Wielka Warszawska

Tytułowa Wielka Warszawska to najbardziej prestiżowe wyścigi konne w Europie, która odbywa się od 1895 roku na warszawskim torze Służewiec. I to wokół tego wydarzenia toczy się akcja nowego filmu sensacyjnego. Oparty na scenariuszu Jana Purzyckiego, będącą częścią nieoficjalnej trylogii (po „Wielkim Szu” i „Piłkarskim pokerze”) skupionej wokół hazardu, sportu oraz korupcji, był jednym z bardziej oczekiwanych polskich filmów tego roku. Czy warto było czekać?

Akcja toczy się w roku 1991, skupiając się wokół młodego i aspirującego dżokeja Krzyśka Salomona (Tomasz Ziętek). Chłopak z Sopotu pracuje w stajni pod okiem trenera Jana Peltza (Tomasz Sapryk), doglądając koni i marząc o braniu udziału w wyścigach. Tak jak kiedyś jego ojciec (Ireneusz Czop) wygrał prestiżową Wielką Warszawską w 1969 roku. Problem w tym, że zrobił to wbrew oczekiwaniom bukmacherów i za to złamano mu nogę. Jednym z egzekutorów był niejaki Omar (Marcin Bosak), który obecnie ustawia wyniki. Jednak wskutek okoliczność Krzysiek wsiada na konia i zaskoczeniu wszystkich wygrywa. Tutaj zaczyna się prawdziwa gra, gdzie chłopak zostanie zderzony z brutalną rzeczywistością układów oraz przekrętów.

Tym razem za kamerą stanął Bartłomiej Ignaciuk, który zadebiutował zaskakująco udaną komedią romantyczną „Podatek od miłości”, a także współreżyserował „Wielką wodę”. Więc na pierwszy rzut oka był to zaskakujący wybór do realizacji tego typu produkcji. Niemniej muszę przyznać, że byłem dość pozytywnie zaskoczony. Reżyser przekonująco odtwarza realia początków III RP – kraju będącego na skraju sporych możliwości oraz potencjału. Powoli razem z bohaterem zaczynamy odkrywać kolejnych graczy, którzy próbują zarobić na hazardzie – od drobnych bukmacherów (zwanych bukami) przez dżokei, większych graczy pokroju Omara aż po mafię. Każdy próbuje go wykorzystać i kusić, a my trafiamy do nocnych klubów, prywatnych domów, a nawet i trafiamy na Bazar Rózyckiego. Kostiumy i scenografia pomagają wejść w epokę, zaś w tle gra zarówno świetnie dobrane piosenki z lat 80. oraz instrumentalne dzieło duetu Jan Komar/Bartłomiej Tyciński, bardzo przypominająca mi pierwsze soundtracki Daniela Blooma. Świetnie wypadają także same sceny wyścigów, choć jest tu sporo zbliżeń na twarze dżokejów, ale obok pojawia się plansza pokazująca obecną pozycje zawodników. Dzięki temu udaje się uniknąć dezorientacji oraz zagubienia.

W zasadzie mam tutaj dwa duże problemy. Po pierwsze, jest tu aż tłoczno od postaci i wątków, co jest bronią obosieczną. Z jednej strony pokazuje jak bardzo jest to bogaty świat, pełen barwnych, wyrazistych postaci. Problem w tym, że przez ten nadmiar wiele postaci sprawia wrażenie zbędnych. Tak jest w przypadku właściciela koni, Marka Lewandowskiego (Tomasz Kot) czy potencjalnej dziewczyny Krzyśka (debiutująca Mary Pawłowska) czy dżokei granych m. in. przez Piotra Trojana czy Adama Bobika. Druga sprawa to przyspieszenie akcji w drugiej połowie, dające dodatkowe kopa i bardziej skupione na sprytnym planie młodego. Problem w tym, że jest to storpedowane przez urwane zakończenie, sugerujące o wiele ciekawszą historię. A tak dostajemy strzał z liścia, co potwierdza moje podejrzenia, że pierwotny skrypt został skompresowany oraz powycinany.

