Krzysztof Kieślowski – chyba żaden inny polski reżyser nie miał aż tak dużego wpływu na kino artystyczne początku XXI wieku. Widać to było zarówno w filmach Toma Tykwera, Michała Rosy czy choćby Jana Matuszyńskiego (pamiętacie „Minghun”?). Teraz do grona czerpiących z twórcy „Dekalogu” dołączył irański reżyser Ashgar Fahradi, którego najnowszy film jest inspirowany… „Krótkim filmem o miłości”. Co jest podane już w czołówce, więc nie jest to zaskoczenie.

Sama historia skupia się na Sylvie (Isabelle Huppert) – mieszkającej w dość zaniedbanym mieszkaniu pisarce, która próbuje stworzyć coś nowego. Inspiracją dla niej staje się podglądana sąsiadka z bloku obok – w mieszkaniu, które należało do matki pisarki – nazywając ją Anną (Virginie Efira). Obserwując jej chatę, autorka zauważa, że a) kobieta pracuje jako dźwiękowiec b) współpracuje razem z dwoma facetami: młodszym „Christopherem” (Pierre Nimey) oraz starszym „Pierre’m” (Vincent Cassel). W swojej wyobraźni tworzy historię miłosnego trójkąta, który może skończyć się tragedią. Jednak przygotowany tekst nie spotyka się ze zbyt dobrym odbiorem od wydawczyni (niezły epizod Catherine Denevue), zarzucając jej przestarzałość, a rękopis zostaje wyrzucony. Manuskrypt wpada w ręce Adama (Adam Bessa) – drobnego złodziejaszka, pracującego u Sylvie jako pomoc domowa. Chłopak nie tylko czyta tekst, ale poznaje też dziewczynę (a imię jej Nita), co uruchamia łańcuch wydarzeń.

Fahradi robi tym filmem kompilację dzieł Kieślowskiego (nie tylko „Krótkiego filmu o miłości” z wątkiem podglądactwa), ze szczególnym wskazaniem na „Krótki film o zabijaniu” (scena morderstwa w aucie) i „Przypadek”. Historia rozbija się na parę segmentów, które początkowo wydają się dezorientujące i chaotyczne. Z jednej jest pisarka Sylvie oraz tworzonej przez nią powieści, która materializuje się przed naszymi oczami. Ta ma być mieszanką dramatu obyczajowego z wplecionym romansem, próbując budować napięcie oraz kończyć dość brutalnym finałem. Z drugiej mamy „prawdziwą” relację trójki postaci, która absolutnie nie ma nic wspólnego z wyobraźnią autorki. A łącznikiem między tymi mostami jest Adam, który zaczyna wykorzystywać manuskrypt do… właśnie.

Reżyser miesza te wszystkie opowieści, próbując pokazać gdzie jest granica między fikcją a rzeczywistością oraz jak jedno może wpłynąć na długie. Do tego jest pewna niezdrowa ciekawość wywołana przez podglądactwo, sile wyobraźni czy tworzeniu nowej tożsamości. Problem w tym, że cała ta układanka jest zwyczajnie nieciekawa, niezbyt angażująca i zaczyna tracić impet. Segmenty z postacią graną przez Huppert z czasem zaczynają nużyć, spychając postać na dalszy plan. Z kolei enigmatyczny Adam był dla mnie zbyt tajemniczy i śliski, bym chciał się nim interesować. Dla mnie najmocniejszym punktem jest trio Efira-Nimey-Cassel, która zaciekawia w obydwu wersjach – tej „literackiej”, jak i bardziej przyziemnej. Ale najgorsze jest to, że wszystkie te wątki nagle się urywają, nie dając satysfakcjonującej konkluzji.
Jakoś nigdy nie byłem fanem kina Fahradiego (choć pewnie wynikało z nieznajomości kultury oraz mentalności Irańczyków), ale „Historie równoległe” były dla mnie sporym zawodem. I tu nawet nie chodzi o inspirowanie się kinem Kieślowskiego, ale o odczucie oglądania wyrachowanej imitacji bez serca oraz ducha. Zbyt banalna, zbyt archaiczna i zwyczajnie nijaka.
5/10
Radosław Ostrowski
