Old

M. Night Shyamalan – cóż to jest za reżyser, którego kariera jest bardziej wyboista niż kogokolwiek. Od złotego dziecka Hollywood z kasowymi hitami w postaci „Szóstego zmysłu” i „Niezniszczalnego” przez kompletną katastrofę w postaci komedii (niezamierzonej) „Zdarzenie” oraz blockbusterowego „Ostatniego Władcy Wiatru” aż po renesans dzięki „Wizycie” i „Split”. Nie można mu odmówić ambicji oraz intrygujących pomysłów, które nie zawsze mają sens. Nie inaczej jest w przypadku „Old”, który przypomina taniec linoskoczka na ogromnej wysokości, gdzie akrobata nie jest w najlepszej dyspozycji.

Sama historia zaczyna się jakby to był początek nowego sezonu „Białego Lotosu”. Razem z rodziną Cappa trafiamy do wypoczynkowego hotelu gdzieś na egzotycznej wyspie. Familię tworzą rodzice Guy (Gael Garcia Bernal) i Prisca (Vicky Krieps), a także dwójka dzieci Trent i Maddox. Dorośli znajdują się na wyboistej drodze, jednak nic nie chcą powiedzieć rodzicom. Familia zyskuje sympatię kierownika hotelu, który proponuje ekskluzywną pobyt na wyspę znajdującą się w okolicznym rezerwacie. Razem z nimi pojawia się brytyjski lekarz (Rufus Sewell) ze swoją niezbyt lotną żonką (Abbey Lee), pielęgniarz Jarin (Ken Leong) ze swoją żoną Patricią (Nikki Amuka-Bird). Jednak na miejscu znajdują zardzewiałe noże oraz inne przedmioty z hotelu, a plaża okazuje się być pułapką bez wyjścia. Co gorsza, wszyscy przebywający na plaży zaczynają szybciej się starzeć.

Nie czytałem francuskiego komiksu „Sandcastles”, który był materiałem źródłowym dla tego filmu, ale widzę jak mogłoby zaintrygować Shyamalana do realizacji. I muszę przyznać, że „Old” ma – jak zawsze u tego reżysera – bardzo intrygujący początek. Piękne lokacje przykuwają oko, kamera potrafi zrobić kilka dłuższych ujęć, a humor nawet potrafi wywołać uśmiech. Jednak zaczynają pojawiać się pewne problemy, z których ten twórca jest dość znany. Po pierwsze, płaskie oraz jednowymiarowe postacie, które są ledwo zarysowane i dlatego nie obchodził mnie ich los. Fakt, że też wiele postaci nie reaguje na pewne dramatyczne wydarzenia lub zbyt szybko przechodzi nad tym do porządku dziennego też nie pomaga. Po drugie, dialogi albo pełnią rolę ekspozycji – jeden z dzieciaków ciągle pytający każdego o imię i zawód (serio?? nie było lepszego pomysłu na przedstawienie postaci??), albo sprawiają wrażenie napisanych przez dzieciaka. Po trzecie, czuć pewne ograniczenia budżetowe, które nie są zbyt dobrze maskowane. Być może dlatego film ma kategorię wiekową PG-13, przez co potencjalne skręty ku body horrorowi (usuwanie guza raka) wydają się być bez pazura. Jeszcze dziwniejsza jest nie do końca przekonująca charakteryzacja, która powinna pokazać starzenie się postaci. W przypadku dzieci są tutaj zmiany aktorów, którzy mają pokazać doroślejsze wersje z mentalnością 5-6-latka wypada to przekonująco (tu najlepiej wypada Thomasin McKenzie i Alex Wolff), jednak u dorosłych to tak niekoniecznie. Jakby rozumiem, że u nich ten proces przebiega wolniej, ale pod koniec dnia powinni oni wyglądać jak 90-latkowie, a tak nie jest.