Sytuację ratuje tutaj obsada z masą bardzo rozpoznawalnych twarzy. Tomek Ziętek jest przekonujący w roli aspirującego dżokeja, którego idealizm zostaje zderzony z układami, klikami oraz dużymi pieniędzmi. Jak się zachowa i czy będzie w stanie lawirować między dziwnymi siłami? I to działa. Ale wszystko tutaj robi świetna obsada drugoplanowa: od solidnego Ireneusza Czopa (złamany przez życie ojciec Krzyśka, coraz bardziej cyniczny i pozbawiony złudzeń) przez bardziej poważnego Tomasza Sapryka (trener Pelz) i mocnego Ernesta Nitę (dżokej Zbyszek) aż po bardzo dobrego Marcina Bosaka (Omar) oraz niezawodnego Andrzeja Konopkę (bukmacher Zyga Kaparski). Warto jednak wspomnieć dwie najciekawsze, wręcz kradnące ekran występy. Po pierwsze Agnieszka Żulewska w roli Ireny, która przedstawia się jako dziennikarka, pewna siebie kobieta, lecz tak naprawdę skrywa desperację zaplątanej w długi. Ale największe wrażenie robi Mirosław Kropielnicki wcielający się w pana Ryszarda – bardzo opanowanego i spokojnego gościa, ale bardzo bezwzględnego gangstera. Fakt, że aktor wygląda niczym sam Piotr Fronczewski jeszcze bardziej podbija jego prezencję.

Nie będzie zaskoczeniem, że „Wielka Warszawska” mocno odstaje od dwóch poprzednich dzieł opartych na scenariuszach Purzyckiego. Niemniej pozostaje bardzo przyzwoitą i satysfakcjonującą rozrywką, przypominającą klimatem choćby serialowy „Rojst”. Technicznie porządny, ze zgrabnymi dialogami i dobrem aktorstwem, ale jednak czegoś mi tu zabrakło.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tata

Uwaga!
Recenzja zawiera spojlery!

Tytułowym tatą jest Michał (Eryk Lubos) – kierowca TIR-a, samotnie wychowujący córkę. Chyba, że jest w trasie, to wtedy dziewczynką zajmuje się niania z Ukrainy i jej wnuczka Lenka. Mówienie, iż łatwo nie jest to nic nie powiedzieć. Sprawy się komplikują jeszcze bardziej, gdy starsza pani umiera. Kobieta była nielegalnie, co oznaczało by miesiące papierologii, procedur, a gdzieś w tle czaiłaby się deportacja. Mężczyzna kontaktuje się z żoną nieboszczki i decyduje się zabrać zarówno dziewczynki, jak zawieść ciało na Ukrainę. Ryzykowna decyzja, ale jakie są inne opcje?

Kolejna polska produkcja zrealizowana przez Warner Bros. (po „Innych ludziach”, „Apokawixie” i „Na swoim miejscu”), znowu nakręcona przez debiutantkę. Poniekąd, bo reżyserka Anna Maliszewska jest doświadczoną twórczynią teledysków. Ale wideoklip to jedno, a pełnometrażowa fabuła to inna para kaloszy. „Tata” to kolejna próba stworzenia kina środka, czyli opowieści o sprawach ważnych i poważnych, lecz w sposób bardzo przystępny, niekoniecznie depresyjny. Maliszewska tworzy kino drogi, choć wydaje się dziwnie znajome. Dorosły ojciec i dwie dziewczynki, które potrafią być momentami irytujące. Jak to dzieci, choć miewają przebłyski dojrzałości. Podróż pozwala także poznać Michała i dręczące go demony (śmierć żony, alkoholizm, samotność), jednocześnie próbując bardziej scementować swoją więź z córką.

Zadziwiający jest fakt jak bardzo płynnie toczy się cała opowieść. Nie ma poczucia przestoju, zbędnej sceny i czuć emocjonalny ciężar. Spędzamy wiele czasu z tym kierowcą, dla którego droga jest całym swoim życiem. Widzimy go podczas jazdy, na postojach czy parkingach. Czasem pojawi się autostopowiczka (Zofia Jankowska), kolegów z trasy albo stara znajoma (świetna Marta Malikowska). Cały czas jednak w centrum pozostaje Michał oraz dwie dziewczynki. Choć zdarza się powiedzieć parę mniej przyjemnych słów, Lenka i Miśka tworzą bardzo siostrzaną relację.

Ale kiedy trafiają na Ukrainę wszystko niby wydaje się spokojne, łagodnie. Docierając na miejsce, do Wasyla sprawy się komplikują. Ciężko się dogadywać, Michał niejako zmuszony jest do picia, zaś przewożony przez niego towar (ciało jest schowane w… mrożonych rybach) ulega zniszczeniu. Zupełnie jakby chodzi o pokazanie naszych sąsiadów jako bardziej samolubnych (matka Lenki jest politykiem i mieszka w stolicy), lubiących mocno chlać, przywiązanych do tradycji, lecz głupich, roszczeniowych. Chyba nie do końca o to tu chodziło. Zwłaszcza w kontekście obecnej sytuacji politycznej, lecz dając w finale drobną nadzieję na poprawę sytuacji. Niemniej dysonans pozostał, mimo mocno jaskrawych kolorystycznie zdjęć.

