Mroczne materie – seria 1

Wyobraźcie sobie świat podobny do naszego, ale troszkę inny. Świat, gdzie ludzie posiadają swoje zmaterializowane duszy w postaci dajmonów (zwierząt), zaś światem rządzi potężne Magisterium. Coś na kształt Kościoła, dbającego o to, co nauka może mówić, a co jest uznawane za herezję. W tym świecie funkcjonuje Lyra Belacqua, której rodzice zginęli w katastrofie lotniczej, zaś jedynym opiekunem jest lord Asriel. Dziewczynka trafia do Kolegium Jordana – jednej z uczelni w Oksfordzie, a jej wuj wyrusza na wyprawę na Północ, kontynuując badania zaginionego naukowca. Wszystko zaś dotyczy tajemniczego Pyłu, który budzi przerażenie Magisterium. 12 lat później Lyra trafia pod opiekę badaczki pani Coulter, zaś jej przyjaciel Roger znika bez śladu. I to jest początek poważnych wydarzeń.

mroczne materie1-1

Trylogia powieści Philipa Pullmana wydaje się być troszkę w cieniu innych serii powieści fantasy w rodzaju serii Tolkiena czy „Opowieści z Narnii”. Tutaj mamy zderzenie nauki z religią, która trzyma wszystko i wszystkich na smyczy. Ta nadbudowa jest jedną z rzeczy, które wyróżniają powieści oraz nowy serial z gatunku fantasy. Wspólny projekt HBO i BBC tworzy bardzo zróżnicowany świat, przypominający dzieła steampunkowe. Bardzo wyraziste kostiumy, wręcz monumentalne budynki czy Zeppeliny niczym z I wojny światowej oraz bronią z czasów II wojny, a także książki wyglądające niczym starodruki. Dziwaczna hybryda przeszłości z przyszłością wygląda imponująco, jednak w tym wszystkim skrywa się mrok, niepokój, terror. Magisterium wydaje się nie przebierać w środkach, mając w rękach policję i wydaje się nie do pokonania.

mroczne materie1-2

Sama historia skupia się na Lyrze, nie odkrywając wszystkich swoich tajemnic. Wiadomo, że dziewczynka może odegrać kluczową rolę w tej historii (tajemnicza przepowiednia), lecz sama nie jest świadoma tego. Twórcy serialu rozbudowują świat, dodając kolejne wątki: zaginięcia dzieci, wygnany niedźwiedź pancerny, czarownice czy przekraczanie równoległych światów. Wszystko dawkowane jest powoli, ale w tym przypadku to jest zaleta. Jaką rolę odegra w tym wszystkim nasza bohaterka? Czas pokaże, a pierwszy sezon troszkę przypomina układanie pionków. Twórcy potrafią utrzymać napięcie w kilku scenach (przeszukiwanie łodzi Gipsanów czy walka dwóch niedźwiedzi o tron), nie boją się pokazać mrocznych momentów (sceny „badań” na dzieciach w obozie jest niemal jak z horroru). I to pokazuje świat, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać, a bronią okazuje się spryt. Nie ma też tutaj naukowego żargonu i przedstawione jest bardzo czytelnie. Nie brakuje widowiskowych momentów, a efekty specjalne wyglądają bardzo dobrze, jednak liczą się tu postacie oraz ich dylematy.

mroczne materie1-3

Początkowo problemem był jeden wątek, dziejący się w naszym świecie. Bo mamy tutaj chłopaka opiekującego się chorą psychicznie matką. Wydawało mi się to odrębną opowieścią, wybijającą mnie z rytmu oraz niejasną. Z czasem jednak zaczyna wydawać się istotny, a zakończenie sugeruje, że ten chłopiec odegra jeszcze ważną rolę w tej układance. Przecież to dopiero pierwsza z trzech (mam nadzieję) części całego cyklu. Już ogłoszono drugi sezon i nie mogę się doczekać.

mroczne materie1-4

Jak to jest też znakomicie zagrane. Na swoich barkach całość trzyma znana z „Logana” Dafne Keen i jest znakomita jako Lyra. Bardzo nieufna, wplątana w poważną aferę okazuje się bardziej zaradna niż się to wydaje. Wielokrotnie udaje się wyprowadzić przeciwników w pole, zaś gadane oraz sztukę blefowania opanowała do perfekcji. Nieufność, strach zmieszany z pewnością siebie oraz siłą ducha tworzą wyrazistą mieszankę, przez co kibicuje się tej postaci. Równie fenomenalna jest Ruth Wilson jako pani Coulter. Bardzo elegancka, ciepła i opanowana, ale tak naprawdę bardzo mroczna, niepokojąca postać, której przeszłość jest mocno związana z Lyrą. Interesujący czarny charakter, który jest też bardzo głodny wiedzy (inaczej niż jej przełożeni). Drugi plan też jest bardzo interesujący, gdzie nie brakuje Jamesa Cosmo (ojciec Coram, jeden z liderów Gipsanów), opanowanego Ariyona Bakale (lord Boreal), kradnącego każdą scenę Lina-Manuela Mirandę (awanturnik Lee Scoresby) czy chłodnego Jamesa McAvoya (lord Asriel), tutaj jako postać bardziej skupiona na odkrywaniu nauki za wszelką cenę. Także pozostali aktorzy dziecięcy (Amir Wilson, Tyler Howitt czy Lewis Lloyd) wypadają bardzo dobrze, są naturalni i nie irytują.

mroczne materie1-5

Brytyjczycy do spółki z Amerykanami potrafią zrobić niezwykłe rzeczy. dla mnie pierwszy sezon „Mrocznych materii” to jedna z najciekawszych przygód ostatnich lat. Odpowiednio mroczna, wciągająca i mimo poważnych tematów, pełna magii oraz tajemnicy. Udało się twórcom podsycić mój apetyt, więc czekam na ciąg dalszy.

