Wojna

Wojna, wojna nigdy się nie zmienia – tak zaczynała się każda część gier z serii „Fallout”. Wielu filmowców próbowało pokazać czym jest wojna oraz jaki może mieć wpływ na innych ludzi. Były mocarne momenty jak lądowanie w Normandii z „Szeregowca Ryana” czy bieg pod ostrzałem  w  „1917”. Tego do tego grona wojennych filmów dołącza nowe dziecko Alexa Garlanda.

„Warfare” jest współreżyserowane i współnapisane przez Ray Mendozę – byłego żołnierza Navy Seals. Panowie poznali się przy „Civil War”, gdzie Garland reżyserował, zaś Mendoza pełni rolę doradcy technicznego w sprawie militariów. Panowie zaczęli razem pracować nad nowym filmem, który oparty był na jednej z akcji żołnierza podczas wojny w Iraku w 2006 roku. A konkretnie to w Ramadi, kiedy grupa żołnierzy zajęła jeden z domów. I zaczął się atak, doprowadzając do zranienia snajpera, Elliotta. Ekipa musi przetrwać do pojawienia się transportu oraz wyniesienia się stąd, zanim większy liczebnie wróg się do nich dobierze.

Sama historia jest bardzo prosta jak konstrukcja cepa. To jest wręcz kino surwiwalowe, dziejące się niemal w czasie rzeczywistym (poza początkiem), zrealizowane w dokumentalnym stylu. Nie ma tutaj wielkich gwiazd, tylko solidny charakterystyczni aktorzy, których część może być znajoma. Dialogi to niemal w zasadzie rozkazy, komendy, komunikacja z dowództwem. Nie ma tu żadnego tła, bliższego poznania bohaterów, ograniczając się do czynów. Garland z Mendozą przypominają naukowców, którzy obserwują insekty pod mikroskopem, skupiając się na samym zachowaniu w sytuacji ekstremalnej. Nie mniej, nie więcej, bez patosu, bez heroizmu, nawet bez ilustracji muzycznej.

Jedyny moment, gdzie panowie pozwalają sobie na szaleństwo stylistyczne jest moment wysadzenia wozu ratunkowego przez bombę improwizowaną. Wszystko ma taki mocno żółty kolor, a jeszcze bardziej wbija tu DŹWIĘK. Wytłumiony, zaś w kilku chwilach w zasadzie nie ma go w ogóle (udzielanie pomocy medycznej ciężko rannemu Elliotowi). To jeszcze bardziej potęguje poczucie zagrożenia, osaczenia oraz napięcia. Zupełnie jakbym był w samy środku tego chaosu (może poza scenami lotniczymi z drona), pozwalając poczuć to, co inni weterani.

Najbardziej surowy z filmów wojennych, jakie powstały w ostatnich latach. Świetnie zagrany, bardzo prosty w formie, ale też najbardziej immersyjny ze wszystkich tego typu filmów, czego się nie spodziewałem. Jedyna szkoda to fakt, że film ten trafił od razu na platformy streamingowe, bo w kinie zrobiłby jeszcze lepsze wrażenie. Jak (prawie) każda produkcja wojenna.

8/10

Radosław Ostrowski

Civil War

„Wojna domowa od wielu wieków trwa” – ten cytat tutaj wrzuciłem, bo mi się w tak dziwny sposób skojarzyło. Tylko nie będziemy mieli do czynienia z konfliktem rodzinnym, lecz czymś o wiele, wiele gorszym. O rozpadzie Stanów (nie)Zjednoczonych Ameryki, gdzie prezydent (Nick Offerman) pełni trzecią kadencję i stany podzieliły się na różne koalicje, prowadzące ze sobą wojnę. Wojnę domową lub secesyjną – jak zwał, tak zwał, zaś naszym przewodnikiem jest Alex Garland.