Niemniej parę rzeczy Shyalaman robi co najmniej solidnie. Przede wszystkim przekonująco buduje klimat niepokoju oraz aurę tajemnicy. Niby plaża wygląda pięknie oraz oszałamiająco, lecz nie można się z niej wydostać. Każda próba wyjścia kończy się utratą przytomności (co też nieźle nakręcone), a także ciągłe poczucie izolacji. Jednocześnie element nadnaturalny w postaci przyspieszonego starzenia się zaczyna zmieniać dynamikę między postaciami. Wszystko to jednak zepsute jest kompletnie zbędnym wytłumaczeniem, które dla mnie nie miało kompletnie sensu i nie zamierzam go zdradzać. No i jeszcze aktorzy wyciskają, co mogą z tego materiału, czyniąc go troszkę strawniejszym. Poza młodszymi odtwórcami najlepiej prezentują się Gael Garcia Bernal i Vicky Krieps (ich wspólne sceny zwłaszcza bliżej końca wypadają najlepiej) oraz Rufus Sewell jako niepokojący, skrywający mroczną tajemnicę lekarz Charles.

W filmografii Shyamalana „Old” prezentuje się średnio, czyli niewykorzystany potencjał na kolejny intrygujący thriller/horror. Wygląda o wiele dynamiczniej, ma solidną obsadę, jednak cierpi na znajome bolączki scenariuszowe oraz bliżej końca zaczyna tracić napięcie. Przypomina to budowanie zamku na piasku – niby ma mocne fundamenty, ale w konfrontacji z falą morską nie ma szans.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Ciche miejsce: Dzień pierwszy

Tworzona przez Johna Krasinskiego seria „Ciche miejsce” to jedna z popularniejszych oraz bardziej interesujących horrorów ostatniej dekady. W oczekiwaniu na planowaną część trzecią, która opóźniona została z powodu pandemii. Niemniej dwa lata temu pojawił dość niespodziewany prequel – przynajmniej tego się należało spodziewać po podtytule „Dzień pierwszy”.

Tym razem za kamerą stanął Michael Sarnoski, czyli twórca głośnej „Świni” z Nicolasem Cage’m. Krasinski ograniczył swój udział do roli producenta, a sama akcja tym razem przenosi się do Nowego Jorku. Bohaterką jest Sammy (Lupita Nyong’o) – chorująca na raka młoda poetka, przebywająca w hospicjum. W zasadzie jedyną jej bliską osobą jest… kot, trzyma się od wszystkich na dystans i nie oczekuje już zbyt wiele od życia. Razem z grupą pacjentów wyrusza do miasta na spektakl, jednak w trakcie przedstawienia coś trafia na ziemię. Początkowo mogło się wydawać uderzeniem meteorytów, ale tak naprawdę to inwazja obcych. I jakikolwiek dźwięk oznacza śmierć, o co w wielkim mieście nie jest trudne.

Ta część „Cichego miejsca” w zasadzie jest równie kameralna, mimo kompletnie zmienionego settingu. To niemal klasycznie zrobiony thriller, pokazujący początek końca świata. Od początkowego ataku i poczuciu dezorientacji (pojawiający się zewnątrz pył) przez atakujące z każdej strony dziwne kwiatowate maszkary po całkowitą ciszę. W zasadzie forma straszenia ogranicza się do dwóch rzeczy: nagłego dźwięku przykuwającego uwagę kosmitów albo bardzo powolnego i cichego przekradania się. Ewentualnej ucieczki z miasta, które z każdym dniem przypomina krajobrazem świat z post-apokalipsy. I to budowanie atmosfery reżyserowi się udaje świetnie, nawet jeśli wydaje się to znajome. Nawet pojawienie się w połowie drugiej postaci – studenta z UK Erica (Joseph Quinn) nie zbyt wiele zmienia. To jest bardziej dramat z elementami grozy, mocno oszczędny w dialogi, ale ma kilka czarujących elementów (scena z klubie jazzowym, teatr kukiełek).

