Osierocony Brooklyn

Takich ludzi jak Lionel Essrog raczej mija się na ulicy. Nawet jak się przystanie, jedyne słowo mogące go opisać to: dziwak. Zdarza mu się, że nagle plecie coś bez sensu, wykonuje absurdalne zachowania (dając ognia, podpala zapałkę po to… żeby ją zgasić, bo nie wydała odpowiedniego dźwięku) i nie wiadomo w zasadzie, czego się można spodziewać. Tego nie wie nawet on sam, bo jego głowa to jeden wielki bajzel zwany zespołem Tourette’a. Niemniej znalazł się ktoś, kto potrafił wykorzystać najmocniejsze atuty (świetna pamięć). Był to Frank Minna – prywatny detektyw, który przygarnął Lionela oraz jego kumpli z sierocińca. Spoko gość, ale wdepnął w paskudną sprawę i ktoś go sprzątnął. Ale kto i dlaczego chciałby to zrobić? Essrog podejmuje się na własną rękę wybadać sprawę.

Czarny kryminał to gatunek kina, który swoje najlepsze lata wydaje się mieć za sobą. Czasy panów z kapeluszami w prochowcach, palących papierosa oraz odkrywających brudne tajemnice miasta już mamy za sobą. Pojawiają się pewne próby przebicia jak „Nice Guys” Shane’a Blacka (ok, to są lata 70., ale podobny vibe) czy wykorzystujące elementy tego gatunku eksperymenty pokroju „Brick”, ale klasyczne noir skończyło się wraz z „Tajemnicami Los Angeles”. Czyli od 1997 roku. Nie zraziło to jednak Edwarda Nortona, który podjął się reżyserskiej próby i przeniesienia na ekran powieści Jonathan Lethama z 1999 roku. Przeniósł jej akcję z lat 90. do 50., a reszta krąży wokół klasycznych elementów tego gatunku. Miasto skrywające bezwzględne tajemnice i brudy – jest. Kobieta, skrywająca pewną tajemnicę – zgadza się. Korupcja na szczytach władzy – pasuje. Rasistowskie uprzedzenia – nie zawsze są standardem, ale tu są. Innymi słowy, to klasyczna kryminalna opowieść retro.

osierocony brooklyn1

A w tym przypadku jest to broń obosieczna. Reżyserowi udaje się zachować klimat realiów epoki. Kostiumy, dekoracje, rekwizyty, samochody – tutaj się wszystko zgadza i nie ma miejsca na pomyłki. Równie świetne są bardzo stylowe zdjęcia Dicka Pope’a (zwłaszcza ujęcia nocne to prawdziwe złoto) oraz jazzowo-psychodeliczna muzyka Daniela Pembertona. Jest parę podnoszących napięcie scen jak znakomity początek czy bardzo dramatyczny pościg nocny do mieszkania albo momenty, gdy Essrog próbuje sobie przypomnieć pewne słowa, zdarzenia, sytuacje. Wtedy widać jak ten zwichrowany umysł funkcjonuje, co już czyni całość odrobinę interesującą.

osierocony brooklyn2

Problemem jednak jest sama historia i intryga. Nawet nie chodzi o to, że film jest bardzo długi (niecałe dwie i pół godziny), ale to wszystko wydawało mi się dziwnie znajome. Aż za bardzo, przez co wiele razy od seansu się odbijałem niczym piłeczka ping-pongowa. Chwila ekscytacji, by przez chwilę odczuć znużenie, kolejna ekscytacja i znużenie. Tak przez cały film, a kilka niekonwencjonalnych tricków (sceny pobicia, gdy widzimy akcję z oczu bohatera czy moment niejako „przejęcia” rekwizytów mentora przez Lionela) nie zawsze rekompensowało seans.

osierocony brooklyn3

Sytuację ratuje za to znakomita kreacja Edwarda Nortona, który (w przeciwieństwie do reżysera… Edwarda Nortona) jest bardzo zdyscyplinowany i magnetyzuje do samego końca. Essrog początkowo sprawia wrażenie dziwaka niż klasycznego detektywa-twardziela/cwaniaka z kina noir, co czyni go obiektem drwin i staje się lekceważony przez wrogów. Tylko, że pod tą kopułą pracuje bardzo zaawansowany komputer, który czasami lubi się psuć. Zderzenie niemal fotograficznej pamięci z powtarzającymi się manieryzmami („If”), tikami oraz dość niepozorną sylwetką tworzy niesamowitą mieszankę niewinności ze sprytem, determinacją i odwagą. Na drugim planie absolutnie błyszczy Alec Baldwin w roli śliskiego, bezwzględnego polityka Mosesa Randolpha, który dla władzy zrobi wszystko. Nawet unowocześni miasto, co jest jego wielką obsesją. Warto też wspomnieć o trzymającym jak zawsze poziom Willem Dafoe (Paul) i Bobbym Cannavale (Tony), a także odzyskujący chęć do grania Bruce Willis (detektyw Frank Minna).

