Elvis i Nixon

20 grudzień 1970 roku miał być zwykłym dniem w Białym Domu, gdzie rządził wielki miłośnik nagrywania – prezydent Richard Nixon. Ale wszystko zmienia jeden list, z prośbą o spotkanie. Bardzo pilny list… od Elvisa Presleya, który poczuł, że kraj go potrzebuje. Bo nie podoba mu się świat pełen narkotyków, przemocy oraz seksu. Dlatego chce zadziałać jako… tajny agent FBI. Zdjęcie z tego spotkania zapadło mocno w pamięć.

elvis_nixon1

To prawdziwa historia, choć wydaje się dość nieprawdopodobna. Co gorsza, prezydent jeszcze nie nagrywał swoich rozmów w gabinecie owalnym. Reżyserka Liza Johnson pokazuje całe to wydarzenie z perspektywy Króla, ciągle rozpoznawalnego oraz cenionego artysty. Troszkę już znudzonego sławą, pieniędzy, mającego wielki fetysz na punkcie spluw, dość krytycznie odnoszącego się do rzeczywistości. Trudno jednak nie odmówić filmowi klimatu oraz stylizacji na kino z lat 70., co widać w bardzo fajnej czołówce oraz bardzo intensywnych kolorach. Sama historia opowiedziana jest kameralnie, z pewnymi wątkami pobocznymi, dodającymi pewnego smaczku związanego z pozornie drobnymi postaciami jak były asystent Elvisa, zaś obecnie scenograf czy duetu pracowników Białego Domu, próbujących przekonać Nixona do tej rozmowy. Wszystko tutaj balansuje na granicy powagi i zgrywy, zaś obecność Króla wywołuje ogromne poruszenie, dodając masę humoru.

elvis_nixon2

Reżyserka dodaje wiele lekkości do tej pokręconej historii, serwując zaledwie krótki wycinek z życia bohaterów. To jednak nie oznacza, że nie poznajemy Presleya oraz Nixona bliżej, z innej perspektywy. Bo nie brakuje pewnych poważnych wspomnień z życia Króla (śmierć brata bliźniaka przy porodzie), jak i troszkę ludzkiego oblicza Nixona, na ile można w nie uwierzyć. W tle mamy bardzo lekką muzykę, ocierającą się o stylistykę z lat 60., bardzo wiernie odtwarzając klimat epoki (świetna scenografia – zarówno dom Elvisa, jak i Biały Dom), choć czasem balans bywa zachwiany.

elvis_nixon3

Za to aktorsko jest tutaj bardzo mocno. Kevin Spacey w roli Nixona potwierdza klasę, bo takich śliskie postacie to dla niego chleb powszedni. Ale nie jest tutaj serwowany jako demoniczny, złowrogi polityk, tylko lekko konserwatywny gość, mocno trzymający się swojej rutyny. Dla mnie jednak największą niespodzianką był Michael Shannon jako Elvis. Gdy usłyszałem o tym castingu, nie byłem do niego przekonany, ale aktor wypadł naprawdę bardzo dobrze. Nie tylko z powodu charakteryzacji oraz strojów, lecz pewne gesty, ruchy stanowią jeden, spójny portret (śpiewania tylko zabrakło) faceta, któremu lekko odbiło (chęć zdobycia odznaki tajnego agenta wydaje się czymś absurdalnym). Ale jest absolutnie szczery w swoich przekonaniach, bez popadania w karykaturę, co jest cholernie trudne. Kompletnie zaskoczyli mnie na drugim planie Alex Pettyfer (Jerry Schilling) czy Johnny Knoxville (Sonny), który tutaj nie pajacuje i jest całkiem poważny, a fason trzymają Evan Peters (Dwight Chapin) z Colinem Hanksem (Egil Krogh).

Zaskakująco lekka produkcja z poważną polityką w tle, która dostarcza frajdy, choć po obejrzeniu nie zostaje zbyt wiele. Dowcipna, zgrabna, pokazująca troszkę inne oblicze wielkich tego świata z bardziej ludzkiej strony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Rebel in the Rye

Filmy o pisarzach mogą dla wielu być niezbyt interesującym materiałem, bo jak pokazać proces twórczy, skoro nasi autorzy tylko skrobią coś ołówkiem, długopisem oraz ewentualnie na maszynie. Ale nie znaczy to, że nie da się zrobić ciekawej biografii pisarza, bo jego losy mogą być inspiracją dla jego dzieł. I o jednym taki twórcy jest „Rebel in the Rye”, który nie trafił do polskich kin. A szkoda, bo to bardzo interesujące dzieło.

