowsze dzieło, czyli „Drama”.

Tytułowa drama skupia się wokół młodej pary trzydziestoparolatków na kilka dni przed wzięciem ślubu. Charlie (Robert Pattinson) jest dyrektorem muzeum, Emma (Zendaya) sprzedaje książki w wydawnictwie. Poznają się jak w wielu filmach – w kawiarni, choć rozmowa początkowo się nie kleiła. Mogło to też wynikać z faktu, że dziewczyna nie słyszy na jedno ucho. Ale jednak zaczynają chodzić i tak mija dwa lata. Wszystko wydaje się układać bardzo dobrze, że w końcu ma dojść do ślubu. Jednak na kilki dni przed jedną z najważniejszych ceremonii w życiu człowieka (poza pogrzebem) za namową przyjaciół – Rachel (Alana Haim) i Mike’a (Mamoudou Athie) decydują się wyznać najgorszą rzecz jaką zrobili. Jednak żadne z nich nie jest gotowe na wyznanie przyszłej panny młodej. A przez to wesele stoi pod znakiem zapytania.

„Drama” zaczyna się niczym komedia romantyczna utrzymana w duchu produkcji niezależnych. Reżyser wykorzystuje sytuację bohaterów do zadania trudnych i niewygodnych pytań o to, jaki wpływ ma przeszłość na naszego partnera/partnerkę. Czy potrafilibyśmy przejść na czymś szokującym, co nie mieściłoby się w naszej wyobraźni? Bez żadnego osądzania i moralizowania? Film balansuje między psychodramą, gdzie mózg zaczyna tworzyć bardzo niepokojące obrazy i zmienia kompletnie perspektywę. Nie chcę mówić czym jest ten zapalnik oraz tajemnica Emmy, bo to należałoby samemu odkryć – powiem tylko, że ma to coś związanego z bronią. Od tej pory każde słowo, gest i reakcja zaczyna mieć drugie, bardzo niepokojące dno (scena z nożem). Nawet jak pojawiają się powolne momenty na przegadanie oraz poznanie przeszłości, to jednak mózg zaczyna wariować (szybkie przebitki montażowe). A tu się zaczyna podskórnie budowane napięcie, bo kompletnie nie wiedziałem jak się to wszystko skończy. Przypominało to patrzenie na tykającą bombę w oczekiwaniu na eksplozję. A ja w trakcie seansu zacząłem sobie zadawać pytanie: co JA zrobiłbym w takiej sytuacji? Czy pewne tajemnice powinny zostać głęboko zakopane oraz nigdy nie poruszane? I czy po tym wszystkim spróbować zacząć od nowa? Borgli prowokuje i nawet szokuje swoimi montażowymi przebitkami, zaś mocny finał daje do myślenia.

A wszystko trzyma na barkach duet Robert Pattinson/Zendaya i to ten pierwszy tworzy fenomenalny występ. Bardzo stonowany, powściągliwy (jak na Anglika przystało), ale przeżywający swoje wewnętrzne piekło, podpalane przez paranoję oraz ogromny lęk, który nie jest zbyt dobrym doradcą (mocna scena w biurze). Wszystko to pokazuje drobnymi gestami oraz mikrospojrzeniami, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Zendaya przy nim może prezentować się blado, ale wypada cholernie dobrze i – co najważniejsze – czuć między nimi chemię. Za to drugi plan dominuje świetna Alana haim w roli zołzowatej, dominującej Rachel oraz Hayley Gates wcielająca się w szefową Charliego, Mishy.

„Drama” potrafi być niewygodna, zadaje trudne pytania o związek i moralność, zaś montażowe zbitki mogą wielu zmęczyć. Ale dla mnie ta okraszona humorem psychodrama wiele razy złapała za gardło, wprawiła w konsternację i… dała pewną nutkę nadziei, chociaż czy aby na pewno? Zadziwiająco wnikliwa obserwacja, która nie pozwala wyjść z głowy.

8/10

Radosław Ostrowski

Powrót do przyszłości

Takie powroty po latach zawsze są obarczone ogromnym ryzykiem, szczególnie jeśli są sporą częścią czyjegoś życia. Tak mam z trylogią „Powrót do przyszłości” Roberta Zemeckisa, którą oglądałem multum razy. Nie powiem, że znam ją na pamięć, ale wiele scen, postaci, dialogów i momentów wbiły mi się w głowę, pozostając tam prawdopodobnie na zawsze. Więc co ja mogę powiedzieć o tym klasyku, czego nikt nie wspomniał? Niemniej i tak spróbuję.

