Dziewczyna z portretu

Kopenhaga, rok 1922. Tam właśnie mieszka małżeństwo Wegener – Gerda i Einar, którzy zajmują się malarstwem. On jest pejzażystą, ona portrecistką. Kiedy jej modelka, baletnica Ulla spóźnia się do pozowania w celu zrobienia portretu, Gerda prosi Einara o zastępstwo z nałożeniem rajstop i sukienki włącznie. Kobieta – dla zabawy – chce, by Einar przyszedł na bal dla artystów przebrany za kobietę jako Lily. Wywoła to poważna lawinę wydarzeń i odkrycia, że Einar zacznie się zachowywać i czuć się jako kobieta.

dziewczyna_z_portretu3

Tom Hooper znany jest jako specjalista od filmów z dużym budżetem i opowiadającym o ważnych sprawach wielkich ludzi. Tym razem zmierzył się z kwestiami tajemniczego Gendera, którym straszy się cała Polskę, odkąd jest ona członkiem Unii Europejskiej. Jest to kwestia niełatwa, wymagająca wyczucia, wrażliwości oraz empatii. Reżyser opowiada tą historię w sposób bardzo delikatny i wyważony, skupiając się na małżonkach oraz próbie oswojenia się z tą nową sytuacją, po części wygrywając to pogubienie, strach, bezradność, wreszcie akceptację. Wątek żony odkrywającej prawdę o orientacji Einara i powolne odkrywanie siebie przez mężczyznę były najciekawszymi elementami tego filmu. Widziałem już tyle tytułów o inności, że „Dziewczyna…” nie robi aż tak wielkiego wrażenia i przeszkadzała mi przewidywalność w jaką stronę idzie cała opowieść. Doceniam rzetelność i elegancki styl wykonania z wiernym przedstawieniem mentalności początku XX wieku, gdzie wiedza o odmiennych orientacjach seksualnych była tajemnicą dopiero odkrywaną przez naukę. Jednak zabrakło jakiejś iskry, która wprawiłaby mnie już nawet nie w zachwyt, ale poczucie dobrze spędzonego czasu.

dziewczyna_z_portretu1

Sytuację tylko po części ratują aktorzy. Zaledwie dobry jest Eddie Redmayne jako Einar/Lily z tym lekko neurotycznym uśmiechem (troszkę zbyt częsty ten uśmiech), a scena przed lustrem czy podglądania dziwki w czymś a’la peep show to małe perełki, które zostaną w pamięci na długo. I muszę przyznać, że Eddie jako kobieta wygląda tak kobieco, iż zastanawia mnie czemu aktor nie dostał nominacji za główną rolę żeńską. Dla mnie jednak w tym filmie błyszczy Alicia Vikander, zgarniając Oscara (czemu to uznano za drugi plan, tego kurde nie wiem) i pokazując, że jeszcze o niej usłyszymy. Aktorce w pełni udaje się stworzyć portret twardo stąpającej, świadomej swojej wartości kobiety, której miłość i oddanie jest po prostu nieopisana oraz bardzo głęboka. A wszystko za pomocą spojrzeń i niedopowiedzeń. Poza tym duetem trudno nie wspomnieć o ciekawym drugim planie z Benem Whishawem na czele.

dziewczyna_z_portretu2

Hooper tym razem zrealizował zaledwie przyzwoite kino, chociaż nie wiadomo co tak naprawdę nie zagrało. Coś ostatnio mam serię niezłych filmów i czekam na coś, co mnie zaskoczy.

6/10

Radosław Ostrowski

Sufrażystka

Rok 1912 to czasy, gdy w Wielkiej Brytanii kobiety nie miały praw wyborczych oraz pełnych praw obywatelskich. Można rzec, że psa lepiej się traktowało od nich. Jednak musiał przyjść moment, gdy trzeba było powiedzieć dość i wziąć sprawy w swoje ręce, zrzeszając się w konspiracyjny ruch sufrażystek kierowany przez Emmeline Pankhurst. Przypadkowo w ten ruch zostaje wplątana Maud Watts – zwykła pracownica pralni, mieszkająca z synem i mężem. Dlaczego przypadkowo? Miała być tylko słuchaczką przemówienia koleżanki przed premierem Davidem George’m, jednak gdy została ona pobita, Maud sama zeznaje. To początek jej walki, która wywróci jej życie do góry nogami.

