Pamiętacie taki film Sydneya Pollacka z lat 70-tych „Trzy dni Kondora”? Jego bohaterem był analityk CIA Joe Turner, którego komórka zostaje wymordowana i tylko jemu udaje się uciec. Ale Agencja zamiast mu pomóc, decyduje się na likwidację mężczyzny, dostrzegając w nim zagrożenie. Parę lat temu powstał serial, stanowiący uwspółcześnioną wersję tej historii.

Tak jak w oryginalne, bohaterem jest Joe Turner – młody analityk CIA działający w komórce, która udaje firmę informatyczną. Mężczyzna parę lat temu stworzył komputerowy algorytm, który miał pomóc w namierzaniu terrorystów. Dzięki temu udaje się namierzyć Ammara Nazariego, który próbuje dokonać zamachu na stadion w USA. niedoszły terrorysta zostaje zabity, a przy nim zostaje znaleziona bomba z wirusem dżumy. Próbując ustalić, czy planowany jest kolejny zamach Turner odkrywa 12 luźno powiązanych ze sobą firm farmaceutycznych. Następnego dnia dochodzi do ataku na komórkę i tylko Turnerowi udaje się uciec. Zaczyna się polowanie, a bohater musi wykazać się sprytem, by wyjść z tego cało i odkryć spisek.

Twórcy nie próbują na siłę udziwnić historii i nie mają ambicji bycia drugim „Homeland”. „Trzy dni Kondora” to opowieść na tyle prosta, by dało się bez problemu wciągnąć, ale też na tyle skomplikowana, by obserwować, analizować i rozgryzać kolejne elementy układanki. Kto jest przyjacielem, kto zdrajcą, jaki jest ostateczny cel i czy można cały ten misterny plan powstrzymać. Turner (tutaj w wykonaniu bardzo wiarygodnego Maxa Ironsa) może nie jest zbyt dobry w polu, nadrabiając inteligencją i sprytem. Jest też idealistą z twardymi zasadami, eliminujący wroga tylko w ostateczności. A przeciwników ma wielu: część agentów CIA, płatny morderca, islamscy terroryści. Stawka jest bardzo wysoka, a czasu mało. Powoli odkrywamy kolejne elementy układanki, nawet jeśli pewnych rzeczy zacząłem się domyślać.

Choć akcji jest tutaj sporo, nie jest ona najważniejsza. Bijatyki i strzelaniny nie są w stylu Bourne’a, ale szału też nie robią. Jest troszkę zabawy równoległym montażem oraz retrospekcjami, które rzucają światło na początek całej intrygi, a także przeszłość Turnera. Tak samo jak istotne były sceny wewnętrznych rozgrywek w CIA oraz podchodów, gdzie jedna strona próbuje oszukać drugą. Zwłaszcza, że trzeba zachowywać pozory normalności. I to pomaga w budowaniu napięcia aż do satysfakcjonującego finału z obietnicą na drugi sezon.

I jeszcze jest tutaj bardzo bogaty drugi plan, z kilkoma wyrazistymi kreacjami: od bardzo opanowanego Williama Hurta (Bob Partridge, przyjaciel Joe’ego) i śliskiego Boba Balabana (wicedyrektor Reuel Abbott) przez uroczą Katherine Cunningham (przypadkowo wplątana w aferę Kathy Hale), zaskakującego Brendana Frasera (Nathan Fowler) i dawno nie widzianą Mirę Sorvino (Marty Frost). Dla mnie jednak prawdziwym odkryciem była Leem Lubany wcielającą się w płatną morderczynię, Gabrielle Joubert. Bardzo opanowana, chłodna i przygotowana na wszystko jest diabelsko niebezpieczna dla każdego, kto się z nią spotka. Zaś jej motywacja pozostaje niejasna do końca.

„Trzy dni Kondora” to kolejny przykład serialowej wersji kinowego hitu, która zachowuje najlepsze elementy oryginału, jednocześnie aktualizując go do dzisiejszych czasów. I to się udaje bez poczucia zgrzytu, o co było bardzo łatwo. Bywa przewidywalny, jednak trzyma w napięciu, dostarczając wiele frajdy.
7,5/10
Radosław Ostrowski