Historia skupia się na Martym McFly (Michael J. Fox) – licealiście z Hill Valley, marzącym o karierze muzyka oraz sukcesie. Czymś o czym wielu młodych ludzi z lat 80. marzyło. Do tego jego najlepszym przyjacielem jest bardzo ekscentryczny naukowiec, dr Emmett Brown (Christopher Lloyd). Ten zaprasza chłopaka późną nocą by nagrał jego najnowszy wynalazek – wehikuł czasu. Skonstruowany w samochodzie marki DeLorean, co daje mu bardzo rozpoznawalny styl. Problem w tym, że do odpalenia tej maszyny potrzeba 1,21 gigawata energii, a do tego potrzeba… plutonu. Który został skradziony przez libijskich terrorystów, którzy chcieli na niej zbudować bombę atomową. Wskutek okoliczności ucieka wehikułem czasu do listopada 1955 roku. Ale co gorsza trafia na swoich rodziców w jego wieku i doprowadza do tego, że… jego matka Lorraine (Lea Thompson) jest strasznie napalona na Marty’ego. W końcu udaje mu się trafić na dra Browna, by pomógł mu wrócić do swoich czasów oraz spiknąć swoich rodziców. Inaczej kompletnie wyparuje z kart historii.

Robert Zemeckis ze scenarzystą Bobem Galem opowiadają historię w bardzo prosty sposób, pokazując konsekwencje działań w bardzo zrozumiały sposób. Bez użycia gigantycznych efektów specjalnych (tylko fotografia rodzeństwa McFly’a), czyniąc całość bardzo zrozumiałą. Jednocześnie całość pozostaje komedią opierającą się zarówno na dynamice między Martym a Brownem, ale też odkrywaniu co naprawdę kryło się za historiami rodzinnymi. Jak rodzice byli zupełnie innymi ludźmi niż w wieku nastoletnim, co pozwala lepiej ich poznać i doprowadza do zaskakujących odkryć. Nie można też nie wspomnieć zarówno odtworzenia realiów lat 50. (od scenografii i szczegółowych rekwizytów jak w jadłodajni aż po kostiumy), ale też mentalności: z fascynacją kinem SF, dopiero zaczynającym się przebijać rock’n’rollem. Wszystko jest bardzo zwarto napisane, humor jest zrobiony z wyczuciem i w zasadzie trudno mi się tu do czegoś przyczepić.

Do tego mamy w tle zapadającą w pamięć muzykę Alana Silvestriego z niezapomnianym tematem przewodnim, jest to sporo narracji wizualnej (kapitalny początek w mieszkaniu doktorka, pełną wynalazków i tykających zegarów), zaś finał zostawia otwartą furtkę na kontynuację. Ta nastąpiła pięć lat później, lecz to temat na osobną opowieść. A wszystko jest też genialnie zagrana. I nie chodzi tylko o główny duet Michael J. Fox/Christopher Lloyd, ale też bardzo bogaty drugi plan. Świetny jest Crispin Glover w roli nerdowatego George’a McFly (ojciec Marty’ego), który jest bardzo niepewny siebie i unikający konfrontacji. Ma wręcz idealny timing komediowy, co widać w scenach z Martym i powoli zaczyna stawiać na swoim. Równie zaskakująca jest Lea Thompson wcielająca się w Lorraine. W 1985 roku jest bardzo pulchną, niemal bardzo powściągliwą i konserwatywną, gdy w młodości jest zupełnym przeciwieństwem – bardzo pewną siebie, pociągającą dziewczyną. Całość parę razy kradnie Thomas F. Wilson jako śliski oraz cwany Biff Tannen, będący szkolnym rozrabiaką używającym siły i nie znoszącym sprzeciwu. O drobnym epizodzie Jamesa Tolkana (pan Strickland) nawet nie wspominam.

Czy pierwszy „Powrót do przyszłości” to najlepszy film w dorobku Roberta Zemeckisa? Ogromna część mnie mówi: TAK. Pomimo lat film pozostaje bardzo zwarto napisanym i wyreżyserowanym, a także wykonanym technicznie bez zarzutu (może poza jednym ujęciem na blue screenie – ale trwa ono krótko). Fenomenalna rozrywka i jedna z najsensowniej pokazanych podróży w czasie na ekranie. Aż chce się powiedzieć: WIELKIE NIEBA!!!

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Setki bobrów

Wydawało by się, że czas filmów pozbawionych dialogów i utrzymanych w stylu kina niemego minął bezpowrotnie. Czasami zdarzają się w animacjach (choćby zeszłoroczne „Flow”), jednak w przypadku filmów z żywymi aktorami są równie częste jak uczciwość w polityce. Tym większą niespodziankę sprawiły „Setki bobrów” – mocno absurdalna, wręcz kreskówkowo przerysowana komedia z Kanady.