osierocony brooklyn4

„Osierocony Brooklyn” dla fanów kina noir będzie niczym prezent pod choinką. Trudno odmówić Nortonowi zaangażowania oraz pasji, jednak film nie porywa tak bardzo jak mógłby być. Brakuje jakiegoś mocniejszego kopa i… świeżości, co zaskoczyło mnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Szklana pułapka 2

Wszyscy pamiętamy jak w 1988 roku porucznik John McClane w Święta spuścił łomot niemieckim terrorystom w Nakatomi Plaza. Wydawałoby się, że już będzie miał święty spokój i kolejne Boże Narodzenie spędzi tak, jak tradycja nakazuje. W domu, z żoną, dziećmi, choinką oraz prezentami. Tylko trzeba odebrać żonę z lotniska w Waszyngtonie. Problem w tym, że lotnisko zostaje opanowane przez grupę byłych wojskowych, a ich celem jest przewożony wojskowym samolotem generał Esperanza.

szklana pulapka2-1

Do realizacji tej części nie pojawił się John McTiernan, który w tym czasie realizował „Polowanie na Czerwony Październik”. Zamiast niego wskoczył fiński twórca Renny Harlin, dla którego był to pierwszy duży projekt. Muszę przyznać, że bardzo lubiłem oglądać dwójkę, choć nie byłem świadomy znajomości całej serii. Ale z dzisiejszej perspektywy muszę przyznać, iż ta część z każdym seansem zacząłem dostrzegać więcej wad. Sama historia to w zasadzie powtórka z rozrywki, tylko na większą skalę. Zamiast dużego budynku jest lotnisko, zamiast jednego głównego przeciwnika jest go aż trzech i żaden nie nazywa się Gruber. Nie mają tej charyzmy, a ich motywacja jest tak nudna, że zapomina się o niej od razu.

szklana pulapka2-2

Do tego wraca największy problem poprzedniej części, czyli niekompetentni, pozbawieni inteligencji policjanci. Zwłaszcza dowódca policji lotniskowej (Dennis Franz), który jest tak przekonany o swojej nieomylności, że staje się prawdziwym wrzodem na dupie. Sama akcja jest tutaj bardziej widowiskowa, nie pościgów (scenka ze skuterami), strzelaniny mają swoje tempo, a finałowa bijatyka na skrzydle samolotu dalej angażuje. Ale dla mnie największym problem w realizacji jest słabnące w połowie filmu napięcie. Nie pomaga także przeskakiwanie z lotniska w samolot z żoną Johna na pokładzie, co zwyczajnie dezorientuje.

szklana pulapka2-3

Nadal sytuację ratuje Bruce Willis, który jest wręcz nie do zdarcia. To nadal cyniczny twardziel, który pojawił się w złym miejscu i złym czasie, co nie przeszkadza mu walczyć do samego końca. Ciągle mu kibicowałem, choć próbuje dokonywać wyczynów godnych herosa (próba uratowania samolotu przez zniszczeniem), pozostaje szarym gościem i chce wykonać swoją robotę jak najlepiej. Reszta postaci prezentuje się solidnie, zarówno William Sadler (pułkownik Stuart), Franco Nero (generał Esperanza) czy Fred Dalton Thompson (Thudeau). Niemniej nie ma tutaj kogoś na tyle wyrazistego, by skupić na sobie uwagę.

Druga część „Szklanej pułapki” to solidne kino akcji, które jest dobrze wykonane i ma parę imponujących scen. Jest mocno wtórny i troszkę brakuje mu paru własnych pomysłów, jednak nadal stoi na własnych nogach oraz dostarcza wiele frajdy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Glass

M. Night Shyamalan ostatnimi laty zaczynał wracać do swojej formy. Kameralna „Wizyta” oraz niemal klaustrofobiczny „Split” przypomniały talent reżysera. Pytanie jednak, czy nasz specjalista od twistów utrzymuje poziom, czy jednak sukces był przedwczesny? Na to pytanie odpowiedź powinien dać „Glass”, który był ostatnią częścią trylogii superbohaterskiej Hindusa. Ale jakiej trylogii?

glass1

Wszystko zaczęło się od roku 2000, kiedy reżyser stworzył „Niezniszczalnego”. Była to opowieść o szarym facecie, który odkrywa w sobie superbohaterskie moce. „Split” – jak się okazał – był historią o narodzinach superłotra. W założeniu „Glass” ma być ostateczną konfrontacją między Davidem Dunnem a tajemniczą Bestią. I początkowo wydaje się, że będziemy szli w tym kierunku. Dunn (obecnie szef sklepu ze sprzętem do ochrony) nadal działa jako samotny mściciel i przypadkowo trafia na ślad Kevina, przetrzymującego porwane cheerleaderki. Dochodzi do bijatyki, którą kończy interwencja policji, zaś obaj panowie trafiają do strzeżonego szpitala psychiatrycznego. Tam mają zostać poddani leczeniu oraz przekonani, że nie są superbohaterami, nie mają żadnych mocy, a nadprzyrodzone sytuacje da się racjonalnie wyjaśnić. Jakby tego było mało, razem z nimi przebywa Mr. Glass – ekscentryczny pasjonata komiksów, odpowiedzialny za wiele zbrodni.