8/10

Radosław Ostrowski

Na krawędzi mroku

Ronald Craven jest inspektorem policji w Yorkshire. Żona zmarła, zaś córka Emma studiuje i udziela się w organizacji proekologicznej Gaja. Spokojne życie zmienia się w momencie, gdy przed wejście do domu dziewczyna zostaje zastrzelona. Wszystko wygląda tak, jakby to nasz policjant miał być celem ataku. Dawne porachunki, świeżo wypuszczony skazaniec? Inspektor ma wątpliwości, które potęgują odebrane ze szkoły rzeczy dziewczyny oraz fakt, że jest… napromieniowana. Czy Emma była terrorystką? Zaczyna się prywatne śledztwo.

na krawedzi mroku1

Martin Campbell to reżyser, który dzisiaj jest znany z produkcji pełnych dużego budżetu oraz świetnie zainscenizowanych scen akcji. Wystarczy wspomnieć takie dzieła jak „GoldenEye”, „Maska Zorro”, „Casino Royale” czy niedocenionego „Green Lanterna”. Nie zrobiłby jednak zrobić tych rzeczy, gdyby nie pewien serial telewizyjny z roku 1985. Produkcja zebrała kilka nagród BAFTA (w tym za najlepszy serial oraz główną rolę męską), lecz w naszym kraju jest praktycznie nieznana. A szkoda, bo mimo lat oraz dość spokojnego tempa, jest to zaskakująco wciągająca produkcja. Zaczyna się jak rasowy kryminał, pełen mroku, powoli odkrywając kolejne elementy układanki. Zwykłe dochodzenie w sprawie morderstwa zaczyna sięgać szczytów władzy, wywiadowczej gry i pewnego składowiska odpadów radioaktywnych. Zaś w tle mamy potencjalne skażenie środowiska oraz nielegalne produkowanie plutonu. I to wszystko w czasach rządów Margaret Thatcher, nuklearnego wyścigu zbrojeń oraz parę miesięcy przed wybuchem reaktora w Czarnobylu.

na krawedzi mroku2

Najbardziej zadziwił mnie fakt, że serial skutecznie trzyma się realizmu. Zapomnijcie o szybkich pościgach, popisach strzeleckich czy pędzącej na złamanie karku akcji. Campbell wspierany przez scenarzystę Troya Kennedy’ego Martina pokazuje brudny świat na styku polityki, tajnych służb i biznesu. Co gorsza, nie wiadomo komu tak naprawdę można zaufać. Szpiedzy prowadzą własne gry, korporacje idą na układy z rządem, zaś gdzieś w tle jest potencjalna katastrofa nuklearna. Kto na tym zyska, kto straci i jaki jest naprawdę cel? Pojawiają się kolejne poszlaki i tropy, klimat bardzo zaczyna przypominać szpiegowskie dreszczowce, zaś napięcie podnoszone jest stopniowo oraz konsekwentnie. Czuć, że są to lata 80., wiele momentów nie wytrzymało próby czasu (włamanie do komputera MI5 za pomocą terminala) i jest parę scen zapychaczy jak wizyta u psychiatry. Pewne spięcia mogą wywołać sceny, gdzie Craven widzi swoją zmarłą córkę i z nią rozmawia, przez co wiele osób poczuje się dziwnie. Dla mnie te momenty pokazywały tą wrażliwszą stronę psychiki Cravena. Ja nie mam z tym problemu, ale rozumiem, że może to być problem.

na krawedzi mroku3

Nawet pozornie spokojne momenty jak przesłuchanie przed komisją, potrafi zaangażować. Dialogi są proste, nie pozbawione filozoficznych wątków oraz czarnego humoru. Realizacyjnie też trudno się do czegokolwiek przyczepić. Zdjęcia bardzo dobrze pomagają w budowie klimatu, zwłaszcza kadry nocne, nie brakuje mastershotów czy równoległego montażu. W tle za to gra bardzo rockowa muzyka Erica Claptona, w której czuć podwaliny pod „Zabójczą broń”. Nie brakuje też paru świetnie zrobionych scen akcji jak włamanie do Northmoor, ucieczka przed policją czy zgubienie ogona przez Cravena. Wtedy reżyser trzyma mocno za gardło, zaś mimo piętrowej intrygi, śledzi się to świetnie. Wątpliwości może budzić gorzkie i niejednoznaczne zakończenie, które może skłonić do myślenia.

na krawedzi mroku4

Jeszcze lepsze jest tutaj aktorstwo, chociaż większość obsady nie jest tutaj zbyt rozpoznawalna. Tutaj najważniejsze są dwie postacie, które mimo woli zawiązują współpracę. W Cravena wciela się absolutnie fenomenalny Bob Peck, który – choć pozornie wydaje się wyciszony – jest zdeterminowany oraz twardszy niż się wydaje. Słychać to w jego szorstkim głosie, rzadko pozwalając sobie na ekspresję i wściekłość. Kontrastem dla niego jest agent CIA Jedburgh w wykonaniu Joe Don Bakera, czyli Teksańczyk zakochany w UK oraz golfie. Równie uparty co Craven, bardziej rubaszny, nie bojący się śmierci i bardziej cyniczny niż kolega z UK. Chemia między nimi tworzy się w sposób naturalny, niemal praktycznie bez słów. Swoje robi też jedyna wyrazista kobieta, czyli Joanne Whalley jako Emma Craven. Ślicznie wyglądająca, pozornie delikatna i niewinna, w praktyce skrywająca wiele tajemnic. Dla mnie drugi plan kradnie duet wywiadowczy Pendleton/Harcourt, czyli Charles Kay oraz Ian McNeice. Niby typowi Angole, czyli bardzo flegmatyczni, spokojni i opanowani, lecz tak naprawdę mają bardzo wnikliwe umysły, wyciągając sensowne wnioski. Tutaj nawet drobne rólki zapadają w pamięć, co w przypadku BBC to jest standard, który później osiągnęło HBO.

na krawedzi mroku5

Choć serial skończył 35 lat, a zagrożenie nuklearne nie wydaje się tak silne jak wtedy, „Na krawędzi mroku” pozostaje absolutnie znakomitym serialem. Bezbłędna reżyseria, precyzyjny scenariusz, rewelacyjne aktorstwo oraz bardzo pewna realizacja tworzy bardzo nieprzeciętną produkcję BBC. Jeśli możecie, dorwijcie. Zwłaszcza, że niedawno wyszła wersja odrestaurowana na Blu-Ray.

