Patrz jak kręcą

Jak pokazuje historia, pewne konwencje w kinie są nieśmiertelne. Takie jak kryminały w stylu zwanym przez Anglosasów whodonit, czyli kryminałów w stylu Agathy Christie. Mamy znajome elementy w rodzaju morderstwo najbardziej antypatycznej osoby, by mieć wokół siebie krąg podejrzanych, zamkniętą przestrzeń oraz detektywa wyjaśniającego całą misterną układankę. Z taką konwencją grają zarówno adaptacje królowej kryminału od Kennetha Branagha, jak i biorąca całą konwencję w nawias „Na noże”. I wydaje się, że w podobną stronę pójdzie film „Patrz jak kręcą”. Ale kto kręci, co i dlaczego? Wyjaśnijmy po kolei.

Na początku wydaje się, że przewodnikiem po Londynie roku 1953 będzie Leo Kopernick (Adrien Brody) – hollywoodzki reżyser. Co robi Jankes w stolicy Brytanii? Otóż ma on dokonać ekranizacji teatralnego przeboju West Endu, czyli „Pułapki na myszy”. Nieznajomość sztuki kompletnie mu w tym nie przeszkadza, mimo już setnego wystawienia. Impreza kończy się awanturą, zaś Leo musi się przebrać. Wtedy zostaje zamordowany przez tajemniczego nieznajomego w płaszczu i kapeluszu, a ciało trafia na scenę. Dochodzenie prowadzi zmęczony życiem inspektor Stoppard (Sam Rockwell) i początkująca, pełna entuzjazmu posterunkowa Stalker (Saorise Ronan). Czy uda im się ustalić tożsamość oraz motyw mordercy?

Debiutujący w kinie fabularnym reżyser Tom George do tej pory pracował dla telewizji, tam samo jak scenarzysta Mark Chappell. Nie przeszkadza im to jednak troszkę pobawić się znajomą konwencją oraz tropami klasycznych, eleganckich kryminałów z wyższych sfer. Fikcja miesza się z prawdziwymi postaciami (pojawia się choćby aktor Richard Attenborough, który w „Pułapce na myszy” grał inspektora policji czy producent Jack Wolfe, zaś sama sztuka inspirowana jest prawdziwą historią), zaś duch Agathy Christie unosi się nad całością. Nie brakuje znajomych klisz (skontrastowany duet śledczych, masa podejrzanych, antypatyczna ofiara, retrospekcje czy finał w rezydencji na odludziu), jednak twórcy z delikatnością bawią się tymi kliszami. Pomaga w tym zarówno dystans oraz ironiczne poczucie humoru, co dostajemy już na otwarcie. W końcu jak widziało się jedną taką historię, to się widziało tysiące, prawda?

Być może z tego powodu „Patrz jak kręcą” porównywano do „Na noże”, gdzie też prowadzono grę z konwencją kryminału a’la Christie. Bo twórcy nie boją się po sięgnąć i są pewni, że to zadziała. Pomagają przy tym niepozbawione błyskotliwości dialogi, ale przede wszystkim stylowa realizacja. Jest tutaj wiele ujęć jakby żywcem wziętych od Wesa Andersona (włącznie z jazdą kamerą w bok podczas jednej ze scen w komisariacie czy pościgu z dystansu), choć bez pastelowych kolorów. Nie można też nie wspomnieć o montażu, gdzie reżyser wiele razy dzieli ekran – głównie przy scenach przesłuchania czy mieszającej stylistyki muzyce Daniela Pembertona. Trudno odmówić klasy oraz lekkości.

W czym absolutnie pomaga świetnie dobrana obsada. Sam Rockwell jako zmęczony, trochę zblazowany inspektor Stoppard pasuje wręcz idealnie. Choć początkowo można odnieść wrażenie, że ta postać trochę ma gdzieś całą sytuację i bywa (delikatnie mówiąc) niezdarny. To wszystko jednak tylko pozory, pod którymi skrywa się inteligentny facet, próbujący przetrawić paskudną przeszłość. Ale wielką niespodziankę zrobiła mi Saorise Ronan, której fanem jakimś wielkim nie byłem. Posterunkowa (albo jak mówią Anglicy konstabl) Stalker jest kontrastem dla inspektora – niedoświadczona, ambitna, za dużo gadająca i nie pewna siebie. Aktorka wszystko to gra z takim wdziękiem, że strasznie polubiłem tą postać, która też próbuje sobie radzić z przeszłością. Tu się jakaś magia odbyła, bo i chemia między tą dwójką działa wręcz bezbłędnie. W zasadzie każdy z aktorów ma tutaj swoje przysłowiowe pięć minut, by móc zabłyszczeć. I nieważne, czy jest to Adrien Brody (Leo Kopernick), David Oleyowo (scenarzysta Cocker-Norris), Ruth Wilson (Petula Spencer, właścicielka teatru) czy Harris Dickinson (aktor Richard Attenborough) – nikt nie odstaje tutaj od reszty.

Niby kryminał bardzo retro, ale zaskakująco wciągający, zabawny i lekko post-modernistyczny. Ktoś powie, że już to widzieliśmy tysiąc razy, więc żadnych niespodzianek nie będzie. Ale czy aby na pewno? Duet George/Chappell mają inne zdanie na ten temat i warto je poznać.

7/10

Radosław Ostrowski

Pan Wilk i spółka

Kto jeszcze pamięta czasy, gdy studio DreamWorks było trzecią siłą w kwestii tworzenia amerykańskich filmów animowanych (po Disneyu i Pixarze). Teraz jednak czują oddech konkurencji w postaci choćby Sony, które ostatnio jest na wznoszącej fali. Potrafili parę razy zaskoczyć „Strażnikami marzeń”, „Krudami”, „Kapitanem Majtasem” czy „Trollami”, przeplatając to z rozczarowaniami w rodzaju „Dzieciaka rządzi” czy sequelami „Jak wytresować smoka”. Ale kreatywność i poczucie frajdy wróciło do starej ferajny.

