Kierunek: Noc

Lotnisko w Brukseli wygląda jak typowe lotnisko na świecie. Są samoloty, terminale, pasażerowie oraz załogi samolotów. Jeden z lotów ma wyruszyć do Moskwy i powoli schodzą ludzie na pokład. Sytuacja staje się dramatyczna, gdy na pokład wchodzi włoski wojskowy z karabinem w dłoni. Żąda jednej rzeczy: natychmiastowego startu ku zachodowi, inaczej wszyscy zginą. I to nie z jego ręki, tylko przez… wschód słońca.

kierunek noc1-2

Na pierwszy rzut oka „Kierunek: Noc” brzmi jak obraz ludzkości w czasie dokonującej się apokalipsy. Grupka ludzi, różnych narodowości, religii w jednym miejscu, gdzie postój może być bardzo krótki. Bo słońce zabije. Brzmi to niedorzecznie, ale to jest bardzo sensownie poprowadzone. Twórcy serialu z jednej strony muszą trzymać w napięciu, bo pojawiają się zderzenia charakterów oraz kolejne przeszkody do pokonania (zbieranie żywności, paliwa czy trudne decyzje związane z zostawieniem innych na pewną śmierć). A w takich sytuacjach często zachowanie człowieczeństwa nie jest łatwe, a instynkt przetrwania wydaje się być najważniejszy. W wielu momentach sytuacja staje się nerwowa, wręcz dramatyczna (ciężka niedyspozycja kapitana, zmuszonego do roli kapitana czy mający mieć w Moskwie operację chłopak z mukowiscydozą), przez co niemal ciągle czuć zagrożenie i niepewność. Widać tutaj skromny budżet oraz w zasadzie brak efektów specjalnych, jednak kilka scen potrafi mocno uderzyć (korytarz pełen zwłok w szpitalu czy bardzo intensywna, finałowa ucieczka) oraz podnieść adrenalinę.

kierunek noc1-3

Twórcy cały czas skupiają się na bohaterach, którzy są zderzeni z nienormalną sytuacją. Większość z nich jest ciekawie zarysowana, zaś kolejne odkrywane informacje zmuszają do weryfikacji swoich sympatii i antypatii. Włoski oficer NATO, matka Rosjanka z chorym dzieckiem, ochroniarz w zaawansowanym wieku, młoda wdowa z doświadczeniem pilota, starszy Rosjanin z czarnoskórą pielęgniarką, włoska influencerka, polski mechanik (członek załogi) czy bardzo opanowany i niezbyt rozmowny Turek. I to budowane tutaj relacje między nimi, zmieniające się układy stanowią esencję tego tytułu. Owszem, czasem pojawi się w dialogach pewien patos, jednak  twórcy nie walą tym po twarzy w hurtowych ilościach, nie ma łopoczącej flagi czy podniosłej muzyki. Może troszkę przeszkadzać zakończenie sugerujące ciąg dalszy oraz próbę rozwiązania tajemnicy.

kierunek noc1-1

By jeszcze bardziej wejść w „Kierunek: Noc” obsadzono mniej znanych aktorów. Chociaż nie, jest pewien znany polski aktor w ostatniej scenie, ale sami sprawdzicie kto to. Pewnym istotnym szczegółem jest fakt, że wielu z nich w swoich scenach mówi w swoim języku. Innymi słowy nie słyszymy tylko francuskiego, ale też rosyjski czy polski. Niby drobiazg, ale dodaje realizmu.

Powiem szczerze, że nie oczekiwałem wiele, a dostałem jeden z lepszych seriali Netflixa tego roku. Jest to przykład tego, że nie potrzeba znanych twarzy oraz dużych pieniędzy, by skupić uwagę widza. Mam bardzo silne przeczucie, że ciąg dalszy nastąpi.

8/10

Radosław Ostrowski

Wyznanie

Rok 2011, małe miasteczko Swindon. Wydaje się być spokojne i żyjące swoim rytmem. Jednak u rodziny O’Callaghan spokój zostaje zaburzony. Ich córka Sian wyszła z domu wieczorem, ale nie wróciła. Może zanocowała u koleżanki, może jest u chłopaka. Wszelkie próby kontaktu są nieudane, więc zostaje zgłoszone zaginięcie. Sprawą zajmuje się policja pod wodzą inspektora Steve’a Fulchera. W tym samym miejsce przebywa Karen Edwards, której córka wiele lat temu uciekła z domu. Kobieta wierzy jednak, że wróci do domu. Losy obydwu rodzin zostaną brutalnie przecięte, zaś losy ich dzieci naznaczone tragedią oraz bólem.