sufrazystka1

Produkcja niejakiej Sary Gavron to film ku pokrzepieniu oraz lekcja historii na temat ruchu feministycznego z początku XX wieku. Są to czasy, gdy kobieta musiała spełniać polecenia mężczyzn, zarabiając mniej od nich, nie mając prawa do opieki (samodzielnej) nad dziećmi. I jeśli kobiety miały zawalczyć o swoje, to trzeba było użyć mocnych środków: rzucanie kamieniami w wystawy, demonstracje, wreszcie podkładanie ładunków. Policja jednak nie pozostawała dłużna, stosując różne środki presji – bicie, aresztowania, zmuszanie do jedzenia, odwożenie kobiet prosto pod dom, by mężowie się nimi zajęli. Brzmi ciekawie? Niby tak, ale zwyczajnie film nie angażuje, a nawet zwyczajnie przynudza.

sufrazystka2

„Sufrażystka” niby zgrabnie przedstawia działania ruchu feministycznego, jednak jest to mocno uproszczone i zero-jedynkowe. Jakby tego było mało, wątki związane z życiem kobiet tego czasu, ograniczono do kilku scenek, nie drążąc i nie wykorzystując w pełni potencjału. I pokazać (tylko na jednej osobie) jak wiele trzeba poświęcić oraz jak system doprowadza do tego, że zwykły szarak staje się wojownikiem. Solidnie wykonana robota reżyserki oraz ekipy technicznej – scenografia i kostiumy są dobrze zrobione, muzyka Desplata ładnie przygrywa w tle.

sufrazystka3

Całość byłaby średnio strawną agitką, gdyby nie dobre aktorstwo. Kompletnie zaskoczyła mnie Carey Mulligan, która pozornie wydawała się papierową postacią. Zwykła szara kobieta, która pod wpływem okoliczności staje się niezłomną wojowniczką. A robi to tylko po to, by odzyskać dawne życie, co nie będzie wcale proste. Aktorka bardzo przekonująco pokazała tą przemianę, za pomocą oszczędnych środków. Równie mocna jest Helena Bohnam Carter jako w pełni zaangażowana oraz sprytna aptekarka Edith oraz niezawodny Brendan Gleeson wcielający się w inspektora Steeda, zajmującego się infiltracją sufrażystek. Za to zawiodła mnie Meryl Streep wcielająca się w panią Pankhurst, ograniczając się do wygłoszenia płomiennego przemówienia. Takiej aktorki nie powinno się zatrudniać do tak drobnego epizodu.

sufrazystka4

„Sufrażystkę” należy potraktować tylko i wyłącznie jako kino edukacyjne, które w pobieżny sposób przedstawia problem. Być może będzie czas, gdy o tej walce, której nie był w stanie powstrzymać nawet Sherlock Holmes, powstanie ciekawy oraz bardziej złożony tytuł. Ale na to przyjdzie jeszcze poczekać.

6/10

Radosław Ostrowski

Na moich ustach

Carla jest młodą i dość atrakcyjną kobietą. Pracuje jako sekretarka w firmie, ale jest niesłysząca, o czym nikt z firmy nie wie. Dlatego kobieta czuje się osamotniona, nie ma nikogo i jest zawalona pracą. Dlatego przychodzi do urzędu pracy, by zatrudnić asystenta. Tak poznaje Paula – mężczyznę, który niedawno opuścił więzienie, nie ma mieszkania, pracy, niczego. Między tą dwójką powoli tworzy się więź, jednak mężczyzna ma kłopoty, a dokładniej długi od pewnego gangstera.