rebel_in_the_rye1

Czy czytaliście taką książkę „Buszujący w zbożu” niejakiego Jerome’a Davida Salingera? Bo ja nie miałem okazji ani w szkole, ani w dorosłym życiu. A jaki był sam autor? Cały film można podzielić na dwie części, gdzie punktem zwrotnym jest rok 1945. Gdy poznajemy J.D., przebywa w szpitalu psychiatrycznym, otępiały, przybity i wyniszczony psychicznie po tym, co zobaczył podczas wojny od lądowania w Normandii aż do wyzwolenia obozu koncentracyjnego. I wtedy po raz pierwszy pada nazwisko Holdena Caulfielda, a następnie cofamy się do roku 1939, gdy przyszły autor chce podjąć swoich sił jako literat. Syn handlarza serem, wspierany przez matkę decyduje się zapisać na kurs literatury prowadzony przez Whita Burnetta. To zdarzenie staje się pierwszym przełomem, a reżyser Danny Strong skupia się na dwóch wątkach: samym autorze, jego emocjach i przeżyciach oraz pokazywanie sensu pracy twórczej, rozwijania warsztatu, dbania o uczciwość wobec siebie. A druga część to próba poskładania się do kupy, realizacja swojego opus magnum oraz… życie tuż po.

rebel_in_the_rye2

Sam film może sprawiać (zwłaszcza w drugiej części) wrażenia bardzo skrótowego, pokazującego wydarzenia z kilku lat w ciągu paru minut, bez informowania nas o tym. Na mnie największe i najciekawsze dostajemy na początku, czyli relacja Salingera z Burnettem, który staje się dla niego mentorem, w pewien sposób zastępując ojca. Wtedy film nabiera rumieńców, dostarczając kopa. Sam wątek wojenny jest pokazany w kilku scenach, jednak jego reperkusje dotykają aż do samego końca. Próby wyrwania się z wojennych koszmarów doprowadzają nie tylko do napisania „Buszującego w zbożu”, ale też do większego wyalienowania wobec świata. Czy to musi być cena za tworzenie swojego dzieła? Reżyser w tym przypadku pokazuje, że może tak być, jednak cały czas próbuje zrozumieć swojego bohatera.

rebel_in_the_rye3

Pisarz ma tutaj twarz Nicolasa Houlta, który bardzo dobrze poradził sobie z budowanie zagubionego outsidera, konsekwentnie walczącego o realizację swoich pasji. Rzadko sobie pozwala na wylewanie emocji, mieszając strach, wątpliwości, ale także upór w dążeniu do celu, na własnych warunkach. To bardzo złożona, intrygująca kreacja. Na tym samym poziomie wchodzi Kevin Spacey (czy może powinienem napisać Kevin S.?) w roli Burnetta, spełniający się w roli mentora, budząc uznanie od pierwszego zdania. Chociaż wygląda niepozornie (sweterek, okulary), ma w sobie większą siłę, przekonując swoim doświadczeniem, co aktorowi zawsze wychodziło bez problemu. Drugi plan zawłaszcza Sarah Paulson (wydawca Dorothy Olding), tworząc sympatyczną wspólniczkę oraz śliczna Zoey Deutch (Oona O’Neill – pierwsza miłość pisarza), dodając smaczku.

Film Danny’ego Stronga może nie jest przełomową biografią literacką, ale potrafi wciągnąć i pokazuje inną stronę pracy pisarza. Nie brakuje zarówno stylowych zdjęć czy rekonstrukcji okresu lat 40. oraz 50., świetnie budującej klimat muzyki oraz wspaniałych kreacji duetu Hoult/Spacey. Bardzo solidnie opowiedziany, gdzie nawet ta skrótowość nie przeszkadza stworzeniu wiarygodnego portretu psychologicznego bohatera.

7/10

Radosław Ostrowski

Baby Driver

Kim jest Baby? To młody chłopak, który z autem robi to, co wielu mężczyzn z kobietami. Innymi słowy – to szatan. Jest szybki i wściekły, a podczas jazdy lubi słuchać muzyki i to nie jest żadne tam disco polo czy hardkorowy rap, tylko klasyczne, melodyjne granie wszelkich gatunków. Pracuje dla niejakiego Doktorka, który jest mózgiem i planuje każdy skok. Młody w ten sposób spłaca dług wobec szefa. I kiedy wydaje się, że jeszcze będzie tych parę skoków, ale pojawia się Ona – imię jej Debora. To fajna dziewczyna, z którą można zacząć nowe życie. Tylko trzeba zrobić jedną robótkę, co może pójść nie tak?

baby_driver1

Jak możecie wywnioskować z tego opisu, nowe dziecko Edgara Wrighta to klasyczne kino kryminalne, z ogranymi kliszami rodem z podrzędnej opowiastki pulpowej. I w zasadzie to jest takie komiksowe kino, kierujące się swoją własną logiką i zasadami. „Baby Driver” to dziwaczna mieszanina komedii, sensacji, romansu i… musicalu. Jesteście zdumieni i lekko w szoku? Ja też byłem, zwłaszcza że ten koktajl smakował dla mnie bardzo zagadkowo. Początek jest mocny i wprawia w konsternację: napad na bank. Wszystko z perspektywy kierowcy, słuchającego muzyki. Właśnie, muzyka. Ona narzuca tempo, buduje klimat i wszystko jest jej podporządkowane, włącznie z montażem. Wystarczy obejrzeć początek, scenę przedstawienia planu skoku czy strzelaniny podczas kupna broni. I to wygląda po prostu rewelacyjnie podczas pościgów, strzelanin lub czołówki, gdzie fragmenty tekstu piosenki pojawiają się czy to w formie graffiti lub naklejek. Dla mnie problemem nie była realizacja, brak wyrazistych postaci albo komiksowa, wręcz bajkowa konwencja (może poza zakończeniem).