Akcja toczy się gdzieś w XIX wieku i skupia się na Jeanie Kayaku (Ryland Brickson Cole Tews – ale długa wiązanka imion i nazwiska, także współscenarzysta) – właścicielu browaru, który produkuje cedr z jabłonek. A ten sprzedaje traperom oraz innym wędrowcom. Jednak ta szczęśliwa passa nie trwa długo, co jest zasługą wrednych i podłych bobrów. Przez je działania traci nie tylko cenny trunek, lecz także sad oraz dom. Czy może być gorzej? Właśnie zaczęła się zima i trzeba się jakoś utrzymać. A to zmusza naszego biznesmena do przebranżowienia się na trapera.

Reżyser Mike Cheslik mocno inspiruje się kinem lat 20. i 30., z ogromną ilością slapsticku oraz czarno-białej kolorystyce. Tym bardziej imponującej, że sporo materiału to sklejenie green screena z aktorami w kostiumach (jako zwierzęta) i śladową ilością scenografii. By jeszcze podbić stawkę całość (poza dwoma piosenkami) pozbawiona jest słów, zaś postacie głównie coś mamroczą niewyraźnie albo mruczą czy wydają inne onomatopeje. Czy to jest jakiś problem? Sama historia pokazująca zderzenie człowieka z naturą, ale jest naszpikowana humorem. Od prostych gagów przypominających kreskówki w stylu Looney Tunes (pułapki, które nie działały na zwierzęta, za to na Kayaka łapały od razu) przez czysty absurd (skomplikowane zasadzki czy psy z zaprzęgu, które przed snem… grają w pokera) aż po popkulturowe odwołania (bobrze wersje… Sherlocka Holmesa i doktora Watsona). Nawet jeśli gagi powtarzają się (atakujący dzięcioł po usłyszeniu gwizdu, nieudolne splunięcia sklepikarza czy nocny wiatr doprowadzający do zgaszenia ogniska), to udaje się uniknąć znużenia oraz monotonii.

A im dalej w las, tym bardziej „Setki bobrów” zaczyna przypominać grę komputerową. Jest tu i sklepikarz, który za skóry proponuje różny asortyment. Przy zabitym zwierzaku pojawia się ich ilość zebranej skóry, zaś finałowa konfrontacja w wielkiej tamie przypomina stare platformówki, zmieszane z bijatyką. Natężenie szalony pomysłów oraz źródeł humoru przekracza normy BHP, muzyka grające w tle staje się bardziej epicka, zaś finał jest zarówno satysfakcjonujący, jak i zabawny. Co jest zasługą aktorów: od rewelacyjnego Rylanda Tewsa w roli Jeana Kayaka (od sprzedawcy alkoholu do trapera przechodzi imponującą przemianę) przez świetnego Wesa Tanka (złodupnego trapera) aż po elektryzującą Olivię Graves (kuśnierka, córka handlarza).

Niskobudżetowa komedia, która zarówno przypomina klasyków pokroju Charliego Chaplina czy Bustera Keatona, jak też wariackie dzieła tria Zucker-Abrahams-Zucker czy gier komputerowych. „Setki bobrów” mogą wydawać się pozornie zwykłą ciekawostką, ale dawno nie śmiałem się tak gwałtownie i dziko. Czyste szaleństwo, jakiego potrzebowałem.

8/10

Radosław Ostrowski

Hair

Po wielkim sukcesie „Lotu nad kukułczym gniazdem” Miloś Forman skręcił w kierunku nieoczekiwanym przez nikogo. A mianowicie postanowił (dość luźno) przenieść na ekran bardzo popularny musical „Hair”. Dzieło napisane przez Jamesa Rado i Geroda Ragni z muzyką Galta MacDermota miało swoją sceniczną premierę w 1967 roku. Odkąd czeski reżyser zobaczył sceniczną adaptację był bardzo zainteresowany, ale na to trzeba było poczekać 12 lat.

Historia skupia się wokół młodego chłopaka z Oklahomy, Claude’a Bukowskiego (John Savage). Młodzieniec dostał powołanie do wojska i wyrusza do Nowego Jorku. Tam trafia na grupę hipisów pod wodzą bardzo energicznego Bergera (Treat Williams). Ta pokręcona paczka pokazuje mu troszkę bardziej „luźne” życie, jednak nie zmienia planów młodzieńca. Ale podczas spaceru po Central Parku wpada mu w oko niejaka Sheila (Beverly d’Angelo), co uruchamia sporą lawinę wydarzeń.