na_ustach1

Jacques Audiard to reżyser, który zawsze prowadzi grę z widzem i miesza różne gatunki w jednym filmie. Tutaj mamy mieszankę dramatu z thrillerem i wątkiem kryminalnym, co muszę przyznać – robi dobre wrażenie. Reżyser rozgrywa wszystko bardzo powoli, kamera nie do końca jest stabilna, co ma spowodować wrażenie autentyzmu, jakbyśmy oglądali reportaż. Dodatkowo narracja jest prowadzona z perspektywy obojga bohaterów – jego wizyty u kuratora oraz w drugiej pracy u gangstera i jej po pracy, gdy stoi przed lustrem (tylko czemu się przy nim rozbiera?). Wszystko rozgrywane jest spokojnie i powoli, jednak atmosfera staje się coraz gęstsza, a finał w domu gangstera trzyma w napięciu. Wielu może to tempo znużyć i ta realistyczna konwencja, a całość wymaga odrobiny (nawet więcej skupienia), jednak Audiard opowiada tą historię z zainteresowaniem, przez co czekałem na dalszy rozwój wypadków oraz tego, jak się ułoży naszym bohaterom. Jedyne, co mi się nie podobało to zbędny (przynajmniej dla mnie) wątek związany z zaginięciem żony kuratora, a za sposób przedstawienia odbieranych informacji od otoczenia z perspektywy Carli (zniekształcony dźwięk) – świetne.

na_ustach2

Plusem jest zdecydowanie bardzo dobre aktorstwo. Błyszczy znakomity Vincent Cassel oraz Emmanuelle Devos. Oboje skryci, troszkę nieśmiali i tajemniczy, przyciągający oraz odpychający siebie nawzajem. Nie boją się wykorzystywać i manipulować nawzajem, ale szukają też bliskości, swojego miejsca i to czasami motywuje ich działania. Ale czy będzie z tego coś więcej?

na_ustach3

Kolejny przykład na to, że we Francji nadal powstają ciekawe filmy, idące w innym kierunku niż standardowe produkcje made in Hollywood. I chyba o to chodzi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Niezłomny

Każdy chce dzisiaj reżyserować filmy, nawet jeśli nie ma na ten temat zielonego pojęcia. Co zrobić – jest wolny wybór i kto chce i czuje się na siłach, może próbować. Tym razem postanowił spróbować swoich sił niejaka Angelina Jolie, bo – jak sama stwierdziła – znudziło się jej aktorstwo. O czym opowiada jej film? Bohaterem jest niejaki Louie Zamperini – pewnie to nazwisko niewiele wam mówi, ale na olimpiadzie w Berlinie ten chłopak pobiegł na 5000 metrów w iście brawurowym stylu. Ale potem przyszła wojna i nikt nie myślał wtedy o olimpiadach czy bieganiu. Louis został bombardierem, ale w 1942 roku jego samolot został zestrzelony i mężczyzna dostał się do japońskiej niewoli. A jak wiadomo, Japończycy to straszni sadyści.

niezlomny1

Taki temat i taka historia daje spore pole do popisu, zwłaszcza że autorami scenariusza są bracia Coen, Richard LaGravenese („Co się wydarzyło w Madison County”) oraz William Nicholson (współautor „Gladiatora”). Z takim wsparciem trzeba być naprawdę mistrzem, żeby to spierdolić. I jakby to powiedzieć? Angelina jeśli ma ambicje iść dalsza drogą jako gościu siedzący przy krzesełku z napisem director, to jeszcze musi popracować. Sama historia skupia się przede wszystkim na pobycie w obozie, a jego życiorys (włącznie z udziałem w olimpiadzie) potraktowano w szybkiej, skrótowej formie. Od momentu zestrzelenia mógłby zacząć się mocny i poruszający film o tym, jak przetrwać w ekstremalnych warunkach, jednak największym problemem jest zero-jedynkowy podział bohaterów (Japończycy, a dokładnie kapral Watanabe to sadystyczny bydlak, próbujący złamać naszego bohatera, stającego się niemal świętym, a nawet super wytrzymałym herosem) oraz kompletny brak zaangażowania emocjonalnego. Chyba już za bardzo naoglądałem się różnych tortur zarówno fizycznych, jak i psychicznych, co oznacza, że widok przemocy wywołuje we mnie raczej obojętność. I jeszcze ten nieznośny patos – to jest w stanie zabić nawet największego twardziela.

niezlomny2

Na pewno zaletą jest fakt, że reżyserka postawiła na mniej znane twarze, co teoretycznie powinno pomóc w skupieniu się na fabule. Jak myślicie, dlaczego to nie zadziałało? Zgadliście, historia jest nieciekawa i mało angażująca, więc cokolwiek by aktorzy nie robili (a robią wiele), to idzie na marne. Szkoda, bo Jack O’Connell (Zamperini), Domhnall Gleeson (Russell Phillips) czy Takamasa Ishihara (Watanabe) naprawdę robią wiele, by przykuć swoją uwagę.

