Opiekunka: Demoniczna królowa

Pierwsza „Opiekunka” wzięła mnie z zaskoczenia. Mieszanka krwawej komedii z opowieścią o wyrywaniu się z dzieciństwa i wchodzeniu w wiek nastoletni dała mi masę frajdy. B-klasowy sznyt, samoświadomość i dużo humoru podziałały jak trzeba. Tym bardziej byłem zdziwiony, że było to dzieło McG, którego wielkim fanem nie byłem. No i pojawiły się wieści, że Netflix robi sequel. Nie powiem, czekałem i… o mój Boże. Jest więcej, bardziej oraz równie fajnie jak w jedynce.

Minęły dwa lata, a nasz Cole chodzi do liceum, gdzie traktowany jest jak wariat. Nikt nie wierzy w to, co się wydarzyło poprzednio. Że opiekunka razem z demonami należała do sekty i potrzebowano jego krwi, by spełnić swoje największe marzenia. Jedyną osobą wspierającą go jest blondwłosa Melanie. W szkole pojawia się jeszcze nowa, jeszcze bardziej wyobcowana Phoebe. Na wieść, że rodzice chcą go umieścić w psychiatrycznym liceum chłopak decyduje się na wagary z Melanie. Płyną łódką gdzieś na odległa wyspę (razem z kumplami) i okazuje się, że… Melania zawarła pakt z diabłem. No i trzeba krwi prawiczka, by wszystko doszło do skutku. Czyli wszystko zaczynamy od początku, jednak bohater ma wsparcie w postaci przypadkowo pojawiającej się Phoebe.

McG realizuje wszystko zgodnie z zasadą pradawnego amerykańskiego boga Box-Office’a. Jest inna lokalizacja, ale (prawie) ci sami bohaterowie. Jest więcej krwi, troszkę bluzgów oraz porąbanych pomysłów realizacyjnych. Zupełnie jakbym oglądał teledysk czy grę komputerową (scena walki jeden na jeden żywcem wzięta z jakiejś bijatyki): pojawiające się napisy, sceny retrospekcji dotyczące naszych złoli, w tle wpleciona muzyka z lat 70. i 80. (m.in. Focus, Jefferson Airplane czy Tangerine Dream), popkulturowe odniesienia w dialogach (bo nastolatkowie oglądają stare filmy i uczą się z nich) oraz groteskowe sceny zgonów. Wszystko w bardzo krzywym zwierciadle, z chwilami na złapanie oddechu oraz przewrotnym finałem.

W zasadzie mam jeden poważny problem, bo całość jest aż za bardzo przerysowana, szalona i chcąca być cool. W paru momentach jest tego aż za dużo, przez co można wybić się z seansu. I tylko dlatego dwójka jest filmem utrzymującym poprzednika, ale go nie przebijającym. Aktorzy wydają się wiedzieć, w co weszli i bawią się świetnie na planie, balansując między powagą a zgrywą. Ale czego kompletnie się nie spodziewałem, to pojawienie się Samary Weaving pod sam koniec jako cameo. Zaś starzy znajomi (m.in. Judah Lewis, Bella Thorne i Robbie Amell) nie sprawiają wrażenia znudzonych.

Druga „Opiekunka” nie jest w żadnym wypadku odgrzewanym kotletem, ale równie szaloną, zabawną, krwawą komedią dla nastolatków. Prosta, bezpretensjonalna zabawa konwencją jakiej troszkę na dzisiejsze czasy potrzebujemy.