Czas jest bliżej nieokreślony, raczej bliższa przyszłość niż dalsza. USA są podzielone i w stanie wojny, gdzie panuje chaos, anarchia, zaś służby porządkowe są mocno osłabione. Przynajmniej w mieście Nowy Jork, gdzie przebywa Lee Smith (Kirsten Dunst) – legendarna fotoreporterka, co widziała niejedną wojnę, niejedną rzeź i masakrę. Jej towarzyszy reporter Joel (Wagner Moura) i oboje planują przeprowadzić bardzo trudną akcję: przebić się do Waszyngtonu, by zrobić wywiad z Miłościwie Panującym Panem Prezydentem. Może to być dla niego ostatni wywiad w jego życiu, więc gra wydaje się być tego warta. Do naszej parki dołącza jeszcze dwójka – weteran dziennikarstwa Sammy (Stephen McKenley Henderson) oraz aspirująca do zawodu fotoreporterki Jessie (Cailee Spaeny).

Nowy film Garlanda to hybryda dramatu wojennego z kinem drogi, gdzie razem z naszą czwórką obserwujemy kolejne przystanki krajobrazu po bitwach. Autostrada pełna opuszczonych samochodów, palące się nocą drzewa w lesie, nieugryzione wojną małe miasteczko, wreszcie finałowy szturm na Waszyngton – krajobraz niemal cały czas się zmienia. A jednocześnie reżyser podskórnie buduje cały czas napięcie i oczekiwanie, że nie wiadomo skąd może pojawić się strzał, żołnierze czy leżące trupy. O samym konflikcie nie wiemy za dużo – ani kto, dlaczego zaczął i o co tu chodzi. Oprócz tego, że Amerykanie strzelają do Amerykanów, bo… Amerykanie strzelają do Amerykanów. Sami ludzie (czytaj: nie-żołnierze) albo nie rozumieją całego konfliktu, albo nie angażują się w niego, licząc na przeczekanie. Po drodze pada cały czas pytanie o sens zawodu fotoreportera. Z jednej strony mają to być osoby nieopowiadające się po żadnej ze stron konfliktu, tylko „chwytające moment” i wydają się przez to niezależni. Problem jednak w tym, iż by móc tą pracę wykonywać trzeba się emocjonalnie „wyłączyć”, wyzbyć z siebie jakąkolwiek empatię. Tylko czy jest sens dalej robić zdjęcia, skoro nie ma to żadnego wpływu na rzeczywistość?

Technicznie „Civil War” jest bardzo imponujący, co w przypadku tego reżysera nie jest zaskoczeniem. Zdjęcia z jednej strony pokazują skalę tego konfliktu (szczególnie w trzecim akcie), ale przez większość czasu jest bardzo intymnie, wręcz blisko postaci. Potrafi wyglądać niesamowicie pięknie (nocna przejażdżka przez las), ale jednocześnie niepokojąco i mrocznie. Ale najbardziej immersyjną rzeczą w tym filmie jest DŹWIĘK. Nie tylko chodzi o strzały, świszczące kule czy eksplozje, lecz o jeden szczególik – migawka aparatu fotograficznego. Gdy słyszymy ten dźwięk, na chwilę pojawia się czarno-białe zdjęcie i cisza. Reżyser jeszcze bawi się zarówno dźwiękiem, jak także oprawą muzyczną, by wywołać poczucie dysonansu. Kiedy dzieje się coś dramatycznego, a Garland albo pozbywa się kompletnie dźwięku, albo dodaje skoczną piosenkę.

A wszystko to także dźwiga fantastyczne aktorstwo. Kompletną niespodzianką była dla mnie Kirsten Dunst, tworząc najbardziej wycofaną i wyciszoną kreację w swojej karierze. Jej postać jest bardzo zmęczona, wręcz wypalona swoją pracą, lecz wiele pokazuje ona mową ciała oraz oczami. Być może jest to zbyt wycofana kreacja, przez co kompletnie może wydawać się nieciekawa, lecz to tylko pozory. Równie zjawiskowa jest Cailee Spaeny jako Jessie – młoda, aspirująca fotograf, niejako na początku swojej drogi zawodowej. Razem z Dunst tworzy mocny duet mistrzyni/uczennica, elektryzując do samego końca. Świetnie skład uzupełniają Wagner Moura (uzależniony od adrenaliny Joel, niemal dziwnie podobny do Pedro Pascala) oraz Stephen McKenley Henderson (Sammy, będący wręcz mentorem całej grupy), tworząc bardzo zgraną paczkę. Nie można też zapomnieć o kapitalnym epizodzie Jesse’ego Plemonsa w roli żołnierza z krwiście czerwonymi okularami.