Sytuację za to ratują aktorzy. Pozytywnie mnie zaskoczyły dziewczynki – Klaudia Kurak i Polina Gromova, będące kompletnymi debiutantkami. Obie są bardzo naturalne, bez poczucia fałszu, dając sporo emocji do pokazania. Jednak wszystko na swoich barkach trzyma Lubos, który jest mieszanką determinacji, wrażliwości oraz… bezsilności, przytłoczenia, zagubienia. Te ostatnie pojawiają się w scenach, gdy jest sam, próbuje szukać pomocy przez telefon, wśród znajomych albo wyjąc do księżyca. Dosłownie. Trudno go jednak nie lubić, choć może wydawać się najmniej odpowiednim kandydatem na rodzica.

Choć nie brakuje paru potknięć, debiut Maliszewskiej jest w pełni udany. Balansując między powagą, humorem, nie idzie na łatwiznę, potrafi poruszyć. Całość podnosi bardzo zniuansowana kreacja Eryka Lubosa, prawdopodobnie najlepsza w jego karierze. Dla niego samego warto pójść do kina.

7/10

Radosław Ostrowski

1970

Grudzień 1970 roku to jedna z najczarniejszych dat w powojennej historii Polski. Strajk robotników przeciwko podwyżkom cen na Wybrzeżu (i to przed Bożym Narodzeniem) zmieniły się w zamieszki. W ich trakcie spalono budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku, zmieniając protest w poważną demonstrację. Władza postanowiła ją stłumić w najbrutalniejszy sposób. Filmowcy już wielokrotnie opowiadali o tych wydarzeniach, więc co nowego można pokazać w tym temacie?

1970-1

Reżyser dokumentu „1970” Tomasz Wolski chyba znalazł patent. Postanowił pokazać wydarzenia z perspektywy ówczesnych aparatczyków na Wybrzeżu. Wszystko za pomocą odnalezionych archiwalnych nagrań z rozmowami tych ludzi podczas feralnych wydarzeń. Pokazane zostają w formie animacji poklatkowej, używając makiety i lalek. Wszelkie wydarzenia „poza budynkiem” to archiwalia m.in. z Instytutu Pamięci Narodowej czy Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. Pozbawione komentarza oraz jakiejkolwiek narracji z offu próbuje pokazać dlaczego doszło do tej sytuacji. Dlaczego władza zamiast podjąć jakiekolwiek rozmowy, próbować nawiązać jakikolwiek dialog, decyduje się rozgonienie oraz brutalną konfrontację. Wszystko to z brutalną obojętnością, wręcz niedowierzaniem.

1970-2

Całość jest krótka (nieco ponad godzinę) i nie ma miejsca na znużenie. Film wciąga i mimo znajomości zakończenia potrafi strzelić między oczy. Bo mechanizmy władzy są przedstawione w sposób pozbawiony złudzeń. Ważniejsze było wykonanie rozkazu z centrali (rozgonienia tłumu, a jeśli to nic nie da strzał ostrzegawczy i potem walić w nogi) oraz wykorzystanie sytuacji propagandowo. Stąd masowe aresztowania po wszystkim, próba blokowania informacji – nawet pada pomysł kradzieży teczki lub aparatu fotograficznego od… duńskiego dyplomaty, który opuszcza Wybrzeże. Po co? By nie wyciekły żadne niewygodne informacje. To jedna z pokazanych sytuacji, że decyzja władzy (robotniczej) nie podlega dyskusjom czy negocjacjom.

1970-3

„1970” byłby pewnie przeze mnie wyżej oceniony, gdyby nie jeden poważny problem – dźwięk. Nie chodzi o dźwięki z filmów archiwalnych, lecz z rozmów telefonicznych. Wiele razy nie byłem w stanie zrozumieć padających słów i nawet wielokrotnie cofanie oraz podkręcenie głośności w odtwarzaczu nie rozwiązywało tego problemu. Przydałyby się tutaj napisy. Ale nawet ta poważna wada nie pozwala zignorować tego oryginalnego podejścia do już znajomego tematu. Bardzo kreatywnego podejścia.

7/10

Radosław Ostrowski