baby_driver2

Dla mnie problemem było to pomieszanie gatunków, przez co całość nie wybrzmiała tak mocno, jak bym tego chciał. Przyznam się (bez bicia), że liczyłem na więcej pościgów i akcji, chociaż wątek miłosny między Baby’m a Deborą poprowadzony był lekko oraz z gracją (tylko czułem lekkie znudzenie). Jest to przewidywalne, przerysowane (rzadkie, ale intensywne sceny przemocy), a także z kilkoma retrospekcjami, co mnie wybijało z rytmu. I jeszcze ten przesłodzony finał, po którym można było zacząć wymiotować tęczą.

baby_driver3

Aktorzy szarżują (nawet bardzo), ale jest to całkowicie zrozumiały zabieg. Ansel Elgort jest uroczy jako małomówny, wrażliwy chłopak, kochający szybkie fury i muzykę. I jak fajnie wygląda w tych okularach, ze słuchawkami na uszach. Jak się nie zakochać w takim ciastku. Na drugim planie mamy spokojnego Kevina Spacey (Doktorek) oraz prześliczną Lily James (kelnerka Debora), jednak całość kradnie dwóch psychopatów: Jamie Foxx (Bats) oraz Jon Hamm (Buddy), wnosząc sporo czarnego humoru.

baby_driver4

„Baby Driver” to taka ładnie opakowana, stylowa (nawet przestylizowana) bajka, niepozbawiona mroku i niepokoju. Sama historia nie jest może najciekawsza, ale sposób realizacji podnosi całość na wyższy poziom. Czegoś mi w tym miksie zabrakło, by utkwił w pamięci na dłużej i nie bardzo wiem co. Ale jako czysta rozrywka daje radę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tolerancyjni partnerzy

Richard Parker jest szarym, zwykłym facetem. Pracuje jako kompozytor muzyki pod reklamówki, ma piękną żonę i córkę. Słowem: szczęście niepojęte. I właśnie w to spokojne życie wchodzi sąsiad, Eddy Otis. Facet ma łeb na karku, jest tak życzliwy, że by dać kasę do spłacenia długów, sfinguje wypadek. Do tego jego kobieta jest jeszcze bardziej apetyczna niż można to sobie wyobrazić, a głos ma całkiem niezły. Eddy wpada nagle na pomysł, by wieczorem zamienili się łóżkami. W sensie, że jeden prześpi się z żoną drugiego. Proste i przyjemne, prawda? Tylko, że następnego dnia żona Eddy’ego zostaje znaleziona martwa, a Richard staje się podejrzanym o morderstwo.

tolerancyjni_partnerzy1

Alan J. Pakula jest pewną marką, więc można było być pewnym sukcesu. Reżyser kombinuje tutaj jak może i zaczyna wszystko bardzo spokojnie, niemal jak film obyczajowy z odrobiną humoru. Powoli widzimy jak nasi sąsiedzi zaprzyjaźniają się ze sobą i nawet wyczuwalne jest pewne erotyczne napięcie. I po 40 (mniej więcej) minutach następuje wolta oraz kompletna zmiana klimatu, wpadając w dziwaczną intrygę. Jednak kiedy pojawia się detektyw z firmy ubezpieczeniowej, zacząłem się zastanawiać, czy ta łamigłówka może być taka prosta? Niestety, była i wszystko oparło się na mistyfikacji, a powolna atmosfera matni zostaje coraz bardziej osłabiona. Wyjaśnienie oraz sposób działania naszych antagonistów jest tak przewidywalny, że nawet finał, gdy Richard niczym „Komando” włamuje się na chatę Otisa i robi wjazd, wygląda śmiesznie oraz naiwnie. Tylko dlaczego jest to opowiadane w tak poważny sposób, że nie można przestać się śmiać?

tolerancyjni_partnerzy2

Sytuację – poza niezłą reżyserią, ratuje dobre aktorstwo. Kevin Kline pasuje do roli sympatycznego, ale bardzo statecznego i trzymającego mocno głowę na karku Richarda. Podobnie atrakcyjne są Mary Elizabeth Mastrontonio oraz Rebecca Miller, ale i tak ekran kradnie Kevin Spacey. Już wtedy magnetyzował swoją charyzmą, a jego Eddy to blond włosy, wiecznie uśmiechnięty cwaniaczek w jednej chwili potrafiący zmienić się w prawdziwe monstrum – wykalkulowane, chłodne, niebezpieczne. Jest też Forest Whitater jako prywatny detektyw z firmy ubezpieczeniowej, który jak zawsze trzyma fason.

tolerancyjni_partnerzy3

Pakula tym razem zawodzi, gdyż chyba nie do końca był pewny, co zrobić z tym scenariuszem. Są pewne drobne niespodzianki, ale od połowy napięcie jest bardzo nierówno dawkowane (a finał z uzi można było albo darować, albo inaczej rozegrać). Nie brakuje mroku, ale jest też dość naiwnie, jednak morał jest prosty: uważajcie na swoich sąsiadów, bo nie wiadomo jaki numer wam wytną.