7/10

Radosław Ostrowski

Laleczka

Choć nie oglądałem wcześniej laleczki Chucky, sama postać była mi znana. Stworzona przez Dona Manciniego (ten cykl nadal jest tworzony) istota, czyli lalka z duszą seryjnego mordercy istnieje od końca lata 80., postanowiono stworzyć tą postać kompletnie od nowa i dostosować do czasów współczesnych. Jak sobie z tym poradził reżyser Lars Klevberg?

laleczka1

Sama historia jest prosta, a jej bohaterem jest Andy – chłopak niedosłyszący. Nie ma przyjaciół, mieszka z matką, jednocześnie niedawno się przeprowadzili do nowego lokum. I dlatego ma pewne problemy z adaptowaniem się w nowym otoczeniu. Matka pracuje w markecie przy punkcie obsługi klienta, gdzie są sprzedawane m.in. lalki Buddy, będące towarzyszami oraz najbliższymi przyjaciółmi rodziny. Kiedy jedna z uszkodzonych lalek trafia do zwrotu, kobieta zabiera ją do domu i daje ją synowi. Problem w tym, że lalka została uszkodzona, a wszelkie zabezpieczenia (przemoc, bluzgi) zostały poluzowane w fabryce w Wietnamie. A to oznacza jedno: będzie rzeź.

laleczka2

„Laleczka” (Chucky w tytule wyleciał) w zasadzie można określić mianem klasycznego slashera, okraszonego czarnym humorem. Tylko, że tutaj inaczej są rozkładane akcenty. Tutaj lalka nie jest opętana, tylko wadliwa. Dla niej znaczenie przyjaźni aż po grób ma charakter wręcz toksyczny. Przyjaźń aż po grób, bez dzielenia się z nikim innym, traktując każdego jak potencjalne zagrożenie. A że jeszcze ma dostęp do technologicznych cacek od swojej firmy (telefon, samochód, telewizor), czyni go bardziej przerażającego i niebezpiecznego. Dodajmy do tego głos Marka Hamilla jako Chucky’ego i będziemy mieli komplet. Sama opowieść nie jest skomplikowana, ale w tej prostocie jest tutaj siła.

Wizualnie przypomina troszkę filmy z lat 80., gdzie gra światłem oraz kolorami jest bardzo istotna. I nieważne, czy jesteśmy w mieszkaniu, na zewnątrz domu czy w zaciemnionym supermarkecie. Tutaj udaje się zbudować poczucie niepokoju i zagrożenia, zaś zgony są jednocześnie krwawe, brutalne oraz zabawne (akcja z dozorcą). Czuć tutaj troszkę inspirację „Stranger Things” (para dzieciaków, których poznaje Andy), a w tle gra muzyka oparta na syntezatorach.

laleczka3

Pod względem aktorskim jest tutaj naprawdę solidnie. Błyszczy Gabriel Bateman w roli Andy’ego, potwierdzając, że nie ma złych aktorów dziecięcych na terenie USA. i tworzy bardzo zgrabny duet z Aubrey Plazą, czyli matką. Ta relacja jest pokazana bardzo wiarygodnie, choć na początku miałem problem z uwierzeniem, że taka młoda dziewczyna może być matką. Humor wnosi tutaj Brian Tyree Henry w roli sąsiada-policjanta, a także dość pokręcony duet Kristin York/Ty Consiglio, czyli parka przyjaciół, pomagających później naszemu bohaterowi.

Nowa „Laleczka” wygląda jak jeden z bardziej wariackich odcinków „Czarnego lustra”, wzięty w sztafaż slasherowej rzezi z czarnym humorem. A jednocześnie nie obraża inteligencji widza, klisze gatunkowe traktuje mniej serio i jest zwyczajnie fajnym straszakiem. Czekam na ciąg dalszy, który zapewne nastąpi.

7/10

Radosław Ostrowski

Śmierć nadejdzie dziś 2

Kiedy usłyszałem o planie kontynuacji „Śmierć nadejdzie dziś” byłem więcej niż sceptyczny. No bo pętla wobec Tree została przerwana, morderca zabity, więc co należałoby wymyślić do stworzenia tej kontynuacji? I pozornie reżyser Christopher Landon znajduje wyjście, choć pierwsze paręnaście minut wydaje się prostym pomysłem przeniesienia pętli na kogoś innego. Ale jednak po kolei.