„Pan Wilk i spółka” jest heist movie, gdzie nasi bohaterowie oraz najważniejsze osoby w mieście są… zwierzętami. Ale to nie jest „Zwierzogród”, bo reszta obywateli to ludzie, więc zrzynki nie ma. Spółka pana Wilka to paczka złodziei z różnymi umiejętnościami – pan Wilk to kieszonkowiec, pan Wąż włamywaczem, pani Tarantula pseudo Włóczka hakerką, pan Rekin mistrzem przebieranek, zaś pan Pirania narwanym mięśniakiem, co pod wpływem nerwów pierdzi. Musicie wiedzieć, że smród jego zabójczy jest niczym gaz bojowy. Ferajnę poznajemy jak robi napad na bank i brawurowo ucieka policji, więc decydują się na ambitniejszy skok – kradzież złotej statuetki podczas Gali Dobroczynnej, którą ma otrzymać profesor Marmalade. Czyli najinteligentniejsza osoba, czyniąca dobro w skali kosmicznej, będąca… świnką morską. Co może pójść nie tak?

Jak się okazuje, organizatorzy z panią burmistrz Foxington (tak, jest lisem) byli na to przygotowani i gang wpada w ręce policji. Jednak profesor – pod wpływem perswazji Wilka – chce przeprowadzić eksperyment na kryminalistach, by zaprowadzić ich na ścieżkę dobra. Ale jak się okazuje, na tym polega plan pana Wilka, by… udawać przemianę i dokończyć spartaczoną robotę, będąc poza podejrzeniem. Ale nie wszystko udało się przewidzieć naszym banditos i wpakują się w jeszcze większe tarapaty.

DreamWorks zaskoczyło mnie i to w paru aspektach. Za „Pana Wilka” odpowiada debiutujący reżyser – Pierre Perifel, który do tej pory pracował jako animator w DreamWorks (m.in. przy „Kung Fu Panda”) oraz scenarzysta Etan Cohen (m.in. „Jaja w tropikach”, „Madagaskar 2” czy „Faceci w czerni 3”). Fabuła czerpie garściami z konwencji heist movie (lub jak Amerykanie mówią caper movie) w stylu choćby „Ocean’s Eleven”. Czyli mamy ekipę, jest plan, masa komplikacji, zakrętów, twistów i niespodzianek. A jednocześnie jest to komedia, gdzie nie brakuje docinków, ironii oraz wariackich gagów (choćby podczas brawurowego pościgu na początku filmu). By było jeszcze ciekawiej, jest tu – jak to u DreamWorks – parę odniesień do popkultury dla dorosłych (pierwsza scena niemal żywcem wzięta z „Pulp Fiction”, przeskoki czasowe jak u Guya Ritchie), więc nikt się nie nudzi. Dialogi są świetne, sceny akcji i włamań mogłyby spokojnie trafił na kolejną część przygód Danny’ego Oceana, a w tle gra idealnie dopasowana jazzowa muza mistrza Pembertona.

Sama animacja też była dla mnie sporą niespodzianką, pod względem stylistyki. I nie chodzi mi o płynność, bo to bardzo wysoki standard. Trójwymiarowe postacie wyglądają dobrze, zmieszane z elementami dwuwymiarowymi (m.in. dym palonej gumy), ale także czuć wpływy japońskich animacji (zwróćcie uwagę na twarz policjantów – szczególnie pani Komendant oraz jej ekspresję i wygląd), tworząc koktajl Mołotowa. Jasne, że budżet nie był duży, a szczegółowość nie jest imponująca, lecz nadrabia to stylówką, troszkę przypominając niektóre sceny ze… „Spider-Man: Uniwersum” (może trochę przesadzam).

Widziałem polską wersję językową, za którą odpowiadał Bartosz Wierzbięta i brzmiała naprawdę przyzwoicie. Co mnie zaskoczyło, to był brak odniesień do naszej popkultury (jeśli chodzi o tłumaczenie), czego raczej po tym twórcy się nie spodziewałem. Aktorzy też są dobrani dobrze, choć w większości były to głosy mniej mi znanych aktorów dubbingowych (poza Izabellą Bukowską jako pani burmistrz). Czy chciałbym zobaczyć wersję oryginalną? Z tamtejszą obsadą, gdzie mamy m.in. Sama Rockwella, Richarda Ayoade, Zazie Beats i Awkwafinę – jak najbardziej.

Troszkę szkoda, że „Pan Wilk i spółka” ma premierę w tym samym czasie, co nowy „Top Gun”, bo nie będzie miał zbyt wielkiej szansy na przebicie się do szerszej widowni. A szkoda, bo jest to powrót DreamWorks do formy. Nie jest to może najlepsza animacja tego roku, lecz jeśli szukacie tytułu czysto rozrywkowego, z inteligentnie napisanym scenariuszem oraz wielką frajdą, idźcie śmiało. Wasze dzieci będą się świetnie bawić, a wy nawet jeszcze lepiej. Wilk syty i owca cała.

8/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Universum

Człowiek-Pająk ostatnio się nam rozmnożył i na przestrzeni 20 lat pojawiał się z różnymi twarzami: od Toby’ego Maguire’a przez Andrew Garfielda aż do Toma Hollanda. Co nowego w materii jednego z bardziej przyziemnych superherosów można opowiedzieć? Animowany oddział Sony postanowił pójść w kompletnie innym kierunku: Spider-Wersum. Czyli co by się stało, gdyby w Nowym Jorku pojawiło się kilku Spider-Manów z różnych wersji świata? A głównym bohaterem nie byłby Peter Parker?

spider-verse1-1

To po kolei. naszym bohaterem jest Miles Morales – czarnoskóry chłopak z Brooklynu, który trafił do elitarnej szkoły. Jest strasznie nieśmiały, nie do końca odnajduje się w nowym otoczeniu, a jego wielką jest graffiti oraz hip-hop. Z tym ostatnim problem ma jego ojciec-policjant, kompletnie inaczej niż jego wujek. Podczas tworzenia swojego graffiti, chłopak zostaje pogryziony przez pająka. Reszty się pewnie domyślacie, ale nie do końca. Odkrywa w sobie moce, ale nie czuje się na siłach. Próbując odnaleźć pająka, odkrywa przypadkiem tajemniczą maszynę zwaną Zderzaczem. Wskutek odpalenia dochodzi do trzęsienia ziemi oraz śmierci Spider-Mana, który próbował powstrzymać Kingpina. W tym samym czasie w Nowym Jorku pojawia się kilku Spider-Manów z różnych wymiarów świata.