Jeśli pani Jolie, naprawdę chce skończyć karierę aktorską i przerzucić się na reżyserię, to jeszcze musi wykonać sporo roboty. O ile warstwa techniczna jest bez zarzutu, o tyle patetyczny i niemal hagiograficzny scenariusz nie pozwalają osiągnąć więcej niż poziom średnio-niezły. A wydaje mi się, że reżyser powinien mierzyć wysoko. Czy nie?

6/10

Radosław Ostrowski

Gra tajemnic

Wszyscy wiemy, czym była Enigma. Niemcy używali jej do szyfrowania wiadomości i wydawało się, że nie ma takiej możliwości, by złamać ten szyfr. Brytyjski wywiad starał się jednak dokonać niemożliwego i złamać niemiecką maszynę szyfrującą. Szef wywiadu Marynarki Wojennej, komandor Denniston oraz oficer MI-6 Stewart Menzies ściągnęli kryptologów oraz matematyków do Bletchley. Jednym z nich był Alan Turing, o którym stara się opowiedzieć film „Gra tajemnic”.

gra_tajemnic1

Zadania tego podjął się norweski reżyser Morten Tyldum, którego polscy widzowie powinni kojarzyć z tragikomedii „Kumple” oraz kryminału „Łowcy głów”. Sama historia jest tutaj rozbita na dwa – a w zasadzie trzy – plany czasowe. Pierwszy to rok 1952, kiedy to Turing zostaje aresztowany z powodu dokonania czynu niemoralnego (innymi słowy był gejem) i podczas przesłuchania na komisariacie przez detektywa Roberta Nocha. Drugi plan to wspomnienia wojenne, czyli praca przy łamaniu szyfru. Trzecim planem (moim zdaniem kompletnie niepotrzebnym) jest okres szkolny Turinga. To wszystko się miesza i przeplata, a działanie tajnych służb nie zmieniło się do dnia dzisiejszego. Podstawą jest tutaj lojalność, kłamstwa i tajemnice – żeby wróg nie domyślił się tego, że my wiemy. Cały czas jednak miałem wrażenie, że ta opowieść jest opowiedziana po bożemu, bez emocji (w niemal większości czasu) oraz z podniosłymi słowami oraz problemami etycznymi, jakby niczego innego nie było. Wykorzystanie archiwalnych materiałów niewiele pomaga, a wątek relacji Turinga z Joan Clarke wydawał się jedynym intrygującym momentem. Ale nawet to nie do końca zostało wykorzystane. Szkoda, bo mógł powstać naprawdę interesujący film i liczyłem na wiele.

gra_tajemnic2

To, że o udziale polskich matematyków przy łamaniu szyfru nie jest zbyt wiele powiedziano (ograniczono się do powiedzenia, że polski wywiad przekazał kopię Enigmy, co jest prawdą), ale to akurat nie jest wina filmowców, że ich to kompletnie nie obchodzi i o tym się nie mówi. W zasadzie to jednak nie ma żadnego decydującego wpływu na sam film, który jest zaledwie poprawnym tytułem.

gra_tajemnic3

Poziom gry aktorskiej jest tutaj dość nierówny. Najbardziej rozczarowuje Benedict Cumberbatch, który poradził sobie zaledwie nieźle. To jeden z tych aktorów, co radzi sobie w błysku reflektorów, tutaj jednak Turing za bardzo mi przypominał Sherlocka Holmesa – też jest to ekscentryczny, ale genialny outsider bardziej radzący sobie z matematyką niż rzeczywistością. Za drugim razem to już nie ma takiej siły ognia i zwyczajnie przynudza, a nawet wywołuje irytację. Lepszy jest Matthew Goode jako bardziej trzymający się ziemi (choć nie pozbawiony geniuszu) Hugh Alexander. Ale tak naprawdę film ożywał dzięki trójce aktorów. Pierwsza to świetna Keira Knightley – genialna matematyczka Joan, która jednak musiała żyć w czasach, kiedy kobiety najwyżej mogło być sekretarkami. Jest jedyną osoba, z którą udaje się nawiązać w miarę normalną relację z Alanem. Widać na twarzy oddanie, lojalność, a nawet sympatię. pozostałych dwóch to dowódcy – Charles Dance (komandor Denniston) oraz Mark Strong (szef MI-6 Stewart Menzies), zwłaszcza ten drugi nadaje swojemu bohaterowi bardziej demoniczny charakter.