Dla mnie „Civil War” to powrót Garlanda do formy po rozczarowującym „Men”. Wielu może rozczarować ledwo zarysowane tło polityczne czy bardzo chłodne podejście w pokazaniu całej tej sytuacji. Ale to bardzo intensywne, trzymające w napięciu kino, pełne niepokojących scen, obrazów niczym ze zbliżającego się końca świata.

8/10

Radosław Ostrowski

Devs

Chyba żadne inne nazwisko tak nie przyciąga uwagi fanów SF w ostatnim czasie jak Alex Garland. Reżyser “Ex Machiny” i „Anihilacji”, a także scenarzysta “W stronę słońca” czuje się w tym gatunku jak ryba w wodzie. Jednak bardziej skupia się na aspekcie science, dialogach oraz dyskusjach niż na efekciarskiej akcji. Nie inaczej jest w zrealizowanym dla stacji Hulu mini-serialu “Devs”.

Cała historia toczy się w San Francisco, a dokładnie wokół korporacji Amaya. Jej szefem jest mocno brodaty Forest (zaskakujący Nick Offerman), gdzie w tajemnicy jest tworzony projekt o nazwie Devs. Nikt poza pracownikami znajdującymi się w osobnym bunkrze nie wie, na czym ma polegać ta praca. Do tego bardzo elitarnego zajęcia trafia – dzięki demonstracji – informatyk Sergiej, którego dziewczyna Lily (Sonoya Mizuno) także pracuje w korporacji (dokładnie w dziale szyfrowania). Tego samego dnia mężczyzna nie wraca, co wzbudza niepokój u dziewczyny. Niedługo później zostaje znalezione spalone ciało, a sprawa wydaje się zamknięta. Lily jednak wyczuwa, że coś jest nie tak i prosi o pomoc swojego byłego chłopaka. Ten początkowo odmawia, lecz sprawy się komplikują.

Z tego zarysu fabuły można zacząć wyciągać pewne wnioski na temat “Devs”. Że zawiera wiele znajomych elementów: wszechpotężną korporację, nawiedzonego lidera czczonego niczym Mesjasz, spisek, przełomowe odkrycie/wynalazek oraz mroczna tajemnica, odkrywana bardzo powoli. Tylko, że… nie do końca. Garland wykorzystuje konwencję SF i fabułę z wątkiem lekko kryminalnym do snucia refleksji naukowo-filozoficznych. W celu odpowiedzenia na jedno z fundamentalnych pytań: co decyduje o naszym życiu? Determinizm czy wolna wola? Czy w ogóle mamy jakikolwiek wpływ na swoje decyzje, czy może jednak wszystko z gory zostało rozpisane, a my jesteśmy tylko pionkami? Takich pytań spodziewać się można w powieściach hard SF jak u Stanisława Lema czy Philipa K. Dicka.

Garland (odpowiedzialny także za scenariusz) miesza tutaj enigmatyczność “Annihilacji” z naukowymi dyskursami “Ex Machiny”. Nie zapomina jednak, że jest to serial gatunkowy. Więc poza sporą ilością dialogów, monologów oraz cytatów nie brakuje suspensu. Bardzo oszczędnie odkrywane karty przyciąga uwagę i zmusza do oglądania w skupieniu, przyglądając się każdemu szczegółowi. Jest parę twistów po drodze, wplecionych retrospekcji oraz scen brutalnych. Wszystko wygląda niesamowicie: niesamowita scenografia z jednej strony zachwyca wizualnie, z drugiej buduje poczucie wyalienowania. A jak już wskoczyła muzyka duetu Salisbury/Barrow, klimat tylko się spotęgował.