spider-verse1-2

Już na samym początku twórcy sugerują wizualne szaleństwo, gdzie czołówki zaczynają się nakładać na siebie. Stylistyczny kolaż, od którego można dostać oczopląsu, sprawiający wrażenie niemal żywcem wzięty z komiksu (włącznie z użyciem paneli czy onomatopei). Wynika to z obecności różnych Spider-Manów: od dziewczyny z mangi i towarzyszącym jej robotem przez detektywa z czarnego kryminału, pstrokatą Gwen Stacy po kreskówkowego Spider-Hama (pół pająk-pół świnia) oraz Petera Parkera w wieku dorosłym. Każdy z nich – mimo różnych czasów i konwencji – ma bardzo zbliżoną historię, co dla twórców staje się źródłem jednego z gagów. Ale jeśli nasze Pajęczaki nie wrócą do siebie, zginą, więc stawka jest wysoka.

spider-verse1-3

Akcja niemal non-stop pędzi na złamanie karku, bardzo rzadko sobie pozwalając na chwilę oddechu oraz przetrawienie wszystkiego. Kamera niemal dostaje ADHD, a jednak wszystko jest bardzo jasne i czytelne. Każde starcie – czy to kradzież laptopa z laboratorium, konfrontacja w domu ciotki May czy finał pod Zderzaczem – wygląda niesamowicie, balansując między powagą a zgrywą. Spora ilość humoru może być wielkim zaskoczeniem, gdzie żarty są jak w szwedzkim stole: od slapsticku przez popkulturowe odniesienia czy mignięcia dla fanów komiksów o Pajęczaku. Dość szybko poznajemy różne wersje Spider-Manów i każda z nich jest na tyle wyrazista, że mnie obchodził ich los. Mimo faktu, że „Uniwersum” jest origin story Milesa Moralesa jako Spider-Mana. Szalenie satysfakcjonującym, z obłędną muzyką Daniela Pembertona, która miesza symfoniczne brzmienia z hip-hopem, tworząc kolejny dźwiękowy koktajl Mołotowa.

spider-verse1-4

Również oryginalny dubbing robi fantastyczna robotę. Shameik Moore cudownie spisał się jako Morales, pokazując bardzo przekonującą przemianę z nieśmiałego i wystraszonego chłopaka aż po troszkę bezczelnego i odważnego chłopaka, co podąża swoją drogą. Jednak dla mnie absolutnym strzałem w dziesiątkę był 40-letni Peter Parker, czyli głosowo Jake Johnson. Parker w jego wykonaniu to facet, któremu życie się posypało i w zasadzie nie ma żadnego celu. Spotkanie z Milesem przypomina początkowo zderzenie cynicznego, wypalonego herosa z zapalonym entuzjastą, jednak z czasem – choć w dość nieoczywisty sposób – staje się wspierającym mentorem. Sporo też dodał rozbrajający Spider-Ham (John Mulaney), bardzo wycofana Gwen (cudowna Hailee Steinfeld) oraz twardy Spider-Man Noir z głosem samego Nicolasa Cage’a (nie sądziłem, że dożyję chwili, gdy Cage zagra Człowieka-Pająka). Jest jeszcze wiele innych znanych głosów, ale odkrycie ich pozostawię wam.

spider-verse1-5

Ja widziałem w życiu wiele animacji, ale czegoś takiego jak „Spider-Man: Uniwersum” nie potrafię porównać do czegokolwiek. Surrealistyczno-awangardowo-mainstreamowa hybryda, po obejrzeniu której chce się tylko jednej rzeczy: sequela. Głównie, by lepiej poznać działanie multiwersum i zobaczyć, co jeszcze twórcy wymyślą.

9/10 + znak jakości

PS. Scena po napisach w tym filmie to jedna z najlepszych scen w historii adaptacji Marvela.

Radosław Ostrowski

Proces Siódemki z Chicago

Jeśli widzę na plakacie nazwisko Aarona Sorkina, można założyć bardzo dużą ilość dialogów. Teatralny rodowód scenarzysty jest obecny od pierwszej napisanej fabuły dla kina, czyli sądowego dramatu „Ludzie honoru”. Po 25 latach pisania scenariuszy oraz tworzenia seriali telewizyjnych, autor postanowił chwycić za kamerę. „Gra o wszystko” była udanym debiutem, więc Sorkin poszedł za ciosem i postanowił zrealizować… dramat sądowy. O głośnym w Chicago 1969 roku procesie przeciwko aktywistom społecznym w sprawie dotyczącej zmowy oraz podżeganiu do przemocy.

proces 7 chicago2

A kim byli oskarżeni? Dwaj działacze Studenckiej Partii Demokratycznej, dwaj członkowie partii Yippies, aktywista Stowarzyszenia na Rzecz Zakończenia Wojny w Wietnamie, dwóch młodych chłopaków sprawiających wziętych z łapanki. No i mający wygłosić przemówienie członek Czarnych Panter, bo wtedy trzeba oskarżać każdego czarnoskórego. A rząd zrobi wszystko, by udowodnić winę oskarżonych.

Podobno w amerykańskim prawie nie ma czegoś takiego jak proces polityczny. Ale reżyser Sorkin pokazuje ten dziwny okres, kiedy w kraju toczyła się niejako wojna domowa. Wojna ideologiczna, spotęgowania przez prowadzenie wojny w Wietnamie jeszcze tak nie podzieliła narodu. Młodzi, bardziej idący na lewo (uważani za komunistów), pacyfiści, hippisi kontra konserwatyści oraz rząd wymagający bezwzględnego posłuszeństwa. Dosłownie iskrzyło, a walka toczyła się m.in. o prawa obywatelskie oraz zaprzestanie bezsensownej wojny. Jednak dla rządu Nixona ci ludzie stali się wrogami, antypatriotami i komunistami.

proces 7 chicago1

Sorkin opowiada się za oskarżonymi, jednak pokazuje pewne wewnętrzne konflikty w grupie. Ci bardziej politycznie zaangażowani (Tom Hayden, Rennie Davis) z pewny wywyższeniem patrzyli na działających bardziej oddolnie aktywistów. Chodziło głównie o Abbiego Hoffmana i Jerry’ego Rubina, którzy wyglądali bardziej jak hippisi, mniej poważni gości. Im dalej jednak w las, tym bardziej widać, że są to bardzo ogarnięci goście. Żeby jeszcze bardziej chwycić, reżyser zastosował prostą sztuczkę: łamanie chronologii. Przebieg demonstracji oraz konfrontacji z policją poznajemy za pomocą zeznań, które zostają potem zwizualizowane. Oprócz tego przebywamy poza salą sądową w dwóch kluczowych miejscach: domu obrońcy William Kunstlera oraz podczas stand-upów Abbiego Hoffmana. Te drugie stanowią pewien bardzo ironiczny komentarz do całej sytuacji.

