Drama

Coś ostatnio norwescy reżyserzy zaczęli się przebić do szerszej widowni. Obecnie najpopularniejszymi reprezentantami tego kraju są Joachim Trier oraz Kristoffer Borgli. Ten ostatni zaczął tworzyć w Stanach Zjednoczonych, co pokazało „Dream Scenario” (do nadrobienia!) oraz jego najnowsze dzieło, czyli „Drama”.

Tytułowa drama skupia się wokół młodej pary trzydziestoparolatków na kilka dni przed wzięciem ślubu. Charlie (Robert Pattinson) jest dyrektorem muzeum, Emma (Zendaya) sprzedaje książki w wydawnictwie. Poznają się jak w wielu filmach – w kawiarni, choć rozmowa początkowo się nie kleiła. Mogło to też wynikać z faktu, że dziewczyna nie słyszy na jedno ucho. Ale jednak zaczynają chodzić i tak mija dwa lata. Wszystko wydaje się układać bardzo dobrze, że w końcu ma dojść do ślubu. Jednak na kilki dni przed jedną z najważniejszych ceremonii w życiu człowieka (poza pogrzebem) za namową przyjaciół – Rachel (Alana Haim) i Mike’a (Mamoudou Athie) decydują się wyznać najgorszą rzecz jaką zrobili. Jednak żadne z nich nie jest gotowe na wyznanie przyszłej panny młodej. A przez to wesele stoi pod znakiem zapytania.

„Drama” zaczyna się niczym komedia romantyczna utrzymana w duchu produkcji niezależnych. Reżyser wykorzystuje sytuację bohaterów do zadania trudnych i niewygodnych pytań o to, jaki wpływ ma przeszłość na naszego partnera/partnerkę. Czy potrafilibyśmy przejść na czymś szokującym, co nie mieściłoby się w naszej wyobraźni? Bez żadnego osądzania i moralizowania? Film balansuje między psychodramą, gdzie mózg zaczyna tworzyć bardzo niepokojące obrazy i zmienia kompletnie perspektywę. Nie chcę mówić czym jest ten zapalnik oraz tajemnica Emmy, bo to należałoby samemu odkryć – powiem tylko, że ma to coś związanego z bronią. Od tej pory każde słowo, gest i reakcja zaczyna mieć drugie, bardzo niepokojące dno (scena z nożem). Nawet jak pojawiają się powolne momenty na przegadanie oraz poznanie przeszłości, to jednak mózg zaczyna wariować (szybkie przebitki montażowe). A tu się zaczyna podskórnie budowane napięcie, bo kompletnie nie wiedziałem jak się to wszystko skończy. Przypominało to patrzenie na tykającą bombę w oczekiwaniu na eksplozję. A ja w trakcie seansu zacząłem sobie zadawać pytanie: co JA zrobiłbym w takiej sytuacji? Czy pewne tajemnice powinny zostać głęboko zakopane oraz nigdy nie poruszane? I czy po tym wszystkim spróbować zacząć od nowa? Borgli prowokuje i nawet szokuje swoimi montażowymi przebitkami, zaś mocny finał daje do myślenia.

A wszystko trzyma na barkach duet Robert Pattinson/Zendaya i to ten pierwszy tworzy fenomenalny występ. Bardzo stonowany, powściągliwy (jak na Anglika przystało), ale przeżywający swoje wewnętrzne piekło, podpalane przez paranoję oraz ogromny lęk, który nie jest zbyt dobrym doradcą (mocna scena w biurze). Wszystko to pokazuje drobnymi gestami oraz mikrospojrzeniami, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Zendaya przy nim może prezentować się blado, ale wypada cholernie dobrze i – co najważniejsze – czuć między nimi chemię. Za to drugi plan dominuje świetna Alana haim w roli zołzowatej, dominującej Rachel oraz Hayley Gates wcielająca się w szefową Charliego, Mishy.