smierc nadejdzie dzis 2-2

Na początku bohaterem jest jeden ze studentów, Azjata Ryan. Razem z kumplami stworzył maszynę zwaną Suzi – reaktor kwantowy. Po samoczynnym wystrzeleniu wynalazku, który doprowadza do paru zniszczeń dziekan zamyka projekt. A potem chłopak zostaje zamordowany przez gościa z maską bobasa. I budzi się tego samego dnia, czyli 19 września. Ryan opowiada Carterowi i Tree, co się stało, a dziewczyna (co sama przeżyła czasową pętlę) decydują się mu pomóc. Udaje się schwytać mordercę, którym jest… Ryan z innego wymiaru. Ten mówi, że trzeba zabić swojego dublera, bo inaczej pętla się nie zamknie. Przestraszony oryginał odpala Suzi, co doprowadza do sytuacji, że Tree… budzi się 18 września. Czyli wraca do sytuacji z pierwszej części, tylko że… w innym wymiarze.

smierc nadejdzie dzis 2-1

Jeśli oczekujecie więcej horroru (a dokładnie slasherowej wersji „Dnia świstaka” 2.0), to nie macie czego szukać. Nadal jest to samoświadoma czarna komedia, gdzie widzimy dość zaskakujące i rozbrajające momenty zgonów Tree. Tylko, że nadbudowa przypomina jeden odcinek „Teorii wielkiego podrywu”, gdzie grupka nerdów próbuje naszej bohaterce wrócić do swojego wymiaru. Czyli taki uwspółcześniony „Powrót do przyszłości 2”. Niby jesteśmy u siebie, lecz pewne elementy są tutaj inaczej poprowadzone. Wracają stare elementy (morderca w masce, zbrodniarz w szpitalu i starzy znajomi), jednak klocki są tutaj inaczej poukładane, co daje pewnej świeżości. Nadal mamy tutaj fajnie poprowadzone napięcie (wariacje scen w szpitalu czy pulsujący), nie brakuje paru niespodzianek oraz wolt.

Jednocześnie mamy przebijające się pytanie o możliwość wyboru między przeszłością a teraźniejszością. Czy chcielibyście jeszcze raz spotkać osoby zmarłe w wersji żywej, ale w nie swoim życiu, czy może jednak żyć tak jak jest? Ale to jest przede wszystkim dobra rozrywka i takie refleksje są niejako mimo woli rzucane.

smierc nadejdzie dzis 2-3

Dawno się nie uśmiałem na horrorze i to w sposób zamierzony. Bohaterowie nadal są sympatyczni i fajnie zagrani ze świetną Jessicą Rothe na czele, zaś finałowa scena po napisach sugeruje ciąg dalszy. Ten sequel idzie w zupełnie innym kierunku niż można się było spodziewać i to dla mnie plus. Jest lepiej poprowadzony, śmieszy oraz sama historia jest ciekawsza.

7/10

Radosław Ostrowski

Tau

Sama historia zaczyna się banalnie. Julia jest młodą dziewczyną, która okrada innych i prostytuuje się. Ale po jednej z akcji zostaje zaatakowana i uśpiona. Kiedy się budzi, ma zakneblowane usta, związane ręce i nogi. I jest w jakiejś celi, próbując ogarnąć o co tutaj chodzi. Kim jest tajemniczy mężczyzna, dlaczego ma dziwne coś na karku. Po pewnej udanej próbie wyrwania z celi okazuje się, że znajduje się w domu należącym do naukowca, wykorzystującego tytułowego Tau – prototyp sztucznej inteligencji. Zaś dziewczyna ma wykonywać testy, by rozwinąć AI.

tau2

Kolejne cudadło od Netflixa, idące ku SF. Choć punkt wyjścia może troszkę przypominać „Cube” (zamknięta przestrzeń) czy „Ex Machinę” (relacja człowiek-maszyna), ale nie ma ambicji żadnego z tych. To ma być trzymający w napięciu thriller, w którym bohaterka próbuje uciec. Prowadzona jest ciągle gra między bardzo wycofanym Alexem a próbującą korzystać ze sprytu Julią. Gdzieś pośrodku jest Tau. Maszyna niby zaawansowana i bezwzględnie posłuszna Alexowi, ale jednocześnie izolowana od świata. Nie wiedząca o nim absolutnie nic, co może być pewnym atutem. Ale kto tu kogo oszuka i kto wygra. A kto zginie? Technologia wydaje się być tylko dodatkiem, tłem dla całej intrygi. A kiedy wydaje się, że wszystko łatwo pójdzie, to nie. Pojawia się parę niespodzianek (część jest przewidywalna), finał może wydawać się zbyt spektakularny, niemniej seans jest zaskakująco dobry.