„Hair” jest bardzo intrygującym filmem, gdzie sceny dialogowe i muzyczno-śpiewane przeplatają się ze sobą, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się klasycznym zabiegiem. Ale sama muzyka stylistycznie jest bliżej „Jesus Christ Superstar” (rockowo-jazzowa hybryda) z kilkoma bardzo chwytliwymi kawałkami jak „Age of Aquarius” (prosta, ale zachwycająca choreografia – gdzie wśród tańczących są… policyjne konie), „Manchester England” czy finałowe „Let the Sunshine In”. Forman przygląda się grupie hipisów zarówno z fascynacją wobec ich bezkompromisowego oraz nie ulegającego konwenansom stylowi życia (cudowna scena podczas przyjęcia, gdzie Berger rzuca tyradę). Ale z drugiej nie pozostaje bezkrytyczny, pokazując brak odpowiedzialności (czarnoskóry Hud, ciężarna Jeannie) oraz zażywanie narkotyków. I to na tych zderzeniach oraz kontrastach musical wybrzmiewa najmocniej, by na koniec jednocześnie dać mocno cios w brzuch, a po niej małe światło nadziei.

Mimo upływu lat muzyka nadal pozostaje żywiołowa i energetyczna, choreografia może prosta, ale efektywna, a całość jest świetnie zmontowana (od przeplatanki przed komisją wojskową przez wizytę u psychologa więziennego po narkotyczną wizję ślubu). Choć zdarzają się w środkowej części chwile przestoju, to jednak film Formana sprawdza się jako zapis podzielonej Ameryki lat 60. Nawet jeśli bywa czasem naiwny czy przerysowany, potrafi emocjonalnie trafić w najmniej spodziewanym momencie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Baw się dobrze i przeżyj

Gore Verbinski – ten amerykański reżyser o polsko brzmiącym nazwisku miał dość wyboistą karierę. Zaczynał od teledysków i reklam, zaś pierwszym pełnometrażowym filmem była komediowa farsa „Polowanie na mysz”. Potem była próba naśladowania Tarantino w „Mexican”, kasowy hit w postaci remake’u japońskiego „The Ring” i wreszcie szczyt w postaci przygodowych „Piratów z Karaibów”. Jednak po animowanym westernie „Rango” nastąpiła katastrofalna wtopa w postaci „Jeźdźca znikąd” oraz pokręcony horror „Lekarstwo na życie”, który poniósł klęskę finansową i artystyczną. I kiedy wydawało się, że Verbinski zniknął, a planowane produkcje (w tym egranizacja „Bioshocka”) poszły w pizdu, po 10 latach wraca. Dostał 20 baniek, by zrobić czarną komedię SF i się pobawić. Czy jest to udany powrót?

Baw się dobrze i przeżyj” zaczyna się w zwykłej knajpie nocą, gdzie goście sobie siedzą, jedzą, piją i pier…, eeee, to ostatnie nie. Głównie to coś robią ze swoimi telefonami (ok, to źle zabrzmiało). Przeglądają, piszą wiadomości, grają w gry. Ale o 22.10 do knajpy wchodzi kompletny pomyleniec z jakimiś przypiętymi kablami i układami scalonymi na sobie, czymś jakby detonatorem oraz folią. Zupełnie jakby za dużo razy oglądał „12 małp”. Do tego ostrzega, że zaraz nastąpi koniec świata przez stworzenie Sztucznej Inteligencji i potrzebuje grupki ochotników do pomocy. I że to jest jego 117-te (!!!) podejście. W końcu udaje się skleić drużynę, którą tworzą: para nauczycieli (Zazie Beats i Michael Pena), kierowca ubera Scott (Asim Chaundry), matka, która straciła syna w szkolnej strzelaninie (Juno Temple) oraz uczuloną na telefony i Internet „księżniczkę” (Haley Lu Richardson).

Verbinski razem ze scenarzystą Matthew Robinsonem (reżyser zaskakującej post-apo „Miłość i potwory”) sięgają po motyw Sztucznej Inteligencji jako siły zniewalającej i doprowadzającej do upadku ludzkości. Nie jest to coś oryginalnego, a, która jest bardzo mocno na topie. Mocno czuć tutaj wpływy „Czarnego lustra”, wspomnianych „12 małp”, „Terminatora”, a nawet – głównie w finale – „Wszystko wszędzie naraz”. A pewnie jest tego jeszcze więcej, ale poszukiwania zostawiam bardziej zaprawionym kinomanom. Sama historia jest mocno przerysowana i przejaskrawiona, gdzie sam przekaz przedstawiony jest wprost w otwierającym monologu Człowieka z Przyszłości. Po drodze jeszcze dostajemy wplecione cztery mini-opowieści, dzięki którym poznajemy niektórych członków drużyny. Para nauczycieli mierzącą się z uczniami tak zapatrzonymi w smartfony, że zmieniają się w żywe trupy; mającą alergię na technologię Ingrid, która poznaje chłopaka także trzymającego się z daleka od gadżetów (do czasu) czy będącej w żałobie matki, która dostaje możliwość… sklonowania swojego martwego syna. W wersji premium albo z reklamami. 😉