proces 7 chicago3

Dzięki tym narracyjnym zabiegom oraz fantastycznej robocie montażowej nie nudziłem się ani chwili. Nawet w scenach pozwalających na złapanie krótkiego oddechu. I poznajemy kolejne sztuczki wykorzystywane przez rząd w celu dyskredytacji oskarżonych: jednoznacznie stronniczy sędzia, działający w tłumie gliniarze pod przykrywką, podsłuchy, zastraszanie. A ja nie mogłem pozbyć się skojarzeń w kwestii działania sądu. Oglądając ten proces czułem się jak podczas procesów politycznych państw komunistycznych. Niemal ciągłe odrzucanie wniosków obrony, zmiana składu przysięgłych, manipulacja – za bardzo znajomo to brzmiało, bym mógł przejść obojętnie. Nawet mając świadomość tego, że reżyser jednoznacznie opowiada się po jednej ze stron.

proces 7 chicago4

Chociaż największą gwiazdą filmu Sorkina jest scenariusz, to także aktorzy grają absolutnie fantastycznie. Jest tu masa znanych twarzy zarówno kojarzonych z drugim planem jak John Carroll Lynch, Alex Sharp czy Jeremy Strong. Zaskakuje wypadł Eddie Redmayne jako pewny siebie Hayden, formę potwierdza Joseph Gordon-Levitt w roli prokuratora prowadzącego sprawę, a na dwie sceny show kradnie Michael Keaton. Jeśli jednak ktoś jest prawdziwą gwiazdą, to tutaj są aż trzy najwyrazistsze role.

proces 7 chicago5

Pierwszą jest Abbie Hoffman w wykonaniu Sachy Barona Cohena i powiem to od razu: to jego najlepsza rola w karierze. Na pierwszy rzut oka ten bohater sprawia wrażenie niepoważnego błazna, jednak to on rozgryza przebieg procesu i jest bardzo inteligentnym mówcą. Bardzo duża niespodzianka. Obok niego błyszczy silny, choć niepozorny Mark Rylance. Jego Kunstler to doświadczony prawnik, próbujący stosować i reagować stanowczo na wszelkie nieczyste zagrywki. Ale nawet on bywa czasem bezsilny wobec sędziego Hoffmana o twarzy Franka Langelli. To jeden z największych dupków, tak naprawdę sterujący całym procesem i stronniczy jak żaden inny sędzia od dawna. Rzadko mi się zdarza spotkać postać, której nienawiść odczuwałbym od samego początku.

proces 7 chicago6

Nie mam wątpliwości, że „Proces Siódemki z Chicago” to ważny film dla Amerykanów, pokazujący przełomowy moment w ich historii. Fenomenalnie zrealizowany i zagrany, wiernie odtwarzający nerwowe lata 60., które zmieniły kraj na zawsze. A dla nas niejako przy okazji kino instruktażowe o tym jak walczyć o swoje prawa na ulicy i do czego mogą doprowadzić ludzie niekompetentni do systemu sądownictwa. Zaskakująco aktualne kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jak feniks

Netflix ze swoimi dokumentami zadziwia mnie bardziej niż mogłem to sobie wyobrazić. Uderzeniem był „Ikar”, który z opowieści o tym jak łatwo oszukać system antydopingowy zmienił się w thriller o największej aferze dopingowej w historii sportu. Zupełnie inaczej do tematu sportu podchodzi francuski film „Rising Phoenix”. Albo jak wolą nasi tłumacze „Jak feniks”, bo skupia się na innej dziedzinie sportu – paraolimpiadach. Zarówno pod względem organizacji jak i przygotowań każdego zawodnika.

jak feniks1

Pod względem realizacji to dokument jakich wiele – „gadające głowy”, masa archiwaliów. To wszystko widzieliśmy wcześniej, ale tematyka jest bardzo fascynująca. To nie tylko historia ruchu paraolimpijskiego, ale w ogóle o adaptowaniu się osoby niepełnosprawnej za pomocą sportu. Sportu dającego szansę nie tylko na osiągnięcie niezwykłych wyników, lecz także szansy na traktowanie osób niepełnosprawnych jako pełnoprawnych obywateli. Nie jako ludzi gorszej kategorii, spisanych na straty, uważanych za nieistniejących jak w Chinach (przed paraolimpiadą w 2008 roku) czy w Związku Radzieckim. Wszystko to dzięki inicjatywie żydowskiego lekarza, który musiał uciekać z nazistowskich Niemiec – sir Ludwiga Guttmanna.

jak feniks4

Każdy z zawodników stracił poważną część ciała czy to wskutek wypadku, choroby lub od urodzenia. Każde z nich ma swoją historię: chińska sztangistka, amerykańska biegaczka z rosyjskimi korzeniami, australijski rugbysta, a także – chyba najbardziej poruszająca dwójka – francuski biegacz, co stracił nogę podczas ludobójstwa oraz włoska florecistka bez dłoni i nóg. Oprócz nich poznajemy historię doktora Guttmana. Trafił przed wojną do Londynu, a po wojnie opiekował się osobami niepełnosprawnymi w szpitalach, gdzie powoli umierali. On to zmienił i wykorzystał sportowe aktywności jako pomoc przy odzyskiwaniu sprawności reszty ciała. Co doprowadziło do zorganizowania pierwszych zawodów sportowych w 1948 roku. Jednak pierwsza paraolimpiada odbyła się w 1960 roku we Włoszech, zaś ruch paraolimpijski rozkwita i trzyma się dobrze.

jak feniks3

To prowadzi z kolei do trzeciej historii skupionej na trzech (już byłych) działaczach Międzynarodowego Komitetu Paraolimpijskiego oraz przygotowaniach do trzech, przełomowych paraolimpiad. W Pekinie, Londynie oraz w Rio. Ta ostatnia historia trzyma w napięciu niemal jak thriller, bo cała impreza była zagrożona. Wszystko z powodu tego, iż pieniądze przeznaczone na paraolimpiadę zostały wykorzystane na… igrzyska olimpijskie. Takiej podłości nie spodziewał się nikt, a niestabilna sytuacja polityczna nie ułatwiała sprawy. Determinacja i upór tych gości (Xavier Gonzales, Andrew Parsons, sir Philip Craven) doprowadziły sprawę do szczęśliwego końca, choć był problem z niewielką widownią. Ale finał tej imprezy pokazuje jak wielki jest duch ludzi. Nie tylko zawodników, lecz także coraz bardziej wspierającej ich publiczności.