glass2

Punkt wyjścia naprawdę dawał duże pole manewru. Reżyser powoli przygotowuje grunt do konfrontacji, choć pierwsza scena akcji wydaje się dość dziwacznie sfilmowana (kamera pokazująca zdarzenia jest przyklejona tak, by widać przód protagonisty albo jest oddalona). Niemniej to jest intrygujące, ale wszystko zmienia się z miejscem akcji. Zamiast interakcji między trójką kluczowych postaci, widzimy ich odizolowanych od siebie i pojawia się pani psycholog (Sarah Paulson będąca tutaj Człowiekiem-Ekspozycją). Cała ta relacja oraz motyw, że tzw. superbohaterowie to tylko odbicie ich problemów psychicznych miała w sobie potencjał. Ale Shyamalan za bardzo przeciąga ten wątek, przez co czułem się znużony, zaś dialogi są rzucane w tak łopatologiczny sposób, że aż to naprawdę boli. Pojawiają się zbędne retrospekcje oraz postacie niejako wspierające każdego z wyjątkowych postaci.

glass3

Najgorsze jednak Shyamalan zostawia na koniec. Oczywiście musi zaserwować masę twistów oraz wolt, a finałowe starcie okazuje się być pozbawione jakiegokolwiek napięcia. Jakby tego było mało, zachowanie postaci staje się coraz bardziej irracjonalne, zaś wielki plan Glassa oraz ostatnie 20-25 minut wywołało we mnie poczucie żenady (zwłaszcza śmierć jednego z bohaterów). Najchętniej wymazałbym je z pamięci, gdybym mógł.

glass4

Nawet aktorzy (i to nawet zdolni) nie mają tak naprawdę zbyt wiele do roboty. Bruce Willis jako Dunn miewa przebłyski oraz chwile, kiedy zaczyna wątpić w swoje moce. Ale przez większość czasu zwyczajnie siedzi i smutną ma twarz. Samuel L. Jackson przez większość filmu nic nie mówi, a nawet się nie rusza. Tylko, że w kreowaniu mistrza zbrodni wydaje się być karykaturą swojej postaci z pierwowzoru. Jedynie James McAvoy ma duże pole do popisu (w końcu ma 24 osobowości) i tylko on ciągnie całość na swoich barkach. Lekko szpanuje swoimi umiejętnościami, ale i tak wypada najlepiej.

Chciałbym powiedzieć, że „Glass” jest udanym filmem oraz intrygującą dekonstrukcją kina superbohaterskiego. Ale Shyamalan znowu zachłysnął się swoimi sukcesami, popadając na wielkich mieliznach i tworząc swój najgorszy film od czasów „Ostatniego Władcy Wiatru”. Tego się nie spodziewałem.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Szklana pułapka

Święta to nie tylko czas, w którym spędzamy ten dzień z najbliższymi. Także próbujemy zabliźnić pewne rany oraz wyjaśnić kilka spraw. Kimś takim jest niejaki John McClane – nowojorski glina, który przyjeżdża do Los Angeles, gdzie zawsze świeci słońce. W tym mieście pracuje jego żona, mieszkająca z dwójką dzieci. John w końcu spotyka kobieta swego życia w budynku korporacji Nakatomi, ale rozmowa kończy się ostrą wymianą zdań. Chwila na złapanie oddechu, ona idzie przemówić do grupy. Ale plan pogodzenia się szybko bierze w łeb z powodu 12 (niczym Apostołów z Nowego Testamentu) nieproszonych gości. To nie był św. Mikołaj z bandą elfów, tylko niemieccy terroryści pod wodzą Hansa Grubera, mającego pewien konkretny plan na ten wieczór.

szklana_pulapka_11

Od wielu lat pewna stacja telewizyjna umieszcza ten film w świątecznej ramówce, co wydaje się dość dziwnym pomysłem. Ostre kino akcji w Wigilię, dzielenie się opłatkiem w rytmie wystrzeliwanych pocisków, czerwonej niczym strój św. Mikołaja krwi oraz faków? To jest jakiś powiew świeżości po banalnych, nudnych, przesłodzonych opowieściach ze śniegiem, Mikołajem oraz rodzinach. Chociaż film McTiernana ma niecałe 30 lat na karku, pozostaje wzorcem z Serves dla fanów kina akcji. Sama intryga gmatwa się coraz bardziej, chociaż wydaje się pozornie prosta: chodzi o kradzież. Jednak Gruber ukrywa przed resztą swoje prawdziwe cele oraz ciągle wpuszcza wszystkich w maliny (ogłoszenie żądania, rozmowa z szefem oddziału Nakatomi).