wyznanie1

Ostatnio brytyjskie seriale kryminalne łykam jak pelikan. Zwłaszcza te oparte na faktach, gdzie zbrodnia mocno rzutuje na wszystkich. „Wyznanie” oparte jest na dokumentach, artykułach oraz relacjach świadków dotyczącej tej brutalnej zbrodni. Dlatego akcja dotyczy kilku wątków: śledztwa policji, oczekiwań rodziny Sian oraz początkowo będącej z boku Karen. Ten ostatni wątek wydaje się całkiem zbędny, a nawet stanowi pewien balast. Samo dochodzenie prowadzone jest dość powoli i ta żmudność dominuje dwa pierwsze odcinki. Pojawia się podejrzany, jest obserwacja, w końcu dochodzi do aresztowania oraz zeznania. Jednak to dopiero początek komplikacji, gdzie sytuacja zaczyna się odwracać. Albowiem to śledczy zostaje celem dochodzenia, gdyż nie końca trzymał się litery prawa. I tu zaczyna się konflikt, bo czy Fulcher przekroczył prawo, wymusił zeznania pod presją, czy może podejrzany Christopher Halliwell i jego prawnik, wykorzystują kruczki do upokorzenia policjanta.

wyznanie2

Ta mieszanka kryminału z dramatem sądowym potrafiła mnie wielokrotnie zaskoczyć. Tym jak bardzo niedoskonały jest system, który nie jest w stanie przygotować na każdą sytuację. Gdzie często wszystko zależy od interpretacji ludzi, których osąd nie zawsze jest trafny. I z tego powodu kluczowy dowód zostaje wykluczony, doprowadzając jedną z rodzin ofiar do wściekłości. To doprowadza do paru pytań wokół działania policji oraz kwestii etyka vs skuteczność. Zwłaszcza, kiedy okazuje się, że podejrzany mógł popełnić więcej morderstw, co może popsuć reputację policji. Co okaże się ważniejsze? Odpowiedź jest bardzo słodko-gorzka, ale o tym przekonacie się sami.

Co wyróżnia „Wyznanie” od innych kryminałów to realizacja. Wszystko jest zrobione w formie dokumentu, gdzie kamera niemal cały czas jest w ruchu. Kolory są bardzo stonowane, a jedynie krajobrazy wydają się okazale. Dokumentalną formę podkreśla obecność dat oraz opisów miejsc, żebyśmy się nie pogubili. Co zdecydowanie jest dla mnie plusem.

wyzwanie3

I choć nie brakuje tutaj znanych twarzy, aktorstwo wydaje się być tutaj wsparciem dla całej historii. Najbardziej rozpoznawalni są tutaj Martin Freeman (inspektor Fulcher) oraz Imelda Staunton (Karen Edwards), którzy tworzą bardzo wyraziste kreacje. Pierwszy jest bardzo wyciszonym, skupionym na pracy policjancie, zdeterminowanym do osiągnięcia celu. Spokojnie poprowadzona kreacja. To jednak Staunton kradnie ten serial jako matka, mająca wręcz obsesję/poczucie winy wobec swojej córki. Może wydawać się troszkę przerysowana, ale nigdy nie staje się karykaturą o co byłoby łatwo, zaś jej upór o sprawiedliwość dla córki jest godny podziwu. Nie można też nie wspomnieć o Joe Absolomie jako Halliwellu, od początku sprawiającego wrażenie dziwnego, niepokojącego osobnika. Bardzo śliska postać, od której nie można oderwać wzroku.

wyzwanie4

„Wyznanie” spośród ostatnich seriali kryminalnych zrobiło na mnie największe wrażenie. Płynnie przechodzący z wątku kryminalnego i obyczajowego, skupiony na faktach, ze świetnymi dialogami oraz dokumentalną formą. Jak Brytyjczycy biorą się za kryminał, to nie ma zmiłuj.

8/10

Radosław Ostrowski

Zbrodnia w White House Farm

Rok 1985, hrabstwo Essex i bardzo spokojna okolica. Tytułowa farma to spory kawał ziemi, należący do państwa Bamberów – małżeństwa w zaawansowanym wieku, mających dwoje dzieci (oboje adoptowane) oraz dwoje wnuków. Żyli w miarę spokojnie, nie licząc problemów psychicznych córki, która leczyła się farmakologicznie. W nocy z 6 na 7 sierpnia 1985 w farmie dochodzi do masakry – starsi państwo, córka Sheila oraz jej dzieci zostają znalezione martwe. Prowadzący śledztwo nadinspektor Thomas Jones jest przekonany, że to psychiczna chora Sheila zabiła wszystkich, a na koniec popełniła samobójstwo. Ale jeden z policjantów, sierżant Jones, który ma zająć się rodziną, zaczyna mieć poważne wątpliwości.

white house farm1

Kolejny brytyjski miniserial kryminalny, tym razem oparty na faktach. Cała akcja toczy się dwutorowo, skupiając się na dwóch wątkach. Pierwszy to reakcje rodziny po tragedii, skupiając się głównie na Jeremym oraz mężu Sheili. Jeden z nich ciągle jest w szoku i nie potrafi przetrawić tej tragedii, drugi zaś wydaje się opanowany. Aż za bardzo. Zupełnie jakby sprawiało mu to frajdę. Jasne, to dziwak, ale nawet to nie wyjaśnia pewnych decyzji (kremacja zamiast pogrzebu czy uśpienie psa), przez co rzucane są podejrzenia. Jednocześnie widzimy policyjne śledztwo, które skupione jest niemal na jednej tezie. Wszelkie próby innego spojrzenia uważane są za defetyzm, a nawet działanie na szkodę śledztwa. Widać jak na dłoni niekompetencję, niedbałe przeszukanie miejsca zbrodni, odrzucenie innych dowodów, skupienie ku karierze niż prawdzie. Przez co bardziej odczuwalna jest bezsilność, gdy wszelkie próby przebicia zawodzą. I obydwa te wątki potrafią zaangażować, głównie dzięki powolnemu odkrywaniu kart. To bardzo pomaga w budowaniu napięcia, parę razy szarpiąc za gardło.

