Pamiętacie jeszcze Wachowskich, zanim stali się siostrami? I jeszcze zanim nakręcili swoje opus magnum w postaci „Matrixa”? Andy i Larry wtedy tworzyli komiksy dla Marvela (głównie oparta na dorobku Clive’a Barkera), a na początku lat 90. zaczęli swoje pierwsze próby jako scenarzyści, sprzedając dwa swoje skrypty dla Warner Bros.: „Brudne pieniądze” (ich debiut reżyserski) oraz „Zabójcy”. Ten drugi trafił na biurko weterana i częstego współpracownika studia Richarda Donnera, ale efekt był bardzo daleki od satysfakcji. Do tego stopnia, że bracia chcieli wycofać swoje nazwiska z filmu przez „mocno przepisany” scenariusz.

Punkt wyjścia jest dość obiecujący, bo mamy do czynienia z rywalizacją dwóch zawodowych cyngli do wynajęcia. Którzy wydają się mieć kontrakty na tą samą fuchę, o czym nie mają pojęcia. Doświadczony Robert Rath (Sylvester Stallone) coraz bardziej myśli o wycofaniu się z interesu, zaś młody i narwany Miguel Bain (Antonio Banderas), który chętnie zostałby najlepszym w swoim fachu. Robert nie potrafi rozgryźć kto za tym stoi, ale następne zlecenia ma być jego ostatnim. Suma: 2 miliony. Cele: duńscy kupcy i próbująca sprzedać im dane hakerka. Problem? Nie wiadomo jak ona wygląda. Drugi problem? Bain też pojawia się na miejscu, co podkręca atmosferę.

Jeśli ktoś spodziewałby się popisów strzeleckich oraz mocno podkręconych scen akcji, to należy szukać gdzie indziej. Donner ewidentnie chciał czegoś bardziej eleganckiego niż ciągłej rzezi oraz masakry, tworząc psychologiczny thriller. Coś, czego raczej fani Sylwka raczej się nie spodziewali. Tempo jest dość powolne i bardziej spokojne, z nagłymi strzałami akcji (gdzie nasi przeciwnicy używają broni z tłumikiem) oraz budowaniem napięcia. Ale problem w tym, że reżyser podejmuje pewne decyzje, które torpedują ten film. Wiele scen akcji jest na granicy przerysowania jak pościg taksówką, szaloną eksplozją w mieszkaniu czy ucieczką z radiowozu po schwytaniu Baina. Aczkolwiek muszę przyznać, że strzelaniny z punktu widzenia Latynosa są bardziej dynamicznie nakręcone, młodzik niemal jest ciągle w ruchu, a z dwoma giwerami w dłoniach wygląda jakby się urwał z kina Johna Woo. Ale próba zrobienia romansu między Rathem a naszym celem o twarzy młodej Julianne Moore kompletnie tu nie działa z powodu braku chemii.

Sama intryga może początkowo intrygować, jednak dalej wydaje się to kompletnie naciągana. Wrzucone są nakręcone w czerni i bieli retrospekcje, które dodają stylu, w tle gra świetna (choć mocno w stylu lat 90.) muzyka Marka Manciny, zaś w ostatnie pół godziny udaje się zbudować napięcie. O idiotycznych zachowaniach postaci (głównie naszej hakerki, która ewidentnie jest aspołeczna) nawet nie chce mówić. A sytuację próbują ratować skontrastowani Stallone i Banderas. Pierwszy jest bardzo wycofany, opanowany oraz odchodzący od wizerunku twardziela, z kolei drugi to chaotyczna, wręcz dzika energia, która wydaje się niepowstrzymana. Julianne Moore prezentuje się nieźle, ale zostaje mocno w cieniu.

Pozornie wszystko wydaje się na miejscu, ale w przypadku „Zabójców” coś nie do końca gra. Technicznie jest porządnie zrobiony oraz zagrany, ale brakuje mu mocniejszego pazura. Aż szkoda, że sami Wachowscy nie spróbowali sami spróbować swoich sił jako reżyserzy i może byłby z tego lepszy film.
6,5/10
Radosław Ostrowski
