gra_tajemnic4

Cóż mogę powiedzieć? Ta gra mnie mocno rozczarowała, choć wydawała się mieć wszystko, by przykuć uwagę. Ale to wszystko jest zbyt równiutkie, bardziej wykalkulowane niż angażujące emocjonalnie. A wydawało mi się, że czas takich filmów już dawno minął. Jak widać, żyję chyba w jakimś innym świecie. Wstyd, panie Tyldum – niech pan opuszcza Hollywood, bo się zwyczajnie marnuje pan.

6/10

Radosław Ostrowski

Godzilla

Wielki japoński potwór zwany Godzilla po latach powrócił do amerykańskiej ziemi. Po nieudanej wersji dokonanej przez Rolanda Emmericha, tym razem wielkie monstrum wziął na warsztat Gareth Edwards, który wcześniej nakręcił strasznie usypiającą „Strefę X”.

Całość zaczyna się w roku 1999, gdzie na Filipinach grupa naukowców organizacji Manners znajduje coś – jajo wielkiego stwora. W tym samym czasie w Japonii dochodzi do awarii reaktora, która doprowadza do śmierci żony pracownika elektrowni – Joe Brody’ego. Piętnaście lat później cała historia zaczyna się powtarzać, gdy w tym samym miejscu budzi się bestia. Pojawienie się monstrum zwanego MUTO budzi do życia Godzillę – w walkę między stworami o ludzkość włącza się (a przynajmniej próbuje) armia, a także syn Brody’ego, porucznik Ford.

godzilla4

Umówmy się, ze fabuła jest tylko pretekstem do pokazania świata po destrukcji dokonywanych przez wielkie monstra – większe niż najwyższe wieżowce. I tak naprawdę chodzi tylko o to, ale reżyser próbując opowiadać o ludziach wplątanych w ta walkę jedzie po wszelkich możliwych kliszach – armia liczy na siłową konfrontacje, ludzie reagują przerażeniem, a cywile robią to, co potrafią najlepiej: spierdalają w siną dal. Ale mimo to „Godzilla” trzyma w napięciu, ma wielki rozmach, wzorując się mocno na Stevenie Spielbergu. Po pierwsze: samej Godzilli nie ma zbyt często na ekranie, ale jak się pojawia – robi piorunujące wrażenie. To jest OLBRZYMIE bydle większe niż wszystko, co do tej pory widziałem. Roboty  i monstra z „Pacific Rim” przy tym, to wykałaczki. Po drugie: akcja jest dynamiczna, przenosimy się z miejsca na miejsce (ale i tak największa rozróba jest w USA – ciekawe dlaczego), a kilka scen mocno zapada w pamięć. Na pewno obudzenie MUTO, wielki korek z powodu rozbitego samolotu czy walka na moście Golden Gate. Wtedy reżyser trzyma za gardło i robi piękną wizualnie robotę. Szkoda jednak, że wątek porucznika Brody’ego (mdły Aaron Taylor-Johnson) jest mało angażujący i mamy gdzieś to, co się stanie.

godzilla3

W ogóle tutaj aktorzy nie maja nic do pokazania. Naukowcy jako jedyni mają zdrowy rozsądek (Sally Hawkins i mocno zamyślony oraz głęboko patrzący Ken Watanabe), o wojsku mówiłem (reprezentowany przez Davida Strathairna, czyli admirała Stenza), ale tylko jeden aktor zapada najmocniej w pamięć – to grający paranoicznego ojca Brody’ego Bryan Cranston. Może i on jest trochę przerysowany, trochę nadekspresyjny, ale to jego ze wszystkich ludzi pamiętam. Jak widać to jest bardziej walka potworów – Godzilli (strażnika ludzkości) z mutantami powstałymi wskutek nadmiernego używania broni nuklearnej.

godzilla1

„Godzilla” przywraca godność temu potworowi i przy okazji zapewnia naprawdę porządną rozrywkę z potężną rozpierduchą. Podejrzewam, że ciąg dalszy nastąpi wkrótce.

godzilla2

 