szklana_pulapka_12

A wszystko toczy się w tytułowej pułapce, pełnej sterylnych pomieszczeń, wind, komputerów, niedokończonych pięter oraz szybów wentylacyjnych, budując klaustrofobiczny klimat, przerywany scenami działań policji, FBI oraz telewizji. Poczucie zagrożenia potęgują dodatkowo zdjęcia Jana De Bonta. Holenderski operator, poza dynamiczną pracą kamery, pełną ruchomych zbliżeń, kroczenia za i z postacią, ale też robi jedną prostą sztuczkę czyni całe tło bardzo nieostre, niewyraźne, jakby zamglone. To jeszcze bardziej wywołuje niepokój. Jeśli dodamy do tego równie dynamiczny montaż, kilka bijatyk oraz popisów pirotechnicznych (nadal robiących piorunujące wrażenie), zmieszanych ze smolistym, cynicznym humorem, dostajemy idealny koktajl Mołotowa.

szklana_pulapka_13

Jest jeszcze jedna drobna rzecz, dodająca energii „Szklanej pułapce”: para przeciwników, czyli John McClane i Hans Gruber. Pierwszego gra znany wówczas z telewizji Bruce Willis, który kompletnie zaskoczył wszystkich. Jego bohater to cyniczny, troszkę zmęczony facet, niemal cały film chodzący boso w przepoconym podkoszulku. W porównaniu do takiego Stallone’a czy Schwarzeneggera, aktor wygląda troszkę jak chuchro, więc na bezpośrednią konfrontację nie było szans. Poza tym, nasz heros nie jest niezniszczalnym twardzielem przyjmującym miliony ciosów bez zadrapania, ale z każdą minutą jest coraz bardziej pokiereszowany, osłabiony i tracący jakąkolwiek nadzieję na wyjście z opałów. I to czyni go bardziej ludzkim (scena, gdy przygląda się śmierci pana Takagi czy próbuje odciągnąć Ellisa), przez co łatwiej było mi kibicować. Mając jedynie do dyspozycji spryt, upór oraz determinację John McClane szybko zdobywa sympatię widza. Równie charyzmatyczny jest główny łotr, grany przez debiutującego (!!!) Alana Rickmana. Ten Brytyjczyk znakomicie wszedł w postać diablo inteligentnego przeciwnika w eleganckim garniturze z prostą motywacją, eleganckim akcentem, przygotowanym niemal na każdą okoliczność. Gdzie dzisiaj są tacy dranie?

szklana_pulapka_14

Ale drugi plan też ma wiele do pokazania. Zarówno lekko wredna żona Holly (mocna Bonnie Bedelia), będący wsparciem (przez walkie-talkie) krawężnik Al Powell (niezawodny Reginald VelJohnson) czy będący prawdziwym wrzodem na dupie dziennikarz Richard Thornburg (William Atherton, będący wówczas etatowym dupkiem Hollywood) mocno zapadają w pamięć, fantastycznie wzbogacając film.

Sukces filmu McTiernana polegał nie tylko na kolejnych sequelach, ale przede wszystkim na mutacjach, gdzie mieliśmy samotnego bohatera w zamkniętej przestrzeni mierzącego się z nieznanym przeciwnikiem/kataklizmem („Liberator”, „Tunel”, „Na krawędzi”, „Speed” czy „Olimp w ogniu”). Choć żaden nie zbliżył się poziomem do precyzyjnej roboty reżysera, mieszającego brawurową akcję, napięcie i komedię. Mikołaj po obejrzeniu powiedziałby: Yippie Ka Yay, motherfucker!

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jak dogryźć mafii

Venice – nie mylić z Wenecją to kurort gdzieś w Kalifornii, pełen plaż, fajnych lasek oraz surferów, skejterów itp. Właśnie na tym rewirze pracuje Steve Ford – prywatny detektyw, znający miasto jak własną kieszeń. Nasz bohater ma ręce pełne roboty: chce odzyskać rodzinny dom, musi wytropić graficiarza robiącego obrzydliwe murale, odnaleźć siostrę-seksoholiczkę dla Samoańczyków, w końcu odzyskać wóz właściciela pizzerii przejęty przez handlarza narkotyków Spydera. I to ostatnie pakuje Forda w dodatkowo kłopoty, gdyż gangster kradnie jego psa. By go jednak odzyskać, musi wykonać pewną przysługę.