9/10

Radosław Ostrowski

River

John River jest mieszkającym w Londynie detektywem ze szwedzkimi korzeniami. Prowadzi poważne dochodzenia i jest skuteczny jak diabli. Jednak tym razem próbuje ustalić kto zabił jego partnerkę z pracy. Będzie to o tyle trudne, że prowadzi sprawę niejako bez wiedzy swoich przełożonych, ale też dlatego, iż nasz gliniarz widzi zmarłych ludzi. O tym jego przełożeni nie wiedzą, a sytuacja Rivera się pogarsza. Wszystko z powodu zakończonego śmiercią pościgu za podejrzanym, co jechał autem, z którego padły strzały.

river1

Kolejny brytyjski miniserial kryminalny od BBC, ale troszkę inny od reszty. Dzieło Abi Morgan inaczej rozkłada akcenty niż w tego typu produkcjach. Zamiast kryminalne intrygi, ważniejszy jest tutaj główny bohater ze swoją przypadłością. Imigrant, samotny, mający spore trudności w nawiązywaniu relacji z innymi ludźmi – taka postać zawsze będzie fascynująca. Ale jednocześnie w swoich fachu jest zawodowcem. Bardzo skupiony, wnikliwy, lecz także empatyczny. I to wyróżnia „Rivera” z grona brytyjskich kryminałów, pokazując bardziej psychologiczny portret człowieka udręczonego. Bo czym są ci zmarli? Manifestami, jak określa ich detektyw? Wyrzutami sumienia? Prześladującymi demonami? Urojeniami? Czy to oznacza, że jako martwi muszą być prawdomówni? Ich obecność bywa pomocna w prowadzeniu śledztw, jednak jest jeden prawdziwy wrzód na dupie. XIX-wieczny seryjny morderca Thomas Cream, jątrzący duszę Rivera, będący jego mroczniejszym odbiciem.  Strasznie męczy i wydaje się jako jedyny nie opuszczać bohatera do samego końca.

river2

Produkcja ma odpowiednio mroczny klimat, bardzo przypominający „Luthera”. Londyn tutaj jest bardzo szary, pozbawiony mocnych kolorów oraz mniej „pocztówkowy”. A i same sprawy, bo poza głównym wątkiem są dwa poboczne śledztwa, potrafią wciągnąć. Muszę jednak przyznać, że główny wątek korzysta ze znajomych elementów: korupcja w wymiarze sprawiedliwości, konflikt z rodziną o przestępczej przeszłości, rodzinne tajemnice. Ale jest tutaj poruszona kwestia imigrantów, stanowiąc kluczowy motyw dla zagadki. Nie wszyscy z nich mają tyle szczęścia co River, który wyruszył do Londynu za matką. Zawsze są traktowani z wrogością, podejrzewani o zaszczepienie wszystkiego, co najgorsze. To wywołuje jeszcze większą frustrację oraz desperację, którą wykorzystują inni.

river3

Aktorsko jest to wysoki poziom, do którego brytyjska telewizja nas przyzwyczaiła. Absolutnie znakomity w tytułowej roli jest Stellan Skarsgard, który w bardzo oszczędny sposób pokazuje skomplikowany charakter policjanta. Pozornie wycofany, w oczach oraz drobnych gestach widać bardzo kotłujące się emocje, które czasem w sobie wyzwala. W jego troszkę innym spojrzeniu na świat tkwi pewna siła, która pozwala mu jeszcze w miarę funkcjonować. Intrygująca jest Nicola Walker, czyli nawiedzająca Rivera detektyw Jackie Stevenson. Figlarna, dowcipna, czarująca, a jednocześnie bardzo tajemnicza, tworzy bardzo ciekawy duet z detektywem, choć poza nim, nikt jej nie widzi. Z drugiego planu najbardziej zapada w pamięć niepokojący Eddie Marsan, czyli prześladujący duch seryjnego mordercy Thomasa Creama oraz Lesley Manville jako przełożona policjanta.

river4

Troszkę się dziwię, że nie powstał drugi sezon „Rivera”, bo był potencjał na kolejne mroczne opowieści z nietypowym detektywem w roli głównej. Nie mniej to, co dostaliśmy pozostaje jedną z perełek brytyjskich miniseriali kryminalnych ostatnich lat. Jeśli macie okazję, zobaczcie koniecznie i popłyńcie z nurtem tej rzeki.

8/10

Radosław Ostrowski

The Pale Horse

Mark Easterbrook jest zwykłym sprzedawcą antyków, który mieszka w Londynie lat 60. Ma piękną żonę, ale ginie w dość absurdalnym wypadku. Rok później mężczyzna żyje już z nową żoną i wszystko wydaje się toczyć swoim spokojnym tempem. Nie licząc kochanki pracującej w nocnym klubie, ale kiedy po jednej ze schadzek umiera, problem rozwiązuje się sam. To jednak nie jest najgorsze, bo przy innej denatce znaleziona zostaje lista. A on jest na niej wpisany, nie wiadomo dlaczego i kim jest cała reszta osób. Potem okazuje się, że osoby z listy zmarły. Niby z przyczyn naturalnych.

the pale horse1

BBC od lat bierze na warsztat w formie miniserialu powieści Agathy Christie. W tym roku padło na „Tajemnicę bladego konia” i nie jest to w formie jeden do jeden, co wielu fanów powieści zdenerwuje. Sama intryga jest ciekawa, bo w tle mamy tajemnicze miejsce „Pod Bladym Koniem” w małej wsi. Tam są trzy kobiety, co przepowiadają przyszłość i nie tylko. Pomagają rozwiązywać problemy z żywymi za pomocą magii. A przynajmniej taka jest fama i oglądając miałem pewne skojarzenia z… „Psem Baskerville’ów”, gdzie też pojawiały się – a przynajmniej zapowiadano – elementy nadprzyrodzone. Czyżbyśmy mieli do czynienia z morderstwami, naturalnymi zgonami czy jednak czarami. Kryminał to czy horror?