tau1

Wrażenie robi scenografia, tworząca mocno futurystyczny klimat, zaś szczególnie gra oświetleniem. Kiedy jest poczucie zagrożenia, kolory są mocniejsze. Trudno się przyczepić do spraw technicznych, bo to jest bardzo porządnie wykonane. Efekty specjalnie nie kłują mocno po oczach i są wykonane dobrze. Także aktorstwo jest tutaj wykonane solidne. Więcej do pokazania ma Maika Monroe, próbująca wyrwać się z pułapki wszelkim możliwym sposobem. Problemem może być tutaj bardzo wycofany Ed Skrein – zbyt trudno do ugryzienia, ale nie idący w karykaturę. Klasyczny złol, działający dla tzw. wyższego celu. Za to kompletnie zaskoczył mówiący delikatnym głosem Gary Oldman w roli tytułowej – sztuczna inteligencja o wrażliwości dziecka, pragnące bardziej poznać świat. Zmuszony jest jednak do złych czynów, zaś więź między nim a Julią mocno go zmienia.

tau3

W dniu premiery „Tau” został ostro skrytykowany. Ale to tak naprawdę bardzo solidny thriller ze sztuczną inteligencją w tle. Można było troszkę rozwinąć tło, lecz efekt jest satysfakcjonujący.

7/10

Radosław Ostrowski

Rebel in the Rye

Filmy o pisarzach mogą dla wielu być niezbyt interesującym materiałem, bo jak pokazać proces twórczy, skoro nasi autorzy tylko skrobią coś ołówkiem, długopisem oraz ewentualnie na maszynie. Ale nie znaczy to, że nie da się zrobić ciekawej biografii pisarza, bo jego losy mogą być inspiracją dla jego dzieł. I o jednym taki twórcy jest „Rebel in the Rye”, który nie trafił do polskich kin. A szkoda, bo to bardzo interesujące dzieło.

rebel_in_the_rye1

Czy czytaliście taką książkę „Buszujący w zbożu” niejakiego Jerome’a Davida Salingera? Bo ja nie miałem okazji ani w szkole, ani w dorosłym życiu. A jaki był sam autor? Cały film można podzielić na dwie części, gdzie punktem zwrotnym jest rok 1945. Gdy poznajemy J.D., przebywa w szpitalu psychiatrycznym, otępiały, przybity i wyniszczony psychicznie po tym, co zobaczył podczas wojny od lądowania w Normandii aż do wyzwolenia obozu koncentracyjnego. I wtedy po raz pierwszy pada nazwisko Holdena Caulfielda, a następnie cofamy się do roku 1939, gdy przyszły autor chce podjąć swoich sił jako literat. Syn handlarza serem, wspierany przez matkę decyduje się zapisać na kurs literatury prowadzony przez Whita Burnetta. To zdarzenie staje się pierwszym przełomem, a reżyser Danny Strong skupia się na dwóch wątkach: samym autorze, jego emocjach i przeżyciach oraz pokazywanie sensu pracy twórczej, rozwijania warsztatu, dbania o uczciwość wobec siebie. A druga część to próba poskładania się do kupy, realizacja swojego opus magnum oraz… życie tuż po.

rebel_in_the_rye2

Sam film może sprawiać (zwłaszcza w drugiej części) wrażenia bardzo skrótowego, pokazującego wydarzenia z kilku lat w ciągu paru minut, bez informowania nas o tym. Na mnie największe i najciekawsze dostajemy na początku, czyli relacja Salingera z Burnettem, który staje się dla niego mentorem, w pewien sposób zastępując ojca. Wtedy film nabiera rumieńców, dostarczając kopa. Sam wątek wojenny jest pokazany w kilku scenach, jednak jego reperkusje dotykają aż do samego końca. Próby wyrwania się z wojennych koszmarów doprowadzają nie tylko do napisania „Buszującego w zbożu”, ale też do większego wyalienowania wobec świata. Czy to musi być cena za tworzenie swojego dzieła? Reżyser w tym przypadku pokazuje, że może tak być, jednak cały czas próbuje zrozumieć swojego bohatera.