Jedyne, co mnie zadziwiło to dwie rzeczy: jak na poważnie chorującą na raka (i to od dłuższego czasu) Sammy jest zadziwiająco sprawna i zwinna. Druga to towarzyszący im kot, który zachowuje się bardziej jak… pies. Bardzo mocno przywiązany do swojej właścicielki, nawet jak ją na jakiś czas porzuca to wraca i jest strasznie cichutki. Ja nie posiadam kota ani psa – z powodu alergii na sierść obojga zwierzaków – lecz to zachowanie jest co najmniej zastanawiające.

„Dzień pierwszy” nie jest jakimś sporym rozwinięciem uniwersum Cichego miejsca, ale to całkiem niezły dramat w otoczce horroru o odzyskiwaniu chęci do życia i sile przyjaźni. Bardziej wyczekuję jednak części trzeciej serii, która ma się pojawić w przyszłym roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Świnia

Pamiętam jeszcze czasy, kiedy Nicolas Cage był nie tylko gwiazdą kina, ale też cholernie dobrym aktorem. Dzisiaj bardziej kojarzy się z memami, nadekspresją graniczącą z przerysowniem oraz filmami głównie trafiającymi na VOD. Ostatnimi czasy aktor jednak coraz częściej dobiera interesujące produkcje. Nie inaczej jest w przypadku debiutu Michaela Sarnoskiego o wdzięcznym tytule „Świnia”.

Cage nie gra jednak ani świni, ani policjanta, tylko Roba. Facet mieszka z dala od cywilizacji, w lesie razem ze świnią. Zbiera dzięki niej trufle, które sprzedaje swojemu jedynemu łącznikowi ze światem, Amirowi. Bardzo nudne, powolne i spokojne życie w zwykłej chatce. Wszystko się jednak zmienia, kiedy nocą przychodzi para delikwentów, spuszczają mu łomot i zabierają świnkę. Takiej zniewagi nie można przyjąć do wiadomości, więc Rob z Amirem ruszają do miasta. Do Portland, by odnaleźć świnię oraz znowu zbierać trufle.

Jeśli spodziewacie się, że w mieście postać grana przez Cage’a to twardy skurwiel z przeszłością naznaczoną krwią i zabijaniem (jak kogoś o imieniu John i nazwisku Wick)… cóż, wydaje się to pozornie oczywistym tropem. Sama obecność Roba potrafi otworzyć wiele drzwi, a sam wydaje się znaną, szanowaną personą. Przynajmniej kiedyś był. Jednak Rob nie jest zabijaką z krwawą przeszłością, ale człowiekiem połamanym, wycofanym, zniszczonym. I tu jest cała tajemnica – kim jest Rob, dlaczego został pustelnikiem, co się wydarzyło? Odkrywanie przeszłości tego bohatera to jedno, jego relacja z handlarzem (Alex Wolff) to jest drugie. Obydwa te elementy działają fantastycznie, pokazując bardzo skomplikowany portret człowieka.

Zadziwiająco spokojne jest to kino, gdzie Cage gra absolutnie wbrew swojemu typowemu emploi. Aktor jest tu bardzo wycofany, stonowany, wiele pokazując samymi oczami, co jest wielkim wyzwaniem. Dawno nie widziałem Cage’a, potrafiącego tak niewielkimi środkami pokazać taką masę emocji. A finał to już prawdziwa bomba, jakiej nie spodziewałem się. Bardzo zaskakujące, kontemplacyjne kino, zrobione z serca. Jak najlepsza potrawa z ręki mistrz kuchni.

8/10

Radosław Ostrowski

Hereditary. Dziedzictwo

Z horrorami to jest tak, że straszyć można na setki różnych sposobów i trudno znaleźć taki idealny straszak. Jedni wolą hektolitry, tryskającej się krwi, inni ciągle podbudowanie za pomocą jump-scare’ów, a inni chcą czuć bardziej podskórne poczucie zagrożenia za pomocą budowania tajemnicy oraz nastroju. W tym kierunku postanowił pójść bezczelny debiutant Ari Aster. Wszystko zaczyna się od… pogrzebu. Umiera najstarsza członkini rodu Graham, która zajmowała się spirytualizmem. Jej rodzina (córka, zięć i dwoje wnucząt) próbuje po tym funkcjonować, jednak zaczynają się wokół nich dziać dziwne rzeczy z wykopaniem grobu zmarłej, zaś impulsem kumulującym kolejne wydarzenia staje się śmierć 13-letnie Charlie w wypadku. Wtedy niemal cała rodzina, a zwłaszcza głowa rodziny (Annie) zaczyna coraz bardziej wariować.

hereditary1

Reżyser nie chce tutaj – przynajmniej na początku – iść na łatwiznę i bardzo mocno trzyma się ziemi. Niby tu mamy idealną rodzinę, która musi przepracować utratę najbliższej osoby i zaczynamy odkrywać kolejne rodzinne tajemnice: że matka lunatykowała (i próbowała zabić swoje dzieci), że babcia miała silny wpływ na wnuczkę (nawet karmiła ją swoim mlekiem), a syn jara zioło (to akurat nie ma dużego znaczenia). I niemal przez połowę filmu zacząłem się zastanowić, czy naprawdę ktoś uwziął się na tą rodzinę, czy po prostu matka oraz zaczynają znajdować się na granicy stanu obłędu. Poczucie niepokoju potęguje tutaj świetna robota operatorska, z odpowiednim wykorzystywaniem światłocienia oraz odpowiednio świdrującą muzyką, nawet w pozornie normalnych sytuacjach.

hereditary2

Jest tutaj kilka mocnych scen (gwałtowna eksplozja Annie w kuchni, dziwaczne zachowanie wnuczki, sam wypadek czy rozmowa syna z lunatykującą matką, gdzie gdy ona mówi panuje TOTALNA cisza, zaś jej słowa odbijają się niczym w studni), przez co zaczyna się włos jeżyć na głowie. I potem zaczyna się wszystko zmierzać w taką stronę jak „Uciekaj”, czyli rozwiązanie jest kompletnie wzięte z innej bajki, wywołując u mnie totalny zgrzyt. I okazuje się, że – SPOJLER (innymi słowy, nie czytaj, chyba że oglądałeś) – chodzi o opętanie, mające na celu sprowadzić kolejne wcielenie Szatana, stworzenia nowego Kościoła, bla bla bla, pierdu pierdu. I wszystko to zostało zaplanowane przez babcię, która należała do sekty, nie dając kompletnie szansy na powstrzymanie tego (KONIEC SPOJLERA). Za takie psucie konsekwentnie budowanej aury, reżyser powinien – cytując znanego YouTubera – zapierdalać na galerze. Jak ja tego nienawidzę.

hereditary3

Jeśli coś trzyma ten film za pysk, to jest to REWELACYJNA, grająca rolę życia Toni Collette. W jej wykonaniu Annie jest bardzo neurotyczna, mocno balansująca na krawędzi załamania nerwowego, grając niemal całym ciałem. I te oczy – tam wszystko się kumuluje, a jak krzyknie, będą ciary aż do samego końca. Nie wiem, jak to inaczej nazwać, ale ta kreacja jest fantastyczna, bez popadania w przerysowanie, groteskę, parodie, o co było tutaj bardzo łatwo. Pozostała obsada, choćby nie wiem jak się starała (a stara się, co widać na przykładzie Alexa Wolffa czy wyglądającej dziwnie Milly Shapiro), pozostaje mocno w cieniu Collette.

„Dziedzictwo” wydaje się być dobrym kierunkiem w kinie grozy, który ma szansę zapaść bardzo głęboko w pamięci. Gdyby nie finał, byłby to naprawdę znakomity horror. Może następnym razem się uda.

7/10

Radosław Ostrowski