the pale horse2

Bo „The Pale Horse” ma miejscami bardzo niepokojące momenty, związane z sennymi koszmarami Marka. Niby akcja jest prowadzona powoli, lecz podskórnie czuć atmosferę niepokoju. Atmosfera wydaje się wręcz fatalistyczna, bez możliwości odwrotu. Sama obecność trzech pań już działało na moją wyobraźnię, zaś sceny festynu miały w sobie coś bardzo dziwacznego. I to bardzo skłania do myślenia, zaś budowana tajemnica zaczyna psuć życie naszego bohatera. Jest to budowane konsekwentnie, powoli odkrywając kolejne elementy układanki. Aż do samego finału, gdzie mam pewien problem. Z jednej strony wyjaśnienie jest bardzo zaskakujące i pokazuje, że jeszcze można wprowadzić widza w pole, z drugiej wydaje się dość dziwne oraz podane w sposób nieprzekonujący. Jakby tego było mało, ostatnie sceny wywołały we mnie konsternację. Ten artykuł prasowy stawia jeszcze więcej pytań, niemal podważając wszystko. Czy to co widzieliśmy, naprawdę miało miejsce czy to był wytwór zwichrowanego umysłu? Na to odpowiedzi nie dostaniecie i to mi troszkę psuje wrażenia.

the pale horse3

Technicznie trudno się do czegoś przyczepić, bo jest to bardzo porządnie wykonane. Scenografia oraz kostiumy budują realia lat 60., w tle gra bardzo niepokojąca muzyka, zaś mroczne zdjęcia koszmarów sennych wywołują skręt ku horrorowi. Widać telewizyjny budżet oraz kameralność całej historii (niemal wręcz teatralna), niemniej nie traktowałbym tego jako wady.

the pale horse4

Aktorsko jest tutaj bardzo solidnie, a z tego grona najbardziej wybijają się trzy role: Mark, pan Osborne oraz inspektor Lejuine. Pierwszego gra absolutnie świetny Rufus Sewell, który często jest obsadzany w rolach czarnych charakterów, co może wydawać się spoilerem. Jego Mark to postać naznaczona mrokiem, niepozbawiona ciętego humoru, próbująca wyjaśnić swoją tajemnicę. Intryguje i jest w stanie przekonać do siebie. Osborne w wykonaniu Bertiego Carvela początkowo sprawia wrażenie wystraszonego paranoika, człowieka bardzo wierzącego i przezornego. Zwraca na siebie uwagę nerwowymi ruchami i głosem, ale to wobec niego związana jest ważna wolta. No i Sean Pertwee jako prowadzący dochodzenie inspektor – dociekliwy, uważny, nie odpuszczający żadnego tropu. Klasyczny gliniarz w starym stylu. Warto też wspomnieć Kayę Scodelario jako drugą żonę Marka, Hermię. I nie chodzi tylko o urodę, ale ma też kilka mocnych scen (niszczenie garnituru).

„The Pale Horse” ze wszystkich ostatnich adaptacji Christie dla BBC wydaje się solidnym dziełem. Ma swój własny klimat, potrafi zaintrygować, ale nie do końca potrafi mnie przekonać do siebie. Być może te zmiany wobec materiału źródłowego były zbyt odległe, zaś zakończenie pozostaje dla mnie niejasną zagadką. Niemniej dla aktorstwa jak najbardziej warto.

7/10

Radosław Ostrowski

Fleabag – seria 2

Pamiętacie na pewno Fleabag? Bohaterka grana przez Phoebe Waller-Bridge sprawia wrażenie lekko samolubnej, świadomej swojego sex appealu kobiety, która ma pecha do mężczyzn, prowadzić nie zbyt dochodową kawiarnię oraz trudne relacja z rodziną. Od wydarzeń z poprzedniej serii mija nieco ponad rok, zaś życie naszej dziewczyny wydaje się wychodzić na prostą, zaś punktem wyjścia jest zbliżający się ślub ojca Fealbag (i Claire) z matką chrzestną. Widać, że małżeństwo jej siostry znajduje się na zakręcie, zaś naszej bohaterce udaje się znaleźć kogoś, kto mógłby być dla niej idealnym partnerem. Jest tylko jeden mały szkopuł, bo ten ideał mężczyzny jest już w związku… z Panem Bogiem. A to jest bardzo trudny konkurent, z którym ciężko walczyć.

fleabag2-1

Druga seria wydaje się kontynuować ścieżkę oryginału, gdzie humor (bardzo ostry i miejscami bardzo nieprzyzwoity) miesza się z dramatem. Ale moim skromnym zdaniem tutaj ten balans zostaje o wiele lepiej zachowany, z większym skrętem ku dramatowi. I już w pierwszym odcinku, gdzie mamy rodzinną kolację z całą rodziną + księdzem. Nie ma aż takich przeskoków w czasie jak poprzednio, ale ma wiele mocnych momentów (scena na pogrzebie matki, gdzie protagonistka próbuje się „oszpecić”, bo za pięknie wygląda czy rozmowa z ojcem w trakcie tego dnia). Tutaj też miałem wrażenie, że historia staje się spójniejsza oraz bardziej sensowna, zaś wiele wydarzeń staje się coraz bardziej ze sobą powiązanych. Jak choćby w wątku Claire, z którą chce się spotykać współpracownik z Finlandii o imieniu… Klare, jej toksycznemu małżeństwu czy bardzo zmieniającej się relacji protagonistki z księdzem – młodym, pociągającym i takim bardzo przyziemnym, równie zagubionym człowiekiem.

fleabag2-4

Tak jak poprzednio, przenosimy się do wielu miejsc: oprócz domu Fleabag oraz jej ojca odwiedzamy biuro Claire (impreza biurowa oraz wybór nagrody dla Kobiety Biznesu Roku), kancelarię prawniczą, terapeutkę oraz parafię. Scenografia wygląda intrygująco, w tle gra muzyka bardziej sakralna (chóry!!!), zaś dialogi nadal mają wiele błyskotliwości oraz pokazującego troszkę szersze spojrzenie na feminizm (poruszający monolog Belindy) czy miłość (przemowa księdza przed ślubem), co zmusza do głębszych przemyśleń. Kto by się tego spodziewał? Humor tutaj się wylewa, nawet w gagach (wybór stroju dla księdza, montażowa zbitka na początku pierwszego odcinka), łamanie czwartej ściany obowiązuje (a jedyną osobą „widzącą” to jest ksiądz). Ale więcej jest tutaj momentów poruszających. Rozmowa Fleabag z ojcem, kiedy jeszcze wiedział jak z nią rozmawiać (robi jeszcze to tuż przed ślubem i po), cięte dialogi z księdzem (w tym historia z lisem), wizyta u terapeutki czy moment „wybuchu” Claire przed swoim mężem. No i jeszcze słodko-gorzki finał, który (dla mnie) jest po prostu idealny. Mam nadzieję, że nie powstanie ciąg dalszy.