I jeszcze jak to jest fantastycznie zagrane. Co jest o tyle interesujące, że reżyser sięgnął po mniej rozpoznawalne twarze. Nawet jeśli pojawia się znajoma twarz jak w przypadku Nicka Offermanna czy Alison Pill, są obsadzeni mocno wbrew emploi. On jest pozornie łagodnym, spokojnie mówiącym guru, zmotywowanym do działania przez prywatną tragedię; z kolei ona wydaje się zimną, wykalkulowaną I twardo stąpającą po ziemi prawą ręką. Ogromną niespodziankę zrobiła Mizuno, której eteryczna uroda frapuje, zaś jej determinacja oraz pomysłowość budzą podziw (scena ataku paniki to mistrzostwo świata!!!), tak samo postać informatyka Lyndona, którą zagrała… Cailee Spaeny.

Mimo skomplikowanej tematyki oraz różnych teorii, “Devs” był dla mnie przystępny. Muszę jednak ostrzeć, że mimo zamkniętej struktury (jednosezonowa), nie spodziewajcie się odnalezienia odpowiedzi na wszystkie pytania oraz tajemnice. Takiego mindfucka nie zapomnicie na długo. To jedna z ambitniejszych produkcji SF ostatnich lat, naznaczona autorskim piętnem Garlanda.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Men

Żaden reżyser tak nie rozpalał mi mózgownicy jak Alex Garland – cholernie uzdolniony scenarzysta, głównie kojarzony z kinem SF. Po absolutnie niesamowitych „Ex Machinie” oraz „Anihilacji”, reżyser postanowił zrobić mały skok w bok na rzeczy bardziej psychologicznego horroru/thrillera. Wiadomo, nie trzeba się ograniczać tylko do jednego gatunku. Czasami jednak nie zawsze się opłaca.

Akcja „Men” rozgrywa się gdzieś na wsi, z dala od zgiełku Londynu. Tutaj przyjeżdża Harper (Jessie Buckley) – młoda kobieta, by zamieszkać parę tygodni. Domostwo wygląda bardzo okazale, choć jego właściciel (Rory Kinnear) sprawia wrażenie niby sympatycznego człowieka, niemniej jest w nim coś dziwnego. Harper wydaje się odnajdować w małej wiosce, skrywając pewną niepokojącą tajemnicę z przeszłości. Jej mąż dość ciężko zniósł decyzję o jej rozwodzie. Tak bardzo, że odebrał sobie życie, spadając z mieszkania wyżej. A wierzcie mi, że nie jest to obraz łatwy do wymazania z pamięci. Czy uda się Harper odnaleźć psychiczną równowagę?

Jakby to było takie proste, nie mielibyśmy tego filmu. Podczas odkrywania piękna krajobrazów w postaci lasów, tunelu pod dawnymi torami czy podniszczonych budynkach gospodarczych (jeśli jest się fanem turpizmu). Wyprawa jednak kończy się w momencie, gdy gania za nią mężczyzna w stroju Adama. Nie goni, tylko idzie niczym Michael Myers czy inne powolne monstrum ze slashera. Niby wezwanie policji rozwiązuje sprawę – ale na jak slasherowego skurwysyna – zostaje wypuszczony i znowu zaczyna uprawiać stalking. Dlaczego? Bo policja uznała, że jest nieszkodliwy (mimo próby włamania do domu) i zabrał parę jabłek z drzewa w ogrodzie.