white house farm2

Ale nie spodziewajcie się fajerwerków w kwestii technicznej, bo nie o to tu chodzi. To sama historia ma się bronić, gdzie dochodzi do szokującej prawdy. Chociaż tej można było się domyślać, a samej sceny rzezi nie pokazano. Jednak samo odkrycie prawdy potrafi uderzyć, nawet jeśli nie jesteśmy jej świadkami. Wszystko zamyka się w ostatnim odcinku, będącym procesem i daje to wiele satysfakcji. Jakby twórcy wierzyli, że mimo błędów i uchybień, sprawiedliwości zawsze stanie się zadość.

white house farm3

To jeszcze zostaje podparte jest świetnym aktorstwem. Absolutnie tutaj błyszczy Freddie Fox jako Jeremy Bamber, który jest bardzo śliski, wycofany i trudny do rozgryzienia. Nie można jednak oderwać od niego oczu kiedy manipuluje wdowcem, by skłócić resztę rodziny. Kontrastem dla niego jest Mark Addy jako sierżant Jones – pełen empatii, cierpliwy, wyciszony i skupiony. Co jest dużym przeciwieństwem upartego nadkomisarza Jonesa (mocny Stephen Graham), ignorującego inne dowody i działającego w pośpiechu. Z pań najbardziej wybija się Alexa Davies (wyciszona i wręcz zastraszona Julie Mugford) oraz Gemma Whelna (bardzo charakterna, nie dająca sobie w kaszę dmuchać Ann), dając sporo przestrzeni.

Kiedy Brytyjczycy biorą się za rekonstrukcję prawdziwych zbrodni, potrafią mocno chwycić za serducho. Nawet jeśli przypomina to Teatr Telewizji, jest to zrobione bardzo porządnie i zagrane świetnie. Jak tego nie obejrzeć?

8/10

Radosław Ostrowski

Deadwater Fell

Jesteśmy gdzieś w małym szkockim miasteczku. Tam niemal wszyscy znają się dobrze, jednak skupiamy się na rodzinie Kendricków. On jest lekarzem, ona pracuje jako wychowawczyni w przedszkolu. Mają trzy córki i wydają się być udanym małżeństwem. Jednak pewnego wieczoru dochodzi do tragedii: ich dom zostaje podpalony, a udaje się przeżyć tylko ojcu rodziny. Celowe podpalenie, wypadek czy bardziej wyrafinowane morderstwo? Policja z Glasgow prowadzi śledztwo, a pomaga lokalny policjant i przyjaciel rodziny.

deadwater fell1

Na pierwszy rzut oka „Deadwater Fell” wydaje się klasyczną mieszanką dramatu obyczajowego z kryminału. Czyli to, co w brytyjskiej telewizji stało się pewnym wzorcem. Ten miniserial powoli opowiada swoją historię, odkrywając kolejne elementy układanki. Udane małżeństwo skrywa pewne poważne problemy, których albo nikt nie widzi, albo są one ignorowane. Psychiczne znęcanie się, faszerowanie psychotropami, zaburzenia umysłowe – tutaj jest to pokazane bardzo delikatnie, odkrywając kolejne sceny z życia rodziny. Te retrospekcje wywołują dezorientację, przez co niemal do końca nie wiadomo kto odpowiada za tragedię. Czy to psychicznie chora żona, czy może jednak mąż? Zagadka pozornie wydaje się oczywiste, jednak po każdym odcinku weryfikujemy swoją wiedzę. A wszystko osadzone w surowych, górskich krajobrazach, co jeszcze bardziej potęguje klimat. Wszystko oparte jest na dialogach, z dość skromną ilością aktorów na ekranie. Przypomina to troszkę przedstawienie teatralne, lecz nie należy tego traktować jako wadę.

deadwater fell2

Nawet jeśli wydaje się to wszystko znajome i pewnych klisz (szorstki oraz tłumiący emocje sierżant, próbująca dotrzeć do prawdy jego żona, wyciszona teściowa), to jednak historia ma kilka zaskoczeń, dobrych dialogów oraz mylnych tropów. Bardziej interesowały mnie wątki obyczajowe od kryminalnego, niby pokazując znajomy portret małomiasteczkowego społeczeństwa. Chociaż nie poznajemy wszystkich postaci, skupiając się raptem na kilku.

deadwater fell3

Sytuację nadrabia bardzo solidne aktorstwo. Błyszczy bardzo wycofany David Tennant jako pan Kendrick, potrafiąc wzbudzić współczucie swoim niemal pustym, nieobecnym spojrzeniem. Tylko, czy aby na pewno jest ofiarą? Tutaj warto wspomnieć o świetnym Matthew McNultym (sierżant Steve Campbell), który jest bardzo szorstki i nie do radzi sobie z emocjami oraz Cush Jumbo (Jess Milner, żona Steve’a), wcielająca się w przyjaciółkę rodziny, próbującą dotrzeć do prawdy. Ta ostatnia potrafi zelektryzować swoją obecnością, kradnąc kilka scen.