fleabag2-2

Nadal aktorsko błyszczy Phoebe Waller-Bridge, która pokazuje troszkę poważniejsze oblicze, mimo ciętego humoru oraz bardzo brutalnej szczerości. Jedynym aktorem, który dorównuje jej poziomem jest Andrew Scott w roli księdza. Co samo w sobie jest dość przewrotnym castingiem, pokazujące troszkę inne oblicze aktora – oprócz Moriarty’ego z „Sherlocka”. Tutaj jest bardziej przyziemny, wyluzowany, ludzki. Też ma swoje demony (ten alkohol oraz paranoja na punkcie lisów), nie próbuje na siłę nawracać ani rzucać wizjami z Apokalipsy czy innego koszmaru. Czuć tą więź jaka zaczyna się wytwarzać między tą dwójką, przez co nie do końca byłem pewny finału tej relacji. Reszta obsady też jest fantastyczna (Olivia Colman błyszczy tak jak Sian Clifford), a swoje pięć minut zawłaszczają drobne epizody Fiony Shaw (terapeutka, pozbawiona poczucia humoru) oraz Kristin Scott Thomas (Belinda). Takie wisienki na tym smakowitym torcie.

fleabag2-3

Jestem absolutnie porażony „Fleabag”, zaś druga seria (i chyba ostatnia) bije poprzednika na łeb. Konsekwentnie rozwija całą opowieść, a jednocześnie wydaje się absolutnie bezbłędnie rozpisany, zagrany oraz zrealizowany. Jeśli jeszcze nie oglądaliście, to zobaczcie koniecznie. Nie wymaga zbyt wiele czasu.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Fleabag – seria 1

Kim jest tytułowa Fleabag? To kobieta w wieku około 30 lat, prowadząca podupadającą kawiarnię i prowadząca luźny tryb życia. Ma też siostrę, co pracuje w korporacji, ojca, co związał się z matką chrzestną (artystka), więc relacje nie są najlepsze. A my zaczynamy przyglądać się jej bliżej i odkrywać kolejne elementy jej życia.

fleabag1-1

Pozornie „Fleabag” wydaje się komedią, gdzie każdy odcinek wydaje się mieć osobną opowieścią. Tylko, że nie. Phoebe Waller-Bridge w każdym odcinku zaczyna uważniej przyglądać się uważnie swojej bohaterce, która ma pewną mroczną tajemnicę i jest równie zagubiona jak jej zwichrowana rodzinka. Siostra związana z toksycznym facetem, który wymusza na niej rezygnację z awansu w firmie na rzecz opieki nad pokręconym pasierbem, bardzo wycofanego ojca nie potrafiącego nawiązać kontaktu ze swoimi córkami (dlatego wysyła im różne prezenty typu rozmowy feministyczne czy wizyta w ośrodku ciszy) oraz samą Fleabag, która straciła swoją najlepszą kumpelę – współwłaścicielkę kawiarni. Początkowo ciężko wejść w tą historię, bo chronologia jest łamana równie często jak czwarta ścian. I nie chodzi o to, że Fleabag – niczym Deadpool czy Frank Underwood – przedstawia swoje prawdzie oblicze, będąc świadomą naszej obecności. Jej wystarczy tylko spojrzenie, by tą ścianę przełamać, choć tutaj humor jest bardzo brytyjski: od absurdu (wystawa matki chrzestnej czy ośrodek ciszy, gdzie znajduje się obok ośrodek dla mężczyzn) przez wręcz smolisty żart oraz cięte riposty.

fleabag1-3

Montaż też mocno robi zamęt, pokazując ten zwichrowany umysł naszej bohaterki. Cięcia miejscami są bardzo gwałtowne (czołówka), co też wywołuje dezorientację. Ale z kolejnymi odcinkami zaczyna pojawiać się drugie dno, zaś kilka scen (rozmowa z pracownikiem banku w ośrodku czy finałowy moment załamania) potrafi coraz bardziej uderzyć. Zwłaszcza ostatnie 10 minut, kiedy ta czwarta ściana staje się dla bohaterki obiektem niepożądanym, wręcz zaczyna przed nami uciekać. Ten moment zmienia kompletnie ton oraz wydźwięk całości.

fleabag1-2

Sama realizacja, gdzie wręcz dokumentalny sznyt miesza się z wręcz rwanym montażem. A wszystko wydaje się bardzo mocno trzymać przy ziemi, bez popadania w przerysowanie, szarże. Na swoich barkach trzyma to Waller-Bridge, która nie tylko napisała scenariusz, ale też gra główną rolę i jest absolutnie fenomenalna. Z jednej strony wydaje się pociągającym kociakiem, lecz jednocześnie jest bardzo zagubiona, szukająca tego, co wszyscy: miłości, stabilizacji oraz szczęścia. Z jednej strony wali prawdą po ryju, ale w tej twarzy malują się bardzo skrajne emocje i czuje tą postać od początku do końca. Do tego mamy świetny oraz bogaty drugi plan z bardziej lub mniej znanymi twarzami jak Olivia Coleman (matka chrzestna), Sian Clifford (rozedrgana Claire), pojawiająca się w retrospekcjach Jenny Rainsford (Boo, przyjaciólka) czy Hugh Dennis (kierownik banku).

fleabag1-4

Pierwsza seria „Fleabag” może początkowo wywołać dysonans, a główna bohaterka może nawet wydawać się porąbana. Ale im dalej w las, ten humor zostaje zepchnięty na dalszy plan, ustępując dramatowi. Wszystko jest odpowiednio wyważone, by w finale walnąć obuchem w łeb. Nie mogę doczekać się drugiej serii.