Garland całą przeszłość bohaterki pokazuje w krótkich retrospekcjach, przeplatając z obecnymi wydarzeniami. Samo to może wywołać lekką sieczkę w mózgu, ale spokojnie, reżyser się dopiero rozkręca. Im dalej w las, tym bardziej porąbane rzeczy się dzieją. A to nagle postać kompletnie znika, a to ksiądz chce wzbudzić w naszej bohaterce poczucie winy za śmierć męża (ona za to wyraża wdzięczność duchownemu za pomocą magicznego słowa: Spierdalaj). Jest jeszcze dzieciak, co chce się z Harper bawić w chowanego. Zaś w kościele jest jakaś dziwna kamienna postura (chyba to jest to miejsce, gdzie ksiądz wygłasza kazanie) i by jeszcze bardziej namącić we łbie, wszyscy mężczyźni (chyba jedyni mieszkańcy wioski) mają twarz tego samego aktora – Rory’ego Kinneara (facet jest absolutnie obłędny).

Rozumiem założenia „Men” – chodzi o pokonanie wewnętrznej traumy, zaś wszystkie męskie osoby to jedna inkarnacja. Szkoda tylko, że nie wiemy co było przyczyną tego rozstania między nią a Jamesem. Skąd ten jej strach wobec niego? Nie wiadomo. Temat nie zostaje ruszony. Jest też parę ujęć, które zachwycają wizualnie, chociaż wydają mi się zbędną popisówką (scena z martwym jeleniem, gdzie kamera wskakuje do… dziury po oku czy nadużywane slow-motion). Ale finał to już wręcz jazda po bandzie i tu nie chodzi o coś w stylu facet pojawia się i znika, zaś światła przed domem dostają kocioćwiku. Jest krwawo, makabrycznie i bardzo niepokojąco (choć w trakcie seansu gdzieś z tyłu słyszałem śmiechy), ale też… niesatysfakcjonująco.

Niestety, ale mam wrażenie, iż Garland albo za dużo oglądał Davida Lyncha i za bardzo odpłynął w surrealizmie, albo chciał być drugim Eggersem (niestety, z czasu „Lighthouse”) i ukrył niedostatki fabuły symbolami, metaforami oraz dziwacznymi obrazami. Jakiekolwiek były intencje, „Men” dla mnie było rozczarowaniem. Tak mętnego treściowo, ale porywającego wizualnie filmu nie widziałem od dawna i mam spory mętlik we łbie.

6/10

Radosław Ostrowski

Anihilacja

Gdzieś w przyszłości dochodzi do dziwnego zdarzenia. W latarni morskiej na terenie parku narodowego pojawiło się coś, co doprowadziło do powstania tzw. Strefy X – miejsce, które coraz bardziej zaczyna się rozszerzać, powiększać. Wysłano tam przez trzy lata kilka ekip do sprawdzenia tego miejsca, ale nikt nie wrócił. Tym razem do Strefy ma wyruszyć ekipa naukowa kierowana przez psychiatrę, dr Ventress, by wybadać, co się tak naprawdę dzieje.

anihilacja2

Alex Garland to jeden z najzdolniejszych scenarzystów ostatnich lat, a jego reżyserski debiut „Ex Machina” wprawił widownię w zachwyt. Tym razem mierząc się z powieścią Jeffa VanderMeera, zrobił kolejny film SF. Sięga po ograny motyw, czyli spotkania z nieznanym, którego cel i motywacja pozostaje największą zagadką. Wszystko to jest retrospekcją ocalonej członkini ekspedycji – biolożki Leny, której mąż (sierżant Kane) ocalał ze Strefy, tylko że kompletnie nic z tego nie pamięta, a potem traci przytomność. Świat strefy budzi bardzo silne skojarzenie ze „Stalkerem” czy książkami Lema (ze wskazaniem na „Solaris”), gdzie wątek pierwszego kontaktu mówił więcej o niezdolności porozumienia oraz strachu ludzi niż cokolwiek innego. Dodatkowo przez chwilę pojawia się motyw zaburzenia percepcji, ale to zostaje bardzo szybko porzucone. Wszystko zaczyna się bardzo powoli układać w jedną całość, jednak nie wszystko zostaje w jakikolwiek sposób wytłumaczone, co może wprawić wiele osób w niezadowolenie.