Powiem krótko: fani brytyjskich kryminałów będą zadowoleni. To solidna, spójna, powolnie opowiedziana historia, która się nie nudzi. Ma swoje momenty i potrafi wciągnąć jak bagno, zaś Tennant potwierdza klasę.

7/10

Radosław Ostrowski

After Life – seria 2

Netflixowy serial od Ricky’ego Gervaisa powraca. Tony nadal pracuje jako dziennikarz w lokalnej prasie i już nie myśli o samobójstwie. Próbuje jakoś funkcjonować w tym smutnym dla niego świecie, lecz tęsknota za zmarłą żoną jest czasem nie do przeskoczenia. Próbuje się otworzyć na innych, ale nie zawsze ma do tego cierpliwość. Spotyka się z pielęgniarką, opiekującą się jego ojcem, jednak nie zdecydował się na następny etap. Ciągle jego przyjaciółmi są koledzy z pracy, prostytutka oraz listonosz Pat (to ostatnie nie jest żartem).

after life2-1

Drugi sezon „After Life” niejako kontynuuje formułę z poprzedniej serii. To ciąg powtarzalnych scenek, przypominających rutynę naszego bohatera. Wstawanie, spacer z psem, praca i odwiedzanie kolejnego dziwacznego jegomościa, wizyta na cmentarnej ławce, odwiedziny ojca, powrót do domu, obejrzenie kolejnego nagrania żony, sen. Powtórz. Nie ma już tego cierpkiego humoru jak w poprzedniej części (poza wizytami naczelnego u porąbanego psychiatry), co troszkę zmienia klimat całości. Dominuje tutaj melancholia oraz życzliwy, ciepły humor, pełen refleksji. Ubarwieniem tej serii jest wątek kołka teatralnego w domu kultury. A szefem jest dziwak wśród dziwaków, czyli opowiadający bzdurne anegdoty Ken oraz mocny zwrot pod koniec serii. Osoby bardziej wrażliwe mogą się popłakać, więc bez chusteczek nie podchodźcie.

after life2-2

Ten sezon jest troszkę inny od poprzedniego, bardziej próbując się skupić na powolnym przebudzeniu. Jak inni ludzie radzą sobie z traumami, przez co Tony może zauważyć dość prostą i banalną prawdę. Że nie tylko on ma poważne problemy. Nieważne, czy to 100-latka pragnąca umrzeć, mężczyzna wrzuca listy do… skrzynki na psie odchody czy mężczyzna uważający się za 8-letnią dziewczynkę. Pozornie wydaje się to błahe wobec samotności Tony’ego oraz utworzonej przez niego bariery. Gervais prowadzi swoją narrację spokojnie i pozwala swojemu bohaterowi nawet się rozkleić, by przyjaciółce pokazać swój ból. Każda z postaci jest dobrze napisana i zagrana, przez co nikt nie jest obojętny. Kto wie, czym jeszcze mogą nas zaskoczyć i zadziwić (listonosz czy szef, będący w separacji). Ale czy będzie kolejna seria? Równie dobrze mogłoby się tutaj skończyć.

after life2-3

Więcej nic sensownego nie powiem, więc oglądajcie koniecznie. Gervais jest o wiele spokojniejszy, ale to nadal Gervais, który rozwija swój świat. Nie spodziewałem się, że aż tak mi się spodoba.

8/10

Radosław Ostrowski

The Kominsky Method – seria 2

Na pewno pamiętacie Sandy’ego i Normana. Pierwszy nadal prowadzi szkołę aktorską, drugi próbuje sobie radzić z samotnością. I tak jak w każdym serialu, dalej życie potrafi ich zaskoczyć. W przypadku Sandy’ego, córeczka ma chłopaka. Niby nic, tylko że jest troszkę młodszy niż przyszły teść, co może doprowadzić do spięć. Z kolei u Normana pojawia się potencjalna nowa partnerka, czyli dawna miłość. By jednak nie było tak łatwo, wraca jego córka po odwyku.