8/10

Radosław Ostrowski

Wzbierająca burza

Ileż było portretów Winstona Churchilla na małym i dużym ekranie? Ostatnio był choćby „Czas mroku” z niesamowitą kreacją Gary’ego Oldmana, lecz ja przypomnę pewną skromną produkcję telewizyjną od stacji HBO z roku 2002. Wszystko zaczyna się w roku 1934, kiedy Churchill został odstawiony na boczny tor. Partia go nie znosi (bo już ją zdradził) i izoluje, mieszka poza Londynem na prowincji, gdzie próbuje pracować nad książką o swoim przodku, lordzie Marlborough. Poza tym, próbuje dbać o swój majątek, maluje obrazy i chce jeszcze wpłynąć na sytuację polityczną Indii. Problem jednak w tym, że jego słowa odbijają się niczym o ścianę. Jednak nasz polityk skupia się na innym zagrożenie, jakiego nikt nie dostrzega – nazistowskie Niemcy, zaczynające łamać postanowienia traktatu wersalskiego. Churchillowi udaje się zyskać informacje od pewnego urzędnika MSZ.

wzbierajaca_burza1

Reżyser Richard Loncraine nie próbuje robić laurki premiera, ale skupia się bardziej na jego życiu prywatnym niż politycznej karierze czy walce. Co w przypadku tej postaci jest dość odświeżające i pozwala zdjąć ją z pomnikowego wizerunku. Sama fabuła skupia się na dwóch wątkach: relacji Winstona z żoną oraz współpracy polityka z Ralphem Ingramem, który przekazuje mu tajne raporty na temat Niemiec. Meldunki te ignorowane przez rząd Baldwina, stają się dla Churchilla szansą nie tylko do ostrzeżenia swoich krajan, ale także powrotem do politycznego życia. Obydwa te wątki zgrabnie się przecinają i dają szansę do pokazania bardziej ludzkiej twarzy przyszłego premiera.

wzbierajaca_burza2

Mimo, że znamy przebieg wypadków, film potrafi wciągnąć. Reżyser spokojnie opowiada znaną historię, jednocześnie potrafią pokazać jak bardzo ludzie przy władzy (nie bez przyczyny) zachowywali się wobec Hitlera tak, jak się zachowali. Tylko, czy obawa przed konfrontacją jest dobrym powodem do tych działań? Do zachowywania bierności oraz strachu? Historia dała już odpowiedź. Wszystko podane jest z humorem, zrealizowane solidnie, by pod koniec troszkę patosem przypieprzyć (troszkę za bardzo). Ale film ogląda się naprawdę dobrze, w czym pomaga dobrze napisany scenariusz oraz porządna realizacja.

wzbierajaca_burza3

Na wyższy poziom film wznosi aktorstwo. Churchilla gra Albert Finney i jest znakomity. Nie tylko dlatego, że nie potrzebuje kilogramów charakteryzacji, ale posiada tonę charyzmy. To nadal wyrazisty polityk, który nie boi się iść za swoimi przekonaniami, bywa choleryczny, humorzasty oraz pewny swoich racji. Ale jednocześnie jest to oddany mąż i lojalny przyjaciel. Świetnie partneruje aktorowi Vanessa Redgrave jako jego żona, która może i bywa potulna, ale potrafi też postawić na swoim (kwestia wyjazdu na parę miesięcy) i ujarzmić swojego męża. Choć na drugim planie nie brakuje świetnych aktorów jak Jim Broadbent, Tom Wilkinson czy Derek Jacobi, najbardziej wybija się Linus Roache w roli Ingrama. Jest to oddany urzędnik, który poważnie traktuje zagrożenie i w dobrej wierze zaczyna działać troszkę na granicy etyki, co wywołuje pewne wątpliwości. I to jest wygrywane bez cienia fałszu.

Jeśli ktoś spodziewał się przesłodzonej laurki dla Churchilla, to nie do końca ją tu znajdzie. „Wzbierająca burza” może i ma telewizyjny budżet, ale nie jest biedne, nudne kino. Spojrzenie na życie prywatne Churchilla pozwala zobaczyć tą postać z innej strony, zaś znakomity Finney przyciąga uwagę do samego końca.

7/10 

Radosław Ostrowski

Brexit: Dzika wojna

Chyba żadne inne słowo w 2016 roku nie wywołało takiego spustoszenia na Wyspach Brytyjskich jak Brexit. Referendum mające doprowadzić do najważniejszej decyzji w historii tego kraju zakończyło się zwycięstwem eurosceptyków, co wywołało wielką konsternację. Politycy do tej pory jeszcze tej żaby nie połknęli, ale bardziej interesujące jest jedno pytanie: jakim cudem do tego doszło? O tym opowiada brytyjska produkcja telewizyjna.

brexit1

Całą kampanię zorganizował niejaki Dominic Cummings. Nie znacie go? Ja też o nim nie słyszałem, bo jest to postać mocno działająca w cieniu. I to właśnie do niego przyszedł lobbysta Matthew Elliot oraz poseł Douglas Carswell, by pomógł poprowadzić eurosceptyków do zwycięstwa. Do tej pory kampanie polityczne czy referendalne na Wyspach były raczej prowadzone w sposób spokojny, wręcz elegancki. Jednak reżyser pokazuje działanie kampanii z perspektywy tych, którzy chcieli w końcu doprowadzić do wyjścia Brytanii z Unii. Tutaj dochodzi do zderzenia dwóch sposobów myślenia, czyli konserwatywnej, tradycyjnej formuły z wykorzystywaniem nowoczesnej technologii (algorytmy informatyczne, łączenie Facebooka i Twittera z precyzyjnymi mailami). I to bardzo pięknie pokazuje, jak bardzo łatwo można manipulować faktami, materiałami oraz ograniczeniem wszystkiego do prostych, chwytliwych haseł – jak zresztą przy każdym referendum. Zaś politycy tutaj, nawet jeśli są przekonani o słuszności swoich działań, są pozbawionymi jakiegokolwiek planu kretynami.

brexit2

Reżyser potrafi przykuć uwagę widza, nawet przy korzystaniu skomplikowanych terminów, w czym zdecydowanie pomaga świetny, bardzo rytmicznym montaż. Pod tym względem miałem skojarzenia z „Big Short”, gdzie dialogi, złośliwości, ironii zderzone z kontrastowymi scenami (nie tylko w finale) tworzą prawdziwą mieszankę wybuchową. Na dłoni widać, jak bardzo łatwo można manipulować naszymi emocjami, wątpliwościami, lękiem. Cała kampania to niemal starcie serca z rozumem, co dobitnie pokazuje próba przeprowadzenia badania na wybranej grupie ludzi przez reprezentantów społeczeństwa. Nawet napisy końcowe są w stanie doprowadzić do kilku konsternacji, pokazując brudne zagrywki kampanii politycznej.