„Drama” potrafi być niewygodna, zadaje trudne pytania o związek i moralność, zaś montażowe zbitki mogą wielu zmęczyć. Ale dla mnie ta okraszona humorem psychodrama wiele razy złapała za gardło, wprawiła w konsternację i… dała pewną nutkę nadziei, chociaż czy aby na pewno? Zadziwiająco wnikliwa obserwacja, która nie pozwala wyjść z głowy.

8/10

Radosław Ostrowski

Licorice Pizza

Co można jeszcze zrobić w temacie kina inicjacyjnego o pierwszej miłości? Bo takich opowieści powstawało mnóstwo oraz jeszcze więcej powstanie. Ale tylko ten jest nakręcony przez Paula Thomasa Andersona, co musi oznaczać jedno: to będzie bardzo interesujący film. No i rzeczywiście taki jest.

Opowieść skupia się na dwójce ludzi płci przeciwnych w latach 70. On (Cooper Hoffman) jest 15-letnim, już rozpoznawalnym aktorem dziecięcym, który pomaga swojej matce – szefowej agencji reklamowej. Ona (Alana Haim) jest 25-latką, asystentką fotografa. I chyba coś zaczyna iskrzyć, choć ona się opiera. No bo chłopak to gówniarz, zbyt pewny siebie oraz od razu ją zaprasza na randkę. Co może z tego wszystkiego powstać?

W sumie film prosty, pozornie nostalgiczny oraz w zasadzie będący zbiorem scenek z życia za prezydentury Nixona. Gdzie nasza para-nie para przyciąga się i oddala niczym magnesy, w tle trwa kryzys z powodu braku paliwa, zaś oboje kompletnie nie wiedzą, co dalej. Innymi słowy, nie brzmi jak coś powalającego czy zaskakującego albo interesującego. Ale wiecie jak to mówią: pozory mylą. Bo w tym drobnych, niż nieznaczących momentach kryje się całe piękno „Licorice Pizza”. Nie wali na siłę nostalgią, o co się wręcz prosi, skupia się na postaciach, granych przez kompletnie nieznane, nowe twarze. Ale wszystko polewa miejscami absurdalnymi, wariackimi sytuacjami (próba odtworzenia filmowego popisu kaskaderskiego przez aktora Jacka Holdena czy sprzedaż wodnych łóżek), które ubarwiają całość i jeszcze bardziej odmalowuje tło. Czyli czasy niepoprawne politycznie, pełne toksycznej męskości oraz ukrywających się gejów (starający się o urząd burmistrza radny).

I jak to w przypadku filmów Paula Thomasa Andersona jest to zrobione fantastycznie. Nakręcone filmową taśmą wygląda niczym film z lat 70., jest kilka mastershotów, w tle grają same przeboje z epoki oraz jest bardzo dużo humoru. Zaskakująco dużo jak na kino Andersona – w sumie można powiedzieć, że „Licorice Pizza” to komedia romantyczna. Bardzo nietypowa, zrobiona z lekkością, urokiem oraz fantastycznym duetem aktorskim. Alana Haim wygląda i jest po prostu cudowna, zaś w jej twarzy maluje się masa emocji. Wydaje się twardo stąpająca po ziemi i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Z kolei Cooper Hoffman (tak, jest synem Philipa Seymoura Hoffmana) zadziwia pewnością siebie oraz ten rodzaj bezczelności, który budzi od razu sympatię. Oglądanie ich wspólnych docinek („rozmowa” przez telefon) oraz bardzo silnie namacalną chemię. Na drugim planie (czasem w drobnych epizodach) mamy bardziej rozpoznawalne twarze jak Sean Penn (aktor Jack Holden), Tom Waits (reżyser Rex Blau) czy Bradley Cooper (Jon Peters), którzy kradną ekran na parę minut.

Tyle chce się o tym filmie powiedzieć, gdzie fikcja miesza się z rzeczywistością, inspirując się faktami oraz życiorysami znanych postaci. To wszystko jednak tylko naddatek do tej prostej, pozornie błahej, banalnej opowieści o wchodzeniu w dorosłość. Najlepiej w towarzystwie kogoś, na kim nam zależy.

8/10

Radosław Ostrowski