kominsky method2-1

Druga seria dzieła Chucka Lorre’ego niejako kontynuuje wątki z poprzedniej serii. Panowie, mimo sporego doświadczenia, ciągle są zaskakiwani przez życie. Bo wydawałoby się, że w tym wieku już nic nie trzeba, to okazuje się, że jednak trzeba. Są studenci, których trzeba nauczyć kolejnych rzeczy (kapitalna scena, gdy zamiast kolegi ze studentką gra Sandy), bliscy ciągle się martwiący i sprawiający kłopoty. Czasem nie łatwo jest im zaufać (wracająca z odwyku córka Normana, Phoebe), czasem potrafią zaskoczyć (córka Sandy’ego, chcąca wprowadzić zmiany w studiu aktorskim), a zdrowie coraz bardziej szwankuje. I co można z tym fantem zrobić? Lepiej mieć z kim to przejść, choć nie jest to powiedziane wprost. Twórcom udaje się cały czas zachować balans między humorem a dramatem, przekłuwając niemal każdą sytuację humorem. Głównie dzięki cierpkiemu oraz ciętemu Normanowi, ale też paru sytuacyjnym gagom jak podczas jazdy samochodu, wspólnemu jaraniu zioła czy niedoszłej sytuacji łóżkowej, do której nie dochodzi. Ale też nie brakuje chwil wzruszenia jak podczas odwiedzin grobu przez Phoebe czy kiedy jedna ze studentek Sandy’ego otwiera się przed innymi i mówi o swojej przeszłości. W takich momentach „Kominsky Method” potrafi wejść na wyższy poziom, zaś same te sceny zapadają mocno w pamięć.

kominsky method2-2

Dialogi nadal trzymają poziom i nadal potrafią zaskoczyć wnikliwości, jednocześnie doprowadzając parę razy do śmiechu. Twórcy parę razy potrafią zaskoczyć, jak choćby obecnością Allison Janney na zajęciach czy pojawieniem się u Normana wnuka-scjentologa, który opuścił sektę (ale nie wyrzekł się ich poglądów). Jestem bardzo ciekawy, jak to zostanie poprowadzone w następnej serii.

kominsky method2-3

Pewne rzeczy pozostają jednak niezmienne. Ciągle jest chemia między Michaelem Douglasem a Alanem Arkinem, bo to jest prawdziwe paliwo tego serialu. Panowie nadal są jak stare małżeństwo, wspólne sceny ogrywają bezbłędnie. Ale i samodzielnie prezentują bardzo wysoki poziom. Z nowych postaci najbardziej wybija się Paul Reiser, czyli chłopak Mindy. Jest troszkę tatusiowaty, a w sytuacjach konfliktowych się wycofuje. Taki troszkę niespełniony artysta i – co najciekawsze – łatwo nawiązuje kontakt z Sandym, dając sporo zabawnych sytuacji. Starzy znajomi nadal trzymają poziom, zwłaszcza studenci kursów aktorstwa potrafią parę razy zaskoczyć.

kominsky method2-4

Oglądając drugi sezon „The Kominsky Method” czułem się, jakbym odwiedzał starego przyjaciela. Niby wiem, co u niego będzie, ale ciągle potrafi mnie zadziwić swoją energią, zaskoczyć trafnymi obserwacjami oraz znajomością ludzkich charakterów. I nie mogę się doczekać kolejnego spotkania.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

The First. Misja na Marsa

Wyobraźcie sobie przyszłość za nieco ponad 20 lat. Technologia jest na tyle spora, używając sztucznej inteligencji czy automatycznych samochodów. Więc czemu by nie wyruszyć na podbój Marsa? Zostaje podjęta misja Providence, z 5-osobową załogą na czele. Dowódcą miał być Tom Hagerty, lecz został zastąpiony. Po wystrzeleniu statku dochodzi do eksplozji, co zaskoczyło i zszokowało niemal wszystkich. Szefowa korporacji Vista, która finansowała oraz współpracowała z NASA, chce ruszyć kolejną ekspedycję za dwa lata. Tylko czy tym razem uda się uniknąć katastrofy oraz zyskać fundusze?

thefirst2

Beau Willimon stał się rozpoznawalny w świecie telewizji dzięki serialowi „House of Cards” (tylko do 4 serii). Po opuszczeniu pracy dla Netflixa zrealizował dla Hulu dramat SF. Wizja przyszłości jest zaskakująco przyziemna, a technologia jest tak naprawdę tylko dodatkiem. Nie jest najważniejsza, więc nie spodziewajcie się jakichś widowiskowych scen czy dynamicznej akcji. „The Frst” jest zaskakująco kameralnym dramatem, bardziej skupiającym się na astronautach. Na ich dylematach, rozterkach wynikających z misji oraz poświęceniu jaki trzeba dokonać. Zwłaszcza, że niemal każdy z przyszłych członków załogi ma lekko pomieszane życie. Nieudane relacje z córką, naznaczone traumą, ciągłe skupianie się na karierze, samotność, pogarszające się zdrowie – niemal każdy odcinek próbuje skupić na jednej z postaci. Są pewne momenty, gdzie potrafi to poruszyć oraz zaangażować (relacja Hagerty’ego z dorosłą córką-ćpunką czy wątek Sadie i jej małżeństwa).

thefirst3

Ale to, co może być – i przez pewien czas było – problemem jest forma. Nie mogę nic złego powiedzieć o zdjęciach, bo te potrafią zachwycić. Zarówno kiedy jest skupiony na detalach, jak i pokazuje krajobrazy jakby z filmów Terrence’a Malicka. A propos Mallicka – podczas tych rozbuchanych krajobrazów, w tle pojawiają się dialogi niemal patetyczne, przez co miałem nieprzyjemne skojarzenia z „Drzewem życia” (do tej pory nie obejrzałem do końca i nie obejrzę). Jakby mało było problemów, chronologia jest zaburzona, przez co czasem fabułę bardzo ciężko się śledzi. A w tle jeszcze mamy mieszankę americany (podniosła trąbka) z przemielonymi dźwiękami elektronicznymi. Schizofrenia wręcz namacalna. Rozumiem, że przez to wiele osób odbiło się, a serial został skasowany po pierwszej serii. Tym bardziej mnie to boli, iż miała być kontynuacja. Ale się nie dowiemy jak przebiegła ta misja.