anihilacja1

Nie mogę za to nie pochwalić strony wizualnej. Strefa wygląda wręcz bajkowo, a niektóre elementy dekoracji robią niesamowite wrażenie. Z drugiej strony nie mogłem pozbyć się wrażenia pewnego ubogości, skromności efektów specjalnych. To jednak bardzo pomaga w budowaniu tajemnicy, a Garland bardzo zgrabnie lawiruje miedzy dramatem psychologicznym, SF, thrillerem i kinem akcji (walka z krokodylem czy z mutowanym niedźwiedziem przejmującym głos ofiar). Świat ten, choć wygląda, to tak naprawdę widać, że coś zaczyna się zmieniać – wszystko przechodzi mutacje, powstają dziwaczne krzyżówki, ale też „promieniuje” na nasze bohaterki. To stan tytułowej „anihilacji”, zagłady, prowadzącej do nowego porządku, układu sił, świata? Ale czy tego rozpadu nie dokonujemy sami od początku swojego istnienia? Nawet te wrzucone retrospekcje z życia Leny (biolożka) wydają się fragmentem większej układanki.

anihilacja3

Aktorsko dominuje tutaj Natalie Portman, która jest tutaj bardzo wycofana, zamknięta w sobie oraz nieufna. Jest to zrozumiałe z powodu męża, ale zachowuje się najbardziej racjonalnie z całej grupy. Równie wyrazista jest Jennifer Jason Leigh, czyli zdeterminowana psycholożka, pozwalająca sobie (rzadko) na kilka chwil refleksji. Kluczową rolę ma Oscar Isaac, czyli Kane, mąż Leny – trafnie pokazując zagubienie, bezradność (teraźniejszość), jak i bardziej ciepłe oblicze (retrospekcje).

Czym jest „Anihilacja”? Taką krzyżówką „Stalkera” z „Solaris”, chociaż zakończenie sugeruje, że pozostałe części nie zostaną przeniesione. A ostatnie minuty to wręcz prawdziwy mindfuck, jakiego nikt się nie spodziewał – przejdzie to do historii kina.

8/10

Radosław Ostrowski

Ex Machina

Gdzieś w czasach podobnych do obecnych mieszka młody informatyk – Caleb Smith. Pracuje on w firmie Blue Book, czyli najpopularniejszej wyszukiwarce internetowej (zapomnijcie o Google’u). Chłopak wygrywa konkurs, gdzie w nagrodę otrzymał tydzień spędzony w domu swojego szefa, Nathana. Wydaje się, że będzie to zwyczajna, męska impreza – gadanie, chlanie i seks. Nie do końca, bo Nathan prosi go o zrobienie testu Turinga na zbudowanej przez niego sztucznej inteligencji – Ava.

ex_machina1

Alex Garland jest bardzo znanym i interesującym scenarzystą, jeśli chodzi o kino SF. Potwierdzały to takie filmy jak „Dredd”, „Nie opuszczaj mnie” czy „W stronę słońca” Garland tym razem doszedł do wniosku, że tylko on jest w stanie wiernie przenieść historię, której realizacji nie powstydziłby się sam Roman Polański – kameralna realizacja, niewielka liczba aktorów i psychologiczna gra. Gra, w której każdy bardziej lub mniej udaje, manipuluje i oszukuje. A że jedną z tych osób jest robot, w dodatku płci żeńskiej – jest dodatkowym podtekstem. Więcej jednak wam nie powiem, bo musiałbym spoilerować. Atmosfera jest tutaj mroczna i gęsta, każde wypowiadane słowo ma tutaj wagę i ciągle pojawiają się różne niespodzianki.

ex_machina2

Garland oszczędnie buduje napięcie, w czym pomaga mu ascetyczna i niemal sterylna strona wizualna – szklane pomieszczenia, oszczędne meble i design budują atmosferę osaczenia i tajemnicy. I jest to też znakomicie zagrane przez cała trójkę aktorów: Domhnalla Gleasona (informatyk Caleb), Oscara Isaaca (miliarder Nathan) oraz zjawiskową Alicię Vikander (Ava).