rebel_in_the_rye3

Pisarz ma tutaj twarz Nicolasa Houlta, który bardzo dobrze poradził sobie z budowanie zagubionego outsidera, konsekwentnie walczącego o realizację swoich pasji. Rzadko sobie pozwala na wylewanie emocji, mieszając strach, wątpliwości, ale także upór w dążeniu do celu, na własnych warunkach. To bardzo złożona, intrygująca kreacja. Na tym samym poziomie wchodzi Kevin Spacey (czy może powinienem napisać Kevin S.?) w roli Burnetta, spełniający się w roli mentora, budząc uznanie od pierwszego zdania. Chociaż wygląda niepozornie (sweterek, okulary), ma w sobie większą siłę, przekonując swoim doświadczeniem, co aktorowi zawsze wychodziło bez problemu. Drugi plan zawłaszcza Sarah Paulson (wydawca Dorothy Olding), tworząc sympatyczną wspólniczkę oraz śliczna Zoey Deutch (Oona O’Neill – pierwsza miłość pisarza), dodając smaczku.

Film Danny’ego Stronga może nie jest przełomową biografią literacką, ale potrafi wciągnąć i pokazuje inną stronę pracy pisarza. Nie brakuje zarówno stylowych zdjęć czy rekonstrukcji okresu lat 40. oraz 50., świetnie budującej klimat muzyki oraz wspaniałych kreacji duetu Hoult/Spacey. Bardzo solidnie opowiedziany, gdzie nawet ta skrótowość nie przeszkadza stworzeniu wiarygodnego portretu psychologicznego bohatera.

7/10

Radosław Ostrowski

Śmierć nadejdzie dziś

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że budzicie się w dzień swoich urodzin. Po przebudzeniu czujesz się jakbyś był sparingpartnerem braci Kliczko, pamięć dnia wczorajszego praktycznie nie istnieje i jesteś aroganckim bucem. A że masz dziś urodziny, przypomina ci dzwonek telefonu i jakoś młody, pryszczaty gnojek. Wieczór zapowiada się na fajną imprezę, ale pojawia się osobnik w masce twarzy bobaska i wbija ci nóż. Lecz zamiast skończyć w kostnicy, otwierasz oczy i masz poczucie deja vu. Znowu ten sam pokój, ten sam chłopak, ten sam dzwonek. Co tu się wyrabia?

happy_death_day1

Pomysł z „Dnia świstaka”, czyli zapętlenia jednego dnia non stop, jest sam w sobie świetny. Był w komedii (w/w), był film wojenny („Na skraju jutra”), teraz przyszła pora na film horror und groza. Film Christophera Meloni wykorzystuje koncept umierania aż do nieskończoności, by ugrać dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, by poprowadzić grę z widzem w kwestii tożsamości mordercy, będącego ciągle o krok przed naszą Tree. Kim jest? Dlaczego to robi? To, jak reżyser podrzuca tropy (maski porozrzucane, obecność seryjnego mordercy w szpitalu uniwersyteckim), robi wrażenie, ale twórcy nie traktują tego tytułu absolutnie poważnie. Elementy horroru (nieznany morderca, pomysłowe zgony, sceny filmowane nocą czy budująca napięcie muzyka) bardziej pasują choćby dla serii „Krzyk”, stanowiąc dodatkowe źródło humoru i pokazując cudzysłów całego przedsięwzięcia. Właśnie, humor tutaj oparty jest i na ironicznych tekstach, wykorzystaniu repetycji, nawet zachowania Tree w sytuacji sam na sam z mordercą polegających na krzyczeniu oraz uciekaniu przed delikwentem.

