Rebel in the Rye

Filmy o pisarzach mogą dla wielu być niezbyt interesującym materiałem, bo jak pokazać proces twórczy, skoro nasi autorzy tylko skrobią coś ołówkiem, długopisem oraz ewentualnie na maszynie. Ale nie znaczy to, że nie da się zrobić ciekawej biografii pisarza, bo jego losy mogą być inspiracją dla jego dzieł. I o jednym taki twórcy jest „Rebel in the Rye”, który nie trafił do polskich kin. A szkoda, bo to bardzo interesujące dzieło.

rebel_in_the_rye1

Czy czytaliście taką książkę „Buszujący w zbożu” niejakiego Jerome’a Davida Salingera? Bo ja nie miałem okazji ani w szkole, ani w dorosłym życiu. A jaki był sam autor? Cały film można podzielić na dwie części, gdzie punktem zwrotnym jest rok 1945. Gdy poznajemy J.D., przebywa w szpitalu psychiatrycznym, otępiały, przybity i wyniszczony psychicznie po tym, co zobaczył podczas wojny od lądowania w Normandii aż do wyzwolenia obozu koncentracyjnego. I wtedy po raz pierwszy pada nazwisko Holdena Caulfielda, a następnie cofamy się do roku 1939, gdy przyszły autor chce podjąć swoich sił jako literat. Syn handlarza serem, wspierany przez matkę decyduje się zapisać na kurs literatury prowadzony przez Whita Burnetta. To zdarzenie staje się pierwszym przełomem, a reżyser Danny Strong skupia się na dwóch wątkach: samym autorze, jego emocjach i przeżyciach oraz pokazywanie sensu pracy twórczej, rozwijania warsztatu, dbania o uczciwość wobec siebie. A druga część to próba poskładania się do kupy, realizacja swojego opus magnum oraz… życie tuż po.

rebel_in_the_rye2

Sam film może sprawiać (zwłaszcza w drugiej części) wrażenia bardzo skrótowego, pokazującego wydarzenia z kilku lat w ciągu paru minut, bez informowania nas o tym. Na mnie największe i najciekawsze dostajemy na początku, czyli relacja Salingera z Burnettem, który staje się dla niego mentorem, w pewien sposób zastępując ojca. Wtedy film nabiera rumieńców, dostarczając kopa. Sam wątek wojenny jest pokazany w kilku scenach, jednak jego reperkusje dotykają aż do samego końca. Próby wyrwania się z wojennych koszmarów doprowadzają nie tylko do napisania „Buszującego w zbożu”, ale też do większego wyalienowania wobec świata. Czy to musi być cena za tworzenie swojego dzieła? Reżyser w tym przypadku pokazuje, że może tak być, jednak cały czas próbuje zrozumieć swojego bohatera.

rebel_in_the_rye3

Pisarz ma tutaj twarz Nicolasa Houlta, który bardzo dobrze poradził sobie z budowanie zagubionego outsidera, konsekwentnie walczącego o realizację swoich pasji. Rzadko sobie pozwala na wylewanie emocji, mieszając strach, wątpliwości, ale także upór w dążeniu do celu, na własnych warunkach. To bardzo złożona, intrygująca kreacja. Na tym samym poziomie wchodzi Kevin Spacey (czy może powinienem napisać Kevin S.?) w roli Burnetta, spełniający się w roli mentora, budząc uznanie od pierwszego zdania. Chociaż wygląda niepozornie (sweterek, okulary), ma w sobie większą siłę, przekonując swoim doświadczeniem, co aktorowi zawsze wychodziło bez problemu. Drugi plan zawłaszcza Sarah Paulson (wydawca Dorothy Olding), tworząc sympatyczną wspólniczkę oraz śliczna Zoey Deutch (Oona O’Neill – pierwsza miłość pisarza), dodając smaczku.

Film Danny’ego Stronga może nie jest przełomową biografią literacką, ale potrafi wciągnąć i pokazuje inną stronę pracy pisarza. Nie brakuje zarówno stylowych zdjęć czy rekonstrukcji okresu lat 40. oraz 50., świetnie budującej klimat muzyki oraz wspaniałych kreacji duetu Hoult/Spacey. Bardzo solidnie opowiedziany, gdzie nawet ta skrótowość nie przeszkadza stworzeniu wiarygodnego portretu psychologicznego bohatera.

7/10

Radosław Ostrowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s