7/10

Radosław Ostrowski


The Grand Budapest Hotel

Rok 1968, w uzdrowisku Nebelsbad dawnej republiki Żubrówki znajduje się pewien podupadły hotel – Grand Budapest. Tam przebywa pewien pisarz, który poznaje właściciela, niejakiego Zero Mustafę, który opowiada mu historię swojego życia. Kiedy był małym chłopcem pracował jako boy hotelowy, kiedy ten hotel był kierowany przez konsjerża Gustava H. Był to czarujący dżentelmen przykuwający uwagę do drobiazgów. Całe jego życie ulega rozpadowi, kiedy jedna z jego kochanek madame Desgoffe-und-Taxis, która zapisała mu (Gustavovi) jeden cenny obraz, na co rodzinka zmarłej krzywo patrzy okiem. Tak bardzo, że konsjerż zostaje oskarżony o morderstwo madame.

grand_budapest_hotel1

Kiedy pojawia się film Wesa Andersona, wiadomo czego mniej więcej się spodziewać. To jeden z tych reżyserów, którzy w ostatnim czasie ciągle mnie zaskakuje i poraża z jednej strony nieprawdopodobną precyzją realizacyjną, skupieniem na masę detali (włącznie z kolorystyką), a jednocześnie jest to bardzo lekkie, zabawne i co najważniejsze – bardzo emocjonujące i wciągające, a to potrafi naprawdę niewielu. Jednak „Grand Budapest Hotel” podbija stawkę bardzo wysoko i jest to film, który bardzo trudno opowiedzieć – każdy powinien sam zmierzyć się z tym dziełem i w ogóle dorobkiem Andersona, który tym razem po prostu przebił samego siebie. Bo jak tu opowiedzieć o takich drobiazgach jak zatrzymanie w pociągu, pościgu w śniegu za zakapiorem Joplingiem czy finałowej konfrontacji w hotelu, gdzie próba zgarnięcia obrazu zamienia się w strzelaninę? A jednocześnie jest w tym wycyzelowanym świecie nostalgia za przeszłością i epoką, która już nigdy nie powróci. A może nigdy jej nie było?

grand_budapest_hotel4

Opowieść nabiera bardzo przyjemnego smaku, a reżyser świetnie żongluje konwencjami komedii, kryminału, a nawet horroru (ucieczka mecenasa Kovacsa w ciemnych salach muzeum) i wszystko wygrywa bardzo precyzyjnie. Jak to jest robione, nie mam pojęcia. Tam wszystko: od montażu przez dialogi po muzykę i nie nie jest dziełem przypadku.

grand_budapest_hotel3

A jeśli chodzi o obsadę, to od nadmiaru nazwisk może zaboleć głowa. Andersona chyba postanowił przejrzeć listę portalu IMDB.com i tak powybierał aktorów. Sprawdzonych wcześniej u Andersona  Bill Murray (tutaj epizod jako pan Ivan), Adrien Brody (wyjątkowo antypatyczny Dimitri, który dość groteskowo wygląda w czerni), Edward Norton (inspektor Henckels) czy pojawiający się w epizodzie Harvey Keitel (skazaniec Ludwig organizujący ucieczkę). Jednak tutaj pierwsze skrzypce gra niesamowity Ralph Fiennes, który rzadko miał możliwość pokazania talentu komediowego. Gustave jest po prostu perfekcyjnym kamerdynerem. Tak perfekcyjnym, że recytowane przez niego wiersze potrafią być do bólu nudzące. Poza tym jest czarującym dżentelmenem, który potrafi spełniać zachcianki starszych pań i elegancki do bólu, nawet w więzieniu (choć i mięsem rzucić potrafi). Partnerujący mu młody Toni Devoroli jako Zero jest po prostu czarujący i mocno zafascynowany swoim szefem, tworząc naprawdę wyborny duet. Nie sposób tez nie wspomnieć o wybornie grającym Willemie Dafoe (zakapior Jopling, który samym wyglądem budzi przerażenie) oraz czarującej Saoirse Ronan (Agatha, dziewczyna Zero).

grand_budapest_hotel2

Co ja więcej mogę powiedzieć – odwiedźcie jak najszybciej Grand Budapest Hotel, póki jeszcze jest czynny. Bo tam może zdarzyć się dosłownie wszystko o czym przekonał się pewien jeden osobnik, który wrócił totalnie oszołomiony.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Obrońcy skarbów

