Backrooms. Bez wyjścia

Przy okazji „Obsesji” Curry’ego Barkera wspominałem, że jest jeszcze drugi horror wywołujący zamieszanie w box office. I także stworzony przez bardzo młodego debiutanta (lat 20), który wcześniej robił filmiki na YouTube. Lecz stworzone dla A24 „Backrooms” to inny rodzaj grozy, bardziej skupiony na aspekcie psychologicznym niż krwawej jatce i makabrze.

Akcja dzieje się w roku 1990 i skupia się na niejakim Clarku (Chiwetel Eljofor). Mężczyzna jest właścicielem sklepu meblowego, który nie przynosi zysków, lubi sobie popić, został wyrzucony z domu. Mówiąc krótko, lekko nie jest. Do tego stopnia, że zaczął chodzić na terapię do dr Mary Klein (Renate Reinsve), ale ta wydaje się też prowadzić donikąd. Jego pozbawione jakiejkolwiek nadziei zmienia się, kiedy odkrywa na niższym piętrze dziwną szczelinę w ścianie. Cieńszą niż kartka papieru, przez co bardzo łatwo są przegapić. A za tą ścianą jest… ukryte pomieszczenie, wyglądające niczym z jakiegoś biura. Żółte ściany, jarzeniówki na górze, ściany oraz różne przedmioty i ludzie jakby wessani w podłogę. Co to jest? Kto tu przebywa?

Parsons wcześniej przedstawiał „Backrooms” w formie filmików na YouTube jako creepypasta. Nie znam tych dzieł, ale w przypadku pełnometrażowej wersji nie jest to konieczne. Bo „Backrooms” od samego początku zarzuca swoje sieci. Pierwsza scena przy użyciu kamery z ręki stawia masę pytań. Kim jest ten człowiek? Gdzie my jesteśmy? Co to za pomieszczenia? Skąd ta mewa? Czemu kolejne szczeliny są coraz mniejsze, ciaśniejsze? Jakby ta przestrzeń przechodziła kolejne zniekształcenia, metamorfozy, ciągnąc się w zasadzie bez końca. I tutaj reżyser absolutnie rewelacyjnie buduje atmosferę Tajemnicy, która bardzo mi się skojarzyła z „Cube” oraz kinem Davida Lyncha. Scenografia jest tutaj najmocniejszą stroną filmu, pomagającą w budowaniu klimatu. Do tego jeszcze mamy wrzucone przebitki z dzieciństwa pani doktor, pokazując pewne mroczne traumy.

Nawet jeśli pod koniec dostajemy pewne odpowiedzi, to jednak nie wszystko pozostaje jasne. Parsons nie idzie w kierunku gore czy rzucania jump-scare’ów, ale buduje atmosferę ciągłego niepokoju oraz nerwowości. Co się czai za kolejną ścianą, kto wydaje te dźwięki, czym jest tajemnicza firma Async? Do tego świetnie mamy grający duet Eljofor/Reinsve, stanowiący emocjonalny łańcuch tego dzieła. On nie potrafiący wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, ona wydaje się bardziej racjonalna, jednocześnie skrywająca pewną tajemnicę.

Powiem wam, że „Backrooms” okazało się sprytnym horrorem psychologicznym, który mnoży pytania, kusi atmosferą i nie daje zbyt wielu odpowiedzi. Jestem strasznie zaintrygowany kolejnymi produkcjami, jakie w przyszłości przygotuje Kane Parsons.

8/10

Radosław Ostrowski

Chłopiec na krańcach świata

Polskie kino animowane – sama ta zbitka brzmi mocno abstrakcyjnie, ale w ostatnich latach coraz śmielej pojawia się na naszych ekranach. Seria „Niesamowitych przygód skarpetek”, „Smok Diplodok” czy „Orzełek Iggy” sprzed kilku miesięcy pokazują, że jest miejsce i na takie kino dla młodego widza. Teraz do tego grona dołącza polsko-hiszpańsko-turecki „Chłopiec na krańcu świata”. Co z tego wyszło?

Historia dzieje się w miasteczku na wyspie, gdzie większość ludzi utrzymuje się z rybołówstwa. Jednym z mieszkańców jest Omul – młody chłopak, pełen empatii oraz rozumiejący zwierzęta bardziej niż swoją rodzinę (w szczególności starszego brata, Micro). Poza nim i rodzicami jest jeszcze jego siostra, Kimi – troszkę pyskata i nie posiadająca w swoim słowniku słowa „posłuszeństwo”. Oboje próbują pomóc psu, któremu noga utknęła w kamieniu. Choć to się udaje, to wskutek okoliczności zostają pochłonięci przez wzbierającą falę, zaś dziewczynie zostaje zabrana dusza przez mityczną istotę zwaną Sadumeą. W konsekwencji Kimi zapada w śpiączkę, zaś Omul jest obwiniany przez brata za tą sytuację. Młodzian – za pomocą magicznego medalionu – słyszy mowę zwierząt i razem z bratem oraz wcześniej ocalałym psem Telą wyruszają odzyskać duszę Kimi.

