Jeśli miałbym opisać Ridleya Scotta i jego dorobek, to najbardziej pasowałyby tu słowa Marcellusa Wallace’a z mojego ulubionego „Pulp Fiction”: W tej branży jest od chuja nierealnie myślących skurwieli, przekonanych, że ich dupa zestarzeje się jak wino. Jeśli myślisz, że skwaśnieje, to dobrze myślisz. Jeśli myślisz, że z wiekiem szlachetnieje – to źle myślisz. Patrząc na większość filmów Brytyjczyka powstałych w ostatnich dwóch dekadach, są one w najlepszym wypadku niezłe („Prometeusz”, „Marsjanin”), w najgorszym to absolutny gnój („Adwokat”, „Napoleon”). Idealny przykład, że ilość nie idzie w jakość. Ale może jednak coś, co przeoczyłem z tego okresu jest warte uwagi? Pora się przekonać, a na pierwszy ogień poszły „Wszystkie pieniądze świata”.
Wszystko zaczęło się w Rzymie roku 1973. Noc jak każda inna, choć początkowo czarno-biała. Auta jeżdżą, ludzie chodzą, jedzą w restauracjach, ktoś tam gra na gitarze, a po ulicach krążą panie udzielające się społecznie. A jednym z tych spacerowiczów jest młody chłopak z długimi włosami, pewnie hipis o jakże dźwięcznym imieniu Paolo (Charlie Plummer). To właśnie on zostaje wywieziony autem oraz porwany. Bandyci pod wodzą niejakiego Pięćdziesiątki (Romain Duris) chcą za młodzika aż 17 milionów dolarów okupu. Tylko skąd matka (Michelle Williams) ma wziąć taką kasę? Z drugiej strony Paolo jest wnukiem najbogatszego człowieka na świecie – Johna Paula Getty’ego (Christopher Plummer), a ten ściąga swojego najlepszego człowieka, Fletchera Chase’a (Mark Wahlberg).
Całość inspirowana jest prawdziwą historią i jest niemal klasycznym thrillerem. Na pierwszy rzut oka to przeskakiwanie od porywaczy i chłopaka do matki oraz aktorskiej wersji Sknerusa McKwacza może wydawać się dezorientujące. Ale Scott potrafi utrzymać całość w ryzach (przez większość czasu), nawet gdy wrzuca krótką retrospekcję o początkach bogactwa Getty’ego. Jeszcze bardziej byłem zaskoczony jak reżyser potrafi podbić napięcie oraz inscenizować sceny akcji (ucieczka przez wywołanie pożaru czy finałowa ucieczka czy wejście Chase’a do siedziby Czerwonych Brygad). Niby są tu pewne oczywiste momenty: rozmowy przez telefon z porywaczami, policyjny podsłuch, negocjacje, szukanie tropów i medialny cyrk ze strony paparazzi. A w środku tego cyklonu pozbawiona majątku matka, niejako zmuszona do konfrontacji z tym całym chaosem, niemal pozbawiona jakiegokolwiek wsparcia. Nawet przydzielony do sprawy Chase początkowo wydaje się być mocno zdystansowany. Do tego jeszcze mamy przyzwoite dialogi, eleganckie zdjęcia Dariusza Wolskiego, świetna scenografię (rezydencja Getty’ego – majstersztyk) oraz solidna muzyka Daniela Pembertona.
Film działa tak mocno dzięki absolutnie dwóm fantastycznym kreacjom. Przede wszystkim tu bryluje Michelle Williams w roli Gail, która lawiruje między bezsilnością, desperacją, uporem aż po pewne przebitki sprytu (akcja z gazetami). Osoba spoza bogatej rodziny, choć media i porywacze uważają inaczej. A wszystkie emocje pokazane są dość oszczędnie, tworząc prawdziwą bombę. Po drugiej stronie spektrum jest Christopher Plummer, który wszedł w buty seniora Getty’ego z łatwością. Pierwotnie tą rolę zagrał ucharakteryzowany Kevin Spacey, jednak na kilka miesięcy przed premierą z powodu oskarżeń o molestowanie seksualne został wycięty. A Getty w jego wykonaniu to przekonaniu o swoim geniuszu bogacz, będący w stanie ciągłego nienasycenia i żądzy kolekcjonowania. Do tego kompletnie zdystansowany emocjonalnie, skupiony na sobie oraz nieugięty w dążeniu do celu. Przez to mocno w cieniu pozostaje Mark Wahlberg w roli negocjatora Chase’a, w zasadzie zbędny. Za to na drugim planie błyszczy zarówno Charlie Plummer (John Paul Getty III, nie będący tylko pozbawioną woli ofiarą) oraz zaskakujący Romain Duris („Pięćdziesiątka”, lider porywaczy – przynajmniej na początku) w bardziej poważnej kreacji.
Czy „Wszystkie pieniądze świata” zmieniają moje zdanie na temat Scotta z początku? I tak, i nie. To zdecydowanie ciekawy, niepozbawiony napięcia oraz szarpnięć thriller ze światem finansjery na pierwszym planie. Bardzo solidna rzecz, technicznie bez zarzutu i świetnym aktorstwem (poza Wahlbergiem) oraz troszkę przewidywalnym przesłaniem.
7/10
Radosław Ostrowski