tolerancyjni_partnerzy4

6,5/10

Radosław Ostrowski

Podejrzani

Sprawa miała być prosta jak konstrukcja cepa. Był sobie statek, a w nich narkotyki warte 91 milionów dolarów – spora kasa. To tłumaczy dlaczego na tym okręcie i w jego okolicy znaleziono 27 truposzy. Jest jeden ciężko ranny świadek, ale jest nieprzytomny i nie może zeznawać. Jest jeszcze „Pleciuch” Kint – kuśtykający facet, który też był tam i widział wiele. Złożył zeznania w prokuraturze w zamian za nietykalność, jednak agent Urzędu Celnego Dave Kujan chce go przesłuchać. Wszystko zaczęło się sześć tygodni wcześniej „Pleciuch” pojawił się na konfrontacji razem z czterema prawdziwymi zbirami: Deanem Keatonem, Fredem Fensterem, Seanem McNamusem oraz Toddem Hockneyem.

podejrzani1

Po tym filmie każdy wiedział kim jest Bryan Singer. Obecnie znany z serii filmów o mutantach („X-Men”) zaczął skromnym kryminałem, który okazał się rewelacją roku 1995 roku. O czym tak naprawdę są „Podejrzani”? O tym, że wszystko może być mistyfikacją i oszustwem, że prawdy nie moglibyśmy dostrzec nawet, gdyby stanęła tuż przed naszymi oczami i krzyczała prosto w oczy. Ale przede wszystkim to historia jednego genialnego człowieka – Keysera Soze. Kim jest ten facet? To człowiek legenda, podobno posiadający nadprzyrodzone moce. Ten człowiek wie wszystko o wszystkich, ludzi zmienia jak rękawiczki, a bezwzględność i konsekwencja są znane każdemu.

podejrzani2

Reżyser opiera wszystko na opowieści Kinta, który szczątkowo opowiada historię balansującą mocno na granicy prawdopodobieństwa, że można wątpić w jej sens, aurą tak mroczną jakby wyjętą z rasowego horroru. I kiedy wydawało mi się, że wiem wszystko, następowała tak gwałtowna wolta, powodująca kompletną dezorientację. Nie potrafiłem skleić elementów układanki aż do przewrotnego, diabelskiego finału. Przecież największą sztuczką Szatana, było wmówienie światu, że nie istnieje, prawda? I jeszcze to tempo oraz genialnie zainscenizowane sceny akcji – pierwszy, gładki napad na skorumpowanych gliniarzy wożących pasera, drugi skok zakończony strzelaniną, porwanie adwokata pana Soze czy finałowa konfrontacja na statku. Wszystko jest to zrealizowane w sposób iście mistrzowski, a Singer nie wypowiada ani jednego zbędnego słowa. To nie zdarza się zbyt często w kinie.

podejrzani3

Singer genialnie prowadzi, scenariusz precyzyjny i przewrotny jak diabli, do tego rewelacyjna praca kamery, montaż oraz gęsty klimat. Aktorzy nie mogli tego spieprzyć i nie spieprzyli. Nie sposób zapomnieć wielkiego Kevina Spacey – jako Pleciuch sprawia wrażenie wystraszonego, niepewnego siebie faceta, obdarzonego niewątpliwie sprytem oraz pomysłowością. To jego był pomysł z czystym napadem. Drugi w kolejne jest magnetyzujący Gabriel Byrne – walczący o zerwanie z przeszłością Keaton, ale jednocześnie najbardziej doświadczony z całej piątki. Ma wiele za uszami, ale powierzyłbym mu swoje życie. Widać, że mu zależy na życiu, ale jak każdy zostaje wpuszczony w pole. Jest jeszcze próbujący dość do prawdy agent Kujan (fantastyczny Chazz Palminteri) – upierdliwy, zdeterminowany oraz mający sporą wiedzę, która mu się nie przyda oraz enigmatyczny, ale zawsze opanowany Kobayashi (nieodżałowany Pete Postlethwaite), sprawiający wrażenie potężniejszego, niż się to wydaje.

podejrzani4

„Podejrzani” to w zasadzie destylat inteligentnego kryminału. Wcześniej widziałem go raz, ale pamiętałem pojedyncze kadry, włącznie z pokazaniem samego Keyzera Soze w płomieniach. Ale i tak mnie zaskoczył – precyzyjnym wykonaniem, kapitalnym aktorstwem oraz wielokrotnie demolowanego scenariusza, gdzie nic nie jest takie, jakim się wydaje. I nie będzie grzechem, jeśli nazwę ten film opus magnum Bryana Singera. Zresztą ocena mówi wszystko.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