happy_death_day2

Z drugiej strony to młodzieżowa historia dziewczyny, dla której szansa ponownego przeżywania tego samego dnia staje się szansą do zmierzenia się z samą sobą oraz zmianą pewnych postaw. O dziwo, przemian z imprezowej, zołzowatej jędzy w fajną dziewuchę jest przekonująca, mimo pozornie absurdalnego założenia, dając sporo satysfakcji. Nawet bardziej poważniejsze wątki związane ze stratą matki i relacją z ojcem, nie są zbyt przeszarżowane, o co byłoby bardzo łatwo.

happy_death_day3

Postawiono tutaj na kompletnie nieznane twarze i to był kolejny strzał w dziesiątkę. Aktorzy grają dobrze, nawet z pewnym luzem (świetna jest Jessica Rothe, wyglądająca jak młodsza siostra Blake Lively) i dystansem, wpasowując się do konwencji horroru z przymrużeniem oka.

happy_death_day4

To lekkie i bardzo przyjemna rozrywka, stanowiąca zgrabną zabawę konwencją horroru. Choć bywały znacznie zabawniejsze („Zombieland”, „Krzyk”) albo znacznie bardziej makabryczne („Martwica mózgu”) i mimo wykorzystania klisz z kina młodzieżowego (romans z nauczycielem, grupa zrzeszająca chude laski, nerdy, sexy chłopak), film Meloniego daje wiele frajdy oraz satysfakcji. Jak dobrze przygotowany drink.

6,5/10

Radosław Ostrowski

10 Cloverfield Lane

Michelle jest zwykłą młodą kobietą. Poznajemy ją w momencie, gdy wyprowadza się od swojego chłopaka. Zabiera swoje rzeczy i odjeżdża w siną dal, wtedy dochodzi do wypadku. Kiedy kobieta się budzi, jest przykuta do łańcucha, ma wbitą kroplówkę i jest lekko posiniaczona. Początkowo myśli, że padła ofiarą jakiegoś fana „Piły”, który ją porwał, głodził, by na końcu zabić. Ale Howard staje się jej opiekunem i mówi, że doszło do ataku – kosmici, Rosjanie, Chińczycy – diabli wiedzą, jedno jest pewne: nie jest bezpiecznie poza schronem Howarda, gdzie przebywa jeszcze jeden lokator.

10_cloverfield_lane1

Fabuła może brzmieć jak do jakiegoś filmu klasy B, jednak debiutujący Dan Trachtenberg wie, jak skromnymi środkami zbudować aurę niepewności, grozy i suspensu. Chciałbym wam powiedzieć więcej o fabule, ale jest tutaj tyle wolt i zaskoczeń, że opowiedzenie o jakiejkolwiek z nich zepsuje frajdę z seansu. Nawet pozornie spokojna rozmowa może zmienić się w walkę o przetrwanie – minimalistyczna przestrzeń tylko potęguje poczucie obcości, mimo wrażenia potulnej przestrzeni. Są tutaj, gry, filmy na video, początkowy sceptycyzm, zmieniony w prawdziwy strach. Dzieje się tu wiele, a nawet prosta naprawa filtra doprowadza do kolejnych zagadek, tajemnic – wszystko tutaj powoli i stopniowo jest odkrywane, by pod koniec uderzyć. A otwarte zakończenie sprawia, że mam ochotę czekać na dalszy ciąg (bo pewnie będzie, prawda?).

10_cloverfield_lane2

Dodatkowo jest to świetnie zagrane, chociaż wydawałoby się, że nie ma tu zbyt wiele pola do popisu. Mary Elisabeth Winstead bardzo przekonuje w roli delikatnej, zmuszonej do oswojenia się z rzeczywistością Michelle, przez co łatwo się z nią identyfikować. Przemiana w najtwardszą sucz pokazana jest bez udziwnień oraz komplikacji, jednak tak naprawdę jest to popis Johna Goodmana, który jest rewelacyjny. Howard to postać bardziej złożona niż się nam to wydaje – ex-żołnierz z obsesjami na punkcie teorii spiskowych, może sprawiać wrażenie wariata, ale tak naprawdę skrywa się za tym twardziel, nie znoszący sprzeciwu, mogący wybuchnąć pod byle pretekstem. Objawienie po prostu.