ex_machina3

„Ex Machina” to kolejne ostrzeżenie przed zabawą w Pana Boga oraz tym, jak sztuczna inteligencja może być niebezpieczna. Miłośnicy bardziej filozoficznej strony SF będą wniebowzięci, a rozgrywka wciąga i fascynuje, zostając w pamięci na długo.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dredd

W niedalekiej przyszłości po apokaliptycznej zagładzie w USA istnieje Mega-City 1 – wielka metropolia będąca połączeniem miast od Filadelfii do Waszyngtonu, gdzie przestępczość jest parokrotnie wysoka. Wymierzaniem sprawiedliwości zajmują się sędziowie, będący jednocześnie policjantami, prokuratorami, sędziami i katami jednocześnie. Najskuteczniejszym jest niejaki Joseph Dredd. Tego dnia razem z rekrutką Anderson wyruszają do wieżowca Peach Tree, gdzie znaleziono trzy obdarte ze skóry ciała. Ale tam rządzi niejaka Ma-Ma – bezwzględna szefowa gangu, zajmująca się dystrybucją nowego narkotyku slo-mo. Sędziowie zostają zamknięci i odizolowani… a mają przed sobą 200 pięter wieżowca.

dredd1

Kiedy w 1995 roku powstała adaptacja komiksu o Dreddzie z Sylwestrem Stallone oczekiwania były wielkie, a rozczarowanie jeszcze większe. Tego samego obawiano się z nową adaptacją Dredda dokonaną przez Pete’a Travisa – reżysera znanego głównie z „8 części prawdy”. Ale jednak efekt okazał się zaskakujący. Na pierwszy rzut oka wydaje się prostym i nieskomplikowanym filmem akcji, który nie udaje niczego innego niż jest. Jest brutalnie (bardziej niż w „Niezniszczalnych”), surowo i poważnie. Choć konstrukcja nasuwa skojarzenia z filmem „Raid”, to jest to raczej zbieg okoliczności niż zimna kalkulacja. Brutalność wykreowanego świata (wielkiej metropolii rządzącej się prawami dżungli) działa mocno jak nic, akcja trzyma w napięciu aż do finału. A wszystko to genialnie zrealizowane – świetne zdjęcia Anthony’ego Dota Mandle’a podkreślają surowość i obcość świata, zaś tak dobrze wykorzystanego slow-motion w scenach pokazujących rzeczywistość pod wpływem narkotyków (bardziej nasycone kolory, autentyczne spowolnienie czasu) nie było od czasu pierwszego „Matrixa”, montaż oraz elektronicznie pulsująca muzyka.

dredd2

Wydawałoby się, że w takiej produkcji nie można liczyć na dobre aktorstwo, bo i nie o to w tych filmach chodzi, ale tu jest inaczej. Trochę obawiałem się Karla Urbana w tej roli, ale Dredd w jego wykonaniu jest taki jak być powinien. To surowa, wręcz chodząca sprawiedliwość, która może nie ma twarzy (nasz gieroj w ogóle nie zdejmuje swego hełmu), ale jest równa wobec wszystkich. Jemu nie płacą za gadanie – to człowiek czynu, wierzący w słuszność swoich działań, który potrafi być przerażający. Uzupełnia go partnerująca mu Olivia Thirbly. Rekrut Anderson – kobieta-telepatka, jest jego kompletnym przeciwieństwem. Inteligentna, niedoświadczona oraz trochę za wrażliwa na tę robotę, w terenie staje się twardsza. Za to bezbłędna jest Lena Hedley jako bezwzględna Ma-Ma, kontrolująca Peach Tree.

dredd3

„Dredd” jest przykładem jak należy robić komiksy  filmy dla dorosłego widza, w czasach zdominowanych przez kategorię PG-13 jest wręcz wybawieniem. Surowe, brutalne, bezpretensjonalne i bezkompromisowe. Genialna prostota.

7,5/10

Radosław Ostrowski