thefirst1

Aktorsko jest tutaj bardzo solidnie. Swoją robotę wykonuje Sean Penn jako kapitan Hagerty, który zostaje nowym dowódcą misji kosmicznej. Próbuje ułożyć sobie relacje z córką (świetna Anna Jacoby-Heron), choć nad tym wszystkim przewija się cień matki/żony. Najlepiej wypadają w scenach kłótni, gdy postaci granej przez Penna puszczają nerwy. Równie kluczową postacią jest szefowa Visty prowadzona przez Natashę McElhone. Wydaje się być chłodna, bardzo opanowana i nie pozwalająca sobie na jakiekolwiek emocje, ale widać zaangażowanie w swoje przedsięwzięcia. Sami astronauci też wypadają dobrze, chociaż nie zawsze poznajemy ich bliżej, a największe wrażenie robi LisaGay Hamilton (Kayla Price, niedoszła dowódczyni misji) oraz Hannah Wire (Sadie).

thefirst4

Czy warto poświęcić czas „The First”? Jest to bardzo wymagający serial, który wiele razy testuje cierpliwość widza i miejscami skręca w pretensjonalne rewiry. Czuć jednak w tym wiele serca, a i realizacyjnie wygląda to bardzo porządnie. Jeśli szukacie w SF skupieniu się na ludziach, znajdziecie wiele.

7/10

Radosław Ostrowski

The Kominsky Method – seria 1

Sandy Kominsky był aktorem, jednak wielkiej kariery nie zrobił. Dlatego prowadzi szkołę, gdzie uczy aktorstwa na specjalnych kursach. I radzi sobie z tym naprawdę dobrze, w czym pomaga mu dorosła córka. Przyjacielem Sandy’ego jest Norman Newlander – agent gwiazd, którego żona bardzo ciężko choruje, zaś córka jest nałogową ćpunką. Życie przyjaciół zostaje wywrócone, kiedy żona Normana umiera.

kominsky method1-1

Chuck Lorre to dla mnie twórca komediowy bardzo wyrazisty. On odpowiadał za „Teorię wielkiego podrywu” czy serialową biografię Charliego Sheena „Dwóch i pół”. Jednak problem z nimi, że z czasem te produkcje traciły swój impet i zaczęły nudzić. Zupełnie jakby twórca nie wiedział kiedy się zatrzymać oraz odejść w glorii i chwale. Oby tak się nie stało z nowym tytułem tego scenarzysty, którą zrealizował dla Netflixa. „The Kominsky Method” jest komedią ze starością w tle. Taka zbitka może dać wiele pola do popisu, ale jest też pułapką i wymaga nie przekraczania granic dobrego smaku. Osadzenie tej historii w środowisku artystycznym jest pewnym ubarwieniem, jednak kwestie starości dotyczą tak naprawdę wszystkich. Kiedy organizm zaczyna coraz bardziej słabnąć, wigor coraz bardziej słabnie, a przyszłość nie wydaje się za ciekawa. I mamy tutaj niejako dwie postawy: próbującego czerpać z życia oraz pełnego energii Sandy’ego skontrastowany z bardziej melancholijnym, mierzącym się z traumą, sarkastycznym Normanem. To zderzenie charakterów daje wiele źródła humoru, ale też i refleksji. A co najważniejsze, całość jest autentycznie zabawna.

kominsky method1-2

Udaje się twórcom zachować balans między humorem a powagą, bo i jest parę fajnych wątków. Radzenie sobie z samotnością, możliwa szansa na związek, córka-narkomanka i odstawienie jej na odwyk czy powoli słabnący organizm (kwestia prostaty u Sandy’ego), ale też kwestia szorstkiej, niełatwej przyjaźni. Nie jest to konstrukcja sitcomu, gdzie każdy odcinek wydaje się osobną historią. Wszystkie wątki przewijają się przez wiele odcinków – niektóre do końca, inne wchodzą na parę chwil. Nie ma tutaj miejsca na nudę, a parę scen zostanie w pamięci na długo jak pogrzeb żony Normana czy sceny, gdzie studenci prezentują swoje przygotowane role. I tutaj wszystkie klocki pasują do siebie idealnie.