Z jednej strony pozwalają wejść w ten świat, gdzie ludzkość zaczyna (jak my obecnie) za bardzo polegać na technologii i gadżetach zamiast swoich zwojach mózgowych, z drugiej zaburzają tempo i energię akcji dziejącej się współcześnie. O fakcie, że wiele z tych wątków lepiej przedstawiło serialowe „Czarne lustro” nie wspominam. Jednak kiedy jesteśmy we współczesnym wątku, to film leci ze swoimi dzikimi pomysłami. Widać pewne ograniczenia budżetu, bo akcja dzieje się nocą w ciasnych pomieszczeniach, jednak Verbinski potrafi podkręcić gaz (tropiący drużynę duet najemników) szczególnie w trzecim akcie. Całość okraszona jest też bardzo czarnym humorem, który mnie parę razy złapał z zaskoczenia oraz świetne zakończenie, wywracające wszystko do góry nogami.

No i jeszcze jest to cholernie dobrze zagrane. Sam Rockwell jest absolutnie charyzmatyczny w roli Człowieka z Przyszłości, który początkowo sprawia wrażenie totalnego pomyleńca i świra. Ale pod tym skrywa się postać z tajemnicą, desperacką wolą walki oraz całkowitą paranoją. Ten facet jak zawsze kradnie ekran, tworząc najciekawsze postacie i nie inaczej jest tutaj. Poza nim najbardziej wybijają się świetne Juno Temple oraz Haley Lu Richardson, których wątki odgrywają istotną rolę w całej narracji.

Tytuł okazał się dla mnie proroczy. Bo rzeczywiście bawiłem się dobrze i przeżyłem dwie godziny, zaś Verbinski dostarczył kawał cholernie dobrej rozrywki. Nie jest może aż tak szalony na jakiego jest reklamowany, jednak jest to udany powrót reżysera „Rango” do formy.

7/10

Radosław Ostrowski

Projekt Hail Mary

UWAGA!
Recenzja zawiera drobne ilości spojlerów, których starałem się ograniczyć do minimum.

Ta pobudka była ciężka niczym po ostrym kacu. Jakieś światła i dźwięk atakują wszystkie zmysły, a po otwarciu oczu nie jest lepiej. Okazuje się, że znajdujesz się w jakimś worku z tubą przypiętą do twarzy. Jakiś komputer przeprowadza badania, a po niezbyt łatwych próbach poruszania odkrywasz trzy rzeczy. Raz – jesteś na jakimś kosmicznym statku, dwa – jesteś jedynym żywym członkiem załogi, trzy – kompletnie nie pamiętasz kim jesteś, jak się nazywasz i… „co ty tutaj robisz?”. Tak się zaczyna „Projekt Hail Mary”, czyli na pierwszy rzut oka znajomy kolaż motyw kina SF, a jednocześnie jeden z najbardziej wciągających i oszałamiających filmów ostatnich lat.

Akcja filmu rozwija się dwutorowo: z jednej strony jesteśmy na statku razem z Raylandem Grace’m (Ryan Gosling), który próbuje odnaleźć i się nawigować w bardzo odległej przestrzeni kosmicznej. Z drugiej mamy retrospekcje, które próbują odkryć jakim cudem facet (biolog molekularny, który pracuje jako nauczyciel w liceum) trafił na statek kosmiczny. A w tle mamy wyścig z czasem, gdzie stawką jest los Ziemi, która za 30 lat może umrzeć. Wszystko z powodu mikroorganizmów zwanych astrofagami, które zjadają napotykane gwiazdy (w tym Słońce). To doprowadza do stworzenia projektu Hail Mary (czyli po naszemu: Zdrowaś Mario) oraz misji kosmicznej.