Pojawiają się znane postaci ze sceny politycznej jak Boris Johnson (burmistrz Londynu), Nigel Farrage (szef UKIP) czy premier David Cameron. Ale tak naprawdę tutaj liczy się Cummings zagrany przez rewelacyjnego Benedicta Cumberbatcha. Lekko łysiejący mężczyzna, będący mieszanką inteligencji, arogancji oraz pewności siebie początkowo może wydawać się kreacją przypominającą poprzednie dokonania aktora. Ale jednocześnie nadal posiada kilogramy charyzmy, przez co nie można (nadal) oderwać od niego oczu, napędzając całą akcję.

Może i widać telewizyjny budżet, jednak „Brexit” wsysa do końca, pokazując kolejny raz, jak bardzo łatwo swoimi wyborcami można manipulować. No i że nie zawsze za każdą dobrą ideą stoi człowiek z planem.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

The ABC Murders

Każdy fan kryminałów prędzej czy później natknie się na powieści Agathy Christie. Postacie panny Jane Marple i Herculesa Poirota stały się częścią popkultury, tworząc wiele wersji tych postaci. Pod koniec roku 2018 brytyjska BBC postanowiła (zgodnie z paroletnią tradycją) przenieść w formę miniserialu kolejną powieść brytyjskiej mistrzyni kryminałów. Ale pierwszy raz spotykamy się z Poirotem.

Jednak tym razem nasz detektyw troszkę poszedł w odstawkę. Czasy swoje wielkiej chwały i świetności minęły dawno (jest rok 1933), dodatkowo jako cudzoziemiec bywa nielubiany przez rodowitych Brytyjczyków, mimo pełnej asymilacji. Nie jest już przez nikogo zatrudniany i w zasadzie pozostaje tylko czekanie na śmierć. Aż tu nagle dostaje list od niejakiego A.B.C., który grozi, że zacznie zabijać i jedynie nasz detektyw będzie w stanie go powstrzymać. Co gorsza, zabójca sprawia wrażenie osoby, która naszego Belga zna więcej niż dobrze. Policja jednak sprawę ignoruję, zaś inspektor Japp przeszedł na emeryturę. Kiedy jednak sprawca dotrzymuje słowa, Poirot podejmuje się (troszkę na własną rękę) poprowadzić śledztwo. A wszystko się zaczęło, gdy do pewnego małego hoteliku trafia pan Cust. Alexandre Bonaparte Cust.

abc1

Tym razem scenarzystka Sarah Clarke zmierzyła się z niemal ikoniczna postacią, troszkę zmodyfikowała przy fabule (odstępstw jest dość sporo, ale nie kłują mocno w oczy – z pewnymi wyjątkami) i zrobiła solidny, bardzo mroczny kryminał. Jednak twórcy serwują pewną sztuczkę: od razu poznajemy sprawcę i ważniejsza jest tutaj psychologiczna rozgrywka. Taka zabawa w kotka i myszkę między Poirotem a zabójcą, sprawiającym wrażenie psychopaty. A jednak nie brakuje tutaj kilku wolt, które wywracają całą intrygę do góry nogami. Same zbrodnie (w większości) dzieją się poza ekranem, a my widzimy jedynie trupy pełne krwi. Jednocześnie dość wiernie odtworzono realia epoki – film zachwyca scenografią, kostiumami oraz kilkoma sztuczkami montażowymi (sceny pisania listów, gdzie każde uderzenie maszyny brzmi jak strzał z karabinu), dodającymi atrakcyjności. W ogóle montaż parę razy wprowadza w pole,

abc2

Ale żeby nie było tak słodko, to muszę się do paru rzeczy przyczepić. Po pierwsze, samo zawiązanie intrygi trwa dość powoli, przez co pierwszy odcinek troszkę mnie wynudził. Na szczęście z czasem zaczyna nabierać impetu, by w finale zaskoczyć (na szczęście). Po drugie, parę razy zostaje tutaj wpleciony (za pomocą ulubionego narzędzia filmowców, czyli łopaty) kwestia imigrantów oraz nietolerancji Brytyjczyków wobec nich. Jeszcze ta wrogość jest podsycana przez media. Po trzecie (i chyba najważniejsze) zostają wplecione sceny z przeszłości Poirota, czyli przed trafieniem do Anglii w 1914. Z jednej strony rozumiem ten zabieg, bo chodziło o pogłębienie psychologicznego portretu naszego detektywa, ale samo wyjaśnienie tej tajemnicy nie było mi do szczęścia potrzebne. No i troszkę mnie rozczarowało (powiedziałbym coś więcej, ale to mi nie przejdzie przez gardło), przez co byłem zdumiony.