kominsky method1-3

To wszystko by nie zadziałało, gdyby nie udało się dopasować odtwórców głównych ról. Ale tutaj dokonano strzałów w dziesiątkę. Znakomici są – bo inne słowo nie przychodzi mi do głowy – duet Michael Douglas/Alan Arkin. Pierwszy jako Kominsky sprawia wrażenie człowieka, który chce troszkę oszukać czas jakby nadal był młody. Sprawdza się też jako mentor, próbujący przekazać pewien etos tej pracy czy próbujący nawiązać pewną głębszą relację z jedną z uczennic (ale nie jest to nastolatka). We wszystkich tych twarzach sprawdza się bezbłędnie, tworząc bardziej złożoną postać niż się wydaje. Arkin pozornie wydaje się taki jak w ostatnich rolach, czyli troszkę zrzędliwy, ironiczny i lekko zgorzkniały, ale skrywa w sobie o wiele więcej. Jest trudny do wytrzymania, przepracowując żałobę pokazuje bardziej melancholijne oblicze. Chemia między nimi jest wielka, a oglądanie ich razem to największa przyjemność. W zasadzie reszta obsady zostaje zepchnięta na dalszy (może oprócz kradnącego szoł Danny’ego DeVito w epizodzie urologa), jednak każdy sprawdza się tutaj bardzo dobrze. Nie ważne czy mówimy o Nancy Travis (Lisa, niemłoda uczennica szkoły Sandy’ego), Sarze Baker (Mindy, córka Sandy’ego), Lisie Edelstein (Phoebe, córka Normana) czy drobnych cameo.

kominsky method1-4

„Metoda Kominsky’ego” wydaje się być serialem, który bardzo dobrze sprawdza się w dzisiejszych czasach. Jest odpowiednio lekka, zabawna, ale też bardzo refleksyjna i unikająca prostackich żartów. Dawno nie widziałem Douglasa oraz Arkina tak bawiących się swoimi rolami, co udziela się także oglądającemu. Czekam na kolejne odcinki i jakie jeszcze problemy natknie ten duet.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Przekładaniec

Bohaterem jest pewien młody, inteligentny chłopak w kolorze blond. Jest biznesmenem, który dostarcza towar, dostaje za to kasę i płaci działkę szefowi. Niby pierze swoje pieniądze, a ma ich dużo, dzięki biznesowi: dilerce narkotyków. Jednak coraz bardziej zaczyna myśleć o emeryturze. Przed tym dostaje dwie robótki do wykonania. Pierwsza dotyczy odnalezienia córki starego przyjaciela, która za bardzo lubi ćpać i zniknęła bez śladu. Druga sprawa to standard, czyli dobicie targu i sprzedaż tabletek ecstasy. Problem w tym, że jest to towar kradziony.

przekladaniec1

Na hasło brytyjskie kino gangsterskie dzisiaj wymawiane jest jedno nazwisko: Guy Ritchie. Nakręcony w 2004 „Przekładaniec” miał być kolejnym jego filmem, ale Brytyjczyk był zajęty innym projektem. Zamiast niego pojawił się jeden z jego współpracowników, czyli producent Matthew Vaughn. Czuć ten klimat znany z „Porachunków” i „Przekrętu”, chociaż jest to bardziej serio niż w/w. Bliżej jest do późniejszej „Rock’n’Rolli”, gdzie mamy zderzenie grubych ryb z drobnymi płotkami, nie brakuje gangsterów wykorzystujących policję dla własnych celów. Jest też w końcu prosty plan, który z każdą minutą coraz bardziej zaczyna się sypać, a poczucie bycia sprytnym od reszty wydaje się iluzoryczne. Pojawia się też humor, jednak jest go o wiele mniej niż w pierwszych film Ritchiego czy tego montażowego stylu. Zabawa w podchody, serbscy zabójcy, drobne cwaniaczki, kompletni idioci – dzieje się tu dużo, a posklejanie elementów układanki potrafi dostarczyć wiele frajdy. Nie brakuje trzymania w napięciu (akcja ze snajperem czy zabicie szefa mafii), jak i poważniejszych momentów.

przekladaniec2

Wygląda to bardzo porządnie i stylowo. Vaughn jeszcze nie jest tak efekciarski jak w „Kingsman”, ale potrafi bawić się równoległym montażem. Wszystko podbite bardzo fajną muzyką oraz eleganckimi zdjęciami. Vaughn spokojnie prowadzi narrację i potrafi ciągle zaskakiwać aż do finału zakończonego cliffhangerem.

przekladaniec3

Do tego mamy prawdziwą plejadę aktorów, którzy – w większości – nie są tak rozpoznawalni jak teraz. W roli naszego bezimiennego protagonisty wciela się Daniel Craig i to dosłownie przed zagraniem agenta 007. Pan X wydaje się bardzo pewny siebie, działa według określonego planu, jakby mając wszystko pod kontrolą. Niby wydaje się taki cool, ale to wszystko jest kamuflaż i parę razy widać, że w tej głowie coś się dzieje. Magnetyzująca, charyzmatyczna postać. Nie zawodzi Colm Meaney jako bardzo lojalny Greg, będący gangsterem starej daty, nie znoszący sprzeciwu Kenneth Granham, czyli szef Jimmy oraz bardzo śliski Michael Gambon (Eddie Temple). Gdybym miał wymienić wszystkie rozpoznawalne twarze, nie starczyło by czasu, ale mamy choćby znanych z „Porachunków” Jasona Flemynga i Dextera Fletchera, jest też Tom Hardy, Sally Hawkins czy Sienna Miller. Każde z nich ma te swoje przysłowiowe pięć minut, dodając swoją cegiełkę.