10_cloverfield_lane3

„10 Cloverfield Lane” zapowiada się jakby fragment większej całości, którą dopiero będziemy odkrywać. Świata, który może fascynować, intrygować i zaskakiwać. Obok „Deadpoola” to największa niespodzianka tego roku – mam nadzieję, że nie ostatnia.

8/10

Radosław Ostrowski

Knights of Badassdom

Wiecie co to jest LARP? Ja się dowiedziałem przed chwilą – polega to na graniu w „realu” w gry RPG. Wiecie, czarodzieje, rycerze, demony i takie tam. Jest takich trzech kolesi, którzy lubią się w to bawić. Joe pracuje w warsztacie samochodowym, choć chciałbym grać metal. Jakby tego było mało, kobieta go rzuciła. Hugh jest kurduplowatym wojownikiem, zaś Eric bawi się jako czarodziej. Ale cała może wziąć w łeb, kiedy Eric przypadkowo wywołuje demona z księgi. Takiego prawdziwego, a to się może skończyć w jeden sposób – krwawą łaźnią.

badassdom1

Co wyjdzie, gdy zmieszamy ze sobą fantasy, komedię i horror? Właśnie coś takiego. Niejaki Joe Lynch, który wcześniej nakręcił takie wybitne filmy jak „Droga bez powrotu 2” czy „Maraton filmów grozy” postanowił przyjrzeć się LARP-owcom, czyli osobom tak jarającym się RPG-ami, że postanowili je przenieść do prawdziwej rzeczywistości. Więc jest tu obowiązkowy Mistrz Gry, który prowadzi rozgrywkę, przywiązanie do stroju (wiadomo, zbroje, kolczugi, miecze itp.), broni (głównie plastikowych imitacji niż prawdziwych stalowych ostrzy), a nawet mowy. To musi robić wrażenie i robi. Sama historia nie jest niczym zaskakująca, ale ogląda się to naprawdę dobrze i jest autentycznie zabawnie (humor trochę oparty na bluzgach i nadmiernym przywiązaniu do gry niż trzymania się prawdziwej rzeczywistości, ale co tam). Głupawa historia, efekty specjalne i wygląd głównego monstrum może pozostawia wiele do życzenia, ale pasuje to do niepoważnej konwencji, spotęgowanej muzyką – rockową rąbanką, okraszoną „średniowiecznymi” nutami, zaś banan z gęby nie powinien was opuścić do końca (za krótki ten film).

badassdom2

Od strony aktorskiej, umówmy się – nie należy liczyć na nic wielkiego, ale wychodzi to całkiem przyzwoicie i wszyscy naprawdę nieźle się bawią. Od apetycznej Summer Glau (Gwen – jej strój będzie mnie nawiedzał i to dość często, a jak walczy!) przez poważnego Ryana Kwantena (Joe) po rozbrajających śmiechem Steve’a Zahna („czarodziej” Eric, którego śpiewane zaklęcia rozłożyły na łopatki) i niezaradnego Jimmy’ego Simpsona (Ronny, mistrz gry). Nie można też nie wspomnieć o Peterze Dinklage’u, czyli niskim Hungu – szkoda, że tak krótko się pojawia.

badassdom3

Jeśli macie w sobie ukrytego geeka, ten film powinien go wyzwolić. I to szybko, bo druga taka okazja może nie zdarzyć się szybko.

7/10

Radosław Ostrowski

Demony da Vinci – seria 1

Wszyscy wiemy, kim był Leonardo da Vinci. To jeden z największych umysłów w historii ludzkości, który stworzył wiele obrazów oraz projekty wynalazków, których realizacja dokonała się dopiero w XX wieku. Nic dziwnego, ze postać ta wydaje się fascynującym obiektem ludzi sztuki, a także popkultury. W tym roku telewizja Starz pokazała serial telewizyjny z da Vinci w roli głównej, skupiając się na jego młodych latach we Florencji.