Za „Chłopca” odpowiadają debiutujący na stołku reżyserskim nietypowy duet Grzegorz Wacławek/Marta Szymańska. On jest producentem filmów animowanych i współzałożycielem studia Animoon, ona jest rysowniczką oraz animatorką. Wyszedł z tego ręcznie rysowany film, który mocno inspiruje się dziełami japońskiego studia Ghibli (nie tylko ze względu na elementy fantastyczne). A we wszystkim chodzi tu o trudne relacje braterskie: od niezrozumienia i wrogości po powolne przełamywanie swoich strachów oraz bestii.

Choć sama kreska jest prosta i może niezbyt szczegółowa, to jednak ma w sobie sporo uroku. Szczególnie tła są po prostu ładne: od lasu przez mokradła aż po górę. Animacja i wygląd postaci – ze szczególnym wskazaniem na wilczycę oraz drewnianego pająka (nie, nie ćpałem nic) – też są niczego sobie. Ale brakuje tutaj czegoś bardziej wyrazistego, co zapadłoby w pamięci na dłużej. Zdarza się też, że dialogi wyrażają pewne lekcje zbyt bezpośrednio, niemniej sama historia jest zgrabnie poprowadzona, ma przepiękną muzykę Mikołaja Stroińskiego (bardzo w klimacie dzieł Hisaishiego) oraz dobry dubbing (ze szczególnym wskazaniem na fantastyczną Magdalena Herman-Urbańska w roli psa Teli).

Nie powiem, że „Chłopiec na krańcu świata” jest najlepszą polską animacją ostatnich lat – ten tytuł nadal nosi „Smok Diplodok”. Choć nie imponuje na poziomie technicznym (nawet w kategorii ręcznie rysowanych), to jednak ma on w sobie masę serducha oraz pouczający morał, który docenią głównie najmłodsi. Na pierwszy wypad do kina z dzieckiem to na pewno lepszy wybór niż choćby kolejna część Minionków.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kongo

Michael Crichton był jednym z najbardziej popularnych pisarzy thrillerów i SF lat od lat 70. i 90. Także próbował (całkiem udanie) swoich sił jako reżyser, jednak kojarzony jest z takimi dziełami jak „Park Jurajski”, „Andromeda znaczy śmierć” oraz jako twórca serialu „Ostry dyżur”. Jednak filmowe adaptacje dzieł Crichtona są niczym pudełko czekoladek – nie wiadomo, na co się trafi. A jak wyszło w przypadku „Konga”?

Nakręcony w 1995 roku film cenionego producenta Franka Marshalla w założeniu jest kinem przygodowym w starym stylu. Historia skupia się na ekspedycji wyruszającej do afrykańskiego Konga, gdzie mamy dwie strony z własnymi motywacjami. Pierwszą stroną jest Peter Elliot (Dylan Walsh), profesor zoologii w towarzystwie gorylicy Amy. Ta małpa nie tylko posługuje się językiem migowym, lecz za pomocą specjalnie zaprojektowanej rękawicy przez ten język może… mówić. Tak, nie zmyślam. Jednak samicę coraz bardziej nawiedzają koszmary (choćby po części rysowane przez nią obrazy z okiem Opatrzności), co składnia Petera, by zabrać ją z powrotem do domu. Wyprawę chce sfinansować tajemniczy rumuński filantrop Herkuler Homolka (Tim Curry z taki akcentem, że aż groteskowym). Do grupy dołącza jeszcze Karen Ross (Laura Linney) – była agentka CIA, obecnie związana z korporacją TravisCom, której ekspedycja odkryła w Afryce diament. Minerał tak mocny, że dałoby się stworzyć nowy laser dla satelity. Problem w tym, że kontakt z grupą się urwał i Ross ma ustalić, co się stało. Przy okazji też zdobyć diament.

Wybaczcie mi aż tak przydługi opis fabuły, ale w przypadku „Konga” chyba się inaczej nie da. Reżyser chciał zrobić coś w stylu współczesnych „Kopalni króla Salomona”, ocierając się o horror. I niby wszystko się tu zgadza: od ładnych krajobrazów przez odpowiednio epicką muzykę Jerry’ego Goldsmitha. Także punkt wyjścia brzmi obiecująco, nawet jeśli są pewne dziwactwa. Problem jednak w tym, że ta przygoda jest mocno dezorientująca oraz… niezbyt angażująca. Zaskoczyło mnie dość ospałe tempo, wręcz śladowe i krótkie momenty akcji (próba zestrzelania samolotu i ucieczka, atak hipopotamów), pozbawione atmosfery oraz napięcia. A kiedy do jednej ze scen akcji zostaje użyty zwolniony montaż, ciężko się to ogląda. Do tego główna para jest całkowicie pozbawiona jakiegokolwiek śladu charakteru. Są odpowiednikami domyślnego trybu postaci w grze i mogliby być zagrani przez kogokolwiek. Nawet w dialogach brakuje jakiegoś błysku czy inteligentnego, gdzie nie do końca mogłem rozgryźć na ile jest to żart, a na ile powaga. Zbyt lekki ton wydaje się nie pasować za bardzo, czyniąc całość pozbawioną stawki i pazura.

