Mała Amelia

W dzisiejszych czasach ręcznie rysowana animacja wydaje się czymś w przestarzałym, kiedy to duże wytwórnie korzystają z trójwymiarowej grafiki komputerowej. Nadal jednak ona ma się dobrze, głównie w krajach europejskich i Japonii. A także jest w stanie zdobywać uznanie oraz prestiżowe nagrody, co udowodniły dwie produkcje ostatnio nagrodzone Oscarem: japoński „Chłopiec i czapla” oraz łotewski „Flow”. A kolejnym magicznym filmem w stylu stała się dla mnie „Mała Amelia”.

Ta francusko-japońska animacja oparta jest na autobiograficznej powieści Amelie Nothomb „Metafizyka rur”. I skupia się na pierwszych trzech latach z życia pisarki, kiedy urodziła się oraz mieszkała w Japonii. Razem z ojcem konsulem, mamą oraz dwójką rodzeństwa. Jednak dziewczynka w zasadzie pozostaje biernym obserwatorem, niemal jakby nieobecna. Wszystko zmienia się, gdy w domu pojawia się babcia i dzięki białej czekoladzie. To sprawia, iż dwuletnia dziewczynka ożywia się, a wszystko nabiera dodatkowej mocy z pojawieniem się Nishio-san – opiekunki, pomagającej rodzicom z domem.

Za animację odpowiada studio Maybe Movies, znane choćby z przepięknego „Ernesta i Celestyny”. Tym razem duet reżyserski Mailys Vallade/Liane-Cho Han (oboje doświadczeni animatorzy) niby idzie po znajomy motyw świata pokazywania z perspektywy dziecka. ALE nie w taki szalony sposób, w czym pomaga niepozbawiona humoru narracja z offu. W niej dziewczynka niejako przyjmuje perspektywę… Boga, uwięzionego w małym ciele. Kiedy próbuje mówić, wypadają pojedyncze słowa i doprowadza ją do płaczu. Jednak pojawiają się dwa silne zapalniki: babcia oraz młoda opiekunka. Szczególnie relacja z Nishio, z którą spędza najwięcej czasu i czuje niemal silne przywiązanie do Japonii. Do tego stopnia, że sama Amelia uważa się za Japonkę.

Dla mnie najpiękniejsze momenty były skręcające w kierunku surrealizmu. Rozpędzona dziewczynka idąca w ogrodzie, który zaczyna zakwitać. Amelia zjada białą czekoladę i nagle (ku zaskoczeniu wszystkich) uspokaja się i zaczyna… mówić, karmienie karpi, które zaczynają mieć… twarz jej brata czy krople deszczu wyglądające niczym głowa Amelii. Nie wspominając także o bardziej dramatycznych momentach (zatonięcie Amelii na plaży czy „zjedzenie” przez karpia), potrafiących uderzyć bardziej emocjonalnie niż się spodziewałem. A wszystko przypominało malowane farbami obrazy, którym blisko klasycznego anime (duże oczy, mocne kolory). Takich momentów jest więcej, a ja z każdą minutą byłem kompletnie oczarowany oraz oszołomiony oprawą wizualną. Jak dodamy do tego okraszoną „japońskimi” instrumentami muzyką, przypominającą dzieła Joe Hisaishiego z animacji Studia Ghibli, mamy animowany odpowiednik emocjonalnej bomby atomowej.

Nie wiem, czy mogę bardziej polecić „Małą Amelię”, która przypomina czym była dziecięca ciekawość świata i czyniąc zwykłe czynności oraz wydarzenia czymś magicznym, wyjątkowym, zaczarowanym. Fenomenalnie napisane, z cholernie dobrym polskim dubbingiem i pełne dużej dawki wrażliwości. Po sensie dla dorosłych i dzieci da szansę do rozmów na różne tematy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wróg doskonały

Belgijską pisarkę Amelie Northomb poznałem z polecenia znajomej i… zostałem nią zauroczony. Krótkie powieści, pełne absurdalnego humoru, eleganckiej formy oraz przewrotek, zapadając mocno w pamięć. Dlatego na wieść o adaptacji jednego z jej utworów wzbudziła we mnie automatyczne zainteresowanie. Zwłaszcza, że była to produkcja europejska plus w głównej roli gra Tomasz Kot.

Bohaterem „Wroga doskonałego” (opartego na „Kosmetyce wroga”) jest przebywający w Paryżu architekt Jeremiasz August. Celem był wykład, po którym wraca do kraju. W drodze na lotnisko trafia na młodą blondynkę, która zdąża w tym samym kierunku. Niestety, oboje spóźniają się na swoje loty, więc zmuszeni są spędzić czas w oczekiwaniu na kolejny lot. Ku irytacji mężczyzny, kobieta o niezapomnianym imieniu Trext Texler przykleja się do niego niczym rzep do psiego ogona. Zaczyna opowiadać o sobie i wyciąga pewne niepokojące rzeczy, co intryguje Jeremiasza. Zwłaszcza, że jedna z nich dotyczy jego bezpośrednio.

Jak można wywnioskować, jest to psychologiczny thriller, niemal w całości osadzony w jednej przestrzeni. Dodatkowo skupiony na dialogach, nie brzmi jak coś zachęcającego. Ale jak wszyscy wiemy, pozory mylą. Reżyser Kike Meillo zaczyna stopniowo budować atmosferę tajemnicy, zaś kolejne opowieści Texler nie tylko są jednocześnie niepokojące i mroczne. Czy jednak powinniśmy jej wierzyć na słowo? Czy cokolwiek jest prawdą? Jeśli nie, po co ta maskarada? O co jej chodzi? Przez niemal ¾ filmu ta aura niejasności jest utrzymywana przez twórców. Pojawiają się pewne przebitki (sceny z „przeszłości” naszych bohaterów), by jeszcze bardziej namieszać.

Wszystko we względnie realistycznej warstwie wizualnej, bez możliwości rozróżnienia prawdy od fałszu. Chociaż jak ktoś uważnie ogląda, zauważy pewne poszlaki (m.in. sceny, gdzie widzimy model lotniska), naprowadzające na prawdziwą tożsamość Texler oraz tajemnicę Jeremiasza związaną z zaginięciem żony. Intryguje, co jest także zasługą świetnych ról Tomasza Kota (płynna angielszczyzna!) oraz Atheny Strates (Texler), prowadzących także między sobą grę w odkrywanie sekretów i kłamstw.

Być może wnioski wyciągane przez twórców na temat tego kim jest tytułowy „Wróg doskonały”, to jednak dzieło Hiszpania potrafi wciągnąć oraz zaintrygować. Ale też pokazuje jak wielką siłę ma narracja oraz opowiadanie. Dzięki niemu czasami można czasem wejść głębiej, choć może być to broń obosieczna i obudzi demony przeszłości.

7/10

Radosław Ostrowski