jak_dogryzc_mafii1

Bracia Cullen w swoim kolejnym dziele (poprzednio zrobili scenariusz do „Fujar na tropie”) robią bardzo niebezpieczny miks kryminału i komedii. Jest to raczej zbiór scenek niż spójna, sensowna fabuła, chodząca z punktu A do B. Wszystko to opowiada wspólnik naszego protagonisty, John, dodając odrobinę swoich docinków. Ale największym problemem, poza rozbitym na mniejsze epizody scenariuszem, jest bardzo mocno balansujące na granicy smaku poczucie humoru. Czego tu nie ma: jazda na desce bez ciuchów, kradzież psa, bzykanie się w aucie, atak na transwestytów. I ten dziwaczny koktajl nie wywołuje irytacji, lecz też niespecjalnie wywołuje śmiechu. Dopiero pod koniec zaczyna to wszystko nabierać rumieńców oraz bigla, lecz wtedy jest już za późno na satysfakcję. Logika nie jest mocną stroną, bohaterowie nie grzeszą inteligencją (co też ma być śmieszne), tylko że zestaw gagów jest tak wyświechtany (problem ze schwytanie graficiarza, gdyż czujka albo zasnęła albo… była zajęta czymś innym), że aż robi się to nudne.

jak_dogryzc_mafii2

Podobać się za to może miejsce, czyli Venice. Ładnie jest sfotografowane, pełne słońca, plaż i roznegliżowanych ciał, a w tle gra bardzo lekka, przyjemna muzyczka. Wygląda to bardzo przyzwoicie, bez poczucia wstydu oraz biedoty, co patrząc na wytwórnię (Voltage Pictures) jest pozytywnym zaskoczeniem.

jak_dogryzc_mafii3

Sytuację próbują ratować aktorzy, tylko że twórcy ciągle podcinają im skrzydła. Najmocniej to czuć w postaci balansującego na granicy zgrywy i powagi Forda w wykonaniu Bruce’a Willisa. Aktor robi, co może, by uczynić swoją postać wiarygodną i nadal ma ten łobuzerski uśmiech, przez co efekt końcowy jest niezły. Dobrze sobie też radzi Thomas Middleditch ze swoim rozgadaniem oraz nieporadnością (scena w barze – rewelacja), podobnie jak niemal zblazowany John Goodman (Dave), rozkręcający się w ostatniej partii filmu. Ale najwięcej luzu ma Jason Momoa w roli niezbyt kumatego Spydera, nadrabiającego swoją fizycznością, a swoją obecnością sprawia wiele frajdy.

jak_dogryzc_mafii4

Film mógł być powrotem Willisa z otchłani tanich i tandetnych filmów do pierwszej ligi, ale realizacja mocno zawiodła. Cullenowie mocno balansują na granicy smaku, wrzucając różne pomysły i mieszają, by liczyć na to, że jakoś to zagra. Ale się bardzo mocno przeliczyli, a ja mam nadzieję, że nic więcej już nie stworzą.

5/10

Radosław Ostrowski

Niezniszczalny

David Dunn jest zwyczajnym człowiekiem, który pracuje jako ochroniarz w Filadelfii. Ale jego życie rodzinne to bajzel – żona i syn nie utrzymują z nim kontaktu, on chce się przeprowadzić. Gdy go poznajemy, wraca pociągiem z Nowego Jorku, gdzie starał się o pracę. Ale podczas powrotu dochodzi do wykolejenia pociągu. David jako jedyny przeżył wypadek i to bez zadrapania. Przypadek? Cud? Zbieg okoliczności? Pewien właściciel galerii Elijah Price – wielki miłośnik komiksów ma swoją hipotezę. Uważa, że Dunn ma wszelkie predyspozycje, by walczyć ze Złem niczym superbohater.

niezniszczalny1

M. Night Shyamalan po realizacji „Szóstego zmysłu” zawiesił wysoko poprzeczkę wobec swojego następnego filmu, czyli zrealizowanego rok później „Niezniszczalnego”. Wszyscy znamy filmy o superbohaterach, gdzie musi nosić lateksowy strój, walić pięściami po złych, posiada różne mega moce (rentgen w oczach, nadludzka siła czy posługiwanie się bronią) oraz jest prawym rycerzem bez skazy. Oczywiście, ma swoje słabości i wady, bierze odpowiedzialność za swoje czyny, walcząc ze swoimi demonami. Ale tutaj reżyser wywraca całą konwencję do góry nogami i ubiera w konwencję dramatu psychologicznego, kompletnie rezygnując z charakterystycznych wizualne oraz ikonograficznie dla komiksowego sztafażu. Shyamalan podpuszcza i przez większość czasu nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie czy David posiada nadprzyrodzone zdolności, czy to tylko kwestia przypadku. Symboliczne są tutaj aż trzy sceny: podnoszenie ciężarów przez Davida (coraz większa waga), trzymająca w napięciu chwila, gdy Josef (syna Davida) próbuje strzelić, by udowodnić „niezniszczalność” Dunna oraz moment „intuicji”. Wtedy jeszcze możemy się zastanawiać i podejrzewać, ale suspens osiągany jest prostymi środkami: długimi ujęciami, skupieniem na twarzach, mroczne otoczenie plus kapitalna muzyka Jamesa Newtona Howarda.

