Yang

Pochodzący z Korei Południowej, ale mieszkający w USA Kogonada to bardzo specyficzny twórca, który zaczynał od tworzenia video-esejów. Zwrócił moją uwagę swoim ostatnim dziełem, czyli niezłą „Wielką, odważną, piękną podróżą” – imponującą wizualnie, choć nie zawsze klejącą się w całość. Powstały kilka lat wcześniej „Yang”, choć gatunkowo idący w kierunku SF, ma pewne podobne cechy.

Akcja filmu toczy się w nieokreślonej przyszłości, gdzie obok ludzi są kupowane roboty oraz produkowane klony. Poznajemy dość egzotyczną rodzinę: prowadzącego herbaciarnię Jake’a (Colin Farrell), pracującą w korpo Kyrę (Jodie Turner-Smith) oraz ich adoptowaną córkę Mikę (Malea Emma Tjandrawidjaja). Jej jeszcze jej starszy „brat” Yang (Justim H. Min), który jest… androidem mający pomóc dziewczynce w zapoznaniu się z jej chińskim dziedzictwem. Ale nagle android zawiesza się i przestaje działać. Mężczyzna próbuje naprawić maszynę, ale pojawiają się problemy: a) był on kupiony z drugiej ręki, b) nie ma gwarancji, c) ma uszkodzony rdzeń i d) to ogranicza możliwości naprawcze. Ale przez znajomego znajomego udaje się otworzyć rdzeń, a tam… jakieś dziwne oprogramowanie.

„Yang” – jak większość produkcji sygnowanych logiem A24 – nie jest konwencjonalną opowieścią. Całość jest bardzo kameralna i oszczędna, w zasadzie pozbawiona efektów specjalnych oraz efekciarskich popisów. Sam świat nie jest zbyt szczegółowo zarysowany i bardziej przypomina uchwyconą migawkę z kilku dni, gdzie wiele trzeba wyciągnąć samemu ze strzępek dialogów oraz obrazów. A te są bardzo minimalistyczne, choć nie pozbawione mocnych kolorów. Zdecydowanie bardziej Kogonada stawia na nastrój oraz klimat melancholii, jakbyśmy widzieli rodzinę przechodzącą przez żałobę po zmarłym członku.

Problem w tym, że reżyser nie opowiada niczego nowego i sięga po znajome fanom SF motywy oraz wątki. Od kwestii tożsamości i pamięci maszyn czy tego, co nas czyni ludźmi. Ale poza pewnym poczuciem deja vu oraz równie nieoryginalnym światotwórstwem swoje robi dość powolne tempo. Wyjątkiem od tej reguły są sceny retrospekcji, gdzie wypowiadane dialogi słyszymy raz ciszej, zaś drugi raz mocniej i głośniej, niczym echo.

Choć aktorsko oraz technicznie nie jestem w stanie się przyczepić, to jednak „Yang” jest pewnego rodzaju wydmuszką. Potrafi oczarować oczy i pieścić uszy delikatnymi dźwiękami muzyki, ale chyba nie mam w sobie aż takiej dawki wrażliwości dla tego dzieła.

6/10

Radosław Ostrowski

Sejf

Początek zapowiada klasyczny heist movie. Niby zwykła rozmowa i kłótnia w okienku zamienia się w napad. Pomysłodawczynie są dwie siostry, które chcą spłacić dług brata. Problem w tym, że w skarbcu okazuje się być za mało pieniędzy na spłatę. W końcu jeden z pracowników informuje o drugim skarbcu: w podziemiach. Od tej pory cały napad zaczyna się sypać.

sejf1

Reżyser Dan Bush postanowił połączyć dwa gatunku, które pozornie nie pasuje do siebie: heist movie oraz horror. Już czołówka zapowiada dość brutalną historię (czyli napad na bank zakończony krwawą jatką), a początek wydaje się bardzo spokojny. Chociaż podskórnie wyczuwa się, że coś wisi w powietrzu. Problem jednak w tym, że w sposobie straszenia sięga po ograne sztuczki z duchami. A to nagle zaczyna się psuć światło, a tu znikąd pojawi się jakiś cień czy postać niewidoczna w kamerze monitoringu. Oczywiście na dole jest tak ciemno, że schodzenie tam w pojedynkę nie może się skończyć dobrze. Dochodzi do coraz dziwniejszych sytuacji (tajemniczy telefon z wezwaniem), dialogi są miejscami bardzo drętwe, mimo bluzgów, a postacie ledwo zarysowane oraz zwyczajnie nieciekawe. Logika siada, historia pełna jest dziur, napięcie totalnie siada, zaś strachu tyle, co kot napłakał. Bo jak ma mnie przerazić nagłe pojawienie się ucharakteryzowanych ludzi (fakt, wyglądają paskudnie), mordujących innych, bo… tak, niczym w rasowym slasherku. Nawet montaż dość łatwo sugeruje, kto wie więcej niż mówi (dość szybkie przebitki), przez co finałowa wolta jest bardzo łatwa do przewidzenia.