jak feniks2

Ja mogę jedynie zachęcić do obejrzenia tego pasjonującego filmu, pokazującego wielką siłę ducha humanizmu. Nawet jeśli ciało jest – delikatnie mówiąc – dalekie od doskonałości. Jeśli te słowa was nie przekonają, nie wiem jakich jeszcze mogę użyć argumentów.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Osierocony Brooklyn

Takich ludzi jak Lionel Essrog raczej mija się na ulicy. Nawet jak się przystanie, jedyne słowo mogące go opisać to: dziwak. Zdarza mu się, że nagle plecie coś bez sensu, wykonuje absurdalne zachowania (dając ognia, podpala zapałkę po to… żeby ją zgasić, bo nie wydała odpowiedniego dźwięku) i nie wiadomo w zasadzie, czego się można spodziewać. Tego nie wie nawet on sam, bo jego głowa to jeden wielki bajzel zwany zespołem Tourette’a. Niemniej znalazł się ktoś, kto potrafił wykorzystać najmocniejsze atuty (świetna pamięć). Był to Frank Minna – prywatny detektyw, który przygarnął Lionela oraz jego kumpli z sierocińca. Spoko gość, ale wdepnął w paskudną sprawę i ktoś go sprzątnął. Ale kto i dlaczego chciałby to zrobić? Essrog podejmuje się na własną rękę wybadać sprawę.

Czarny kryminał to gatunek kina, który swoje najlepsze lata wydaje się mieć za sobą. Czasy panów z kapeluszami w prochowcach, palących papierosa oraz odkrywających brudne tajemnice miasta już mamy za sobą. Pojawiają się pewne próby przebicia jak „Nice Guys” Shane’a Blacka (ok, to są lata 70., ale podobny vibe) czy wykorzystujące elementy tego gatunku eksperymenty pokroju „Brick”, ale klasyczne noir skończyło się wraz z „Tajemnicami Los Angeles”. Czyli od 1997 roku. Nie zraziło to jednak Edwarda Nortona, który podjął się reżyserskiej próby i przeniesienia na ekran powieści Jonathan Lethama z 1999 roku. Przeniósł jej akcję z lat 90. do 50., a reszta krąży wokół klasycznych elementów tego gatunku. Miasto skrywające bezwzględne tajemnice i brudy – jest. Kobieta, skrywająca pewną tajemnicę – zgadza się. Korupcja na szczytach władzy – pasuje. Rasistowskie uprzedzenia – nie zawsze są standardem, ale tu są. Innymi słowy, to klasyczna kryminalna opowieść retro.

osierocony brooklyn1

A w tym przypadku jest to broń obosieczna. Reżyserowi udaje się zachować klimat realiów epoki. Kostiumy, dekoracje, rekwizyty, samochody – tutaj się wszystko zgadza i nie ma miejsca na pomyłki. Równie świetne są bardzo stylowe zdjęcia Dicka Pope’a (zwłaszcza ujęcia nocne to prawdziwe złoto) oraz jazzowo-psychodeliczna muzyka Daniela Pembertona. Jest parę podnoszących napięcie scen jak znakomity początek czy bardzo dramatyczny pościg nocny do mieszkania albo momenty, gdy Essrog próbuje sobie przypomnieć pewne słowa, zdarzenia, sytuacje. Wtedy widać jak ten zwichrowany umysł funkcjonuje, co już czyni całość odrobinę interesującą.

osierocony brooklyn2

Problemem jednak jest sama historia i intryga. Nawet nie chodzi o to, że film jest bardzo długi (niecałe dwie i pół godziny), ale to wszystko wydawało mi się dziwnie znajome. Aż za bardzo, przez co wiele razy od seansu się odbijałem niczym piłeczka ping-pongowa. Chwila ekscytacji, by przez chwilę odczuć znużenie, kolejna ekscytacja i znużenie. Tak przez cały film, a kilka niekonwencjonalnych tricków (sceny pobicia, gdy widzimy akcję z oczu bohatera czy moment niejako „przejęcia” rekwizytów mentora przez Lionela) nie zawsze rekompensowało seans.

osierocony brooklyn3

Sytuację ratuje za to znakomita kreacja Edwarda Nortona, który (w przeciwieństwie do reżysera… Edwarda Nortona) jest bardzo zdyscyplinowany i magnetyzuje do samego końca. Essrog początkowo sprawia wrażenie dziwaka niż klasycznego detektywa-twardziela/cwaniaka z kina noir, co czyni go obiektem drwin i staje się lekceważony przez wrogów. Tylko, że pod tą kopułą pracuje bardzo zaawansowany komputer, który czasami lubi się psuć. Zderzenie niemal fotograficznej pamięci z powtarzającymi się manieryzmami („If”), tikami oraz dość niepozorną sylwetką tworzy niesamowitą mieszankę niewinności ze sprytem, determinacją i odwagą. Na drugim planie absolutnie błyszczy Alec Baldwin w roli śliskiego, bezwzględnego polityka Mosesa Randolpha, który dla władzy zrobi wszystko. Nawet unowocześni miasto, co jest jego wielką obsesją. Warto też wspomnieć o trzymającym jak zawsze poziom Willem Dafoe (Paul) i Bobbym Cannavale (Tony), a także odzyskujący chęć do grania Bruce Willis (detektyw Frank Minna).

osierocony brooklyn4

„Osierocony Brooklyn” dla fanów kina noir będzie niczym prezent pod choinką. Trudno odmówić Nortonowi zaangażowania oraz pasji, jednak film nie porywa tak bardzo jak mógłby być. Brakuje jakiegoś mocniejszego kopa i… świeżości, co zaskoczyło mnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gold

Złoto – surowiec najbardziej pożądany na świecie, który gwarantuje bogactwo, dobrobyt oraz szczęście. Tylko, że nie dla wszystkich, lecz dla tych, co wiedzą gdzie i jak szukać. Robią to zarówno amatorzy, jak i firmy zajmujące się wydobywaniem surowców. Taką firmę prowadził Kenny Wells, a dokładniej jego ojciec. Lecz kiedy on umarł w 1981 roku, przedsiębiorstwo wpadło w tarapaty przez kilka lat. Wszystko się zmieniło w 1988 roku, gdy mężczyzna postanowił zaryzykować i pójść w układ z legendarnym poszukiwaczem, Michael Acostą w poszukiwaniu złota do Indonezji. Nie jest łatwo, ale w końcu udaje się znaleźć złoto.