niezniszczalny2

Kulminacją dla całości jest pierwsza akcja naszego bohatera, rozgrywająca się niemal pod koniec filmu, gdy stawką jest ludzkie życie. Ale nawet wtedy, Shyamalan nie popisuje się, choć jest jedna bardzo widowiskowa scena upadku widziana oczami „herosa”. Zdjęcia oraz bardzo spokojny montaż zaskakują i dają ogromną satysfakcję. Tak samo jak naturalne dialogi oraz spokojne sceny z życia rodziny, pokazujące pewną tajemnicę z życia Dunna. Także finałowa wolta prowokuje do myślenia.

niezniszczalny3

Największym zaskoczeniem za to jest bardzo powściągliwe, ale świetne aktorstwo. Bruce Willis ze swoim melancholijnym spojrzeniem skupia swoją uwagę i czuć pewne wewnętrzne napięcie w naszym bohaterze. Jakby wiedział coś więcej niż chce powiedzieć i przyznać się swoją rodziną. Nawet w scenie pierwszej akcji, zachowuje opanowanie. Podobnie stonowany jest Samuel L. Jackson jako ekscentryczny i zagadkowy Elijah, obdarzony łamliwymi kośćmi oraz wielką miłością do komiksu. Poza tą intrygującą parą trzeba koniecznie wspomnieć o Robin Wright (wtedy jeszcze Penn), czyli Audrey oraz wyglądającej niczym sobowtór Haleya Joela Osmonta – Spencer Treat Clark.

niezniszczalny4

„Niezniszczalny” to udana próba realistycznego spojrzenia na mit superherosa – człowieka pomagającego ludziom, choć niekoniecznie chwalącego się przed całym światem. Podobno Shyamalan chciał zrobić trylogię o Davidzie Dunnie, a ostatnie sukcesy spowodują, że może dostać zielone światło. Ale zobaczymy czy powstaną kolejne części najbardziej niedocenionego filmu Hindusa.

8/10 

Radosław Ostrowski

Niezniszczalni II

Minęły dwa lata od akcji Niezniszczalnych w Vilenie. Teraz grupa Barneya Rossa dostaje nowe zadanie od Churcha, który nie do końca przełknął poprzednią akcję. Dostają nowe zadanie, pozornie warte: odebrać sejf z zestrzelonego samolotu, w czym ma pomóc pewna hakerka Maggie. Niestety, grupa wpada w zasadzkę i jeden z członków – snajper Billy the Kid – zostaje zabity przez szefa Sangów, Jeana Villaina. Od tej pory liczy się tylko zemsta, a plan jest prosty: track’em, find’em, kill’em.

niezniszczalni21

Gdy pierwsza część zarobi kupę szmalu, to musi powstać sequel – tak brzmi prawo pradawnego amerykańskiego boga Box-Office’a. Tym razem jednak reżyserii drugiej części przygód Sylwka Stallone’a i jego wesołej kompanii nakręcił Simon West – sprawny i doświadczony rzemieślnik. Nie ma tutaj chaotycznego i skocznego montażu, jest za to prowadzona pewną ręką nieskomplikowana fabuła, maksymalnie przyśpieszona i jadąca mocno po bandzie. Jest więcej rozróby, tempo znacznie szybsze (sam początek to jedna wielka sekwencja odbicia jeńców), wrogów do kasacji jeszcze więcej, a logiki jeszcze mniej niż w poprzedniej części. Ale umówmy się – takich filmów nie ogląda się dla fabuły. Dodatkowym atutem tej zarąbistej rozpierduchy za kupę kasy jest znacznie większa dawka autoironicznego humoru, gdzie panowie pozwalają na dystans wobec swoich poprzednich wcieleń i kultowych tekstów. I co najważniejsze – każdy z bohaterów dostaje mniej więcej tyle samo czasu, by zabłysnąć. Efekt jest po prostu przedni.

niezniszczalni22

Stara ekipa wróciła w formie (najbardziej zaskakuje Dolph Lundgren, którego bohater trochę się uspokoił i przypomina sobie o wykształceniu chemicznym), a poważnym wzmocnieniem jest danie większego czasu ekranowego Bruce’owi Willisowi i Arnoldowi Schwarzeneggerowi, którzy ruszają w teren. Ich arcywrogiem jest sam Jean-Claude van Damme (Jean Villain) i prezentuje się po prostu świetnie. Jest zły do szpiku kości i brakuje tylko kąpieli w wannie pełnej krwi do całego portretu. Ale z drugiej strony nasza dzielna ekipa ma potężnego sojusznika, czyli samego Chucka Norrisa. A wiadomo jak się pojawia Chuck Norris (tu dla nie poznaki nazwany „Samotnym wilkiem” Bookerem), to wszystko zostaje zniszczone w pył (cudowne ocalenie bohaterów z zasadzki Sangów w mieście) i nic nie jest w stanie go zabić. Nawet królewska kobra. Tylko czemu gdy wchodzi Chuck pojawia się muzyka z „Dobrego, złego i brzydkiego” Ennio Morricone?