sejf2

O aktorstwie w zasadzie trudno powiedzieć coś sensownego, bo materiał nie daje pola do popisów. Wiele osób zostaje bezczelnie zmarnowanych (Clifton Collins Jr. w roli detektywa Igera), z kolei główne protagonistki (Francesca Eastwood oraz Taryn Manning) są dość słabo zarysowane, choć głównie pełnią rolę wizualnego ozdobnika. Jedynie James Franco się wybija (głównie wyglądem), ale też nie ma zbyt wiele do roboty (jest skuty przez większość czasu).

„Sejf” to jeden z takich filmów, który po realizacji trafia od razu na VOD czy DVD. Pomysł nawet nie głupi, ale wykonanie przypomina tysiące innych filmów grozy, zrobione od linijki. Nudny, nieciekawy, standardowy horror w bardzo amatorskim wykonaniu. Ziew.

4/10

Radosław Ostrowski

Small Town Crime

Akcja toczy się gdzieś w małym miasteczku, gdzie żyje sobie Mike Kendall. Kiedyś był gliną i to całkiem niezłym, ale alkohol i jedno zdarzenie zmieniło wszystko. Obecnie częściej można go spotkać pijącego sześciopaka albo szukającego jakkolwiek pracy. Po jednej wieczornej popijawie, znajduje na szosie bardzo ciężko pobitą dziewczynę. Mimo dość szybkiej pomocy pogotowia, umiera, a Mike próbuje na własną rękę wyjaśnić przyczynę śmierci, co może być dla niego szansą powrotu do pracy.

small_town_crime1

Sama historia może nie brzmi zbyt oryginalnie, ale bracia Nelms potrafią w dziwny sposób ożywić ten ograny schemat. Bohater z przeszłością, półświatek, nie do końca legalne interesy oraz ludzie, którzy mogliby osiągnąć sukces, ale coś stawało im na drodze. I ten portret – nie tylko dotyczący głównego bohatera, ale też chociażby barmana – wnosi ten tytuł na troszkę wyższy poziom. Bo reszta to klasyczne elementy, z powoli odkrywaną tajemnicą, szantażem, morderstwem oraz finałową strzelaniną. Ale jednocześnie to wszystko wydaje się bardzo pewnie poprowadzone, pełne dobrych dialogów oraz całkiem niezłego humoru. Intryga potrafi wciągnąć, tropy są mylone, a rozwiązanie satysfakcjonuje. Najbardziej zaskoczyła mnie muzyka, jakby żywcem wzięta z lat 70. (te smyczki oraz bas), co buduje bardzo specyficzny klimat całości.

small_town_crime2

A do tego strzałem w dziesiątkę było obsadzenie w głównej roli Johna Hawkesa. Mike w jego wykonaniu to wrak, idący na dno oraz pozbawiony jakiegokolwiek sensu dla swojego życia. Niemniej, nadal posiada swoją intuicję oraz umiejętność łączenia ze sobą faktów. Mimo pewnych wad, z alkoholem na czele, kibicujemy temu bohaterowi aż do samego końca, co jest zasługą wielkiego talentu aktora. Ale drugi plan też jest dość wyrazisty, co jest zasługą Cliftona Collinsa Jra (narwany alfons Mood), Roberta Forstera (opanowany Steve Yendel) oraz Octavii Spencer (przybrana siostra Mike’a).

small_town_crime3

„Small Town Crime” to czysto gatunkowa zabawa, zrobiona z głową, bez popadania w moralizatorstwo, ale dostarczająca wiele frajdy. Tylko tyle i aż tyle, ale bez Hawkesa by się to nie udało.

7/10

Radosław Ostrowski

Psy mafii

Atlanta, miasto gdzieś w USA. A jak w każdym mieście działają gliniarze, bandyci i bezprawie szaleje. Całość terroryzuje rosyjsko-żydowska mafia, złośliwie nazywana La Koszer Nostra. I wierzcie mi, to nie są śmieszni kolesie noszący jarmułki oraz pejsy. Kierowani przez Irinę (wygląda jak bardzo wytapetowana burdelmama niż szefowa, ale niech będzie), sieją postrach. Jednym z jej ludzi są członkowie gangu skorumpowanych gliniarzy pod wodzą Michaela Atwooda, którzy wykonują dla niej akcje. I na dzień dobry jesteśmy rzuceni w napad na bank. Akcja się udaje, jednak szefowa ma jeszcze jedno zadanie. By je wykonać ekipa musi zyskać sporo czasu, by odwrócić uwagę od gliniarzy. Najskuteczniejsze byłoby wezwanie kodu 999, czyli zabójstwo policjanta.

psy_mafii1

John Hillcoat postanowił wykorzystać szansę od Hollywood, by dostać świetne kino sensacyjne. Pozornie wydaje się, ze wszystko gra i wydaje się na miejscu. Pierwsze sceny, gdy widzimy skok bankowy – szybko zrobiony, zrealizowany jak trzeba, bez zbędnej gadaniny, zakończony dziką akcją na autostradzie, gdzie wystrzelono kolorowe granaty z łupu (wtedy bandyci wyglądają niemal jak cosplayerzy Deadpoola 😉 ) i padają strzały. Twórcy chcą bardziej skupić się na psychologii bohaterów oraz realistycznym pokazaniu brudu, zgnilizny oraz zepsucia. I to daje nawet efekty – bandyci wyglądają jak notowani z kartotek (tatuaże, ogolone karki, wiązanki słowne itp.), dziwki wyglądają jak dziwki i nie boją pokazać wszystkiego, co mają. Krążymy po spelunach, zaułkach i knajpach wyglądających jak brazylijskie fawele – rządzą się one własnymi prawami, a rozmowy z gliniarzami nie są mile widziane.

psy_mafii2

Klimat niemal jest jak w „Sicario” (są nawet poobcinane głowy) – brud, smród, zgnilizna oraz brak szans na wyjście z tego piekła. Bo jak już raz się sprzedałeś, to zdrajcą już będziesz na zawsze. Nawet jeśli – tak jak główny bohater – robisz to po to, by móc mieć kontakt ze swoją rodziną. Nie brakuje i efektownych scen akcji (nalot na kryjówkę, zakończona dynamiczną strzelaniną), podkręcanych agresywną muzyką elektroniczną. Atmosfera robi się coraz gęstsza, a lojalność, zdrada i podstęp są na porządku dziennym.

psy_mafii4

Tylko jest jeden, a nawet dwa poważne szkopuły. Po pierwsze, bohaterów jest tutaj aż za dużo i nie wiadomo tak naprawdę na kim się skupić. Mamy skorumpowanego Atwooda (dobry, nawet bardzo Chiwetel Eljofor), zmuszonego szantażem do współpracy oraz jego kumpli z policji oraz wojska (mózgowiec Russell, wiecznie nawalony i naćpany Gabe, podstępny i obrotny detektyw Rodriguez i trzęsący okolicą Marcus – kolejno: Norman Reedus, Aaron Paul, Clifton Collins Jr. Oraz Anthony Mackie), jest nowy partner Marcusa – uczciwy i zdeterminowany gliniarz Chris (niezawodny Casey Affleck). No i prowadzący śledztwo wuj Chrisa – ciągle naćpany i nawalony detektyw Jeff Allen (jakby ciągle obecny na planie „Detektywa” Woody Harrelson). Żaden z nich – poza Michaelem – nie zostaje w pełni rozbudowany, nie znamy w pełni motywacji, charakteru, ich tła. Wydają się oklepanymi postaciami z szablonów, parę razy aktorzy sprawiają wrażenie grania na autopilocie (w szczególności Aaron Paul i Harrelson, ale ten drugi ciągle się broni). Jedyną dużą niespodzianką jest Kate Winslet jako „matka chrzestna” Irina – kobieta tak bezwzględna i ostra jak to tylko możliwe.

psy_mafii5

Po drugie, w połowie filmu – mimo kilku kopniaków – zaczyna siadać tempo, a finał jest taki skromny i nie daje takiego kopa jak początek. Żadnego wstrząsu, szoku czy niespodzianki, przewidywalne (i kameralnie, co można było wygrać). Brak napięcia, poczucia niepokoju czy pierdolnięcia – tak się kina sensacyjnego nie kończy. W ogóle tak się filmów kończyć nie powinno, jakby cały arsenał środków został gdzieś nagle pochowany. Nie wolno tak łamać obietnicy.

psy_mafii3

Dlatego tak trudno mi jednoznacznie ocenić ten film. „Psy mafii” miały potencjał na to, by być mięsistym sensacyjniakiem, niepozbawionym ambicji sięgnięcia głębiej. Z taką obsadą nie można było tego spieprzyć. A tak mamy niewykorzystany potencjał i produkcję zaledwie niezłą. Ale i tak jest to lepsze od ostatniego „PitBulla”, co jest pewną skromną rekompensatą.

6,5/10

Radosław Ostrowski