abc3

Początkowo wybór Johna Malkovicha do roli Poirota wydawał mi się niedorzeczny. Nie zrozumcie mnie źle, bo to świetny aktor, ale ten detektyw tak kojarzy się z brytyjską kulturą, że automatycznie wyobraża się w tej roli mieszkańca Albionu. Jednak sama interpretacja oraz pomysł na tą postać jest znakomita. Amerykanin bardzo dobrze pokazał pewne zmęczenie oraz wręcz wegetację Poirota, który nie stracił swoich umiejętności dochodzeniowych. Jest jak mędrzec, który widział wiele, ale jednocześnie jest w nim coś mrocznego (mocno to pokazuje scena rozmowy z księdzem). Szkoda, ze dopowiedzieli tą tajemnicę. Mimo, że zrezygnowano z jego charakterystycznych wad (próżność, przywiązanie do symetrii), pozostawiono jego ironiczne poczucie humoru. Drugim zaskoczeniem jest Rupert Grint w roli młodego inspektora Crome’a, dzięki czemu udaje się odciąć od znanej kreacji z pewnej serii o czarodzieju z blizną. Aktor świetnie sobie radzi w roli zarozumiałego, pewnego siebie buca, który powoli zaczyna dostrzegać w Belgu sojusznika, a nie wroga. Ta relacja jest jedną z przyjemniejszych rzeczy na ekranie, choć troszkę za mało panowie mieli wspólnych scen. Równie imponującą robotę robi Eamon Farren jako tajemniczy pan Cust, który wydaje się być pozornie miłym dżentelmenem, lecz skrywa pewną tajemnicę. Poza tym jest jeszcze parę ciekawych postaci drugoplanowych, które zapadają w pamięć jak właścicielka motelu (Shirley Henderson), przywiązana do luksusu panna Grey (Freya Mavor) czy chorująca lady Clarke (Tara Fitzgerald).

Powiem szczerze, że serial „ABC” jest porządnie wykonanym miniserialem, który proponuje inne spojrzenia na postać Poirota, troszkę przypominając „Pana Holmesa” z Ianem McKellenem w roli główniej. Bardziej skupia się na psychice bohatera, chociaż intryga kryminalna też potrafi wciągnąć, mimo pewnych potknięć.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Skandal w angielskim stylu

Skandal i władza to połączenie, które zawsze przyciągało ludzi niczym sępy żer. Nie inaczej się działo się w 1979 roku, gdy doszło do procesu. Oskarżonym był były szef Partii Liberalnej, Jeremy Thorpe, a oskarżycielem był mało znany Norman Scott – homoseksualista, z którym polityk miał romans. Thorpe’a oskarżono o spisek i podżeganie do zabójstwa. Jak do tego doszło? O tym postanowił dla BBC opowiedzieć Stephen Frears. A wszystko zaczęło się w 1962, gdy Thorpe powoli zaczynał rozkręcać swoją karierę w partii i swojemu przyjacielowi, postanowił opowiedzieć o początkach związku. Zapalnikiem był bardzo szczegółowy list do matki Thorpe’a.

very_english_scandal1

Reżyser w krótkiej formie – bo mamy tylko trzy odcinki po niecałej godzinie – rekonstruuje przebieg wydarzeń, pokazując wszystko z obydwu perspektyw – Thorpe’a oraz Scotta: od pierwszego spotkania przez odrzucenie, oskarżeń na policję (to były czasy, gdy pederastia były nielegalna) aż do próby morderstwa. I obydwaj bohaterowie muszą się zderzyć z reperkusjami wydarzeń, jakie następowały – ukrywanie swojej orientacji (poza wąskim gronem przyjaciół), osobiste dramaty aż do konfrontacji w sądzie. Frears wiernie odtwarza przebieg wydarzeń, zaś obaj bohaterowie sprawiają wrażenie dość antypatycznych, bo pierwszy jest politykiem (a jak wiadomo politycy to kłamcy, oszuści i ludzie jakim ufać nie należy w żaden sposób), drugi jest mitomanem, nieudolnym szantażystą oraz nie radzącym sobie z emocjami gościem. I ja mam takie prowokacyjne pytanie: komu wierzycie?

very_english_scandal2

Czas bohaterów jest rozdzielony po równo, a mimo obecności wielu postaci, nie miałem poczucia dezorientacji, chaosu czy gubienia się w poszczególnych wydarzeniach. Skutecznie wykorzystywany montaż równoległy, pokazuje bardzo silną więź tych postaci oraz jak wiele ich ze sobą łączy (utrata partnerów, radzenie z tożsamością seksualną), zaś napięcie powoli jest podkręcano z sekundy na sekundę jak w scenach próby zabójstwa czy finałowym procesie, który okazał się jedna, wielką kpiną (sami zobaczycie dlaczego).

very_english_scandal3

Wrażenie robi też scenografia, odpowiednio dobrana muzyka, kostiumy, pojazdy. Czuć, ze to lata 60. oraz 70., chociaż mentalność oraz sposób działania wyższych sfer mają charakter bardziej ponadczasowy. Jednak Frears nie piętnuje żadnej ze stron – przynajmniej wprost – a pokazuje Thorpe’a i Scotta jako ludzi czasem zagubionych, żałosnych, naiwnych, ale gdy wymaga tego sytuacja nawet bezwzględnych. Zaś wiarygodność tych postaci budują rewelacyjne role Hugh Granta oraz Bena Whishawa. Ten pierwszy przeżywa wręcz drugą młodość, coraz bardziej zaskakując swoim rzadko wykorzystywanym warsztatem – od męża i ojca, ukrytego homoseksualisty (krótka scena, gdy obrońcy opowiada o swoich doświadczeniach) aż po bezwzględnego, pewnego siebie polityka z troszkę lisim wyrazem twarzy. Dla niego reputacja jest ważniejsza niż prawda, dążąc do tego celu wręcz po trupach. Whishaw jako Scott jest jego przeciwieństwem – początkowo rozedrgany, nie do końca stabilny, troszkę, jakby to ująć, zniewieściały, zaczyna przechodzić ewolucję, nabiera pewności siebie (oskarżenie na komisariacie czy przesłuchanie w sądzie) i zaczyna akceptować to, kim jest. I to są prawdziwe petardy, spychające wszystkich na dalszy plan, choć reszta obsady też gra bardzo dobrze (jak Alex Jennigs, Michelle Dotrice czy Adrian Scrborough).

very_english_scandal4

Jeśli ktoś się spodziewał kolejnego „House of Cards”, to musi się rozczarować. Ta mieszanka dramatu, kryminału, polityki i kina obyczajowego sprawdza się zaskakująco dobrze, a Frears przypomina, że nadal ma w sobie pazur. Ten skandal jest zaiste w brytyjskim stylu, czyli elegancko pokazany, ale w żaden sposób nie próbuje wybielić czy oczernić.

8/10

Radosław Ostrowski