Adolf Hitler jaki był, każdy słyszał. W trakcie wojny z lat 1939-45 wydał rozkaz kradzieży cennych dzieł sztuki i stworzenia Muzeum Fuhrera, gdzie znajdowały się najcenniejsze dzieła. Na polecenie prezydenta USA Franklina D. Roosevelta w 1944 r. powołano specjalna grupę pod wodzą profesora Franka Stokesa, a jej zadanie było odnalezienie i zwrócenie właścicielom dzieł sztuki. Od lądowania w Normandii członkowie ekipy podjęli się bardzo trudnego zadania i to z niezłym skutkiem.

obroncy1

Bazując na prawdziwej historii tym razem własny film wojenny postanowił nakręcić George Clooney – facet, którego dokonań i dorobku przedstawiać nie trzeba. I jako reżyser jest jedna z ciekawszych osób w Hollywoodzie. Jednak jego film to takie klasyczne wojenne kino w oldskulowym wydaniu. Mamy oddział do wykazania misji niemożliwej, francuski ruch oporu, dzieła sztuki, złych Niemców i jeszcze gorszych Rosjan. Wszystko z łopocącą, amerykańska flagą w tle i patetycznymi dialogami, które miejscami mogą trochę psuć odbiór. Druga sprawa to dość luźna narracja, gdzie przenosimy się do poszczególnej pary bohaterów i ich pola działań. Samo w sobie nie jest to złe, a nawet byłoby to wskazane, jednak są one dość nierówno poprowadzone i przewija się nuda, a humor jest dość toporny. Realizacja jest całkiem niezła, zdjęcia i scenografia trzymają poziom, tak samo podniosła muzyka.

obroncy2

Aktorzy tutaj grają na sprawdzonych kluczach, co nie znaczy, że są nudni i nie dają rady. Clooney i Damon są porządnymi i uczciwymi kumplami, Bill Murray jest cynicznym kawalarzem (razem z Bobem Balabanem tworzą zabawny duet), Goodman to wrażliwy wielkolud, a Jean Dujardin jest czarującym Francuzem (jego śnieżnobiałe zęby powinny być użyte jako broń masowego rażenia). Jedyną osobą wymykającą się szufladce jest Cate Blanchett, czyli zmuszona do współpracy z Niemcami znawczyni sztuki. Na tym polu radzi sobie naprawdę przyzwoicie.

obroncy3

Film miał potencjał na naprawdę dobre kino wojenne: temat, doborowa obsada. Ale nie wszystko tutaj zagrało do końca. Ta lekka ramotka troszeczkę się broni hołdem dla sztuki, choć czuję lekki niedosyt.

6/10

Radosław Ostrowski

Wenus w futrze

Paryż. W teatrze trwają próby do spektaklu “Wenus w futrze”. Właściwie już się kończą i reżyser Thomas już zmierza w kierunku wyjścia, kiedy pojawia się Vanda, która chce zagrać główną rolę żeńską. Reżyser niechętnie, ale zgadza się na próbę. Ma wrażenie, że aktorka nie jest do końca przygotowania, ale efekt będzie naprawdę zaskakujący.

wenus1

Oszczędność miejsca i przestrzeni, minimalna ilość osób pojawiających się na ekranie oraz prowadzona psychologiczna gra – to oznacza, ze jest to film europejski. Druga kwestia, że mógł to nakręcić tylko jeden człowiek – Roman Polański. Czy tak naprawdę jest jego kolejny film, który znowu jest adaptacja sztuki teatralnej (podobnie jak wcześniejsza „Rzeź”). Komedia? Dramat? A może wnikliwa obserwacja relacji między kobietą i mężczyzną, gdzie każda ze stron walczy o dominacje nad druga stroną? Pretekstem jest sztuka teatralna bazująca na perwersyjnej powieści „Wenus w futrze”. Ciemna stroną erotyki, reżyser już pokazywał w „Gorzkich godach”. I tam to było mocne uderzenie. Tutaj to nie robi aż tak wielkiego wrażenia, ale Polański jest zbyt cwany, by skupiać się tylko na jednym aspekcie. Można „Wenus” interpretować na wiele sposobów: o sile teatru jako miejsca kreowania i ożywiania światów, relacji reżyser/aktor, gdzie każda ze stron inaczej interpretuje pewne kwestie, więzi między dziełem a autorem, wreszcie hołdem złożonym kobietom – boginiom, muzom, kochankom, żonom. I ich sile, władzy, której nigdy nie będę w stanie zrozumieć i powstrzymać.

