Zdarzenie

W 2008 roku pewien amerykański reżyser hinduskiego pochodzenia nakręcił film, który powszechnie był (do czasu jego następnego filmu) uważany za najgorszą rzecz w jego dorobku. „Zdarzenie”, bo o tym filmie mowa, to film jedyny w swoim rodzaju i dla mnie dość nierówny. Ale po kolei.

Wszystko zaczyna się w Nowym Jorku, gdzie w Central Parku dochodzi do dziwnego, tytułowego zdarzenia. Ludzie nagle stoją w miejscu, zaczynają się cofać i… popełniają samobójstwo. Czym? Wszystkim, co się nawinie pod ręką – spinką do włosów, pistoletem, samochodem wjeżdżając na drzewo. Co jest przyczyną? Atak biologiczny, awaria reaktora atomowego, terroryści, kosmici, natura się zbuntowała? Nie wiadomo. I wtedy poznajemy Elliota Moore’a – nauczyciela biologii z Filadelfii. Ostatnio jednak coś nie układa mu się z żoną, Almą. Jest jakieś spięcie, może krąży jakiś facet. Oboje decydują się – za poradą władz – wyjechać z miasta, ale po drodze dochodzi do ataków w innych miastach.

zdarzenie1

Brzmi intrygująco? Reżyser ma ciekawy pomysł i potrafi budować napięcie, co widać przez pierwszy kwadrans: sceny w Central Parku i spadający ludzie z placu budowy – mrozi krew. Dalej też potrafi wzbudzić dezorientację oraz suspens: czy to ucieczka przed wiatrem na otwartym polu (wiem, że to brzmi idiotycznie, ale jak to jest zrobione), spotkanie z żołnierzem czy scena, gdy nauczyciel matematyki jedzie na stopa razem z rodziną i jest dziura w naszyciu. Do tego świetnie budująca poczucie zagrożenia muzyka Jamesa Newtona Howarda, klimat bezradności i takiej apokalipsy. Troszkę to przypominało „Wojnę światów”, tylko bez efektów specjalnych.

zdarzenie2

Z drugiej strony, „Zdarzenie” sprawia wrażenie filmu głupiego, wręcz durnego. I to jest wina dialogów, które brzmią sztucznie. Najmocniej to czuć pod koniec, gdy bohaterowie trafiają do domu zamieszkanego przez ekscentryczną panią Jones, której zachowanie bije na głowę wszystko – oskarżenia o próbę kradzieży, zabójstwo, uderzenie dziecka w dłoń. Żarty ocierają się o absurd (hot dogi dają radę, ale tekst o aptekarce – grube jaja), dialogi sprawiają ból uszom (rozmowy z panią Jones – na samą myśl zaczynam się śmiać czy rozmowy naszej pary – poza tą finałową, która była udana), wątek państwa Moore i ich problemów małżeńskich jakiś ledwo liźnięty, niedopracowany. A samo zakończenie wielu może rozczarować brakiem wyjaśnienia na przyczynę tej sytuacji. Sytuacji, która może się powtórzyć.

zdarzenie3

Aktorsko film kładzie Mark Wahlberg, któremu Shyamalan chyba celowo postawił kłody pod nogi. Albo wypowiada zdania kompletnie bez sensu i nie na miejscu (rozmowa przed śmiercią pani Jones czy gadka z plastikowym drzewem), albo ma to spojrzenie. Miało ono chyba wyrażać zagubienie, dezorientację i strach, a mówiło ono: „Mark, w coś ty się za kabałę wpierdolił”. Na partnerującą Zooey Deschanel przynajmniej można popatrzeć (te wielkie oczy), bo też nie ma tu zbyt wiele do zaprezentowania. Chemii między nimi brak, więzi też nie czuć – spece od castingu dali ciała. Najciekawsza postać to kolega matematyk Julien (John Leguizamo), ale dość szybko znika z ekranu. I jeszcze świrnięta pani Jones (znana ze „Split” Betty Buckley) – takiego dziwadła jeszcze nie widziałem.

zdarzenie4

Shyamalan „Zdarzeniem” strzelił sobie w stopę, zaliczając spektakularną wpadkę, którą – podobno – przebił kolejnym tytułem. Realizacja solidna, suspens też jest, ale scenariusz jest słaby, aktorzy też poniżej możliwości, a o dialogach nie chce mi się gadać. Duże rozczarowanie, balansujące między śmiertelną powagą a zgrywą.

