Vaiana: Skarb oceanu

Parafrazując Forresta Gumpa: Oglądanie animacji Disneya jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, na co trafisz. W zasadzie po kupnie Pixara wytwórnia Myszki Miki mogłaby w zasadzie zrezygnować z tworzenia animacji, jednak ta wewnętrzna rywalizacja jest im potrzebna. By pobudzić kreatywność czy coś takiego. Co przynosi efekty w postaci pierwszej „Krainy lodu”, „Ralpha Demolki” czy „Zwierzogrodu”. A jak się w tym wszystkim odnajduje „Vaiana”?

Tym razem trafiamy na jednej z wysp na Polinezji, gdzie mieszka córka wodza Moana. Wysepka jest niemal samowystarczalna: ryby, owoce z drzew i palm. No jakby jesteśmy w raju. Ale dziewucha cały czas czuję zew morza. Że musi wypłynąć poza wyspę, jednak każda jej próba kończy się niepowodzeniem. Jednak sytuacja na wyspie zaczyna się pogarszać. Nagle ryby nie są wyławiane, owoce zaczynają się psuć, zaś drzewa obumierają. Wszystko, że dawno, dawno temu pewien półbóg Maui wykradł serce bogini-wyspy Te Fite. Ale uciekając półbóg został strącony, zaś serce przepadło. W końcu Moana decyduje się wyruszyć w morze, znaleźć Mauiego oraz przywrócić serce bogini Te Fite.

Za „Vaianę” odpowiada duet John Musker/Ron Clements, którzy byli odpowiedzialni za produkcję z okresu renesansu Disneya w rodzaju „Małej syrenki” i „Aladyna”, a także niedocenionej „Planety skarbów”. Tym razem poszli w pełną animację komputerową (wcześniej mieszali animację 3D z 2D w „Planecie skarbów”). Sama historia jest prosta, gdzie zdeterminowana (oraz pełna marzeń i nadziei) dziewczyna razem z półbogiem muszą niejako uratować świat. Problem w tym, że nasz Maui ma pewne problemy z pewnością siebie i – jak na boga-celebrytę przystało – bywa strasznie kapryśny. Ta dynamika między nimi (plus jeszcze jeden z tatuaży) jest prawdziwym sercem tego filmu, pokazując jak wiele są w stanie osiągnąć. Nawet jeśli jest to przewidywalne, angażuje emocjonalnie.

Nie oznacza to jednak, że filmowi brakuje skali godnej blockbustera: od świetnego wstępu przez wejście do krainy potworów z bardzo lśniącym… krabem aż po konfrontację z Te Ka. O ucieczce przed statkiem morskich piratów z… kokosów nawet nie wspominam. Oczywiście pojawiają się typowe elementy dla tego typu produkcji: od chwytliwych piosenek z mocno etnicznym zabarwieniem przez robiącego za śmieszka zwierzaka (kurczak Heihei z dużymi oczami) aż po bardzo piękną stylistykę. Humor też działa (jak ocean umieszczający z powrotem Moanę czy lekkie docinki), choć są pewne drobne momenty spowalniające tempo.

To wszystko jednak działa dzięki świetnemu duetowi Auli’i Cravalho/Dwayne Johnson. Ona ma w sobie masę uroku, determinacji i wdzięku, próbująca zawalczyć o swój lud. On zaś robi wrażenie pewnego siebie luzaka/twardziela, jednak pod nią kryje się bardzo chwiejny, niepewny siebie wojownik. Świetnie się uzupełniają, przez co ich los mnie obchodził. Szoł skradł w drobnym epizodzie Jermaine Clement w roli kraba Tamatoa (scena śpiewana i jego świecące skarby sprawiają, że całość wygląda niczym w dyskotece), zapadając najmocniej w pamięć.

Pierwsza „Vaiana” to kolejna z zaskakujących pereł w filmografii Disneya ostatnich lat. Bardziej przygodowe kino w starym stylu, z chwytliwymi numerami, wyrazistą parą pozytywnych bohaterów. Do tego osadzenie w mniej znanej kulturze i mitologii dodaje pewnej unikatowości. Czuję, że jeszcze wrócę do tego świata.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Morska bestia

Netflix ostatnimi czasy coraz bardziej próbuje tworzyć jakościowe filmy. Częściej jednak udaje się osiągnąć sukcesy przy filmach dokumentalnych oraz animacjach. Nie inaczej jest w przypadku „Morskiej bestii”, choć całość może wydawać się zbyt znajoma.

Bohaterką jest Maisie – młoda dziewczyna, której rodzice zginęli na morzu jako łowcy bestii. Obecnie przebywa w sierocińcu, uciekając z niego wielokrotnie. Jedyne o czym marzy to o dołączeniu do załogi Niezwyciężonego pod wodzą kapitana Crowa. Załoga od dawien dawna poluje na morskie potwory, które atakują i niszczą ludzkie domostwa na wyspach. Za swoje działa łowcy nie tylko otrzymują nagrody od władców, lecz stają się żywymi legendami. Ale dla kapitana pozostał jeden niewyrównany rachunek – Czerwony Szalej. Wielki stwór, co pozbawił dowódcę oka 30 lat wcześniej. Co może pójść nie tak? Poza naszą pasażerką na gapę, której bezczelność imponuje Crowowi.

Za „Morską bestię” odpowiada Chris Williams, który jako reżyser i/lub scenarzysta tworzył dla Disneya takie tytuły jak „Piorun”, „Wielka Szóstka” czy „Vaiana”. Sama historia jest prosta, gdzie wszystko wydaje się na znajomym schemacie. Mamy wielkie i paskudne monstra, żądnego zemsty kapitana, gotowy do poświęcenia wszystkiego oraz lojalnej załogi, młodą dziewczynkę-idealistkę. Dorzućmy jeszcze niewygodną tajemnicę, a poczujemy jakieś deja vu. Bo tradycja okazuje się kłamstwem, potwory nie są aż tak okrutne (Czerwona jest cudowna!!!!), zmuszona do walki przez człowieka. Jeśli chodzi wam po głowie „Jak wytresować smoka”, to jest to skojarzenie bardzo na miejscu. Tylko zamiast Wikingów i smoków są łowcy oraz bestie.

Sama animacja jest bardzo solidna, choć nie imponuje jak dzieła Pixara. Jest jednak kilka wizualnych perełek, związanych ze scenami morskimi. Pierwsze starcie z bestią w obronie drugiego okrętu zapiera dech w piersiach i trzyma się w napięciu niczym w klasycznym kinie przygodowym. Drugi akt na wyspie, gdzie relacja między dziewczynką a Czerwoną (pyszczek niemal jeden do jeden to Szczerbatek, choć nos inny) ma jeden cudny patent w postaci jajek w ziemi. Takich szczegółów jednak jest trochę, ale polecam samemu się przekonać. Do tego w tle gra cudowna muzyka w marynistycznym klimacie, choć sam finał nie dał mi pełnej satysfakcji.

Za to bardzo dobrze wypada dubbing i mówię tu o oryginalnej ścieżce dźwiękowej. Najjaśniejszym punktem jest dla mnie fantastyczny Jared Harris jako kapitan Crow. Jest charyzmatycznym liderem, pełnym energii, mimo sporego wieku. Z czasem jednak obsesja i żądza zemsty zaczyna brać nad nim górę, co powoduje złamanie niepisanego kodeksu honorowego. O tym drugim przypomina Jacob, któremu głosu użyczył sam Karl Urban. Honorowy i uczciwy, lecz tak samo jak kapitan ma nienawiść do morskich bestii. Wszystko zmienia się przy Maisie oraz Czerwonej, co zmusza go do weryfikacji swoich przekonań. Sama dziewczynka, czyli Zaris-Angor Hator wypada bardzo solidnie. Nie drażni, wydaje się przedwcześnie dojrzała, lecz nie przemądrzała i trudno jej nie kibicować.

„Morska bestia” nie porządnym dziełem Netflixa, któremu jednak do oryginalnych animacji troszkę brakuje. Miejscami aż za bardzo przypomina „Jak wytresować smoka” w przesłaniu czy narracji, ale jako film przygodowy ma w sobie wiele uroku. Na tyle dużo, by dać szansę wyruszyć w rejs.

7/10

Radosław Ostrowski

Wielka Szóstka

W niedalekiej przyszłości San Francisco zmiesza się z Tokyo, co chyba wynika z nadmiaru azjatyckich imigrantów. A może po prostu z połączenia obydwu miast ze sobą. Tutaj mieszka młody i cwany Hiro, który walczy w nielegalnych walkach robotów. Jednak dzięki swojemu bratu, trafia do politechniki, gdzie poznaje jego piątkę postrzelonych kolegów oraz dzieło Tadashiego, czyli Baymaxa – robota medycznego. Kiedy brat ginie w pożarze, robot opiekuje się nim.

wielka_szostka1

Nowy film Disneya to z jednej strony mieszanka opowieści o superbohaterach, z drugiej mocno skręcają w stronę animacji japońskich. I o dziwo, ten koktajl smakuje całkiem nieźle. Nie brakuje sztandarowych sztuczek Disneya, czyli bohater po ciężkich przejściach musi się odnaleźć i pogodzić ze stratą, jest pochwała wielkiej przyjaźni i pozytywna energia. Tło jest mocno azjatyckie, czyli wielkie budynki, technologiczne wynalazki, roboty oraz masa nerdów. Intryga jest jak z filmu SF – nieudany eksperyment, żądza zemsty i umiejętności naukowe służące do zdobycia megamocy. Znacie to? Było to już przerabiane wielokrotnie, ale ogląda się to całkiem nieźle. Animacja inspirowana jest dziełami ze studia Ghibli, ale zrobiona w disneyowskim stylu i z jego sznytem. Więc w czym problem?

wielka_szostka4

Ano w tym, że jest to kino bardziej przeznaczone dla młodszego odbiorcy. Poza tym same sceny walki i rozwałki wyglądają dość konwencjonalnie, bez ikry oraz energii. Intryga w połowie zmierzała w kierunku, jakim się spodziewałem. Tak naprawdę z postaci bronił się Baymax – uroczy, ciepły robocik (w polskiej wersji mówiący głosem świetnego Zbigniewa Zamachowskiego), który jest do rany przyłóż, a przemiana w maszynkę do rozwałki jest autentycznie zabawna.

wielka_szostka2

Polski dubbing jest zrobiony bez zarzutu, a z aktorów (poza Zamachowskim) najlepszy jest prześmieszny Eryk Lubos podkładający głos pod postać postrzelonego Freda, który jest geekiem do kwadratu, mającym obsesję na punkcie monstrów pokroju Godzilli oraz komiksów.

wielka_szostka3

Tylko nie jest w stanie to zakryć przewidywalności, a sceny walki wywoływały we mnie znużenie. Albo ja już z tego wyrosłem, albo obejrzałem tego tak dużo, że przestało to robić na mnie wrażenie. Jest jeszcze trzecia opcja: to nie był film skierowany dla mnie. Jeśli macie jakieś młodsze rodzeństwo do lat 10-12, seans powinien być świetną zabawą.

6/10

Radosław Ostrowski