Spring Breakers

Z czym wam się kojarzą letnie ferie? Lub wakacje jak kto woli? Koniec nauki, imprezy, alkohol, seks, narkotyki. Tak samo to sobie wyobrażały sobie cztery małolaty, które by mieć kasę na wakacje we Florydzie… napadły na restaurację. Brit, Cotty, Candie i Faith (jedyna normalna z tej grupy) chcą się po prostu zabawić i zaszaleć. Dlatego ruszyły na bibę w hotelu. Potem zgarnęła je policja, by wyjść za kaucją opłaconą przez Aliena – gangstera-rapera. No i wtedy się zaczęła impreza.

Nie wiem jak wy, ale ja nigdy nie słyszałem o takim reżyserze jak Harmony Korine. Jego najnowsze dzieło wygląda krzykliwie, kiczowato, wręcz żywcem wzięte z jakiegoś teledysku MTV – mocno krzykliwe kolory, świadome balansowanie na granicy kiczu, elektroniczno-ambientowo-dubstepowa muzyka budująca klimat odrealnienia, wręcz przekoloryzowanego snu. Dodajmy jeszcze hacjendę z basenem, nieskończone orgie, seks pokazany bez hamulców i cenzury (dużo tyłków, dużo cycków) oraz banalne i tandetnie brzmiące dialogi, pełne powtórek i przebitek. Ale już w momencie usłyszenia dźwięku ładowanej spluwy, zacząłem podskórnie wyczuwać, że to nie będzie przyjemna zabawa. Twórcy w dość widowiskowy i efekciarski sposób pokazują mentalność współczesnych nastolatek zapatrzonych i karmiących się współczesna popkulturą – życia na skróty, traktowania zabijania czy kradzieży „jakby to było w pier*** grze video”.

spring1

Czy słysząc coś takiego, a jednocześnie widząc pozowanie na gangsterów i twarde laski, można to traktować absolutnie poważnie? W tej niby zabawie mamy obserwację pokolenia zapatrzonego, myślącego jak popkultura – szybko, mocno, intensywnie, a jednocześnie bez korzystania z mózgu. To jedna wielka zgrywa, która może zostać załapana przez nielicznych (zwłaszcza przerysowany i krwawy finał), gdyż wygląda ona bardzo niepoważnie i jest zasłonięta dużą ilością cycków, co może sprawiać problemy w skupieniu się. I albo to wyłapanie, albo odtrącicie uważając całość za kompletnie idiotyczną i bez sensu.

spring2

Jeśli chodzi o aktorstwo, to tak naprawdę jest to popis jednej osoby – Jamesa Franco. Jego Alien to pewny siebie cwaniaczek, który tez jest przesiąknięty popkulturą (zwłaszcza „Scarfacem”) i uważa siebie za niezniszczalnego twardziela oraz poetę, pełnego wrażliwości i złotych myśli. Jednym słowem – kompletny debil, goniący za swoim amerykańskim snem. Towarzysza mu cztery pstrokato ubrane dziewczyny, równie tępe i chodzące prawie w samym bikini (czyli Selena Gomes, Vanessa Hudges, Ashley Benson i Rachel Korine – prawie same gwiazdki Disneya), które mocno niszczą swój poprzedni wizerunek. Ich amerykański sen to seks, balangi, alkohol i gangsterka, zaś jego spełnienie wydaje się czymś wspaniałym. Jakby kompletnie nie wiedziały, że ma to wszystko swoja mroczna stronę.

Kontrowersyjny, ostry, szokujący, na granicy bełkotu i zgrywy, co naprawdę jest trudno wykryć. Na pewno jest niezwykłe doświadczenie, które może zaskoczyć wielu.

7/10

Radosław Ostrowski

Tylko Bóg wybacza

Julian razem z bratem Ryanem prowadzi szkołę muaytai, która jest przykrywką dla handlu narkotykami. I ten interes idzie dość spokojnie do czasu, gdy Ryan zabija nastoletnią prostytutkę. Facet zostaje równie brutalnie zamordowany przez miejscowego policjanta Changa. Wtedy do Bangkoku przybywa matka obu mężczyzn i chce się zemścić za śmierć pierworodnego.

wybacza1

Nicolas Winding Refn – to nazwisko stało się ostatnio głośne, dzięki filmowi „Drive” z Ryanem Goslingiem. Jeśli ktoś jednak spodziewał się powtórki z rozrywki, to musiał się mocno rozczarować. „Tylko Bóg wybacza” jest trudny w odbiorze, pełen symboli, pretekstowej fabuły oraz realizacji przypominającej filmy Davida Lyncha, gdzie granica między jawą a snem czy ciąg przyczynowo-skutkowy rozmywa się. Toczy się pewna gra, której reguły nie są do końca jasne i mamy tutaj dwa wyjścia: dać się unieść niesamowitej warstwie audiowizualnej (kapitalne zdjęcia, pełne mocnych kolorów – dominuje czerwień, błękit oraz gra oświetleniem plus elektroniczno-orientalna muzyka) albo próbować rozłożyć na czynniki pierwsze i poskładać elementy układanki. Zadowoleni będzie tylko wtedy, jeśli wybierzecie pierwszy wariant. Refn nadal pozostaje stylowym twórcą, zaś akcja jest bardziej statyczna i stonowana (wyjątkiem scena zamachu na policjanta w barze), jednak miałem wrażenie, ze wpadłem w labirynt pozbawiony wyjścia. Jest wiele niedomówień, dialogów jeszcze mniej niż poprzednio, zaś przemoc jest brutalna i krwawa – bez słodzenia. Pod tym względem „Bóg” przypomina „Valhallę: Mrocznego wojownika”, który był równie ciężki w odbiorze jak obecny tytuł, co mnie trochę odtrąciło. Zapewne daje on wiele pola do interpretacji, jednak mi to niewiele pomaga.

wybacza2

Sytuację częściowo ratuje aktorstwo, ale nie wszystkich. Ryan Gosling tutaj jest bardzo stonowanym i raczej unikającym przemocy facetem, zamiast tego gapi się w sina dal, potem siedzi, milczy i najwyżej zaciska pięści. Kompletnie mnie nie interesowała ta postać. Znacznie ciekawszy był Vithaya Pansringarm, czyli gliniarz Chang. Zazwyczaj spokojny i opanowany (widać zwłaszcza, gdy śpiewa w karaoke), ale kiedy wymaga tego sytuacja rusza w ruch jego katana, a wtedy ręce są cięte szybciej i częściej niż w „Gwiezdnych wojnach”. Kompletnym strzałem za to jest Kristin Scott Thomas jako matka Crystal. Wygląda dość groteskowo, by nie rzec tandetnie (długie blond włosy, kiczowate ubrania), jednak okazuje się być kobietą z jajami, która wręcz dominuje nad Julianem, upokarza go (rozmowa przy stole razem z jego żoną).

wybacza3

Wybaczcie mi to, co powiem, ale dla mnie „Tylko Bóg wybacza” to kolejny przykład przerostu formy nad treścią. Owszem, wygląda to rewelacyjnie, ale scenariusz jest dziwaczny, niejasny i niezrozumiały. Może fani Refna mu wybaczą, ale mnie będzie ciężko.

6/10

Radosław Ostrowski

Reguła milczenia

Ben Shepard jest młodym redaktorem lokalnej gazety w Atlancie. Dostaje do napisania artykuł na temat schwytanej po 30 latach członkini organizacji terrorystycznej, która dokonała napadu na bank, gdzie zginął ochroniarz. Mężczyzna przypadkowo demaskuje adwokata Jima Granta, który tak naprawdę nazywa się Nick Sloan i jest oskarżony o tę zbrodnię.

milczenie1

Robert Redford i polityka to coś, co łączy się od dłuższego czasu. I tak jak wcześniej mamy tu w tle sprawy obywatelskie, prawa człowieka i zderzenie dawnych ideałów z obecną rzeczywistością (to akurat nowa rzecz). Wszystko to zrobione w stylistyce thrillera z lat 70-tych, gdzie zamiast zabójczego tempa oraz turnieju strzeleckiego. Tu bardziej liczy się intryga (ta jest zgrabnie poprowadzona), atmosfera osaczenia i pokazanie etosu dziennikarstwa. Jest tu trochę publicystyki, zakończenie jest podniosłe i przewidywalne, ale o dziwo ogląda się to naprawdę dobrze. Reżyser jest zbyt doświadczony, by pozwolił sobie na fuszerkę.

milczenie2

W dodatku ma naprawdę świetnych, którzy nawet w epizodzie są w stanie zabłysnąć. Jednak i tak najważniejsze są dwie role: Redforda, który próbuje dowieść swojej niewinności oraz naprawdę przyzwoitego Shii LaBeoufa jako ambitnego i inteligentnego dziennikarza. Za to drugi plan jest tu aż przebogaty – nie jestem w stanie wybrać najlepszego z tego pola aktorskiego, bo mamy tu zarówno takich gigantów jak Nick Nolte, Richard Jenkins, Brendan Gleeson czy Julie Christie, jak i młodszych, ale równie zdolnych Brit Marling, Annę Kendrick i Terrence’a Howarda. Każdy stworzył pełnokrwistą postać, nawet mając tylko kilka minut, co jest naprawdę godne podziwu.

Redford jakimś cudem jest ostatnio omijany przez kinowych dystrybutorów. Trochę szkoda, bo jest w naprawdę dobrej formie.

7/10

Radosław Ostrowski

Arbitraż

Robert Miller jest szanowanym i poważanym biznesmenem. Odnoszący sukcesy, wspierający swoją działającą w fundacji żonę oraz ambitną córkę, która pracuje w jego firmie. Ale to tylko pozory, bo jego firma ma duże długi (uratować może tylko fuzja z duża firmą), a Miller za plecami żony spotyka się z młodą artystką. Żeby było jeszcze gorzej, podczas przejażdżki z kochanką doprowadza do wypadku i jej śmierci.

arbitraz1

Mało znany reżyser Nicholas Jarecki opowiada historię człowieka uwikłanego w kłamstwo na swoje życzenie. Opowiedziane w konwencji thrillera ma to co być powinno – dobre tempo, napięcie, parę (oczywistych) zaskoczeń i przewrotny finał. Może sama opowieść nie jest ani zaskakująca czy oryginalna, jednak dobrze się to ogląda. Bo ciągle zadawane jest pytanie – jak daleko może się posunąć bogacz, by zachować pozory władzy? Czy jest w stanie poświęcić swoją rodzinę? Czy jej członkowie muszą być lojalni wobec nieuczciwego patriarchy? Te pytania intrygują i skłaniają do refleksji. Realizacja jest solidna (niezłe zdjęcia, muzyka i montaż).

arbitraz2

Także od strony aktorskiej jest więcej niż solidnie. Zabłysnął najbardziej Richard Gere, który może i ma swoje lata, ale nadal jest w formie. Bardzo przekonująco wypada jako biznesmen robiący dobrą minę do złej gry. Ale cóż, między innymi na tym polega ten fach. Drugą mocną postacią był detektyw Bryer (świetny Tim Roth) – dociekliwy, uparty, czasem posuwający się do podstępu, by schwytać naszego bohatera. Ale poza tymi dwoma panami, należy wyróżnić Susan Sarandon (żona Ellen) i Brit Marling (córka Brooke).

Niby nie jest coś zaskakującego czy odkrywczego, ale to kawał dobrego kina – uczciwego, wciągającego i angażującego, jak w thrillerze być powinno.

7/10

Radosław Ostrowski

Various Artists – Spring Breakers

spring_breakers

Wakacje wielu kojarzą się z imprezami, seksem i kompletnym luzem. I o tym właśnie marzą bohaterki nowego filmu Harmine’a Korine „Spring Breakers”.  co do samego filmu, jeszcze trzeba trochę poczekać na seans, ale zapowiada się dość ciekawa historia. Natomiast ja chciałbym się skupić na warstwie muzycznej, gdyż już jest dostępny soundtrack z tego filmu.

martinezAlbum ten jest poszatkową kompilacją zawierającą zarówno piosenki jak i kompozycje instrumentalne. Za te ostatnie odpowiada dwóch jegomościów: Cliff Martinez – twórca muzyki ambientowej, znany z muzyki do filmu „Drive” oraz Skrillex – młody chłopak tworzący muzykę dubstepową. Efekt tego połączenia jest dość mało zaskakujący. Bo obaj panowie tworzą na swoja modłę i we wspólnych kawałkach, których jest tu kilka bardziej wyraźny jest ambient, tworzący dość oniryczny klimat, który może sprawdza się w filmie, ale poza nim może wywoływać problemy z odbiorem, co przypomina wspomniany wcześniej „Drive”. Nawet jeśli pojawiają się pewne urozmaicenia (dzwonki w „Your Friends Ain’t Gonna Leave With You”), to pojawiają się na chwileczkę i nie bardzo ratują sytuację. A kompozycje Skrillexa są bogatsze dźwiękowo („Will You, Friends (Long Drive”) i dość chłodne (wyjątkiem jest otwierający album „Scary Monsters and Nice Spirits” oraz ten utwór w wersji na smyczki), jednak słucha się ich przyjemniej niż Martineza. Ale ich wspólne utwory („Bikinis & Big Booties Y’all” czy „Rise and Shine Little Bitch”) jak wspomniałem bardziej idą w stylu Martineza.

skrillexSytuację częściowo ratują piosenki, które budują dość imprezowy klimat. Mocno napakowane elektroniką, ale jednocześnie są bardziej przyswajalne i energetyzujące jak kończący album „Lights” Ellie Goulding. Nie brakuje też utworów rapowanych („Hangin’ With Da Dopeboys” Jamesa Franco i Dange Russa czy „Big Bank”, gdzie nawija m.in. Rick Ross), ale i tak w podkładzie dominuje elektronika oraz dubstep, jak w kapitalnym „Young Niggas” Gucci Mane oraz Waka Flocka Flame).

Innymi słowy „Spring Breakers” to dość trudna i niełatwa w odbiorze płyta. Bo z jednej strony mamy skoczną i imprezową muzykę, ale z drugiej instrumentalne kompozycje są dość trudne w odbiorze i mogą wywołać znużenie. Czas trwania, czyli niecała godzina też niespecjalnie sprzyja. Innymi słowy, jeśli podobał wam się film lub lubicie Skrillexa, to kupujcie śmiało. Reszta niech się poważnie zastanowi.

6,5/10

Radosław Ostrowski