Film oparto na powieści SF Andy’ego Weira (autora „Marsjanina”), scenariusz stworzył Drew Goddard (odpowiedzialny za adaptację „Marsjanina”), zaś całość wyreżyserował duet Phil Lord/Christopher Miller. Panowie znani głównie z komedii („22 Jump Street”) oraz animacji („Lego Przygoda”, „Spider-Man: Uniwersum” czy „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”) na pierwszy rzut oka wydają się dziwnym wyborem. Ale ich najnowsze dzieło oraz ręka dziwnie pasuje do tej historii. Z jednej strony epickiej w skali, gdzie zaczynamy odkrywać tajemnicę Grace’a i użycie inteligencji do rozgryzienia zagadki, ale z drugiej jest to zadziwiająco kameralna historia o samotności, nieoczekiwanej odwadze oraz… nietypowej przyjaźni. Bo nie jest jedyną istotą, która ma ten sam problem do rozwiązania.

Więcej zdradzić nie zamierzam (zwiastuny już to zrobiły), ale reżyserski duet bardzo płynnie przechodzi od dramatu do komedii, pozostając kosmicznym kinem przygodowym. Scen akcji jest tu niewiele, ale jak się pojawiają (jak zdobywanie próbek z planety), trzymają za gardło. Tym większe wrażenie robi tutaj bardzo namacalna scenografia statku kosmicznego oraz – co zważywszy na ogromny budżet – praktyczne efekty specjalne, gdzie efekty komputerowe wydają się być nieobecne albo ograniczone do minimum. A mimo to „Hail Mary” wygląda zjawiskowo – sam wygląd kosmosu, planety czy eksperymenty z astrofagami chłonąłem niczym spirytus gąbkę, a w tle gra fenomenalna, elektroniczno-orkiestrowo-chóralna muzyka Daniela Pembertona.

A to wszystko na swoich barkach dźwiga Ryan Gosling, który jest rewelacyjny w roli doktora Grace’a. To nie jest heros, lecz bardzo wycofany i zamknięty w sobie inteligent, który „sparzył się” w relacjach z innymi ludźmi. Aktor bardzo sugestywnie pokazuje jego samotność i wycofanie, ale kiedy poznaje kosmitę zaczyna się powoli otwierać, dokonując rzeczy o jakich by się nie podejrzewał. Cudowna chemia jest między nim a ufokiem o głosie Jamesa Ortiza i będącym… animatroniczną kukiełką, co dodaje o wiele większej lekkości niż można się było tego spodziewać. Jeszcze muszę wspomnieć o Sandrze Huller, która wciela się w szefową projektu, Evę Stratt. I jako jedyna wydaje się traktować bardzo poważnie, że aż ociera się o żart opowiadany z kamienną twarzą.

Nie pamiętam kiedy ostatni raz wyszedłem z kina z uśmiechem na twarzy oraz nadzieją, o którą coraz trudniej w naszej rzeczywistości. „Projekt Hail Mary” jest niczym kompilacja znajomych motywów kina SF (od spielbergowskiego „E.T.” po nolanowski „Interstellar”), która brzmi świeżo, ma masę uroku oraz staroświeckiego sznytu kina lat 70 i 80., pozostając inteligentną rozrywką. Może i niezbyt oryginalne, ale pierwszorzędnie wykonane oraz nie wychodzące z głowy od razu po seansie. Kapitalne kino po prostu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ptasznik z Alcatraz

Kino więzienne to w zasadzie podgatunek kina, który od dawna kieruje się swoimi prawidłami. Najczęściej są to historie skupione albo wokół niesłusznie skazanych i próbie/ach ucieczki, albo jest tu surowy portret życia w zamknięciu. Nakręconemu w 1962 roku „Ptasznikowi z Alcatraz” bliżej do tego drugiego, jednak film Johna Frankenheimera jest także czymś innym.

Oparty na książce Thomasa Gaddisa tytuł to biografia Roberta Strouda (Burt Lancaster) – więźnia, który spędził ponad 50 lat w różnych więzieniach. Kiedy go poznajemy jest w drodze do więzienia Leavenworth… pociągiem w 1912 roku. Ale od razu jest na kolizyjnym kursie z naczelnikiem, Harveyem Shoemakerem (Karl Malden). Do tego mężczyzna jest strasznie narwany, zwłaszcza gdy ktoś coś powie o jego matce lub dotknie jej zdjęcia. Ta reakcja doprowadza do zabicia strażnika przez Strouda. Zamiast wyroku śmierci przez powieszenie, dzięki interwencji matki (Thelma Ritter) otrzymuje dożywocie, ale do tego trafia do izolatki. Może chodzić na spacery, lecz wszystko robi sam. Jego powolne i nudne życie zmienia się przez jeden spacer podczas burzy, kiedy zabiera do celi… ptaka. Wróbla z urwanej gałęzi podczas burzy.