House of Cards – seria 4

UWAGA! Tekst zawiera spojlery
(jeśli nie oglądaliście poprzednich części, nie czytajcie)

house_of_cards_41

Frank Underwood ma spore problemy, odkąd został prezydentem. I nie chodzi tutaj o potyczki z mediami, nazywanie potocznie konferencjami prasowymi, walkę o reelekcję, ale o stratę najwierniejszego sojusznika: Claire. Kobieta odchodzi o męża i próbuje spełnić swoje ambicje polityczne, do czego Frank nie chce dopuścić. Jakby tego było mało, były dziennikarz Lucas Goodwin wychodzi z więzienia i w ramach programu ochrony świadków, dostaje nową tożsamość i pracę, jednak nie zamierza siedzieć bezczynnie i planuje zemstę na Underwoodzie.

house_of_cards_42

Wydawałoby się, że po trzeciej – lekko nudniejszej serii – twórcom „House of Cards” zaczyna brakować pomysłów na historię. A jednak dalsze losy Francisa oraz bezwzględnego politycznego spektaklu znowu zaczęły wciągać, zarówno dzięki świetnym dialogom, jak i coraz bardziej zagmatwanemu scenariuszowi. Frank mierzy się z wieloma wrogami: z samą Claire (na szczęście ta wojna nie trwa zbyt długo), z gubernatorem Willem Conwayem – swoim przeciwniku w walce o fotel prezydenta, wreszcie z ICO (odpowiednik Państwa Islamskiego). Dodatkowo przez nieostrożność wracają demony z przeszłości i dawne grzechy z poprzednich serii. A to dzięki dziennikarskiemu śledztwu prowadzonemu przez wracającego do gry dziennikarza Toma Hammerschmidta. Dalej mamy nieczyste zagrywki, szantaże, podchody i wewnętrzne zdrady. Ale nawet to nie było w stanie przygotować mnie na najmocniejsze wydarzenie tej serii – zamachu na Underwooda i jego dramatycznej walki o życie. Tutaj twórcy wpletli dość surrealistyczne majaki, gdzie odzywają się demony przeszłości. Kevin Spacey znowu potwierdza klasę wcielając się w diabolicznego i bezwzględnego polityka, którego darzymy sporą sympatią.

house_of_cards_44

Poznajemy też bardziej przeszłość Claire, która przenosi się do umierającej matki (znakomita Ellen Burstyn). Relacje między kobietami są delikatnie mówiąc chłodne i rzucają inne światło na kobietę, jej marzenia i pragnienia, potrzebę bycia niezależną. W walce – najpierw przeciw Frankowi, a następnie razem z nim – zostaje wrzucona LeAnn Harvey (wracająca do gry Neve Campbell), będąca świeżą krwią w politycznej walce. Conway (świetny Joel Kinnamann) jest sprytnym i ambitnym politykiem, umiejętnie korzystającym z nowoczesnych mediów, co daje mu ogromną przewagę, jednak brak doświadczenia staje się jego największym problemem i – zapewne – przyczyną porażki.

house_of_cards_43

Do końca (wybory) walki zostały jeszcze 3 tygodnie i Bóg wie, co się stanie w serii V, ale ja już się nie mogę doczekać. Czwarta seria to powrót serialu do formy i mimo masy lawiracji, przetasowań, wszystko zostaje jasne i klarowne do samego końca. Technicznie wszystko jest na swoim miejscu, realizacja pewna, gdzie każdy klocek jest na swoim miejscu. Czego chcieć więcej?

8/10

Radosław Ostrowski

House of Cards – seria 3

UWAGA!

Tekst zawiera spojlery. Jeśli nie oglądałeś poprzednich serii, nawet nie próbuj tego czytać.

Wskutek swoich intryg Frank Underwood dopina wreszcie swojego celu – zostaje prezydentem USA. Jednak rządzenie krajem nie jest takie proste, jak mogłoby się wtedy wydawać z powodu pewnych ograniczeń ze strony zarówno Kongresu jak i mediów (słowo opinia publiczna jest tutaj mocno nieadekwatne. Prawda jest taka, że Underwooda nie wspiera jego własna partia, a wyborcy go nienawidzą. Jednak nasz polityk ma plan, by wygrać reelekcję – America Works, czyli zatrudnić 10 milionów osób za 500 miliardów dolarów.

house_of_cards_3_1

Trzecia seria politycznej sagi o najbardziej charyzmatycznym i bezwzględnym polityku w historii małego ekranu to już jednak nieco inny kaliber niż dwie poprzednie serie. Tam Frank był właściwie niczym nieograniczonym fighterem, który w ciemności pociągał za sznureczki, by osiągnąć swoją zemstę za niezrealizowanie obietnicy. Tym razem jednak nasz bohater jest niejako na świeczniku i na takie sztuczki nie może sobie pozwolić. W dodatku jego żona ma własne polityczne ambicje jako ambasador przy ONZ, co niestety zaczyna się mocno odbijać na ich układzie.

house_of_cards_3_2

Sama seria oparta jest na trzech głównych wątkach. Po pierwsze, walka o reelekcję. Drugi wątek, to American Works i próba wdrożenia go w życie. Trzeci to polityka zagraniczna i tutaj trzeba pochwalić twórcą za pochwalenie zarówno w pokazaniu prób rozwiązania konfliktu na Bliskich Wschodzie oraz bardzo skomplikowanych relacji na linii Waszyngton-Moskwa. Gdyby nie sytuacja na Ukranie, to miałoby jeszcze większa silę rażenia, jednak nawet Beau Willimon (twórca serialu) i sztab scenarzystów nie byli w stanie tego przewidzieć. Jest jeszcze kilka pobocznych wątków związanych z Claire oraz… Dougiem Stamperem (tak, on przeżył) oraz jego rekonwalescencji. Ten ostatni sprawia wrażenie trochę zapychacza i rozkręca dopiero się pod koniec, gdy nasz pitbull wraca do politycznej gry. Brakuje tutaj troszkę podchodów, zwracania się bezpośrednio do kamery (wiadomo, prezydent jest strasznie zapracowany), jednak finałowy cliffhanger spowoduje, że z niecierpliwością zaczekam na powrót Franka do walki o reelekcję, mimo nierówności wszystkich wątków.

house_of_cards_3_3

Jedna rzecz pozostała niezmienna – polityka nadal pozostaje brutalną i ostrą grą o władzę. Drugą niezmiennością jest wysoki poziom realizacji (zwłaszcza scena politycznej debaty – majstersztyk), a trzecią fantastyczna gra aktorska. Ten serial nie istnieje bez charyzmatycznego i demonicznego Kevina Spacey – mimo iż Frank to, nie wstydźmy się tego słowa skurwiel, to jednak nadal kibicuję mu, bo jest mistrzem w swojej profesji, zna mechanizmy władzy i jest bezwzględnie skuteczny, pod warunkiem, że nie pozwoli sobie na słabość. Znacznie więcej do pokazania ma Robin Wright. Claire na początku serialu sprawiała wrażenie zimnej wspólniczki Franka w jego zbrodniach. Jednak jej rola jako Pierwsza Dama (czytaj: tło i wsparcie dla swojego męża) zaczyna ją dusić i ma ambicje na więcej. Dlatego zostaje ambasadorem przy ONZ, mimo braku kompetencji, ale za swoja politykę płaci wysoką cenę. Dlatego jej decyzja o odejściu od Franka nie była zaskoczeniem i daje spore pole do następnej serii. Cieszy obecność Michaela Kelly’ego (Doug Stamper), choć jego postać mocno przewijała się w tle.

house_of_cards_3_4

Najważniejsze jednak były nowe postacie w tym rozdaniu i tutaj jest trójka postaci jest najistotniejsza. Zacznę od dziennikarki Kate Bladwin (bardzo dobra Kim Dickens), która nie jest naiwna idealistką, jednak potrafiła mocno przyłożyć prezydentowi. Drugą osoba jest zatrudniony przez Underwooda pisarz Thomas Yates (znany z „Zakazanego imperium” Paul Sparks), który jednak idzie w innym kierunku niż planowano (miało być o American Works, a wyszła niemal biografia) i dlatego zostaje zwolniony. Ta dwójka to tak naprawdę płotki przy prezydencie Rosji. Wiktor Petrow poprowadzony przez znakomitego Larsa Mikkelsena jest bardzo śliskim i prawdziwym przeciwnikiem dla Underwooda. Nigdy nie wiadomo, co jest w stanie wymyślić, jest bardzo bezwzględny i nie boi się grać na emocjach (pocałowanie Claire na oczach Franka). Ciekawe na ile ta postać była inspirowana Władimirem Putinem.

house_of_cards_3_5

Cóż, trzecia seria „House of Cards” jest najsłabszą ze wszystkich, co wynika z nierównej jakości wątków oraz faktu, ze nasz bohater nie znosi bycia ograniczanym przez innych. Pytanie, czy czwarta seria będzie tą ostatnią i jak skończy się batalia Franka o władzę, pozostaje otwarte. I mimo wad, to nadal bardzo interesująca propozycja dla fanów political fiction.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Północ w ogrodzie dobra i zła

Rok 1981, Savannah. Właśnie tam przybywa nowojorski pisarz John Kelso na zaproszenie Jima Williamsa – jednego z tutejszych bogaczy. Kelso ma napisać artykuł o bożonarodzeniowym przyjęciu urządzonym w domu Williamsa. Po przyjęciu dochodzi do tragedii – gospodarz domu zabija swojego kochanka, Billy’ego Hansona. Pisarz postanawia napisać książkę o zbrodni i trochę na własną rękę próbuje ustalić prawdę.

ogrod_dobra_i_zla1

Clint Eastwood po raz pierwszy od dawna postanowił nie pokazywać się na ekranie. Sama historia to dziwna mieszanka kryminału, dramatu sądowego oraz komedii z czarnym humorem. Śledztwo samo w sobie toczy się dość powolnym tempem, a ważniejsze staje się sportretowania mieszkańców tej miejscowości. Ludzi serdecznych i życzliwych, zawsze otwartych i uśmiechniętych. Ale może to tylko maska? Bo kłuje ich w oczy taka postać jak Williams – i nie chodzi o to, że jest bogaty, kolekcjonuje rzadkie przedmioty, ale jest gejem. Ale tylko tutaj pojawiają się różne dziwne postacie (odprowadzający ciągle „niewidzialnego psa” Patricka czy Luther – mężczyzna z przywiązanymi do siebie muchami) mogące pochodzi z miasteczka Cicely albo co gorsza z „Twin Peaks” (Billy). Sama zagadka wydaje się mniej istotna, a samo Savannah wygląda przepięknie w obiektywie kamery Jacka N. Greena, zwłaszcza nocą idąc na cmentarz odbyć praktyki voodoo.

ogrod_dobra_i_zla2

Nie zawsze to trzyma w napięciu, ale nadrabia to wszystko mrocznym klimatem, bohaterami oraz tajemnica, której świadkami jesteśmy do samego finału. Hipokryzja, nietolerancja, manipulowanie dowodami w sądzie (tam chyba nikogo prawda nie obchodzi) – Eastwood tutaj to piętnuje, ale daje za to spore pole do interpretacji, co może wielu znużyć w trakcie oglądania tego długiego filmu.

ogrod_dobra_i_zla3

Swoje tutaj robią aktorzy. Najbardziej błyszczy tutaj niezawodny Kevin Spacey – wyluzowany, serdeczny i otwarty Jim Williams. Czy taki facet może kogoś zabić z zimna krwią? Jak wspominałem jest ością w gardle dla mieszkańców, jednak nie jest to przerysowany gej, ale bardzo spokojny, niemal wyluzowany facet. W trakcie procesu zachowuje się niemal jakby był pewny siebie, zabezpieczony na wszelkie sposoby (włącznie z praktykami voodoo) i przekonany o swojej bezkarności. Dobrze się tez prezentuje John Cusack, czyli przybysz z daleka obserwujący to ekscentryczne miasto, gdzie powoli znajduje swoje miejsce. Widać, ze Williams budzi w nim sympatię, a nawet pewną fascynację. Choć Jude Law (Billy) pojawia się bardzo rzadko, też zapada w pamięć jako narwany, naćpany i budząca chuć męska prostytutka. Są tutaj jeszcze dwie postacie, które mocno mi zapadły w pamięć. Pierwsza to Minerva (Irma P. Hall), praktykująca voodoo i jednocześnie kobieta posiadająca sporą moc, której nie wolno ignorować. Drugą jest transwestyta Lady Chablis (grany przez… Lady Chablis), którego szoł jest atrakcja jednej z knajp.

ogrod_dobra_i_zla4

Dziwne to kino, którego nie powstydziłby się sam David Lynch. Brudne, mroczne, z galerią ekscentrycznych postaci, gdzie prawo i magia niemal spotykają się obok siebie. Bardzo intrygujące i nieszablonowe kino w dorobku Eastwooda.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

House of Cards – seria 2

Myśleliście, że o was zapomniałem? Pewnie mieliście taką nadzieję. Skończcie opłakiwać pannę Barnes. Każdy kociak wyrasta na kota. Na początku wydają się bezbronne. Małe, ciche. Cieszące się na talerzyk mleka. Lecz kiedy wyrosną im pazury, zaczynają łaknąć krwi. Czasami nawet z ręki, która je karmi. Dla tych, którzy wspinają się na szczyt łańcucha pokarmowego, nie może istnieć litość. Istnieje tylko jedna zasada. Poluj lub zostań upolowany. Witajcie z powrotem.

house_of_cards21

Na skutek wielu intryg kongresman Frank Underwood zostaje wiceprezydentem. Jednak jego plany obalenia prezydenta Walkera mogą spalić na panewce. Po pierwsze dziennikarka Zoe Barnes, którą wykorzystywał Frank zaczyna składać pewne fakty do kupy. Po drugie, jego żona Claire nie czuje się zbyt komfortowo w roli żony takiej osobistości. Po trzecie i najważniejsze, jest Raymond Tusk – biznesmen i bliski przyjaciel prezydenta, który jest jego największym doradcą.

house_of_cards22

W takiej sytuacji należałoby postawić pytanie, czy Frank wyjdzie cało z opresji i czy jego plan ostatecznie się uda, ale skoro zgłoszono zamówienie na 3. serię, odpowiedź wydaje się zbędna. Ale problemów będzie sporo i wszystko może wziąć w łeb: zerwanie rozmów z Chinami, wąglik w Kongresie (false alert) czy w końcu tajemnica z przeszłości Claire (została zgwałcona przez wojskowego i dokonała aborcji). Plus jeszcze haker pracujący dla rządu, Freddy – prowadzący knajpę z żeberkami czy Rachel Posner, którą wykorzystano do upadku Petera Russo. I tak jak w poprzedniej części mamy zakulisowe rozmowy za drzwiami gabinetów, gdzie moralność została pozostawiona za drzwiami. Dominują tu nieczyste zagrania – szantaż, przekupstwo, manipulacja są tutaj na porządku dziennym. Choć pokazanie polityków jako osoby ponad prawem i ponad wszystkim, może budzić pewne zastrzeżenia, zaś Frankowi znów wszystko idzie zbyt łatwo (co nie znaczy, że bez problemów), ale jak się to świetnie ogląda. Dialogi są mocne i celne, zaś monologi Franka wyrażane bezpośrednio do mnie (przełamanie czwartej ścienny) potrafią zmrozić, a nawet przerazić (zacytowany fragment z początku zostaje powiedziany pod koniec pierwszego odcinka).

house_of_cards23

I teraz pora na kolejne oczywistości – jak zawsze zarąbisty jest Kevin Spacey. Ja mogę go oglądać jak robi cokolwiek, bo on ma taką charyzmę i magnetyzm, że mimo wszystkich podłości jakie on robi (z morderstwem włącznie). A jego mowa ciała jest po prostu bezbłędna, inaczej nie umiem tego powiedzieć. Robin Wright tutaj pojawia się znacznie więcej czasu i jest równie brutalna jak Frank, ale też pokazuje zaskakująco ludzkie oblicze (tylko wtedy, gdy jest sama albo z Frankiem). Ktoś kiedyś powiedział, że małżeństwo to kontrakt zabójców. Oboje są potwierdzeniem tej tezy. Stara gwardia trzyma fason (niezawodni Michael Stoll, czyli prawa ręka Franka – Douglas Stamper oraz Gerard Mcraney – przebiegły i sprytny Raymond Tusk), zas z nowych postaci należy zdecydowanie wyróżnić Jimmy’ego Simpsona (haker Gavin) oraz Libby Woodbridge (szeregowy Megan Hennessay – ofiara gwałtu, która zostaje zmanipulowana przez Claire).

house_of_cards24

Druga seria, choć ma pewne słabsze momenty, pozostaje znakomitym serialem. Brawo, panie prezydencie Underwood. Czekam na trzecią serię, która – prawdopodobnie – pokaże upadek Franka. A może i nie?

8/10

Radosław Ostrowski

House of Cards – seria 1

Po zwycięskich wyborach prezydenckich kongresmen Francis Underwood w zamian za doprowadzenie do zwycięstwa prezydenta Garretha Walkera miał obiecany urząd sekretarza stanu. Jednak ta obietnica zostaje złamana. Polityk opracował plan obalenia prezydenta i zamierza go konsekwentnie zrealizować.

Kino i telewizja zawsze interesowało się polityką i władzą. Dlaczego? A kogo ona nie interesuje. Tym razem tą sprawą postanowił się przyjrzeć Beau Willimon – dramaturg, autor „Id marcowych”. Razem z Netflix oraz grupą świetnych reżyserów (m.in. David Fincher, James Foley, Joel Schumacher) stworzył interesujący i pasjonującą walkę o władzę. A właściwie jej pewien rozdział, bo to dopiero I seria. Tutaj kłamstwo, blef, szantaż, oszustwo, manipulacja, a nawet morderstwo jest tutaj na porządku dziennym. Kogo można tak użyć? Wszystkich – współpracowników, żonę, media, lobbystów, nawet prezydenta. Mimo że naszemu bohaterowi pozornie wszystko idzie gładko i zawsze wychodzi cało z każdej opresji, to jednak serial trzyma w napięciu, obserwując machinacje, układy, podstępy i różne inne zakulisowe zagrywki. Nawet strajk nauczycieli (skutek prac nad ustawą oświatową) nie jest żadnym problemem. Trzeba zgasić kongresmena, bo straciło się kontrolę nad nim? Upozorujemy samobójstwo. Jeśli myślicie, że polityków ktoś kontroluje, jesteście w wielkim błędzie, oni mogą wszystko i są bezkarni, choć zakończenie sugeruje, że zaczynają wisieć nad Underwoodem czarne chmury. Ogląda się to po prostu znakomicie.

Jeśli chodzi o obsadę, wystarczy wymienić jedno nazwisko – Kevin Spacey. Rola Underwooda jest po prostu kapitalna. Zimny, wyrachowany, opanowany polityk, który czasami zwraca się bezpośrednio do widza, serwując swoje bon-moty. Ten człowiek jest przygotowany na każdą ewentualność i przewiduje kilka ruchów naprzód jak zawodowy szachista i dominuje każdą scenę, w której się pojawia. Czy to znaczy, że pozostali aktorzy wypadają słabo? W żadnym wypadku. Równie świetna jest Robin Wright, czyli żona Underwooda, Claire. Sprawia wrażenie stonowanej i lojalnej, ale jak o niej mówi Frank „kocha krew bardziej niż rekin”, co czasem wykorzystuje mąż w swojej grze. Poza nimi są jeszcze tak wyraziste postacie jak manipulowani kongresmen Peter Russo (świetny Corey Stoll) i naiwna dziennikarka Zoe Barnes (Kate Mara) czy prawa ręka Franka – Doug Stamper (Michael Kelly). To jeszcze nie są wszyscy, ale na wymienienie wszystkich nie starczyłoby miejsca.

Kiedy kończyłem oglądać „Breaking Bad” myślałem, że już nie będę miał takiego porywającego serialu. Pierwsza seria była najbliżej tego poziomu (zwłaszcza ostatnie 4 odcinki) i już nie mogę się doczekać dalszego ciągu. Bo będzie. Czy wy też będziecie w przyszłym roku?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski