El Camino: Film „Breaking Bad”

Wydawało mi się, że po ostatnim odcinku „Breaking Bad” nie ma już powodu kontynuować historii Jesse’ego Pinkmana oraz Waltera White’a. Chociaż pozostała furtka wobec Jesse’ego, któremu udało się uciec z trzymanej przez grupę Todda klatki. Ale co dalej? Uciekł, lecz jest ścigany, a by zacząć nowe życie musi mieć kasę. Zadanie opowiedzenia tego nieplanowanego ciągu dalszego podjął się twórca oryginału, czyli sam Vince Gilligan.

el camino1

„El Camino” jest bezpośrednią kontynuacją serialu, która zaczyna się w momencie ucieczki Pinkmana. Mężczyzna najpierw trafia do znajomych, czyli Skinny’ego Pete’a oraz Badgera, by pozbyć się auta. Ale tak naprawdę to jest początek odysei naszego bohatera, mającego jeden cel: zebrać kasę na nową tożsamość i zacząć wszystko od nowa. I tak jak przyzwyczaił nas serial, film opowiada swoją historię bardzo powoli oraz spokojnie. Jednocześnie obecne wydarzenia są przeplatane z retrospekcjami, co pozwala pokazać jakie piekło przeszedł nasz bohater. I wierzcie mi, jest parę mocnych momentów jak pomaganie Toddowi przy pozbywaniu się ciała czy cała akcja ze sprzedawcą odkurzaczy. Obecność starych znajomych (m.in. Mike, Jane, Todd), co dla fanów serialu będzie sporym plusem. Z czasem napięcie zaczyna być coraz bardziej odczuwalne jak podczas przeszukiwania mieszkania Todda czy pod koniec, gdy dochodzi do konfrontacji z fałszywymi policjantami. A wszystko widzimy z perspektywy naszego protagonisty, a wszelkie inne informacje poznajemy z mediów.

el camino2

Realizacyjnie czuć styl znany z serialu, czyli nietypowe kadrowanie, długie ujęcia oraz przyspieszony montaż. I to pomaga wejść w klimat, choć osoby niezaznajomione z oryginałem mogą nie odnaleźć się w tym świecie. Nie brakuje też miejscami smolistego poczucia humoru oraz niezłych dialogów. Zaś aktorsko najbardziej błyszczy Aaron Paul, który jest tutaj kompletnie zniszczonym człowiekiem. Próbuje lawirować i desperacko znaleźć sposób, by zniknąć oraz zacząć na nowo. Mocna, bardzo wyrazista postać, która jest w stanie udźwignąć film. Poza nim najbardziej w pamięć mi zapadł Robert Forster w roli sprzedawcy odkurzaczy, zajmującego się zmianą tożsamości oraz Jesse Plemons jako Todd.

el camino3

Powiem szczerze, że nie oczekiwałem zbyt wiele po „El Camino” i nie czułem potrzeby obejrzenia kontynuacji. Niemniej Gilliganowi udało się zachować klimat serialu-matki, Pinkman nadal budzi sympatię, a sam seans daje masę frajdy. Nie taki zły Netflix jak go malują.

7/10

Radosław Ostrowski

Sneaky Pete – seria 2

Pewnie wszyscy pamiętają Mariusa Josepovica – drobnego cwaniaka, który podszywa się pod kolegę z celi i odwiedza jego rodzinę. Druga seria zaczyna się tu po wydarzenia z 1 serii, gdy Marius zostaje porwany przez dwóch oprychów, którzy żądają od niego zwrotu 11 milionów (ciągle go biorą za Pete’a) oraz znalezienie jego matki. Wszystko jest tu powiązane z napadem, dokonanym przez Pete’a (tego prawdziwego), który był zasłoną dymną przed napadem na magazyn. Z kolei w rodzinie Berhnardów pojawiają się kolejne problemy związane z zabójstwem skorumpowanego detektywa Winslowa. Poza tym normalka: próba prania pieniędzy przez Julię, pojawia się młody chłopaka szukającego auta swojego starego, no i bardzo dociekliwa Carly, próbująca poznać prawdę na temat śmierci swoich rodziców.

sneaky_pete21

Powrócił „Sneaky Pete”, czyli kryminalno-obyczajowy serial z tajemnicami, przekrętami oraz groźnymi bandziorami. Cała tajemnica wokół głównego wątku odkrywana jest bardzo powoli, bo od początku nie wiemy, kto jest nowym przeciwnikiem, jak wygląda matka Pete’a oraz jak to wszystko odbije się na całej familii. Jest tu sporo wątków pobocznych, które coraz bardziej zaczynają się zazębiać i prowadzą do miejscami dość nieoczywistych sytuacji, jak sprawa pewnej „klientki” do poręczenia, którą – jak się okazuje – jej szef chce sprzątnąć czy pojawienie się detektyw z Nowego Jorku i jej śledztwo w sprawie Winslowa. Tutaj pojawia się parę zaskoczeń, odrobina napięcia, ale także i humoru, jakże potrzebnego w tym mrocznym świecie (sceny w miasteczku, będącym centrum mediów spirytualistycznych – perełki). To przejście z wątku na wątek jest poprowadzone bardzo płynnie, zaś główna opowieść potrafi parę razy wyciąć kilka numerów. Ale tym razem stawka jest o wiele większa, bo i główny zły to – w porównaniu z Vince’m – prawdziwy psychopata, który uwielbia wykorzystywać kwas.

sneaky_pete22

Jednak najbardziej zaskoczyły mnie w tej serii dwie rzeczy. Że te wszystkie kłopoty pozwalają scementować całą rodzinę, która wspólnymi siłami jest w stanie zmierzyć się ze wszystkimi problemami. No i że nie wszystko naszemu Mariusowi się poukładało, zwłaszcza że wiele tutaj zależy od Pete’a (rozbrajająca scena rozmowy z kierowniczką kasyna), a także jego matki – równie przebiegłej jak Josepovic oszustki, do tego będącej medium. I muszę przyznać, że prowadzenie intrygi nadal dostarcza masę frajdy. Kant jest zrobiony z ciągłymi przerzutkami, wiele zostaje później odkryte, a kwestia zaufania zawsze jest tutaj podważana. I to podkręca całe napięcie (dwa ostatnie odcinki pod tym względem są bardzo mocne), a jednocześnie stawia pytanie: kto kogo wykiwa.

sneaky_pete23

I nadal jest to kapitalnie zagrany, a Giovanni Ribisi zwyczajnie błyszczy z każdą sceną. Marius/Pete to prawdziwa petarda oraz przykład antybohatera, którego nie da się nie lubić. Niby oszust i krętacz, ale mocno ukrywający w sobie pewną cząstkę dobra, jaką w sobie posiada. Potrafi sprytnie manipulować, lecz czasami trafia na równych sobie. Z nowych postaci zdecydowanie wybija się Jane Adams, czyli Maggie Murphy. Jeśli myśleliście, że Marius był prawdziwym artystą wśród kanciarzy, to ta kobieta jest na wyższym poziomie, chociaż w przeciwieństwie do mężczyzny, nie próbuje działać wbrew swoim zasadom. Także więcej czasu dostaje Ethan Embry, czyli prawdziwy Pete, niejako wpakowany wbrew sobie w całą kabałę. Niby z nerwami w strzępach, ale w decydującej chwili potrafi stanąć na wysokości zadania. No i ma wsparcie swojej matki, co na pewno mu pomaga. Nasi starzy sprawdzeni znajomi nadal prezentują wysoki poziom (zwłaszcza Marin Ireland oraz duet Peter Gererty/Jay O. Sanders), zaś ich losy ciągle mnie obchodziły. Pod tym względem nie mam się do kogo przyczepić.

sneaky_pete24

Druga seria „Sneaky Pete” nadal trzyma poziom i ogląda się ją po prostu świetnie. Samo zakończenie sugeruje, że Marius może zostać „spalony” przez rodzinę i parę tajemnic pozostało do odkrycia. Ale o tym opowie nowa seria, która już została zamówiona przez Amazon. Nie mogę się doczekać dalszego rozwoju wypadków.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Power Rangers

Lata 90., czyli czas mojej młodości. Jak się było dzieciakiem, oglądało się różne (niekoniecznie mądre) produkcje na małym ekranie, którymi wtedy bardzo się jarałem. A jedną z tych rzeczy było pokazywane na Polsacie „Power Rangers”. Z dzisiejszej perspektywy wygląda to co najmniej koszmarnie, fabuła jest pretekstowa, a sceny bijatyk – Jezus Maria. Jednak w zeszłym roku postanowiono wskrzesić tą markę w formie fabularnego filmu (już raz w latach 90. podjęto taką próbę). Ktoś mógłby powiedzieć, że to nie ma sensu i jest jedynie haczykiem dla takich widzów, co serial pamiętają.

Sam fabuła jest bardzo prosta i skupia się na piątce nastolatków, co trafili do kozy (prawie jak w „Klubie winowajców”). Mamy chłopaka, dające się podpuszczać na najbardziej idiotyczne numery, dzieciaka z autyzmem, outsiderkę (świeżak), troszkę krnąbrnego Azjatę oraz dość złośliwą dziewuchę. Przypadkiem znajdują w opuszczonej kopalni znajdują monety oraz ukryty statek. A tam jest niejaki Zordon, z małym robotem i krąży po okolicy Rita – reszty możecie się domyślić.

power_rangers1

Powiem szczerze, gdy usłyszałem o tym przedsięwzięciu nie wiedziałem, czego oczekiwać, spodziewać się. Tandetnej, kiczowatej bzdury czy może jednak jakiegoś totalnego restartu? I reżyser Dean Israelite próbuje ugryźć ten materiał z innej strony. Po pierwsze, to origin story opowiadający o tym, jak nasi bohaterowie uczą się korzystania ze swoich mocy oraz współpracy. Dlatego przez lwią część filmu twórcy skupiają się na interakcji między przyszłymi wojownikami, ich problemach z jakimi muszą się zmierzyć. To było dla mnie największą niespodzianką, a sama naparzanka zostaje rzucona niemal na sam koniec, co wielu może bardzo rozczarować. Jednak jak już do scen akcji dochodzi, wyglądają więcej niż ładnie, są w miarę czytelne (finałowe starcie troszkę mi przypominało… „Pacific Rim” – tylko troszkę biedniejsze), chociaż efekty specjalne mogłyby być lepsze (jacyś skamieniali kitowcy – co to ma być?).

power_rangers2

Mimo pewnej powagi, nie jest to film kompletnie zrobiony serio. Twórcy są w pełni świadomi, z czym mają do czynienia i nie zapominają o „klasycznych” elementach tej produkcji (kitowcy, mechy Rangersów, „Go, Go, Power Rangers”), jednak nie robią z tego kompletnej wiochy czy strasznego kiczu. W końcu to nie jest szekspirowski dramat, ale całkiem przyzwoita historia, chociaż nie wszyscy Rangersi dostali tyle samo czasu na zarysowanie swoich charakterów (dominuje tutaj Jason oraz Billy). Ale o dziwo, bardzo mi zależało na tych bohaterach i kibicowałem im.

Jeszcze bardziej mnie zaskoczył fakt, że w rolach głównych obsadzono kompletnie nieznanych aktorów (w każdym razie mi nieznanych), którzy są przekonujący w swoich kreacjach. Serducho skradł kompletnie RJ Cyler jako autystyczny (!!!) Billy. Z jednej strony jego zachowanie bywało źródłem humoru, z drugiej ma parę poważnych scen wynikających z reakcji otoczenia na jego przypadłość. Podobnie wybijał się Debre Montgomery (Jason), powoli wyrastający na frontmana grupy. Najbardziej rozpoznawalnymi osobami są trzy. Po pierwsze: Elizabeth Banks jako Rita jest kompletnie nie do rozróżnienia i świetnie balansuje między zgrywą a powagą, tworząc bardzo wyrazisty czarny charakter. Po drugie: Bryan Cranston, który już wcześniej uczestniczył w tej franczyzie, teraz wraca jako Zordon, próbującym być kimś w roli mentora i radzi sobie naprawdę nieźle. No i po trzecie: Bill Hader użyczający głosu Alpha 5, dodając odrobinkę luzu.

power_rangers3

Szczerze mówiąc nie wierzyłem w ten projekt, ale film okazał się bardzo solidnym origin story z szansą na kolejne części. Może nie jest niczym zaskakującym w dobie kina superbohaterskiego (które ostatnio mocno się rozpanoszyło i nie zamierza odpuścić), jednak bardzo sympatycznie spędza się czas. A może to sentyment tak zaburzył moją percepcję?

6/10

Radosław Ostrowski

Last Flag Flying

Pamiętacie taki film „Ostatnie zadanie”? Marzył mi się sequel, by poznać dalsze losy Buddasky’ego, Meadowsa oraz Mulhalla. I niedawno powstała kontynuacja, chociaż bohaterowie mają inne nazwiska, zaś ich losy są lekko zmodyfikowane. Hal Ashby nie mógł już tego nakręcić, więc na jego miejsce wskoczył Richard Linklater, aktorzy też są inni, lecz klimat troszkę podobny.

Jest rok 2003, trwa wojna w Iraku. Sal Nealon obecnie prowadzi bar, choć wcześniej był sierżantem, Larry „Doc” Sheppard był medykiem, zaś obecnie prowadzi sklep, a Muhlens został kapłanem. Dawniej wszyscy trzej służyli w Wietnamie, lecz nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Jednak los znowu łączy tych bohaterów. Doc prosi swoich dawnych towarzyszy o udział w pogrzebie swojego syna, który zginął w Iraku. Tylko, czy panowie będą w stanie pomóc?

last_flag_flying1

Linklater bardzo zaskakuje filmem, który jest – tak jak oryginał – bardzo wyciszonym, spokojnym tempem, pozwalając na wiele refleksji. I też jest kinem drogi, gdzie bohaterowie poznają się na nowo – już troszkę bardziej doświadczonych, bardziej dojrzałych (nawet Sal) oraz prześladowanych przez pewne własne demony (pewien nieprzyjemny epizod z wojny). Czy udaje im się odbudować dawną więź? Klimat ociera się o nostalgię, nie brakuje wspomnień z przeszłości oraz prób zrozumienia obecnych czasów, z telefonami komórkowymi, schwytaniem Saddama, a także pewnym bilansem życia. Reżyser nie boi się pokazać instytucji armii w niezbyt pozytywnym śledztwie (kłamstwa w sprawie śmierci, manipulacja co do intencji wysyłania poza kraj), chociaż nie atakuje samych żołnierzy czy weteranów i ich poświęcenia, służby. Zero-jedynkowa wizja świata nie interesuje twórcy.

last_flag_flying2

Mimo, że film jest pozbawiony jakichś technicznych fajerwerków, konstrukcja opowieści może wydawać się troszkę rwana (najważniejsza jest sama podróż, chociaż żałoba po stracie bliskiego jest obecna cały czas), jednak historia zwyczajnie potrafi poruszyć, wzruszyć (składanie flagi czy wizyta u matki poległego kumpla) oraz zastanowić. Jednak film nie jest przyciężkim dramatem i udaje się rozładować sytuację humorem, niepozbawionym ironii oraz złośliwości (rozmowa o Eminemie czy dyskusja z religią w tle), pozwalając utrzymać opowieść w lżejszym tonie.

last_flag_flying3

Ale tak naprawdę ten film nakręca fantastyczne trio aktorskie. Kolejny raz zaskakuje Steve Carrell, który w roli Doca wydaje się najbardziej wyciszonym z całej trójki. Mówi bardzo niewiele, sprawia wrażenie jakby nieobecnego, ale wszystkie emocje malują się na tej pozornie spokojnej twarzy. Między siłą spokoju, a gwałtowną ekspresją balansuje Laurence Fishburne (Mullins) – mieszanka opanowanego księdza, poruszającego się o lasce, a dawnego wojskowego, potrafiącego rzucić mięchem. I nie wywołuje to zgrzytu. Ale tak naprawdę całość kradnie rewelacyjny, szarżujący w sposób kontrolowany Bryan Cranston. Sal w jego wykonaniu na początku sprawia wrażenie najmniej odpowiedzialnego (działa czasem spontanicznie, lubi wypić i jest najbardziej cyniczny), jednak on wydaje się mieć w miarę silny kręgosłup w sprawach lojalności. Jest on też chyba najbardziej stąpającym po ziemi bohaterem („Moja przyszłość jest już za mną”), potrafiący wzbudzić sympatię od razu.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczonym tym nieoficjalnym sequelem „Ostatniego zadania”, które dorównało poziomem oryginału. Film Linklatera też jest portretem swojej epoki tuż po 11 września, ale też pokazuje bohaterów powoli wchodzących w smugę cienia. Mimo powagi tematu oraz emocjonalnego ciężaru, pozwala rozładować klimat humorem. Czyżby miał zostać nowym klasykiem?

8/10 

Radosław Ostrowski

Sneaky Pete – seria 1

Pete Murphy wydaje się zwykłym, przeciętnym gościem. Kiedy go poznajemy, opowiada o swoim pobycie u dziadków. I wtedy okazuje się, że Pete siedzi w więzieniu za napad na strzelnicę, a wszystko słychy jego współwięzień, Marius Josepovic – drobny cwaniak i oszust. Mężczyzna właśnie wychodzi z aresztu, a Pete ma jeszcze rok odsiadki. A ponieważ Mariusa ściga pewien gangster, którego próbował okantować i jest mu winien hajs, decyduje się podszyć pod Pete’a Murphy’ego i wyruszyć do domu dziadków prawdziwego Pete’a. Cel jest prosty: zdobyć sto tysięcy dolców albo brat Mariusa, przetrzymywany przez gangstera Vince’a, zacznie tracić kolejne kończyny.

sneaky_pete11

Amazon próbuje zrobić kolejny hit, a zrobiony 3 lata temu pilot spotkał się z tak ciepłym przyjęciem, że po roku zaczęto realizować „Sneaky Pete”. To bardzo gęsty, pełen tajemnic, mroku oraz oszustw kryminał. Co tym bardziej zaskakuje, że twórcami serialu są David Shore („Dr House”) i… Bryan Cranston aka Walter White. Jednak klimatem bliżej jest do „Breaking Bad”, gdzie zaczynamy coraz bardziej odkrywać kolejne sekrety rodziny Bernhardtów, będącej bardzo zwichrowaną familią, a Marius próbuje odkryć relacje między nimi, spięcia i dramaty. A obecność naszego protagonisty przychodzi jak zbawienie, bo familia ma spore tarapaty z powodu pewnego kantu.

sneaky_pete12

Do tego jeszcze mamy bardzo inteligentnie poprowadzony wątek kryminalny a’la „Żądło”, gdzie mamy coraz bardziej pomysłowe operację: od drobnych kradzieży i podmianek aż do finałowej operacji, odkrywającej kolejne elementy przebiegu, zmieniając perspektywę. A jednocześnie coraz bardziej komplikująca się akcja zdobycia długu potrafi zaangażować, bywa miejscami nieprzewidywalnie. Podmianka zegarka, próba otwarcia sejfu czy drobne „poduczenie” młodych kanciarzy robią świetną robotę. Ale największy suspens związany jest z próbą odegrania się na gangsterze, gdzie wydaje się, że wszystko pójdzie w łeb, a tu wszystko okazało się częścią planu. Z kolei zakończenie sugeruje, że to dopiero początek kłopotów.

sneaky_pete13

I jak to jest jeszcze zagrane. Błyszczy tutaj genialny Giovanni Ribisi jako Marius. Bardzo śliski, opanowany, może czasem sprawiający rozedrganego faceta, który zawsze ma oczy dookoła głowy. Do tego ma niesamowity talent manipulatorski, nawijkę godną mistrzów, chociaż jego motywacja jest bardzo jasna. Po drugiej stronie jest Bryan Cranston jako Vince – były glina, obecnie szef nielegalnego domu gry. Opanowany, inteligentny (te monologi w jego wykonaniu – perełki) facet, nie dający sobie w kaszę dmuchać. Ale cały drugi plan jest przebogaty: od pozornie ciepłej, lecz bardzo ostrej babci Audrey (rewelacyjna Margo Martindale) przez zadziornego i upartego Otto (świetny Peter Gerety) aż po wręcz prostodusznego gliniarza Taylora (mocny Shane McRae) oraz samotnie wychowującej dzieci Julie (Marin Ireland).

Sama realizacja jest prowadzona bez fajerwerków, jednak scenariusz i reżyser jest tak świetna, iż nie stanowi to problemu. Kolejne przewrotki, czarny humor, mocne dialogi oraz budowane napięcie to najmocniejsze atuty. Do tego jeszcze mamy kapitalne aktorstwo, piętrową intrygę i galerię wyrazistych postaci. Taka współczesna parada oszustów zrobiona z gracją akrobaty oraz precyzją snajpera. Nie mogę się doczekać drugiej serii.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zaginiony bez śladu

Howard Wakefield jest pozornie człowiekiem sukcesu. Jest prawnikiem w dużej korporacji, ma piękny dom na przedmieściach, śliczną żonę i dwoje dzieci. Ale któregoś dnia mężczyzna postanawia nie wracać do domu. Najpierw dochodzi do awarii prądu w pociągu, a Howard decyduje się zamieszkać na poddaszu, by móc obserwować sytuację w domu.

wakefield1

Film Robin Swincord to adaptacja opowiadania E.L. Doctorowa, a punkt wyjścia wydaje się intrygująca. To bardzo kameralny dramat psychologiczna człowieka przeżywającego wewnętrzny kryzys. Powoli zaczynamy poznawać jego przeszłość, jak zdobył swoją kobietę oraz poczuciu pewnej pustki, wypalenia. Początkowo to zniknięcie wydawało się hecą, wygłupem, próbą odegrania się na żonie, z którą od pewnego czasu coś się zaczęło psuć. Ale to wszystko pozwala Howardowi na zmianę perspektywy, spojrzenie z boku i rozliczenie się z samym sobą. Pojawiają się retrospekcje skontrastowane z obecnym stanem Howarda, który – niejako na własne życzenie – staje się żebrakiem, żulem żyjącym ze śmieci. Wszystko to nie jest pozbawione odrobiny humoru (sceny, gdy Howard wyobraża sobie, że zostanie rozpoznany przez żonę), chociaż te fragmenty pojawiają się bardzo rzadko. Chyba, że wspomnimy o narracji Howarda z offu, pozwalającej na bliższe poznanie tego zwichrowanego charakteru. Sam film jest bardzo wymagający i skupiony na oczyszczającej psychodramie, niemniej w żaden sposób nie wywołuje znużenia. Kolejne elementy układanki nie sprawiają wrażenia wydumanych, a niektóre refleksje są zadziwiająco trafne.

wakefield3

Jedynie rozdrażnić może zakończenie, stawiające na niedopowiedzenie (chociaż przed napisami końcowymi widzimy dwie możliwości). Czasami dialogi brzmią troszkę literacko, ale nie irytuje to zbyt mocno. Melancholijny klimat bardzo dobrze buduje muzyka, razem ze stonowanymi zdjęciami oraz spokojnym montażem.

wakefield2

Aktorsko jest całkiem dobrze, ale tak naprawdę liczy się tylko Bryan Cranston, kolejny raz potwierdzający klasę. Początkowo Howard wydaje się niezbyt przyjemnym typkiem, a jego decyzja dla mnie była kompletnie niezrozumiała i nieracjonalna. Ale im dalej w las, tym bardziej widzimy skomplikowanego bohatera, nie pozbawionego wad (manipulacja, bezwzględne dążenie do celu), ale też bardzo zagubionego i próbującego odnaleźć się na nowo. Howard potrafi wzbudzić współczucie, co nie jest takie łatwe. Bardzo niejednoznaczna postać.

„Zaginiony bez śladu” to kolejny przykład one man show, zdominowane całkowicie przez Bryana „Heisenberga” Cranstona, pokazującego swój wszechstronny talent oraz robiącego nieprawdopodobne wrażenie. Dla niego absolutnie warto odnaleźć ten film na półkach DVD.

7/10

Radosław Ostrowski

Do końca

Rok 1963. Prezydent John Fitzgerald Kennedy zostaje zamordowany w Dallas, wiec jego urząd obejmuje wiceprezydent, Lyndon Johnson. Dla niego najważniejszym zadaniem jest wygrana w wyborach za jedenaście miesięcy (można powiedzieć, że jest p.o. prezydenta), jednak po drodze czają się spore problemy. Jedną z palących spraw jest ustawa o prawach obywatelskich.

do_koca1

Clausewitz mawiał, że polityka to inny sposób prowadzenia wojny. Gówno prawda. Polityka to wojna. I ta telewizyjna produkcja Jaya Roacha bardzo mocno to pokazuje. A że ma świetny materiał (sztuka teatralna Roberta Shenkkana) plus wsparcie producenckie samego Stevena Spielberga, sukces musiał być murowany. Chociaż dzieje się wiele, Roach trzyma rękę na pulsie i płynnie przechodzi od wielu wątków: prawa obywatelskie, Wietnam, rozłam w partii z powodów rasowych. Tutaj nie ma miejsca na czyste działania i dobre słowa – by przekonywać do swoich racji, trzeba używać nieczystych zagrywek: szantażu, podsłuchów, gróźb, pójścia na kompromis. Czasami nawet musi odwrócić uwagę od przemówienia czarnoskórej delegatki na kongresie Partii Demokratycznej. Postaci jest wiele i tylko jeden wątek jest w pełni wyeksponowany – walka o prawa obywatelskie. I tutaj w pełni pokazane zostają konflikty i sytuacje, doprowadzające do eskalacji: działalność dr Kinga, morderstwo trójki działaczy w Mississippi, konflikt z senatorem Russellem. Do tego jeszcze każde zdarzenie, wykorzystywane bezwzględnie przez konkurencję.

do_koca2

Roach pokazuje prezydenturę i politykę jako żonglowanie granatami bez zawleczek, które w każdej chwili mogą eksplodować. Może się nagle okazać, że twoi najbliżsi mogą wsadzić ci nóż w plecy (ukrywający się homoseksualista wśród najbliższych współpracowników), a żeby osiągnąć cel trzeba zrobić krok w tył i mieć dużo szczęścia. Reżyser trzyma w napięciu aż do – nomen omen – końca, wiernie odtwarza ten trudny okres w historii USA, gdy mogło dość do wojny domowej. Imponuje też scenografia oraz kostiumy. Wszystko jest wręcz dopięte do samego końca i nawet dla ludzi niezbyt znających historię powojenną, będzie cennym źródłem informacji.

do_koca3

I jeszcze do tego otrzymuje pierwszorzędne aktorstwo. Nie będę oryginalny, ale muszę to powiedzieć – dominuje WIELKI Bryan Cranston, który jest po prostu Lyndonem Johnsonem. A jakim politykiem był Johnson? Świadomym jej wszelkich mechanizmów, umiejącym je wykorzystać dla własnych korzyści, ale też nie przebierającym w środkach (rozkaz wystrzału w oparciu o niepewny raport). Rola ta oparta jest na kontrastach: silnego, wręcz niezłomnego charakteru, ale i człowieka pełnego wątpliwości oraz poczucia przytłoczenia; sprytnego, ale i bezradnego; rubasznego i serdecznego, ale także bezwzględnego gracza. Wszystkie te paradoksy budują bardzo wyrazisty portret człowieka uwikłanego w politykę. Drugim wyrazistym bohaterem jest Martin Luther King i wcielający się w tą postać Anthony Mackie ma w sobie tyle charyzmy, że uwierzyłem w jego motywację, jak podchodzi do kompromisów. Widać, że bardzo zależy mu na sprawie i wie, jak wykorzystywać tłum (mógłbym nazwać go manipulatorem, ale to byłoby nadużycie). Także drugi plan jest tutaj przebogaty: od bardzo wrażliwej i oddanej Melissy Leo (Lady Bird Johnson) przez inteligentnego senatora starej daty Russella (Frank Langella znowu w formie) i śliskiego Stephena Roota (J. Edgar Hoover) po stonowanego, lecz lojalnego Humphreya (Bradley Whitford).

do_koca4

„Do przodu” potwierdza tylko, ze polityka na ekranie to żywioł Roacha (pokazał to choćby w „Zmianie w grze”), ale potrafi to pokazać także w sposób przystępny i zrozumiały dla szarego człowieka. Właśnie dla takich produkcji wymyślono telewizję.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Trumbo

Hollywood – kto z nas nie chciałby choć raz tam zamieszkać. Jednak nie zawsze był to czas słodki i beztroski. Nawet, jeśli mówimy o złotych latach 40. i 50., gdyż był to okres mroczny w historii USA. Czas polowania na czerwone czarownice oraz obsesji na punkcie obecności komunistów. Jedną z ofiar tego czasu był scenarzysta filmowy Dalton Trumbo – bohater nowego filmu biograficznego Jaya Roacha.

trumbo1

Reżyser ten jest twórcą tworzącym niejako dwutorowo. Z jednej robi dość prostackie komedie jak cykl o pielęgniarzu Gregu Fockerze („Poznaj mojego tatę”, „Poznaj moich rodziców”), z drugiej realizuje dla telewizji ambitne filmy o polityce („Zmiana w grze” o wyborach 2008 roku i udziale Sary Palin). Rzemiosło reżysera wydawało się i tak zaskakującym wyborem na film biograficzny, ale udało się. Reżyser bardzo przekonująco odtwarza realia lat 40 i 50., z tym całym blaskiem i sznytem. Mieszkanie aktora Edwarda Robinsona, gdzie spotykali się scenarzyści sympatyzujący w kierunku bardziej liberalnym, skromny dom Trumbo czy plan filmowy wygląda bardzo porządnie. Podobnie z pietyzmem oddano kostiumy i wpleciono we wszystko materiały archiwalne. Owszem, sama opowieść jest dość uproszczona i przewidywalna: sukces, upadek, działalność konspiracyjna oraz spektakularny powrót, ale ogląda się to z zaangażowaniem. Roach konsekwentnie przedstawia portret Trumbo oraz jego środowiska, próbującego sprytem pokonać i ośmieszyć osoby pokroju senatora McCarthy’ego oraz Heddy Hopper, broniącej Amerykanów przed komunistami. Te postacie przedstawiane są jako bezwzględni manipulatorzy, precyzyjnie wykorzystującymi strach, posuwając się do szantażu.

trumbo3

Jak mocno oddziałuje ten strach widać w scenach, gdy państwo Trumbo przenoszą się do nowej dzielnicy, a sąsiedzi przesyłają „przyjazne” listy, brudzą basen. Także naciskają na wpływowych ludzi z branży. Zagrożenie praw obywatelskich nadaje uniwersalnego charakteru całości. Sam Trumbo w filmie pokazany jest jako geniusz w swojej branży, mistrz pióra oraz rzemieślnik. Grający go Bryan Cranston w pełni oddaje jego charyzmę i spryt, ale też i egoizm. Tytan pracy, zmuszający się do ciągłej koncentracji (z tego powodu nie przychodzi na urodziny córki) oraz zapatrzony w siebie Trumbo jest bardzo trudny w obyciu, ale nie boi się swoich przekonań. Aktor zawłaszcza sobą ekran, a fizyczne podobieństwo do pierwowzoru jest imponujące.

trumbo2

Drugą wyrazistą postacią jest Heddy Hopper, grana przez wyborną Helen Mirren. Pod tym pozornie miłym spojrzeniem jest zimna i twarda suka, przekonana o swojej sile oraz bezwzględności. Te dwie role zahaczają o wybitność i warte są wszelkich wyróżnień. Poza tą dwójką mocno wyróżnia się świetny Louis C.K. (uparty i walczący o swoje racje scenarzysta Arlen Hird), niezawodny John Goodman (producent Frank King) oraz solidny Michael Stuhlberg (aktor Edward G. Robinson).

trumbo4

Roach swoim „Trumbo” potwierdza swoje ambicje w tworzeniu kina gatunkowego. Sam film w sobie jest przyzwoity i ma ciekawą historię, ale to świetne aktorstwo wnosi go na wyższy poziom. Mniej znany okres w historii USA jak bardziej warty przypomnienia.

7/10

Radosław Ostrowski

Godzilla

Wielki japoński potwór zwany Godzilla po latach powrócił do amerykańskiej ziemi. Po nieudanej wersji dokonanej przez Rolanda Emmericha, tym razem wielkie monstrum wziął na warsztat Gareth Edwards, który wcześniej nakręcił strasznie usypiającą „Strefę X”.

Całość zaczyna się w roku 1999, gdzie na Filipinach grupa naukowców organizacji Manners znajduje coś – jajo wielkiego stwora. W tym samym czasie w Japonii dochodzi do awarii reaktora, która doprowadza do śmierci żony pracownika elektrowni – Joe Brody’ego. Piętnaście lat później cała historia zaczyna się powtarzać, gdy w tym samym miejscu budzi się bestia. Pojawienie się monstrum zwanego MUTO budzi do życia Godzillę – w walkę między stworami o ludzkość włącza się (a przynajmniej próbuje) armia, a także syn Brody’ego, porucznik Ford.