wenus2

Role między Thomasem (bardzo podobny do Polańskiego Matthieu Amalric) i Vandą (drapieżna Emmanuelle Seigner) zacierają się, nie wiadomo, kiedy „grają” postacie z tekstu, a kiedy są sobą. I ta chemia jest siła napędową, poza zaskakującymi dialogami, pewną ręką reżysera oraz świetnym dźwiękiem. A finał – cóż, to trzeba samemu zobaczyć.

„Wenus w futrze”, mimo teatralności (nomen omen), pozostaje udanym i ciekawym filmem. Ale jednak mam nadzieję, że Polański jeszcze nas zaskoczy (czekam na film o aferze Dreyfusa).

7/10

Radosław Ostrowski

Tajemnica Filomeny

Poznajcie Filomenę – to taka starsza pani, która lubi czytać romansidła, głęboko religijna i wierząca. Skrywa jednak pewną tajemnicę, która ją prześladuje. Otóż, gdy była młodą dziewczyną zaszła w ciążę, w ten sposób hańbiąc swoją rodzinę i oddano ją do klasztoru. Tam urodziła syna, zaś zakonnice, by chronić dziecko przed złem i pokusami tego świata, oddały – nie, to za łagodne słowo – sprzedały jej dziecko Amerykanom do adopcji. Gdzie teraz jest jej syn? Zakon milczy. I wtedy historię tą poznał (dzięki córce Filomeny) były dziennikarz polityczny Martin Sixsmith, który decyduje się pomóc starszej pani i napisać o tym artykuł.

filomena1

Ta historia brzmi dość nieprawdopodobnie, ale to się wydarzyło naprawdę i nie jest to wyssane z palca. Sixsmith spisał to w książce, którą przeniósł na ekran Stephen Frears – bardzo doświadczony brytyjski reżyser. Twórca „Królowej” bardzo delikatnie i z wyczuciem opowiada tą dość smutną historię poszukiwań. Kościół (czytaj: zakon) milczy, a nawet nie pomaga, poza zdjęciem jako dziecka nie ma nic. Od czego zacząć? Reżyser pokazuje to śledztwo w sposób bardzo stonowany, bardzo kameralny i nieśpieszny. Ale kibicujemy bohaterom w poszukiwaniach, jednak kiedy okazuje się, że syn nie żyje, to i tak chcemy się dowiedzieć czegoś o nim, poznać prawdę. Przy okazji mamy też pokazane zderzenie dwóch różnych osobowości – Filomena (ciepła Judi Dench) to kobieta pełna wiary, dobroduszna, sprawia wrażenie pogodzonej z losem i ufnej w Boga. Z kolei Sixsmith (dorównujący jej kroku Steve Coogan) to kompletne przeciwieństwo – cyniczny ateista, który początkowo traktuje tą sprawę jako dobry materiał i możliwość powrotu do zawodu. Ale i on potrafi być wrażliwym i ciepłym człowiekiem. Ich spotkanie mocno oddziałuje na nich, będąc jednocześnie źródłem delikatnego humoru w tym filmie.

filomena2

Czy Frears w tym filmie atakuje Kościół katolicki za swoje ciemne karty? Pośrednio tak, jednak nie idzie w stronę moralizowania czy popadania w depresyjny dramat. Jak jednak postawiłbym inne pytanie: czy po tych wszystkich strasznych czynach, bylibyście w stanie wybaczyć? Pokora i głęboka wiara Filomeny mocno uderza w finale, wydając się czymś nieracjonalnym, wręcz niedorzecznym (można też podejść jak Sixsmith nie szczędząc ostrych słów), to jednak tylko świadczy o sile bohaterki.

Niewielu byłoby stać na taki czyn jak Filomenę, ale jeśli uważacie się za katolików czy ludzi wierzących, zobaczcie koniecznie ten film. I potem się zastanówcie.

7/10

Radosław Ostrowski