5/10

Radosław Ostrowski

Split

Zaczyna się wszystko spokojnie i niewinnie, bo od imprezy, gdzie przebywa Casey – nieśmiała, bardzo wycofana, spokojna dziewczyna. Ale wracając do domu, dziewczyna razem z trzema koleżankami zostają porwane przez tajemniczego jegomościa. Kim jest, czego chce i co zamierza? – nie wiadomo. Wiadomo, że czasu zostało niewiele. Bo jak się okazuje Kevin (tak się zowie delikwent) jest człowiekiem, cierpiącym na rozdwojenie jaźni. I to nie byle jakie, bo ma aż 23 osobowości.

split1

M. Night Shyamalan potwierdza swój powrót, realizując jeden z najbardziej kasowych filmów w swojej karierze (przy 9 milionach budżetu, zarobił prawie 300 mln) i wrócił niejako do korzeni. „Split” to psychologiczny thriller, troszkę klimatem przypominający „10 Cloverfield Lane”, gdzie mamy bohaterów zamkniętych w tajemniczym miejscu, co buduje poczucie klaustrofobii oraz prawdziwego strachu. Nie wiemy, czego tak naprawdę chce Kevin i powoli odkrywamy elementy układanki. Drugim ważnym elementem jest interakcja między dziewczynami, wręcz desperacko pragnącymi uciec a kolejnymi osobowościami Kevina, czekających na narodziny Bestii. I teraz zaczyna się cała zabawa – jak dziewczyny zareagują na Kevina, czy będą współpracować ze sobą, jak rozwiążą problem oraz co tak naprawdę zamierza antagonista.

split2

Po drodze reżyser przedstawia portret naszego bohatera, który korzysta z usług terapeutki. Dość szybko poznajemy historię bohatera (rozmowy z terapeutką, dr Fletcher) i jego tajemnicę, ale nie przeszkadza to w budowaniu napięcia (wyjątkiem jest teza pani doktor, że osoby z różnoraką osobowością posiadają nadprzyrodzone zdolności – brzmi jak bełkot, ale potem nabiera to sensu). A im bliżej końca, tym robi się coraz brutalniej (wręcz skręcamy w slashera) – kamera podkręca poczucie niepokoju, podobnie jak nerwowa muzyka. Ten slasherowy skręt, podobnie jak wrzucone retrospekcje z życia Casey, wybijają z rytmu i powodują, że napięcie zaczyna siadać, a sytuację częściowo ratuje finałowa wolta – jak to u Shyamalana – wywracająca wszystko do góry nogami (więcej wam nie zdradzę, ale chyba będzie ciąg dalszy).

split3

Reżyser wykonał świetny ruch, dając rolę Kevinowi dla Jamesa McAvoya, który rewelacyjnie wszedł w postać, a właściwie kilka postaci i za każdym razem byłem w stanie rozpoznać kim jest w tej chwili. Spokojny, opanowany Dennis (obsesja na punkcie porządku), równie wycofana Patricia, sepleniący 9-letni Hedwig – każdą z tych postaci aktor buduje innym spojrzeniem, mową ciała, sposobem poruszania się. Gdy trzeba, to szarżuje i szaleje (scena tańca – wow), a jednocześnie przeraża swoim opanowaniem. Poza nim wyróżnia się jedynie Anya Taylor-Joy jako Casey, próbująca nawiązać kontakt z mniej agresywnymi osobowościami Kevina, przez większość czasu sprawiając wrażenie wycofanej outsderki. I ta więź jest kolejnym mocnym punktem filmu, podobnie jak dr Fletcher (Betty Buckley).

split4split5

Wygląda na to, że Shyamalan potwierdził swój powrót do łask i może realizować spokojnie swoje kolejne projekty. Zakończenie sugeruje ciąg dalszy, na który liczę – i czekam na nowy film Shyamalan jakikolwiek on będzie.

7/10 

Radosław Ostrowski