Co tu się broni? Cóż, aktorsko całość kradnie niezawodny Tim Curry z dużym przerysowaniem oraz bardzo pewny siebie Ernie Hudson w roli przewodnika Monroe Kelly’ego. Oni czynią ten film żywszym i energicznym. Jest tu jeszcze parę drobnych i zaskakujących epizodów w postaci Joe Pantolianego (Eddie Ventro), Delroya Lindo (kapitan Wanda) czy niezawodnego Bruce’a Campbella (Charles Travis). Swoje robi też niezła scenografia – szczególnie wygląd świątyni – oraz sam wygląd małp znosi próbę czasu. Ale w ogólnym rozrachunku „Kongo” jest dla mnie niewykorzystanym potencjałem do czegoś mocnego kina przygodowego, lecz brakuje tu poczucia stawki, całość jest zbyt lekka oraz zadziwiająco… nudna. Słusznie zapomniana produkcja z lat 90. i jedna ze słabszych adaptacji Crichtona.

5/10

Radosław Ostrowski

Geronimo: Amerykańska legenda

Czas na kolejny zapomniany western z lat 90., tym razem skupiający się na wodzu Apaczów – Geronimo. Jeśli jednak spodziewać się szerokiej biografii, to „Geronimo: Amerykańska legenda” będzie sporym rozczarowaniem. Jednak reżyser Walter Hill do spółki ze scenarzystami Larrym Grossem i Johnem Miliusem tworzą o wiele bardziej złożony portret Dzikiego Zachodu niż się mogło wydawać.

Akcja skupia się w momencie, gdy Geronimo (Wes Studi) postanawia poddać się amerykańskiej armii. W zamian za to plemię ma trafić do wydzielonego rezerwatu. Eskortują go porucznik Gatewood (Jason Patric) oraz podporucznik Davis (Matt Damon) – młody żółtodziób, świeżo po szkole wojskowej. Choć udaje sprowadzić się indiańskiego wojownika przed oczami generała Cooka (Gene Hackman), spokój wydaje się pozorny. Pewien niepokój wśród armii wywołuje jeden z szamanów, który nawołuje do walki. Ale próba wyciszenia go doprowadza do masakry i ucieczki Geronimo. Gatewood z Davisem wyruszają go schwytać.

„Geronimo” opowiada całą historię z perspektywy Davisa, czyli osoby z zewnątrz, taką jak my. Obserwujemy trudne relację między Apaczami a wojskiem, gdzie ci pierwsi czują się oszukiwani przez – reprezentujących rząd – wojsko. Wielu oficerów darzy szacunkiem i są pod wrażeniem Geronimo, może bardziej niż powinni. Z jednej strony to pomaga zrozumieć „przeciwnika”, ale wywołuje pewien dyskomfort wśród najważniejszych osób u władzy. Hill ewidentnie darzy sympatią Indian, przekonująco pokazuje ich środowisko, język i kulturę, co budzi fascynację. Ale sama armia też nie jest pokazywana jako ci źli (może z wyjątkiem nowego dowódcy, generała Milesa), lecz wykonują polecenia nieobecnych tutaj polityków. A wszystko w pustynnych krajobrazach, tak mocno kojarzonych z klasycznymi westernami.

Technicznie trudno się do czegoś przyczepić. Reżyser lubi korzystać zarówno z dużych przestrzeni, umieszczając grupę ludzi w sporych krajobrazach, kręcąc ich z daleka. Choć samej akcji jest tu zadziwiająco niewiele, to jednak potrafi uderzyć nagle i niespodziewanie. Ucieczka Geronimo z rezerwatu czy strzelanina z grupą łowców głów pozostają ekscytujące, lecz zdarza się moment chaosu jak podczas strzelaniny na pustyni, gdzie Apacze są schowani pod piaskiem.

Do tego mamy dość zadziwiającą mieszankę obsadową. Nie zawodzą weterani pokroju Gene’a Hackmana (generał Cook) oraz Roberta Duvalla (tropiciel Al Sieber), a także bardzo charyzmatyczny Wes Studi jako Geronimo. Oni jednak w większości stanowią tło, gdzie w centrum są dwaj młodsi aktorzy. Matt Damon pełniący rolę narratora więcej robi swoją narracją z offu. Więcej do zaoferowania ma Jason Patric jako porucznik Gatewood, który – tak jak generał Cook – próbuje pełnić rolę rozjemcy między Indianami a „resztą” kraju.

„Geronimo” przepadł wśród innych westernowych opowieści w latach 90-tych, kiedy ten gatunek powoli zaczynał umierać. Najambitniejsza produkcja w dorobku Waltera Hilla, przedstawiający wodza Apaczów jako ostatniego wojownika Indian w walce, która była z góry skazana na przegraną. A także niejako portret odchodzącego świata Dzikiego Zachodu przed „normalizacją”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Robin Hood: Koniec legendy

Znamy wiele opowieści o Robin Hoodzie – wyjętym spod prawa, co okradał bogatych, rozdawał biedocie oraz mieszkał w lesie Sherwood. Filmowych inkarnacji też było: od Douglasa Fairbanksa przez animowanego lisa od Disneya i Kevina Costnera aż po Tarona Egertona sprzed kilku lat. Ale teraz reżyser Michael Sarnoski postanowił zrobić swoją wersję, bardziej opierając się na dawnych tekstach i bardziej trzymająca się ziemi.

Tutaj nasz Robin ma twarz Hugh Jackmana z dłuższymi, siwymi włosami (niczym wiedźmin), bardzo zmęczonym spojrzeniem oraz drogą naznaczoną krwią i masą trupów. Ścigany przez przeszłość oraz krewnych ludzi, których wymordował trafia na Małego Johna (Bill Skarsgard). Ten zmienił tożsamość (podszywając się pod nieboszczyka), poznał kobietę i ustatkował się, ale krewni kobiety go rozpoznali. Prosi Robina o pomoc w walce, ale wskutek jatki żona Johna zostaje zabita, a sam banita zostaje ciężko ranny. Mężczyzna trafia do znajdującego się na wyspie klasztoru znanym z cudownych uzdrowień, prowadzony przez matkę przeoryszę (Jodie Comer).

Jeśli spodziewacie się napędzonego akcją „Logana” w wersji średniowiecznej, to nie jest dobry adres. Sarnoski inspiruje się tutaj mocno „Wikingiem” Roberta Eggersa w przedstawieniu brutalnego, krwawego i bezwzględnego świata. I już pierwsze pół godziny są właśnie takie: szorstkie, wręcz naturalistycznie pokazującą przemoc, która sięga wszystkiego. Włącznie z dziećmi. Ale w momencie trafienia do klasztoru film zmienia całkowicie ton. Czas płynie o wiele wolniej, Sarnoski skupia się na rozmowach i drobnych rzeczach jak polowanie czy opieka nad dziećmi. Szczególnie nad małą Margaret, córką Małego Johna, która trafia na wyspę. A w tle mamy pewne rozważania zarówno wobec siły mitów i legend, które ukrywają o wiele brutalniejszą, niewygodną prawdę, czy da się wyrwać ze spirali przemocy, ale także na temat pokuty oraz odkupienia. Wiem, że dla wielu to wolne tempo może zmęczyć i wystawić wielu na cierpliwość, jednak mnie ta atmosfera złapała.

Jest tutaj parę onirycznych oraz tajemniczych momentów pod koniec, które są dla mnie niejasne (jaskinia, gdzie przeorysza odprawia jakiś rytuał). Ale nawet tam pojawia się kilka niezapomnianych momentów jak ostatnia rozmowa Robina z trędowatym czy przeplatające się sceny dwóch pogrzebów i modlitw. Wszystko to spina się w zadziwiająco delikatnym zakończeniu.

A wszystko niesie fenomenalna obsada. Choć Hugh Jackman w roli Robina może na pierwszy rzut oka wydawać się klonem Wolverine’a (naznaczony krwawą przeszłością samotnik), ale bliżej mu tutaj do Williama Mummy’ego z „Bez przebaczenia”. To brutalny, wręcz psychopatyczny zabijaka, pozbawiony domu i celu w życiu, ale jest to bardzo wyciszona kreacja w dorobku Australijczyka. Przekonujący zarówno na początku podczas scen akcji, jak i w chwilach wyciszenia, gdzie wiele pokazuje samym spojrzeniem. Równie elektryzująca jest Jodie Comer jako siostra Bridget, przeorysza klasztoru, choć pozornie może wydawać się zbyt jednowymiarowa. Czyli pełna empatii i życzliwości, wykształcona, ale też znająca tą ciemną stronę życia. Za to kompletnie zaskakujący oraz wręcz nie do poznania byli zarówno Bill Skarsgard – długa broda oraz zupełnie inny głos robią swoje – oraz Murray Bartlett w roli tajemniczego trędowatego.

Czy w dzisiejszych czasach potrzebowaliśmy zdekonstruowanego Robin Hooda i odartego ze swojej otoczki? Pewnie nie, ale film Sarnoskiego okazał się jedną z niespodzianek w początku rozczarowującego sezonu letniego. O wiele mroczniejszy, bardziej medytacyjny film, ciągle grający z oczekiwaniami widowni.

7/10

Radosław Ostrowski

Obsesja

Renesans kina grozy trwa już od mniej więcej dekady, ale też zaczyna podbijać zarówno kinową frekwencję i wrócił na salony. Co widać także w ostatnich tygodniach, gdzie szaleją aż dwie produkcje, które zostały nakręcone przez młodych youtuberów. O „Backrooms” jeszcze opowiem, ale teraz skupmy się na „Obsesji” nakręconej przez 25-letniego Curry’ego Barkera.

Bardzo kameralna historia skupia się na Baronie Baileyu ksywa Bear (Michael Johnston). To bardzo nieśmiały, wycofany chłopak, który – wbrew imieniu – nie jest arystokratą, mieszka w domu po babci i pracuje w sklepie muzycznym. Przez swój bardzo oszczędny temperament (podobny do mojego) ma problemy ze zdobywaniem serc reprezentantek płci pięknej. Szczególnie w koleżance z pracy, czyli Nikki (Inde Navarrette). Ale naszemu Miśkowi okazje do nawiązania bliższej znajomości wyślizgują się z rąk. Włącznie z podwózką do domu, gdzie sama zainteresowana wręcz sugeruje mu wejście do domu. I wtedy nasz chłopak korzysta z kupionego One Wishi Willow (patyk do spełniania życzeń po jego złamaniu) i życzy, by Nikki zakochała się w nim bez pamięci. Ale jak wiemy z różnych opowieści, życzenia mogą spełnić się niekoniecznie w taki sposób, jaki by się chciało.

„Obsesja” wydaje się początkowo zmierzać w kierunku romansu czy dramatu psychologicznego. Może nawet lekko ocierającej się o żenadę komedię (otwierająca całość rozmowa z przyjaciółmi podczas przerwy) w duchu kina niezależnego. Bardzo kameralne i oszczędne w formie, gdzie prawie wszystkie ujęcia umieszczają postacie w centrum kadru. Ale od momentu wypowiedzenia życzenia (co może wydawać się skrętem z jakiejś baśni) Barker zaczyna przeplatać niejako dwa elementy. Z jednej strony wszystko wydaje się romantyczne, dziewczyna niemal klei się do naszego Miśka, wyznaje mu miłość, zamieszkuje z nim. Ale potem następują niespodziewane odpały z jej strony – ataki złości, gwałtowne zmiany nastroju. I z każdą chwilą robi się coraz bardziej przerażająco, groźnie, niepokojąco. Barker bardzo pewnie (choć prostymi środkami) zmienia nastrój z przerażenia i grozy do spokoju oraz wyciszenia, cały czas trzymając za gardło. A ja wielokrotnie podskakiwałem, namacalnie czując się jakbym wpadł w pułapkę, z której nie da się uciec.

A pod tym wszystkim kryje się opowieść nie tyle o toksycznym związku, co relacji zbudowanej na manipulacji i kłamstwie. Może sam wniosek, że miłości nie da się wymusić i to musi się zakończyć katastrofą jest troszkę podany bardzo bezpośrednio. Ale jednak to działa i z każdą minutą czuć ten ciężar. Szczególnie, jeśli jedna z osób zaczyna dominować nad drugą do tego stopnia, że aż brakuje przestrzeni. A jak dodamy ostre niczym żyleta ostatnie pół godziny, miłosierdzia nie będzie. Do tego całość jest świetnie zagrana przez kompletnie mało znane twarze, ale prawdziwą gwiazdą jest Inde Navarrette. Od czasu Lily-Rose Depp w „Nosferatu” nie widziałem tak mocarnej kreacji osoby „opętanej” oraz nieprzewidywalnej. Z jaką nagłością potrafi przejść ze spokoju i delikatności w absolutną bestię, reagującą krzykiem, niespodziewaną agresją oraz dziwacznymi zachowaniami jest wręcz elektryzujące (przygotowana kanapka do pracy czy recytacja – troszkę mniej znanej wersji – „Jasia i Małgosi”). Wcielający się w protagonistę Michael Johnston jest bardziej złożony i trudny do polubienia. W swojej nieśmiałości i byciu „miękką fają” może wręcz irytować, ale jednak z czasem było mi go żal. Jego postać świetnie pokazuje do czego może pchnąć potrzeba akceptacji i coś, co wydaje się być miłością.

Następna spora niespodzianka tego roku. „Obsesja” to kolejny przykład, że mały budżet (750 tysięcy dolców) i odrobina talentu potrafi napędzić kreatywność oraz pokazać jak głęboko może sięgać gatunek horroru. Imponujący biegłą realizacją, okraszony odrobiną humoru i mocny argument dla osób pozostających singlami.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tuż po weselu

Co mają takiego filmowcy skandynawscy, że ich kino potrafi tak emocjonalnie dać z liścia? Nie potrafię tego określić, ale w większości przypadków widać jak bardzo to działa. Szczególnie, jeśli główną rolę gra absolutnie fantastyczny Mads Mikkelsen. Nie inaczej jest w przypadku pochodzącego z 2006 roku duńskiego „Tuż po weselu”.

Głównym bohaterem jest grany przez Mikkelsena Jacob Petersen. Mężczyzna mieszka w Indiach, gdzie prowadzi sierociniec dla dzieci i nie jest zbyt łatwo. Ale pojawia się szansa na zdobycie funduszy od bardzo dzianego biznesmena, niejakiego Jorgena Hanssona (Rolf Lassgard). Jest tylko jeden problem: Jacob musiałby przyjechać do Danii, gdzie nie był od bardzo dawna. Na miejscu okazuje się, że zwykły ucisk ręki to za mało. Biznesmen zaprasza mężczyznę na ślub swojej córki i po nim doprowadzi sprawę do końca. Podczas uroczystości Jacob odkrywa dwie rzeczy. Po pierwsza, żona Hanssona (Sidse Babett Knudsen) to była dziewczyna Jacoba, z którym była dawniej związana. Ale jeszcze mocniejszy strzał jest taki, że córka Anna (Stine Fischer Christensen) jest prawdopodobnie biologiczną córką Jacoba. A to uruchamia prawdziwą spiralę wydarzeń.

Reżyserka Susanne Bier do spółki ze scenarzystą Andersem Thomasem Jensenem tworzą kolejny dramat, który powoli i z żelazną konsekwencją prowadzi bohaterów przez bardzo wyboistą drogę. Jedno zdarzenie niczym kamień rzucony w wodę faluje, a z tych fal zaczynają wyławiać kolejne tajemnice oraz dawno pochowane demony. Brzmi jak typowy dramat psychologiczny, prawda? Bier jednak nie bawi się w osądzanie czy umoralnianie, tutaj każdy jest w mniejszych lub większych odcieniach szarości. Reżyserka zderza biedotę Hindusów z bogactwem Duńczyków, ale też niejako padają pytania o siłę więzów krwi i czym jest rodzina. Wszystko toczące się w bardzo powolnym tempie, gdzie niby nic się nie dzieje, ale spojrzenie potrafi czasem wyrazić więcej niż jakiekolwiek słowo. A same dialogi brzmią prosto oraz naturalnie.

Bardzo nietypowa jest realizacja. Całość kręcona na taśmie 35 mm wygląda bardzo surowo, wręcz reportersko. Naturalne oświetlenie i kolory, bez żadnych filtrów, jakby użyto kamery cyfrowej. A jeszcze bardziej mnie zaskoczyło jak dużo jest tutaj zbliżeń na twarze, z dziwacznym fetyszem na punkcie oczu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem kamerę aż tak blisko twarzy. Jedyną rzeczą, która mnie wybijała były przebitki na Indie, okraszone orientalną muzyką oraz jeden poboczny wątek, który w zasadzie wydawał mi się zbędny.

Wszystko za to rekompensuje świetna obsada. Jak zwykle nie zawodzi Mikkelsen w roli oddanego swojemu powołaniu Jacobowi, choć daleko mu do ideału. I to nawet nie chodzi o palenie papierosów, lecz dość burzliwą przeszłość oraz dystans od świata. Powoli jednak (wskutek okoliczności) zaczyna się otwierać, co wywołuje niespodziewane rezultaty. Ale całość kradnie mocarny Rolf Lassgard w roli Jorgena. Początkowo może sprawiać wrażenie kapryśnego bogacza oraz człowieka próbującego mieć wszystko pod kontrolą. Potrafi być zadziwiająco czuły (szczególnie wobec dzieci), jednak i on ma pewien ciężki sekret. Bardzo wyrazista kreacja, a już w ostatnich scenach wręcz miażdży. Ten kwartet jeszcze uzupełniają powściągliwa Knudsen, czyli próbująca trzymać wszystko w ryzach Helena oraz cudowna Christensen jako wkraczająca w dorosłość Anna.

„Tuż po weselu” to kolejny dowód jak kino skandynawskie, które wydaje się wyciszone i spokojne potrafi uderzyć takim ładunkiem emocjonalnym, nie dając wymazać go z pamięci. Sporadycznie gubi rytm, ale nic nie traci ze swojego ciężaru.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ciche miejsce: Dzień pierwszy

Tworzona przez Johna Krasinskiego seria „Ciche miejsce” to jedna z popularniejszych oraz bardziej interesujących horrorów ostatniej dekady. W oczekiwaniu na planowaną część trzecią, która opóźniona została z powodu pandemii. Niemniej dwa lata temu pojawił dość niespodziewany prequel – przynajmniej tego się należało spodziewać po podtytule „Dzień pierwszy”.

Tym razem za kamerą stanął Michael Sarnoski, czyli twórca głośnej „Świni” z Nicolasem Cage’m. Krasinski ograniczył swój udział do roli producenta, a sama akcja tym razem przenosi się do Nowego Jorku. Bohaterką jest Sammy (Lupita Nyong’o) – chorująca na raka młoda poetka, przebywająca w hospicjum. W zasadzie jedyną jej bliską osobą jest… kot, trzyma się od wszystkich na dystans i nie oczekuje już zbyt wiele od życia. Razem z grupą pacjentów wyrusza do miasta na spektakl, jednak w trakcie przedstawienia coś trafia na ziemię. Początkowo mogło się wydawać uderzeniem meteorytów, ale tak naprawdę to inwazja obcych. I jakikolwiek dźwięk oznacza śmierć, o co w wielkim mieście nie jest trudne.

Ta część „Cichego miejsca” w zasadzie jest równie kameralna, mimo kompletnie zmienionego settingu. To niemal klasycznie zrobiony thriller, pokazujący początek końca świata. Od początkowego ataku i poczuciu dezorientacji (pojawiający się zewnątrz pył) przez atakujące z każdej strony dziwne kwiatowate maszkary po całkowitą ciszę. W zasadzie forma straszenia ogranicza się do dwóch rzeczy: nagłego dźwięku przykuwającego uwagę kosmitów albo bardzo powolnego i cichego przekradania się. Ewentualnej ucieczki z miasta, które z każdym dniem przypomina krajobrazem świat z post-apokalipsy. I to budowanie atmosfery reżyserowi się udaje świetnie, nawet jeśli wydaje się to znajome. Nawet pojawienie się w połowie drugiej postaci – studenta z UK Erica (Joseph Quinn) nie zbyt wiele zmienia. To jest bardziej dramat z elementami grozy, mocno oszczędny w dialogi, ale ma kilka czarujących elementów (scena z klubie jazzowym, teatr kukiełek).

Jedyne, co mnie zadziwiło to dwie rzeczy: jak na poważnie chorującą na raka (i to od dłuższego czasu) Sammy jest zadziwiająco sprawna i zwinna. Druga to towarzyszący im kot, który zachowuje się bardziej jak… pies. Bardzo mocno przywiązany do swojej właścicielki, nawet jak ją na jakiś czas porzuca to wraca i jest strasznie cichutki. Ja nie posiadam kota ani psa – z powodu alergii na sierść obojga zwierzaków – lecz to zachowanie jest co najmniej zastanawiające.

„Dzień pierwszy” nie jest jakimś sporym rozwinięciem uniwersum Cichego miejsca, ale to całkiem niezły dramat w otoczce horroru o odzyskiwaniu chęci do życia i sile przyjaźni. Bardziej wyczekuję jednak części trzeciej serii, która ma się pojawić w przyszłym roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Dzień objawienia

Steven Spielberg przez lata i dekady stał się jednym z najbardziej popularnych amerykańskich reżyserów kina rozrywkowego. Ale takimi filmami jak „Lista Schindlera” czy „Szeregowiec Ryan” pokazał bardziej dojrzałe i poważne oblicze. Swoim najnowszym filmem wraca do tematyki obcych i pierwszego kontaktu, który eksplorował w „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia” i „E.T.”, ale tym razem idzie bardziej w kierunku thrillera.

Historia „Dnia objawienia” skupia się na dwójce bohaterów, których losy się przetną. Pierwszym jest Daniel Kellner (Josh O’Conner) – pracownik firmy Wardex zajmujący się cyberbezpieczeństwem. Naukowiec wykradł z firmy tajemniczy przedmiot oraz bardzo tajne materiały, planując je publicznie ujawnić. Za całą operacją stoi jego przełożony, Hugo Wakefield (Colman Domingo). W ślad za Kellnerem rusza firma oraz jej szef, Noah Scanlon (Colin Firth). Drugą kluczową postacią jest prezenterka pogody, Margaret Fairchild (Emily Blunt). Pracuje w lokalnej telewizji w Kansas City. Przed pójście do pracy do jej mieszkania wlatuje ptak. Co samo w sobie może być niczym niezwykłym, ale potem dzieją się dziwaczne rzeczy: zaczyna mówić w obcych językach (i to bardzo płynnie), czyta w myślach po spojrzeniu na kogoś (dzięki temu nie dostaje mandatu), jednak najgorsze dzieje się podczas pracy. Podczas zapowiadania prognozy zaczyna wydawać dziwaczne odgłosy, a następnie traci przytomność. Kobieta też znajduje się w centrum zainteresowania Wardexu.

Sama historia nie brzmi zbyt oryginalnie, jednak Spielberg od początku był w stanie mnie złapać. Początek i pierwsza połowa budowana jest wokół tajemnicy, która powoli i (przynajmniej na początku) oszczędnie dawkowana, co trzymało mnie w napięciu. Co jest o tyle zaskakujące, bo mamy wiele znajomych elementów: firma działająca niczym Faceci w Czerni minus technologia; kontakty i urządzenia obcych; próbujący ujawnić publicznie informator oraz grupa ludzi działająca niczym konspiracja czy Wybraniec z mocami, które go przerażają. Gdzieś nad tym wszystkim unosi się zarówno dawny Spielberg i Stephen King zmieszany z teoriami spiskowymi i klimatem thrillerów politycznych lat 70.

Ale sam film to dwie sprzeczne bestie. Z jednej strony pełen pościgów, ucieczek zrobionych więcej niż sprawnie z kilkoma mastershotami oraz absolutnie trzymającą w napięciu gonitwę z udziałem dwóch jadących pociągów oraz przygniecionego samochodu. Wtedy angażuje, choć jest o wiele bardziej kameralny. Kiedy jednak dotyczy aspektów SF oraz pierwszego kontaktu z obcymi, Spielberg wydaje się nie mieć zbyt wiele do powiedzenia. Bardziej go interesuje próba dojścia do ujawnienia prawdy niż reperkusje tego wydarzenia. Jak poradziliby sobie ludzie z faktem, że nie są sami na świecie? Co by się stało z religiami, państwami, instytucjami? Niby tam w tle wspomina się o możliwym wybuchu III wojny światowej i wizji końca świata, ale to ostatecznie prowadzi donikąd. Sam finał oraz rozwiązanie idzie w kierunku naiwnego kiczu, zaś całość w decydującym momencie się nagle urywa. Satysfakcji z tego nie ma żadnej i wywołuje uczucie dostania w ryj.