gold1

Stephen Gaghan to bardzo ceniony scenarzysta („Traffic”), który czasami próbuje swoich sił jako reżyser. I w swoich produkcjach próbuje połączyć kino gatunkowe z ważnym społecznie czy politycznie tematem. Tym razem znowu próbuje chwycić kwestie finansowych przekrętów i oszustw, opierając się na prawdziwych wydarzeniach. Nie mógł jednak wykorzystać prawdziwych imion, nazwisk oraz sytuacji (z powodów prawnych), więc ubiera wszystko w szaty fikcji. Fabułę można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza, troszkę w duchu kina łotrzykowsko-przygodowym opisuje odkrywanie surowców oraz determinację Wellsa w poszukiwaniu złota. Próba spełnienia amerykańskiego snu za pomocą sprytu, determinacji oraz szczęściu. Wiadomo, że za sukcesem zaczną pojawiać się konkurenci, chcący przejąć zyski z eksploatacji złóż. I tu pojawiają się komplikacje – gracze z Wall Street, mający szerokie wpływy, a tacy nie odpuszczają.

gold2

Wtedy zaczyna się druga część filmu, pokazująca walkę o swój sen. Co oznacza bezpardonową walkę oraz działanie z planem, by wszystkich wykiwać. Poznawanie kto jest przyjacielem, kto wrogiem oraz jak zawalczyć o swoje. Tylko, że ta walka zostaje spuentowana tak ironicznym oraz dramatycznym twistem, że powinniśmy się go domyślić wcześniej, prawda?

Problem jednak w tym, że reżyser nie jest w stanie zdecydować się, co ma być na pierwszym planie i w jakim tonie opowiedzieć całość. Czy to ma być satyryczne spojrzenie na świat wielkiej finansjery, wielka przygoda między dwoma poszukiwaczami, sensacyjna opowieść o przekręcie? Gaghan miesza tutaj wszystko do jednego kotła, przez co wychodzi film zaledwie letni. Brakuje tutaj wyczucia oraz zespolenia tego wszystko w jedną, spójną całość. Wrażenie robią zdjęcia dżungli i realia lat 80., z bardzo taneczną muzyką w tle (m.in. Iggy Pop, New Order czy Pixies).

gold3

Ale najwięcej wyciska tutaj Matthew „Allright, Allright, Allright” McConaughey w roli Kenny’ego. Facet ma wręcz ADHD, mimo sporego brzuszka i łysiny na głowie. Wizjoner, krętacz, oszust, pijak, który dla osiągnięcia celu rzuci obietnice bez pokrycia i jest w stanie nawet wejść do klatki z tygrysem. Aktor zawłaszcza ekran wszystkim, nie dając nikomu w zasadzie manewru do działania. Oprócz Edgara Ramizera w roli Acosty, którzy tworzy postać o wyglądzie i stylu dawnych poszukiwaczy przygód, gdzie czuć tą silną więź w trakcie wyprawy.

„Gold” nie ma w sobie blasku złota, nie powala i nie świeci. Zabrakło tutaj pewniejszej ręki, która stworzyła z tego prawdziwą petardę. Kolejna, tym razem nieangażująca ballada o chciwości.

6/10

Radosław Ostrowski

Czarny kryształ: Czas buntu – seria 1

Inny czas, inne miejsce – od tego zdania zaczął się nakręcony w 1982 roku „Ciemny kryształ” Jima Hensona oraz Franka Oza. Mroczne fantasy dla młodego widza w dniu premiery w box officie zwrócił koszty produkcji i nawet przyniósł nawet skromne profity. Nie na tyle jednak duże, by zrealizować kolejny film w tym świecie. Były próby realizacji sequela, ale te przez wiele lat spaliły na panewce. Wszystko się zmieniło, gdy do Jim Henson Company zwrócił się Netflix. Choć pierwotny pomysł studia kierowanego przez córkę Hensona zakładał stworzenie serialu animowanego, szefostwo filmy z dużym N zaproponowało zrealizowanie serialu w formie znanej z oryginału. Innymi słowy, kukiełki wracają do gry, na ekranie nie pojawia się żaden człowiek, a jedyną różnicą jest drobne wsparcie efektów komputerowych. Ale ciągle w głowie pojawiało się pytanie, czy w ogóle był sens tworzenia serialu w takiej archaicznej formie? Dodatkowo moje obawy spowodowała osoba reżysera, czyli Louisa Leterriera, którego filmy były najwyżej średnio-niezłe.

 

Akcja serialu toczy się setki lat przed wydarzeniami z filmu. Więc nie musicie go oglądać, by wejść w ten świat krainy Thra. Żyznej oraz bardzo różnorodnej, a także pełnej zróżnicowanych ras. Ale w centrum jest Kryształowy Zamek ze znajdującym się Kryształem Prawdy. Jego strażniczką była matka Aughra, jednak została podstępem zastąpiona przez Skeksów. Ci, choć okrutni i bezwzględnie pragnący długowieczności, udają dobrych panów dla Gelflingów. Ci ostatni nie domyślają się, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo. Wszystko zaczyna się od zabójstwa jednej ze strażniczek Miry, dla zdobycia esencji jej życia, by osiągnąć długowieczność.

 

Muszę przyznać, że sama historia (mimo znajomości finału w postaci filmu) jest w stanie zaangażować i jednocześnie bardzo rozbudowuje świat przedstawiony. Tylko pozornie intryga wydaje się bardzo prosta i wydaje się klasyczną walką dobra ze złem. Po części to prawda, jednak twórcy dogłębnie pozwalają wejść w ten bogaty świat, który jest świetnie sfotografowany. Wrażenie robi bardzo szczegółowa scenografia oraz różnorodne lokacje: od pustyni, bogatego pałacu, biblioteki czy zamku Skeksów. Gdybym miał do czegoś porównać serial Leterriera, to najbliżej byłoby do „Władcy Pierścieni” zmieszanego z „Diuną” (tworzenie esencji dla wiecznego życia – taki odpowiednik melanżu) oraz „Grą o tron” (wewnętrzne spięcia wśród Skeksów).

ciemny krysztal czas buntu1-4

Także sam świat jest bardzo przebogaty. Oprócz Skeksów, który nadal są brzydki, zdegenerowani oraz budzą grozę, jest parę innych raz. Lekko rozrabiający, a jednocześnie traktowani jak niewolnicy (przez Skeksów) Podlingowie, delikatni Mistycy (choć widzimy tylko dwóch), magiczne Drzewo Azylu, wielkie pająki i wiele, wiele innych. Ale najbardziej interesujący są Gelflingowie: bardzo liczni i podzieleni na klany, a każdy z nich zajmuje się czym innymi. Jeden to wyższe sfery, przekonane o swojej potędze, inni specjalizują się w odczytywaniu symboli, jeszcze inni są wojownikami, są też dbający o zwierzęta przebywające pod ziemią itd. I ten podział jest bardzo sprytnie wykorzystywany przez Skeksów do szerzenia nieufności, podejrzliwości oraz pomaga w manipulacji.

ciemny krysztal czas buntu1-2

Ale to, co najbardziej wyróżnia serial, to kukiełki. Niby wyglądają znajomo i tylko pozornie sprawiają wrażenie, jakby ktoś wyciągnął je sprzed ponad 35 lat. Tylko, że… nie. Nadal pewien problem stanowi mimika twarzy (a konkretnie jej brak), ale wszystkie emocje są pokazywane gestami, a nawet oczami. Zastosowanie tej formy nie zmienia faktu, że opowieść jest brutalna i mroczna. Nie brakuje momentów godnych kina grozy (śmierć Miry czy tortury wobec Badacza) lub filmów wojennych (ostateczna konfrontacja ze Skeksami), ale twórcy nie przekraczają tej granicy, by wywołać koszmary u młodego widza. Same sceny akcji wyglądają po prostu świetnie (odbicie Riana z ręki Szambelana), a parę inscenizacyjnych pomysłów zaskakuje jak opowiedzenie historii Thra za pomocą… przedstawienia kukiełkowego czy Aughra próbująca odnaleźć „pieśń Thra”.

ciemny krysztal czas buntu1-3

Kukiełki brzmią fantastycznie, bo udało się zebrać iście gwiazdorską obsadę. Naszej trójce protagonistów przemawiają głosem Tarona Egertona (walczący Rian), Nathalie Emmanuelle (empatyczna Deet) oraz Anyi Taylor-Joy (Brea), którzy wykonują swoją robotę fantastycznie. Niektóre głosy są dość trudne do rozpoznania, co też staje się dodatkową zabawą. Ale na mnie największe wrażenie zrobił kapitalny Simon Pegg (śliski Szambelan, który jest takim intrygantem, co pragnie władzy), cudowny Jason Isaacs (budzący grozę i majestat Cesarz Skeksów) oraz mocna Donna Kimball (zadziorna Aughra). Ale prawda jest taka, że trudno tutaj się do kogokolwiek przyczepić. Naprawdę, co nie jest częstym zjawiskiem.

ciemny krysztal czas buntu1-6

To jest kolejna serialowa niespodzianka od Netflixa. Absolutnie techniczne cudo, zdominowane przez efekty praktyczne, co tworzy dzieło unikatowe. Czuć mocno ducha oryginału, ale za pomocą nowoczesnej technologii i wciągającą opowieścią, dogłębniej eksploatować ten świat. Wierzę, że powstanie ciąg dalszy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gra o wszystko

Pieniądze, pieniądze, pieniądze. To, że one rządzą światem jest oczywistą oczywistością, ale zdobyć je można na wiele sposobów. Jedną z metod jest organizowanie domu gry, gdzie osoby z najwyższych sfer (pełne dużych portfeli) grają w grach hazardowych o dużą kasę. Taką osobą była Molly Bloom, nazywana Księżniczką Pokera. Ta niedoszła sportsmenka została jednak oskarżona, m.in. o pobieranie prowizji (co jest nielegalne) oraz za współpracę z mafią, gdyż wśród jej graczy byli gangsterzy. Ale jak było naprawdę?

gra_o_wszystko1

Chyba każdy kinoman słyszał o Aaronie Sorkinie, jednym z nielicznych scenarzystów filmowych, którzy posiadają swój własny, niepodrabialny styl. Wystarczy zobaczyć takie filmy jak „Ludzie honoru”, „Wojna Charliego Wilsona”, „The Social Network” czy „Steve Jobs” (nie wspominając o serialach „Newsroom” i „Prezydencki poker”). Innymi słowy jest dużo gadaniny (dialogi lecą z prędkością karabinu maszynowego), w niemal teatralnych dekoracjach, lecz by zachować tempo, bohaterowie wypowiadają je zazwyczaj w ruchu. Tzw walk & talk. Tym jednak jednak Sorkin postanowił sam przenieść na ekran swój scenariusz, co z jednej strony powinno mnie cieszyć, ale z drugiej budzi wątpliwości. Napisanie scenariusza wydaje się być prostsze od fuchy reżysera, który musi zadbać o więcej rzeczy niż zapodanie dialogów w dobrym stylu.

gra_o_wszystko2

Ale Sorkin już od samego początku wie jak skupić uwagę, mimo dużej ilości słowotoku, co jest zasługą bardzo bajeranckiego montażu a’la Martin Scorsese. Pierwszy monolog, gdzie pada pytanie o największą porażkę dla sportowca przeplata się z pierwszym przełomem panny Bloom (upadkiem podczas zjazdu narciarskiego) oraz zaczynamy obserwować jej karierę w hazardzie. Najpierw praca jako sekretarka, potem licząca kasę u swojego szefa (także przy pokerze), wreszcie prowadzenie własnego, eleganckiego domu gry. Innymi słowy, wejście do męskiego świata. Przy okazji, dostajemy masę anegdot, krótkie zasady gry w pokera, spojrzenie na świat high-life’u oraz – niczym w klasycznym filmie gangsterskim – wzlot i upadek naszej bohaterki, która próbuje grać czysto w niezbyt uczciwym świecie. Świecie, gdzie za jeden błąd można zapłacić utratą wszystkiego: pieniędzy, reputacji oraz życia.

gra_o_wszystko3

By jeszcze bardziej zwrócić naszą uwagę, narracja jest dwutorowa. Mamy retrospekcje, pełne narracji z offu od samej Molly i to się przeplata z przygotowaniami do procesu oraz dialogami z obrońcą, Charliem Jaffeyem. A jednak, mimo przeskoków, cała akcja wydaje się klarowna i przejrzysta. Niemniej nie mogłem pozbyć wrażenia, że Sorkin zwyczajnie się popisuje. Że potrafi pisać zajebiste dialogi, pełne błysku, inteligentnych ripost, trafnych obserwacji, przypominając szybkie odbijanie piłeczek pingpongowych. I to, po pewnym czasie (dokładnie, gdzieś w 2/3 filmu) zaczyna robić się męczące. Jeszcze bardziej rozczarowuje mnie motywacja głównej bohaterki oraz wątek dotyczący jej relacji z ojcem, bo wydało mi się troszkę banalne.

Ale tak naprawdę ten film ma jednego mocnego asa w tej talii, czyli zjawiskową (nie tylko w kwestii ciuchów) Jessicę Chastain. Może i Molly Bloom sprawia wrażenie kalki kreacji z filmu „Miss Sloane”, czyli błyskotliwej kobiety, co nie daje sobie w kaszę dmuchać konsekwentnie dąży do swojego celu. I tak jak tam, nie można od aktorki kompletnie oderwać oczu, ona tutaj rozdaje karty i można odnieść wrażenie, że czasami ma więcej szczęścia niż ktokolwiek z jej graczy. Reszta obsady jest tutaj tylko solidnym tłem (jak Idris Elba w roli Jaffreya czy powoli wracający do gry Kevin Costner jako ojciec Molly), choć największą niespodziankę robi tutaj Michael Cena w roli tajemniczego Gracza X, który pod maską chłopięcej twarzy skrywa bardzo bezwzględnego gracza.

„Gra o wszystko” to zaskakująco udany debiut Sorkina jako reżysera, chociaż jego styl scenariuszowy może już powoli wywoływać zmęczenie materiału. Niemniej utrzymuje przez sporą część tempo, błyszczy montażowo i aktorstwo, zaś sporo dialogów to prawdziwe perły. Czysta sorkinoza.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Steve Jobs

Żaden człowiek w historii współczesnej technologii nie miał takiego medialnego szumu jak Steve Jobs – wizjoner, geniusz, jeden ze współodpowiedzialnych za coraz bardziej fikuśne wynalazki. Komputery, telefony, iPad i Bóg wie, co jeszcze. Geniusz, manipulator, skurwysyn czy robot? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć narzucający swój styl scenarzysta Aaron Sorkin oraz reżyser Danny Boyle. Jak im się to udało?

steve_jobs1

Jednak nie jest to klasyczna biografia, jakiej należało się spodziewać z tego typu gatunkiem, dlatego że fabuła skupia się na trzech prezentacjach nowych wynalazków: Mac, Nexta oraz iMaca. A dokładniej na kulisach przed tymi wydarzeniami. Tam zaczynają iskrzyć spięcia między Jobsem a resztą jego współpracowników: Woźniakiem, Hoffmann, Sculley, Hertzfeld oraz kobietą z córką, uważająca Jobsa za ojca swojego dziecka. Skoro jest Sorkin, to wiadomo, ze będziemy mieli tzw. „walk & talk”, podczas której poznajemy kolejne konflikty, animozje, spięcia. I jak to w fabułach Sorkina była, dialogi serwowane są z prędkością karabinu maszynowego, podkręcając w ten sposób napięcie oraz atmosferę. Tutaj mamy jeszcze pewne montażowe tricki: podczas rozmowy na ścianie widzimy odpalaną rakietę, w innej pojawiają się wplecione na ścianie cytaty czy sam początek, gdzie mamy rozmowę Arthura C. Clarke’a (autora „2001: Odysei kosmicznej” – tej literackiej), a także równolegle przeplatającą się przeszłość z teraźniejszością (rozmowy Jobsa ze Sculleyem) tylko podbijają stawkę. A w tle jeszcze mamy elektroniczno-symfoniczną muzykę Daniela Pembertona, dodając jeszcze więcej oliwy do ognia.

steve_jobs2

Sam reżyser musi żonglować niczym cyrkowiec różnymi elementami, by opanować ten cały bajzel. Bo sprzęt w ostatniej chwili nie chce zadziałać, bo Steve nie przyznaje się do swojej córki, zaś jej matkę traktuje bardzo szorstko (ta go z kolei wykorzystuje jako skarbonkę do wyciągania forsy). Jeszcze po drodze są jeszcze Woźniak, który czuje się bardzo niedoceniony (zrobił Apple II), pełniący role ojca Sculley czy próbująca w miarę utrzymać Jobsa na wodzy Joanna Hoffmann. Jednocześnie Boyle z Sorkinem chcą pokazać tytułowego bohatera w sposób jak najbardziej uczciwy sposób, co udaje się naprawdę bardzo przekonująco (zwłaszcza pod koniec).

steve_jobs3

Boyle mocno się odnajduje w tym całym stylu i zbiera naprawdę mocną obsadę. Pewne emocje wywołał wybór Michael Fassbendera, który za cholery nie jest podobny do Jobsa, jednak jest absolutnie GENIALNY. Z jednej strony to bardzo twardy, przekonany o swojej nieomylności, nie znający słowa: „pomyłka”, „błąd”, „nie mam racji”, bardziej przypominający robota (pamiętacie Davida z „Prometeusza” czy „Alien: Covenant”?) niż człowieka, ale jednak coś się w nim gotuje. Te różne spięcia wygrywa absolutnie bezbłędnie, kompletnie dominując nad wszystkimi. Co nie znaczy, że reszta jest nieciekawa. Kompletnie zaskakuje Seth Rogen (Steve Woźniak), grając absolutnie poważnie, fason trzyma Jeff Daniels (John Sculley), który zawsze dobrze wygląda w garniaku oraz Michael Stuhlberg (Andy Hertzfeld). Jednak drugi plan kradnie i dzieli Kate Winslet, która wydaje się być najmniej widowiskowa ze wszystkich, lecz staje się czymś w rodzaju głosu sumienia dla Jobsa. Ich wspólne rozmowy jeszcze bardziej podsycają całą temperaturę.

Byłem troszkę sceptyczny wobec „Steve’a Jobsa” odkąd odwołano ze stołka reżyserskiego Davida Finchera. Jednak Danny Boyle odnalazł się w tym charakterystycznym stylu Sorkina, odpowiednio podkręcając napięcie i nawet te wątki obyczajowe potrafią zaangażować. Kolejne potwierdzenie, że współpraca z Sorkinem zawsze zmienia się w złoto.

8/10

Radosław Ostrowski