Reżyser ubiera całą historię w formie narracji z offu prowadzonej przez Gaddisa (Edmond O’Brien), dziejącą się na przestrzeni ponad 45 lat. Od Leavenworth aż do Alcatraz. Więc jest to spory kawał historii skompresowany do niecałych 2,5 godziny. Frankenheimer pokazuje zarówno zmieniający się system więziennictwa (od kul skuwanych na nogach i szorstkich cel Leavenworth aż po bardziej sterylne, pokryte linoleum Alcatraz), ale przede wszystkim zadziwiającą przemianę głównego bohatera. Przypadkowe uratowanie oraz opieka nad słabym wróbelkiem daje mu nowy cel – co w przypadku osoby z dożywociem jest nieoczywiste – a także pasję. Zaczyna stawać się samorosłym ornitologiem, trzymając w celi sporą ptaszarnię kanarków, dokształca się, a nawet udaje mu się… stworzyć lekarstwo na pewne ptasie choroby. I mimo wolnego tempa, przeskoków czasowych (widocznych głównie w „starzejących się” twarzach), to jednak historia wciąga oraz angażuje.

Frankenheimer panuje nad rytmem, dialogi brzmią cholernie dobrze, a w tle gra bardzo delikatna muzyka. Wszystko nakręcone na czarno-białej taśmie, gdzie kapitalnie wypadają sceny w celi Strouda (szczególnie nocą – cienie!!!) oraz powolne opiekowanie się ptakami. Równie bardziej napędzony akcją finał – bunt więźniów – jest sfilmowany z nietypowych kątów oraz kilku kadrów od góry. Klimat potęguje bardzo oszczędna scenografia, a także zmieniające się kostiumy z epok. A jednocześnie gdzieś przebija się oskarżenie systemu penitencjarnego, który nie daje szansy więźniom na resocjalizację, a wręcz ich próbuje złamać (ostatnia rozmowa Strouda z naczelnikiem, już w Alcatraz).

Niemniej muszę uprzedzić, że historia pokazana w filmie nie do końca ma pokrycie w rzeczywistości. Co akurat w przypadku filmów „opartych na faktach” czy „prawdziwych wydarzeniach” jest czymś, z czym należy się liczyć. Ale (tak samo jak książkowy pierwowzór) tworzy o wiele bardziej złagodzony portret Strouda. Owszem, jego zasługi w ornitologii są spore i bezdyskusyjne, jednak bywał on opisywany jako „psychopata” (przez lekarza psychiatrę w 1942 roku) oraz o wiele bardziej niebezpieczny, nieprzyjazny oraz niepokojący niż jest tu pokazany. Także jego rola w złagodzeniu buntu więźniów Alcatraz w 1946 roku była troszkę inna niż pokazuje reżyser.

Ale to jednak wszystko działa także dzięki fenomenalne kreacji Burta Lancastera. Jego Stroud to początkowo człowiek bardzo zdystansowany, pełen tłumionej przemocy. Jednak bardzo delikatnie zaczyna zmieniać się w bardziej empatycznego, powoli otwierającego się na innych. Ale jednocześnie nie do końca pasującego do tzw. „modelowego, posłusznego więźnia”, jakiego chciałyby władze. Zaskakująco złożona, magnetyzująca postać, będąca przykładem skuteczności resocjalizacji. W kontrze do niego stoi świetny Karl Malden (naczelnik Shoemaker), stający się antagonistą i bardzo surowym człowiekiem. Do tego miksu mamy jeszcze bardzo wyrazisty drugi plan z dodającym odrobiny humoru Tellym Savalasem (Feto Gomez), bardzo oddanej Thelmie Ritter (mocno przywiązania i walcząca o Roberta matka), ciepłej Betty Field (Shelly Johnson – miłośniczka ptaków, która staje się żoną) czy niezawodnego Neville’a Branda (strażnik Bull Ransom).

Aż zaskakujące, że po tylu latach „Ptasznik z Alcatraz” nadal potrafił tak rezonować. Jasne, czasami Frankenheimer bywa jednostronny i (nomen omen) czarno-biały, ale jednak jest w tym coś inspirującego, że dobro w człowieku może pojawić tam, gdzie nikt by się tego nie spodziewał.

8/10

Radosław Ostrowski

Rumble Fish

Kiedy jest się tak doświadczonym reżyserem jak Francis Ford Coppola, to wiele produkcji pozostaje zapomnianych i mocno w cieniu. W roku 1983 stworzył dwa filmy oparte na powieściach S.E. Hinton – „Wyrzutków” oraz „Rumble Fish”. Pierwszy zebrał bardziej pozytywne opinie i zarobił sporo kasy, drugi mocno wtopił, lecz stając się produkcją kultową. To tej drugiej się przyjrzymy.