Kiedy go poznajemy, jest dość ekscentrycznym młodzieńcem, który posiada wyjątkowo wnikliwy umysł i szeroką wiedzę (nie tylko malarską, ale też anatomiczną, astronomiczną itp.). Ale jego przeznaczenie krystalizuje się, gdy przypadkowo zauważa pewnego Turka, imieniem Al-Rahim – członka tajemniczego bractwa Synów Mitry, który próbują znaleźć Księgę Liści, zawierającą największe tajemnice wszechświata. Księgi tez szuka też Watykan, który próbuje podbić i zjednoczyć pod swoim berłem włoskie państwa-miasta. Da Vinci zostaje wplątany w polityczne rozgrywki i będzie próbował odkryć tajemnicę Księgi.

da_vinci1

Już po tym streszczeniu fabuły można stwierdzić, że nie jest to biografia, tylko wariacja na temat życia mistrza. Bardziej przypomina to grę „Assasins Creed” niż stricte biografię. Jednak David S. Goyer, twórca serialu wie jak przykuć uwagę – intrygi, zdrady, wiedza, władza, czyli to, bez czego nie może obyć się każdy serial. No i obowiązkowy seks, bez tego Amerykanie nie są w stanie zrobić jakiegokolwiek serialu. Ale zostawmy to. Intrygi są bardzo pomysłowe i wciągają, Watykan pokazany jest jako instytucją, która siła chce przekonać do Boga i wykorzystuje Go do własnych celów, które z wiarą nie mają nic wspólnego, zaś tajemnica Księgi Liści będzie musiała poczekać (cliffhanger w ostatnim odcinku zapowiada drugą serię). Poza tym sporo tajemnic trochę w stylu Dana Browna, świetna scenografia i w ogóle warstwa wizualna (nawet jeśli w tle są efekty komputerowe, to ładnie komponują się z resztą), ale jednocześnie zachowano realia historyczne (większość postaci istniała naprawdę), choć rzeczy tworzone przez mistrza naprawdę robią wrażenie (camera obscura czy kombinezon płetwonurka). Jednak miałem pewne poczucie niedosytu (tylko osiem godzinnych odcinków), ale już nie mogę się doczekać dalszego ciągu.

da_vinci2

No i najważniejsza rzecz, czyli obsada, która prezentuje się na bardzo przyzwoitym poziomie, bez wielkich nazwisk i gwiazd. Przykuwa uwagę Tom Riley jako da Vinci – mieszanka umysłu Sherlocka (choć łatwiej nawiązuje kontakty z ludźmi) ze zręcznością wojownika. Pochłania wiedzę jak gąbkę i zawsze znajduje wyjście z kłopotliwej sytuacji (m.in. proces w sprawie o sodomię), ciągle szukając odpowiedzi na temat Księgi Liści. Niby takich bohaterów już było wielu, niemniej nie ma tu zbyt dużego poczucia wtórności. Wspierają go zaufany przyjaciel Zoroaster (solidny Gregg Chillin) oraz młody uczeń – Nico (ładny Eros Vlahos), na których może polegać. Jeśli zas chodzi o drugi plan, tutaj wybija się bardzo apetyczna Laura Haddock (Lukrecja Donati – agentka Watykanu, szantażem zmuszona do współpracy) oraz wywołujący niechęć Blake Ritson (hrabia Riario, prawa ręka papieża). Czarne charaktery są tutaj naprawdę wyrazista i dobrze rozpisane. I jest jeszcze Wawrzyniec Medyceusz (dobry Elliot Covan) – sprytny polityk, który próbuje przewidzieć następny ruch przeciwnika, a jednocześnie konsekwentnie realizujący swój plan zachowania niepodległości.

da_vinci3

„Demony da Vinci” są zaskakująco dobrą produkcją, która zaintrygowała mnie i przykuła uwagę na tyle mocno, że muszę poznać ciąg dalszy. Bo rozgrywka dopiero się zaczęła.

7/10

Radosław Ostrowski