Do tego bohaterowie są dość prosto opisani, ale reżyser dobrał do nich na tyle dobrych aktorów, że wyciskają z nich maksimum możliwości. I ci konsekwentnie trzymają poziom: od neurotycznego i przerażonego Josha O’Connora przez chłodnego Colina Firtha aż po niemal przyklejonego do telefonu Colmana Domingo. Ale najjaśniejszym punktem oraz PETARDĄ jest Emily Blunt, której występ wręcz odbierał mi mowę. To z jaką gracją i brawurą przeskakuje przez całe spektrum emocji: od strachu, przerażenia przez pewność siebie, opanowanie po empatię jest nieprawdopodobne. To jej występ utrzymywał moją uwagę do samego końca i czynił ten film o wiele przyjemniejszym w odbiorze.

To jest cholernie trudny film do ocenienia. Bo „Dzień objawienia” nie jest zbyt oryginalnym i dobrym kinem SF, ale zaskakująco sprawdza się jako rozrywkowe kino pod popcorn w starym stylu. W rozpoczynającym się sezonie letnim oraz ostatnich rozczarowaniach w kinie to jeden z lepszych filmów do obejrzenia na dużym ekranie.

7/10

Radosław Ostowski

Aleksander: wersja ostateczna

Po sukcesie „Gladiatora” – jak zawsze w przypadku kasowego hitu – hollywoodzcy producenci chcieli swojego kawałku tortu zwanego kinem piasku i sandału. Przynajmniej przez kilka lat próbowano zrobić kolejne produkcje w realiach starożytności czy – sprawdzonych – greckich i rzymskich mitach. Do tego stopnia, że aż miały powstać dwa filmy o Aleksandrze Wielkim, ale tylko Oliverowi Stone’owi (ze wszystkich ludzi) udało się zebrać fundusze i doprowadzić do realizacji. Jednak efekt końcowy spotkał się z ogromnym rozczarowaniem.

Całą historię prezentuje rządzący Egiptem Ptolemeusz (Anthony Hopkins), recytując swoje wspomnienia po 40 latach. I tak poznajemy historię Aleksandra od wieku dziecięcego przez podbój Persji oraz marsz do Indii aż po nagłą śmierć w wieku zaledwie 33 lat. By czynić całość jeszcze bardziej chaotyczny, to mamy pomieszaną i przeplataną chronologię (niczym u Christophera Nolana). Zaczynamy od śmierci Aleksandra, by przeskoczyć do ogromnej bitwy pod Gaucamelą z Persami, konfliktem między jego matką Olympią (Angelina Jolie) a ojcem Filipem (Val Kilmer), przez co kwestia dziedzictwa tronu stoi pod znakiem zapytania, bardzo bliską relację z Hefajstionem (Jared Leto) aż po kolejne podboje oraz spiski i intrygi. Prawdziwe albo urojone.

Dzieje się tu dużo – i to nawet nie chodzi o ogromne sceny batalistyczne, które robią wrażenie swoją skalą (choć są raptem dwie), postaci jest sporo do zapamiętania (wliczając w to epizody choćby Arystotelesa, będącego nauczycielem), ucztowanie, a także coraz większe zmęczenie kilkuletnią wojaczką. Trudno odmówić Stone’owi ambicji oraz próby pokazania skomplikowanego człowieka, jakim w jego oczach ma być Macedończyk. Ale ten portret jest pełen paradoksów: ambitnego wojownika marzącego o chwale, podjudzany przez matkę; człowieka łączącego ze sobą kultury Wschodu i Zachodu poprzez sojusze oraz małżeństwa aranżowane; w końcu kogoś uwikłanego w relacje między kochankami płci obojga (choć ten „związek” z Hefajstionem jest bardziej sugerowany). Problem w tym, że scenariusz jest strasznie bałaganiarski, a dialogi przesiąknięte patosem brzmią sztucznie. A jak w tle jeszcze przygrywa elektroniczna muzyka Vangelisa (mocno w stylu „1492: Wyprawa do raju”), bywa wręcz ciężkostrawnie.

Jeszcze większy mętlik robi tutaj obsada, gdzie mamy mieszankę akcentów brytyjskich, amerykańskich i… Bóg wie jeszcze jakich. Colin Farrell w roli tytułowej wypada całkiem nieźle, choć w scenach przemów nie ma tej charyzmy jak choćby Mel Gibson w „Braveheart”. Niby próbuje mu się pokazać rozdarcie czy mroczną stronę władcy, lecz brakuje spoiwa tego wszystkiego. Anthony Hopkins przez większość czasu prowadzi narrację z offu i w zasadzie nic ponadto, Jolie i Kilmer mają swoje momenty, ale najbardziej zapada w pamięć Rosario Dawson jako zadziorna żona Roksana oraz Jared Leto z dłuższymi włosami. Jeszcze jest tu parę znajomych twarzy na dalszym planie jak Jonathan Rhys Meyers, Christopher Plummer czy Brian Blessed.

Nawet pół godziny więcej materiału nie jest w stanie czynić „Aleksandra” łatwym doświadczeniem. Stone mierzy wysoko i nie próbuje unikać krwawej jatki czy erotyzmu, jednak całość jest mocno chaotyczna, bałaganiarska i pozbawiona skupienia. Jakby reżyser nie do końca umiał przedstawić swoją wizję jednego z największych postaci czasu starożytności, co czyni całość przytłaczającą. Wielka szkoda.

6,5/10

Radosław Ostrowski