Akcja dzieje się niby w czasie współczesnym (w czasie realizacji) w Oklahomie, ale postacie wyglądają jakby urwały się z „West Side Story”. Tylko nie śpiewają i nie tańczą, lecz bawią się w gangi. Takim gościem jest Rusty James (Matt Dillon) – chłopak w białym podkoszulku i bandanie, co szuka powodu do bójki oraz zadymy. Jego brat „Motor” (Mickey Rourke) jest otoczony legendą, choć opuścił miasto jakiś czas temu, zaś James traktuje go jako wzór do naśladowania. Poza tym Rusty ma paru kumpli, dziewczynę Patty (Diane Lane), z którą nie ma zbyt dobrych relacji oraz ojca-pijaka (Dennis Hopper). Ma dojść do konfrontacji między nim a liderem konkurencji, który ma chęć go zabić. I wtedy wraca jego brat z Kalifornii, bo budzi w Rustym J. nadzieję.

Ten film widziałem parę naście lat temu i – delikatnie mówiąc – nie zrobił na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Coś mi tu nie do końca pasowało, wydawało się sztuczne, pretensjonalne, z niezbyt dobrymi dialogami. Pomyślałem, że po latach może coś się zmieniło. Od razu uprzedzę – nie specjalnie. Choć sama historia zagubionego młodzieniaszka z trudną przeszłością, uwielbieniem gangów oraz udawaniem twardziela wydaje się interesująca. Sporo jednak w jej pewnej epizodyczności i przeskoku od sceny do sceny, gdzie brakowało mi mocniejszego kośćca. Jasne, wspólne sceny braci oraz powolne odkrywanie pewnych tajemnic (porzucenie ich przez matkę, samotność) z KAPITALNIE użytym dźwiękiem do ilustracji zdarzeń przeszłości – zamiast umieszczenia retrospekcji – ma swoje momenty. Tak jak poznanie jeszcze bardziej zagubionego od swojego brata „Motora”, zmęczonego swoją legendą i sławą. Nie mniej nadal przeszkadzały mi dialogi, bo albo były zbyt deklaratywne i wiele rzeczy mówiły wprost (tutaj „błyszczy” na tym polu postać policjanta, który jest wrogo nastawiony do wracającego motocyklisty), albo próbowały być poetyckie, zaś brzmiały bardziej jak bełkot. Niby byłem z postaciami, a jednocześnie trzymałem się od nich z daleka. Także drugi plan nie jest zbyt mocno zarysowany.

Co jednak najbardziej wybija się w „Rumble Fish” to warstwa audio-wizualna. I nie chodzi tylko o czarno-białą kolorystykę (kolor mają tylko rybki oraz jedna scena w finale), ale też jak buduje ona atmosferę. Od dwóch time lapsów, kilku kadrów pokazujących chmury czy rzucane cienie. Coppola miesza estetykę kina noir, wrzuca do kadrów dym (bójka Rusty’ego z Biffem czy rewelacyjny moment, kiedy chłopak opuszcza swoje ciało i widzi, co dzieje się po jego śmierci), a także bawi się różnymi kątami. Jest też mocno perkusyjna oraz pozornie skoczna muzyka Stewarta Copelanda, która dziwnie pasuje do tego nastroju.

Choć nie brakuje tu uzdolnionych oraz obiecujących aktorów na drugim planie – od Nicolasa Cage’a i Laurence’a Fishburne’a po zjawiskową Diane Lane i Chrisa Penna – to wszystko trzyma na swoich barkach Matt Dillon z Mickeyem Rourkiem. Pierwszy ma w sobie łatwo odpalającą agresję i udaje zagubienie byciem twardym oraz cool, drugi bardziej szepczący i spokojny, ale pod tym wszystkim kryje się pozbawiony złudzeń facet, mocno zdystansowany do swojego mitu. To on był dla mnie ciekawszym, bardziej pociągającym bohaterem.

No cóż, ten powrót po latach nie wyszedł mi za bardzo. „Rumble Fish” próbuje wejść w skórę młodych ludzi, którzy nie mają żadnych perspektyw i są zdani tylko na siebie. Tylko to wszystko jest bardziej skupione na stylu oraz formie, bo nie byłem w stanie wejść do tego świata. Czy ja za dużo już widziałem takich opowieści, czy może forma obrana przez Coppolę wydaje mi się sztuczna? Odpowiedzcie sobie sami.

5,5/10

Radosław Ostrowski