godzilla4

Umówmy się, ze fabuła jest tylko pretekstem do pokazania świata po destrukcji dokonywanych przez wielkie monstra – większe niż najwyższe wieżowce. I tak naprawdę chodzi tylko o to, ale reżyser próbując opowiadać o ludziach wplątanych w ta walkę jedzie po wszelkich możliwych kliszach – armia liczy na siłową konfrontacje, ludzie reagują przerażeniem, a cywile robią to, co potrafią najlepiej: spierdalają w siną dal. Ale mimo to „Godzilla” trzyma w napięciu, ma wielki rozmach, wzorując się mocno na Stevenie Spielbergu. Po pierwsze: samej Godzilli nie ma zbyt często na ekranie, ale jak się pojawia – robi piorunujące wrażenie. To jest OLBRZYMIE bydle większe niż wszystko, co do tej pory widziałem. Roboty  i monstra z „Pacific Rim” przy tym, to wykałaczki. Po drugie: akcja jest dynamiczna, przenosimy się z miejsca na miejsce (ale i tak największa rozróba jest w USA – ciekawe dlaczego), a kilka scen mocno zapada w pamięć. Na pewno obudzenie MUTO, wielki korek z powodu rozbitego samolotu czy walka na moście Golden Gate. Wtedy reżyser trzyma za gardło i robi piękną wizualnie robotę. Szkoda jednak, że wątek porucznika Brody’ego (mdły Aaron Taylor-Johnson) jest mało angażujący i mamy gdzieś to, co się stanie.

godzilla3

W ogóle tutaj aktorzy nie maja nic do pokazania. Naukowcy jako jedyni mają zdrowy rozsądek (Sally Hawkins i mocno zamyślony oraz głęboko patrzący Ken Watanabe), o wojsku mówiłem (reprezentowany przez Davida Strathairna, czyli admirała Stenza), ale tylko jeden aktor zapada najmocniej w pamięć – to grający paranoicznego ojca Brody’ego Bryan Cranston. Może i on jest trochę przerysowany, trochę nadekspresyjny, ale to jego ze wszystkich ludzi pamiętam. Jak widać to jest bardziej walka potworów – Godzilli (strażnika ludzkości) z mutantami powstałymi wskutek nadmiernego używania broni nuklearnej.

godzilla1

„Godzilla” przywraca godność temu potworowi i przy okazji zapewnia naprawdę porządną rozrywkę z potężną rozpierduchą. Podejrzewam, że ciąg dalszy nastąpi wkrótce.

godzilla2

 

7/10

Radosław Ostrowski


Chłód nadchodzi nocą

Mała mieścina gdzieś na zadupiu Stanów Zjednoczonych. Poznajcie Chloe – jest samotną matką, która dorabia pracując w motelu jako kierowniczka. Ma też dość niejasne układy z policjantem Billym Brooksem. Czy coś może pójść nie tak i pojawią się perturbacje? Oczywiście, dwóch ombres z paczką zawierająca kupę szmalu. Jeden z nich zostaje zabity, auto z forsą zostaje zawiezione, a drugi koleś Topo porywa Chloe i zmusza ją do odzyskania forsy.

chlod1

Brzmi jak banalny i tani kryminał klasy B? Czyli trafiliście pod właściwy adres. Film niejakiego Tze Chuna (mało znany reżyser, który kręci mało znane filmy) jest dość spokojną i prostą opowieścią o chciwości, gdzie każdy chce wziąć szmal dla siebie, a każdy jest bardziej lub mniej umoczony. Owszem, są zaskoczenia (spodziewane i tej mniej), jednak dla mnie dość nietypowa była realizacja. Stonowana kolorystyka, brutalniejsze sceny pokazane poza kadrem kamery (Topo mordujący swojego szefa i jego goryli w aucie czy zabicie prostytutki przez wspólnika Topo) i wnosi pewną świeżość do tej dość nieskomplikowanej opowieści, w dodatku poprowadzonej bardzo kameralnie. I ogląda się to naprawdę nieźle, choć dla mnie za szybko się to kończy, poza tym jednak jest dość przewidywalna.

chlod2

Sytuację po części tez bronią aktorzy, grający całkiem przyzwoicie. Zarówno Alice Eve jako desperacka Chloe jak i Logan Marshall-Green (mniej irytujący niż w „Prometeuszu”), czyli skorumpowany glina Billy dają radę i nie można się do nich przyczepić. Jednak tak naprawdę „haczykiem” przykuwającym moją uwagę na ten film był Bryan Cranston a.k.a. Walter White. I jako gangster Topo jest kalką tej postaci, ale bardzo dobrze poprowadzoną. Czerwone okulary, wschodni akcent i obojętne spojrzenie – więcej nie trzeba, a facet potrafi przerazić i wzbudza respekt samą obecnością. Wszystko inne jest nieważne.

chlod3

„Chłód…” to film przeznaczony od razu na rynek DVD, choć nie jest to dla mnie zaskoczenie. Szybko wejdzie do głowy, szybko z niej wyjdzie. Może poza Cranstonem.

6,5/10

Radosław Ostrowski