niezniszczalni23

West przynajmniej nie udaje, że chodzi o coś więcej niż rozpierduchę, a „Niezniszczalni II” przebijają część pierwszą niemal pod każdym względem. Jest znacznie brutalniej, a jednocześnie oldskulowo i z dowcipem. Takiej jatki nie pamiętam od czasów „Hot Shots II”. I liczę, że będzie lepiej niż przy „trójce”.

8,5/10

Radosław Ostrowski

RED 2

Frank Moses, który od dawna jest emerytowanym agentem CIA, znów musi skrzyknąć dawnych kompanów, bo znów ktoś próbuje go zabić. Oskarżeni o terroryzm muszą odnaleźć bombę atomową zanim eksploduje. Frank razem z Marvinem, swoją dziewczyną Sarą i Victorią muszą znów stanąć do walki.

red21

Dean Parisot objął schedę po Robercie Schwendtke i nakręcił kontynuację kasowego hitu na podstawie komiksu Warrena Ellisa. I nadal jest to film akcji z akcentami komediowymi, gdzie humor jest momentem na złapanie oddechu przed kolejną strzelaniną i wybuchami. A dzieje się tu wiele, intryga jest piętrowa, a zabawa przednia. A po drodze zwiedzimy Paryż, Londyn i Moskwę. Intryga jest mocno absurdalna (dlatego nie będę jej streszczał), tempo szybkie i efektowne (pościg w Paryżu, strzelanina w Moskwie), zaś jedną z sił humoru są spięcia między dwiema paniami Franka – tą obecna i byłą. Luz, blues i dobra impreza – jednym słowem. Prawie tak samo jak trzy lata temu, tylko bardziej.

No i jeszcze do tego gwiazdozbiór jakiego na ekranie nie widziałem od dawna. Bruce „Wszechmogący” Willis, wybuchowy John Malkovich, elegancka Helen Mirren (ze spluwą jej do twarzy) oraz zabawna Mary-Louise Parker. Silnym wzmocnieniem starej ekipy jest stuknięty Anthony Hopkins (dr Bailey), twardy i uderzający wszystkimi kończynami Byung-suu Lee (Han) i uwodzicielska Catherine Zeta-Jones (Katia). Oglądanie tej obsady to po prostu wielka frajda.

red24

Jeśli wam się podobała poprzednia część, na ta możecie iść śmiało. Reszta złakniona bezpretensjonalnej i świetnej rozrywki, powinna to zobaczyć i pośmiać się. A jest z czego.

7/10

Radosław Ostrowski

Looper – Pętla czasu

W roku 2072 będzie możliwe podróżowanie w czasie, jednak zostanie ono zabronione. Jednak jedna organizacja będzie w stanie wykorzystywać je – mafia. Gangsterzy wykorzystują podróże w czasie, by eliminować swoich wrogów, przenosząc ich 30 lat wstecz, gdzie są zabijani przez zabójców – looperów. Jednak w przyszłości, nowy szef Rainmaker eliminuje looperów i zamyka pętlę, czyli rozwiązuje umowę i wysyła do zabicia loopera starszego o 30 lat. Właśnie takie zadanie otrzymał Joe, ale jego starsze wcielenie ucieka…

looper1

Tematyka podróży w czasie to jeden z archetypów konwencji SF. Ale reżyser Rian Johnson miał bardzo ciekawy i nietypowy punkt wyjścia na tą opowieść. Świat, w którym gangsterzy kontrolują świat, każdy nosi gnata, bo nie jest bezpiecznie, nie należy do przyjemnych, zaś futurystyczne gadżety (motocykle jadące ponad ziemią czy garłacze – broń looperów) mieszają się ze współczesnymi strojami. Akcji w tym filmie jest niewiele tak jak efektów specjalnych, ale robią wrażenie (wszelkie sceny telekinezy Cala) i wyglądają efektownie. Problemem mogło być rozwiązanie paradoksów czasowych, jednak Johnson znalazł wyjście z tej sytuacji – przyszłość w „Looperze” nie jest konkretną rzeczywistością, a raczej pewnym wiecznie poruszającym się, wiecznie płynącym w kalejdoskopie czasu zbiorem alternatyw. Co z tego może wyjść, zależy od nich, zaś reżyser skupia się przede wszystkim na bohaterach i ich trudnych wyborach. Zemsta, odzyskanie dawnego życia – tutaj mamy ludzi z krwi i kości.