Największym grzechem debiut Matthew Vaughna jest pewne poczucie deja vu. Niemniej „Przekładaniec” to ciągle świetny brytyjski kryminał z przełomu wieków oraz wprawka do kolejnych, droższych produkcji tego producenta.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Undone – seria 1

Alma pozornie wydaje się młodą kobietą po 30-tce. Mieszka z chłopakiem pochodzącym z Indii, straciła słuch (korzysta z aparatu), nie przepada za nadopiekuńczą matką i nie chce stabilizacji. Jeszcze ma młodszą siostrę, która wychodzi za mąż za bogatego białasa. Czy wspomniałem, że Alma jest Meksykanką? Jakby tego było mało, jej ojciec zginął w wypadku samochodowym, gdy była jeszcze dzieckiem. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy kobieta ma wypadek samochodowy. Przed zderzeniem z ciężarówką na czerwonym, ukazał się przed oczami… jej ojciec i prosi ją o pomoc. Mężczyzna jest przekonany, że wypadek, w którym zginął, nie był tylko wypadkiem.

undone1-2

Jak to możliwe, że w Polsce Prime Video od Amazona nie jest tak popularne jak Netflix? Ich oryginalne produkcje nie są wcale gorsze od amerykańskiego potentata, też zdobywając nominacje do wielu prestiżowych nagród. Sam opis „Undune” sugeruje bardzo intrygującą historię, mieszającą wątek kryminalny z obyczajowym oraz… fantastyką. Bo jak inaczej potraktować możliwość zaginania czasu i przestrzeni? A jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia oraz mózg? Pod tym względem serial Raphaela Boba-Waksberga (tak, tego kolesia od „BoJacka Horsemana”) przypomina klimatem powieści Philipa K. Dicka. Jawa to czy sen? Naprawdę istniejemy w rzeczywistości, którą możemy zmieniać wolą umysłu czy mamy do czynienia z chorobą psychiczną? Ten pierwszy wariant brzmi zbyt pięknie, drugi jest przerażający. Co jest prawdą, a co jedynie wytworem zwichrowanego umysłu? Te pytania pojawiają się w głowie dopiero pod koniec oglądania, bo bardzo chciałem wierzyć Almie. Wszystko widzimy z jej perspektywy, więc musi mówić prawdę, no nie? Ciągle twórcy kombinują i do samego końca nie mamy jednoznacznej odpowiedzi.

undone1-1

Podróże w czasie, możliwość zmiany przestrzeni, kontakty z przodkami – niby wszystko tutaj ma swoje jakieś naukowe wytłumaczenie, ale nie brzmi to jak bełkot. Jest bardzo fascynujące i to wszystko podane jest w bardzo nietypowej formie. „Undone” to jest animacja, ale zrobione w technice rotoskopowej. Innymi słowy nakręcony materiał z żywymi aktorami zostaje ręcznie, klatka po klatce, kolorowane i wygląda jak rysowana kreska. To jeszcze bardziej wywołuje surrealistyczne doświadczenie na granicy jawy i snu. Stąd to skojarzenie z Dickiem czy zrobionymi w tej formie filmami Linklatera, pozwalając twórcom się pobawić. Najbardziej tą zabawę widać na początku, kiedy – tak jak bohaterka – jesteśmy zdezorientowani, chronologia jest zaburzona, zaś obraz powstaje tuż przed naszymi oczami. Ogarnięcie tego dla wielu osób może być barierą nie do przeskoczenia, ale poziom skomplikowania całej historii to tak naprawdę zasłona dymna. I nie bójcie się zaryzykować.

undone1-3

Aktorsko jest tutaj więcej niż bardzo dobrze, ale najważniejsze są tutaj dwie postacie, czyli Alma i jej ojciec. Pierwszą gra Rosa Salazar, która jest absolutnie fenomenalna i bardzo trudna do rozgryzienia. Z jednej strony bardzo wrażliwa, delikatna, z drugiej bardzo zdeterminowana, sarkastyczna oraz ironiczna. Zderzenie tych sprzecznych emocji nie gryzie się ze sobą, nawet jeśli używa tylko mowy ciała czy spojrzeń. Bardziej stonowany jest jej ojciec, w którego wciela się Bob Odenkirk. Wydaje się mocno stąpającym po ziemi naukowcem, nawet jeśli jego teorie brzmią wariacko, nie pokazującym emocji, zaś jego motywacja owiana jest tajemnicą. Dynamika tego duetu to najmocniejszy punkt tego serialu, przez co ogląda się go z takim zainteresowaniem.

undone1-4

Amazon już wcześniej ogłosił, że będzie druga seria „Undone”. Ja się z tego powodu cieszę, bo to jedna z najbardziej frapujących produkcji zeszłego roku, przepięknie wyglądająca oraz bardzo poruszającą historią. Dla fanów „BoJacka” oraz poszukiwaczy treści pozycja zdecydowanie obowiązkowa.

8/10

Radosław Ostrowski