looper2

W dodatku są oni bardzo przekonująco zagrani. Najważniejsi są tutaj Joseph Gordon-Levitt i Bruce Willis grający tą samą postać. Ten starszy jest bardziej zmęczony i zdeterminowany, uparcie dążący do celu, dawno Bruce nie był w tak dobrej formie. Gordon-Levitt to ćpun i gówniarz, który po burzliwej przeszłości zaczyna dojrzewać. Świetnie wypada też Emily Blunt w roli, która jest dość kluczowa, a o której nie mogę powiedzieć zbyt wiele. Poza tą kluczową trójką, zwraca uwagę grający drobną rolę Jeff Daniels (Abe, człowiek mafii w Kansas City), Noah Segan (Kid Blue – looper) oraz świetny Pierce Gagnon (dzieciak Cid).

Ciekawie pomyślane i dobrze opowiedziane kino SF, które nie udaje, że chodzi o serwowanie dobrej zabawy. To chyba uczciwa propozycja.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Sin City – Miasto grzechu

Basin City – tak się kiedyś nazywała ta mieścina, ale odkąd w Starym Mieście sprowadzono prostytutki, nazywano je Miastem Grzechu. To tutaj w tym zgniłem mieście, gdzie nieuczciwość, korupcja i morderstwa są powszechne, toczą się trzy historie. Każda z nich ma swojego bohatera, w każdym pojawia się kobieta, która odgrywa kluczową rolę i w każdej będzie masa krwi.

Bohaterem pierwszej jest Marv – brzydki, twardy syn ulicy, który zostaje wrobiony w morderstwo prostytutki, dzięki której znalazł sens życia. By odnaleźć zabójców, będzie musiał zadrzeć z najbardziej wpływową familią Roarków. W drugiej Dwight McCarthy – mężczyzna po przejściach zostaje wplątany w intrygę mającą na cel zniszczenie kruchego rozejmu panującego w Starym Mieście – dzielnicy prostytutek. Zaś trzecia (podzielona na dwa) to historia Johna Hartigana, który dzień przed pójściem na emeryturę powstrzymuje syna senatora Roarka przed gwałtem na 11-letniej dziewczynie, ale tatuś nie zamierza odpuścić.

hartigan
John Hartigan – ostatni sprawiedliwy

Robert Rodriguez tak zazdrościł Quentinowi Tarantino, że postanowił nakręcić własne „Pulp Ficton”. I rzeczywiście, oba te filmy mają ze sobą wiele wspólnego – trzy opowieści, czarny humor, gwiazdorska obsada. Adaptacja komiksu Franka Millera (także współreżysera filmu) wygląda jak komiks – jest czarno-białą opowieścią (rzadko pojawia się kolor- czerwony, żółty), gdzie żywi aktorzy grają w komputerowo stworzonym świecie Miasta Grzechu – pełnego brudu, smrodu, korupcji, a uczciwość odeszła w zapomnienie. Jednak poza świetną stylizacją, każda opowieść ma wciągającą intrygę, klimat czarnego kryminału oraz bardzo wyrazistych bohaterów, nawet w epizodach.  Poza tym „Sin City” jest brutalnym filmem – krzesło elektryczne, odrąbane głowy, rozerwane i odstrzelane członki, więc osoby o słabszych nerwach, nawet nie zbliżają się do niego.

marv
Marv – wielki powrót Mickeya Rourke’a

Co do obsady, to tak jak we wspomnianym „Pulp Fiction”, natężenie gwiazd na cm taśmy filmowej przekracza dopuszczalne, ale co najciekawsze, żaden aktor nie dominuje, nie jest najważniejszy. Główne role – trzech twardzieli, którzy są zmęczeni i cyniczni, ale jednak kierują się własnym kodeksem moralnym – zagrali wracający do wielkiej formy Mickey Rourke (Marv), bardzo dobry Clive Owen (Dwight) oraz konsekwentnie grający wizerunkiem tough guya Bruce Willis (Hartigan). Ale nie tylko oni błyszczą i przykuwają uwagę na dłużej. Jessica Alba (Nancy), Brittany Murphy, Benicio Del Toro, Rosario Dawson, a w epizodach, m.in.  Elijah Wood, Rutger Hauer i Michael Clarke Duncan. Mógłbym tak dalej wymieniać, ale wszyscy wypadli przekonująco i nawet grając małe rólki stworzyli intrygujących bohaterów.

dwight
Dwight – troszkę narwany

Pierwszy raz „Sin City” obejrzałem pięć lat temu, a że wkrótce ma powstać druga część, postanowiłem odświeżyć sobie ten tytuł. I nic się nie zestarzał, to znakomite kino serwujące rozrywkę na najwyższym poziomie. Najlepszy film Rodrigueza od czasów „Desperado”. Amen.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski