Lobster (Homar)

Wyobraźcie sobie świat, w którym można żyć tylko w jeden sposób – życie w parze. Jeśli jesteś samotnikiem, to masz dwa wyjścia: albo ukrywać się i unikać wszelkiego kontaktu z ludźmi albo trafisz do Hotelu, gdzie dostaniesz szansę na odnalezienie drugiej połówki. Dokładnie 45 dni, które możesz przedłużyć, jeśli upolujesz jakiegoś samotnika ukrywającego się w Lesie. Co jeśli się uda? Wtedy zostaniesz zamieniony w zwierzątku i trafisz do Lasu, by przetrwać. W takiej sytuacji znalazł się David, którego żona zostawiła po 11 latach pożycia.

homar1

Brzmi to absurdalnie, prawda? Ale taką wizję przyszłości postanowił pokazać grecki reżyser Yorgos Lathimos. I powiem to od razu: to nie jest świat, w którym chciałbym zamieszkać. Świat, w którym zostaje nam narzucony pewien porządek i jedyna słuszna droga egzystencji oraz szczęścia. Narzucanego odgórnie i kontrolowanego przez kierowniczkę, by nie było oszukiwania. Mając tak ograniczony czas i wybór, trzeba się zdecydować. Bo panie, tak jak panowie, są różni: kuśtykający, sepleniący, pozbawieni emocji, ale desperacko i na ślepo szukający własnego szczęścia w parze. Są jednak pewne obostrzenia: zakaz palenia, masturbacji, korzystania z miejsc dla par, a także wieczorki pokazujące dlaczego warto być w związku (nie zadławicie się na śmierć i nie zostaniecie zgwałceni). Jeśli po związaniu będą problemy, to dostaniecie… dzieci. Ale jak wybrać? Czy dostosowywać do swoich znaków rozpoznawczych (krwotok z nosa, seplenienie, brak emocji) czy może być sobą?

homar2

Jest też inne wyjście, czyli ucieczka do lasu, gdzie działa partyzantka samotników, jednak za próbę zbliżenia czy okazania miłości grozi odcięcie ust lub kastracja. I jak żyć w takim absurdalnym świecie? Wizja reżysera jest przerażająca i dlatego chciałem znaleźć jakąś nadzieję czy receptę na wyrwanie się z tych możliwych opcji. Kiedy w połowie, gdy nasz bohater trafia do Lasu i poznaje narratorkę tego filmu, kibicowałem im do samego końca. Szyfry, notatki, drobne spojrzenia i gesty nabierają gigantycznego znaczenia. Wszystko to bardzo stonowane wizualnie, nie pozbawione spowolnień (pierwsze polowanie) oraz melancholijnej muzyki. Miasto jest równie ponure i sterylne. I jeszcze niejednoznaczny finał, który nie daje odpowiedzi na dalszy ciąg.

homar3

Do tego jest to fantastycznie zagrany. Imponuje bardzo powściągliwy i niemal z kamienną twarzą prowadzoną przez Colina Farrella. Trudno było mi na początku wejść w tego bohatera: wycofanego, zdystansowanego, tłumiącego emocje. Im dalej jednak, tym bardziej widać jego desperację, alienację i nawet te wąsy nie przeszkadzały. Po drugiej stronie równie wyciszona Rachel Weisz – też krótkowzroczna, samotna, oszczędna. Ale ten związek jest poprowadzony bez fałszu, patosu i nudy. Poza tym pięknym duetem jest jeszcze bardzo wyrazisty drugi plan z fantastyczną Olivią Colman (kierowniczka) i Leą Seydoux (przywódczyni samotników) na czele.

homar4

„Lobster” jest bardzo absurdalnym, gorzkim i wręcz przygnębiającym o potrzebie bycia z kimś. A jednocześnie jest w tym sporo z Gombrowicza, gdyż pokonanie tych dwóch masek wymaga wysiłku. W końcu każdy z nas ma takie momenty, że chce być sam, ale nie na długo. Zastanówcie się po obejrzeniu nad sobą.

7/10

Radosław Ostrowski

Detektyw – seria 2

W stanie Kalifornia znajduje się miasto Vinci. I to właśnie tutaj los połączy trójkę kompletnie obcych bohaterów. Skorumpowanego i zmęczonego życiem Raya Velcoro, detektyw Ani Bezzerides z biura szeryfa oraz oficera drogówki, Paula Woodrugha. Połączy ich wspólne dochodzenie w sprawie morderstwa zarządcy miasta, Bena Caspare’a, z którym interesy prowadziło wiele osób.

detektyw_21

Nie będę kłamał twierdząc, że druga seria „Detektywa” była jedną z najbardziej wyczekiwanych propozycji telewizyjnych tego roku, chociaż dość ryzykowna. Mroczna i oniryczną Luizjanę zastąpiła słoneczna Kalifornia, nie pozbawiona mroku oraz brudu. Nic Pizzolato z inną ekipą (Cary’ego Fukunagę zastąpiło kilku reżyserów z Justinem Linem na czele) opowiada inną kryminalną opowieść, która niespecjalnie wyróżnia się spośród innych tytułów. Króla w Żółci i rytualne mordy zastąpiły tajemnicze i brudne układy między policją, mafią i biznesmenami. Narkotyki, prostytucja, korupcja, szantaż, morderstwa – dzieje się tutaj sporo, a mając aż czwórkę protagonistów i tylko 8 odcinków można być pewnym, ze nie wystarczy czasu na wszystko. Tutaj jest największy problem II serii – jest ona przeładowana wątkami, postaciami i zdarzeniami, a intryga komplikuje się do tego stopnia, że trudno połapać się w tym kto, kogo i dlaczego. A walka z układem (jakikolwiek by on nie był) jest z góry skazana na przegraną, gdyż wpływowi i potężni ludzie uczciwymi oraz próbującymi wymierzyć na swój sposób sprawiedliwość, goniąc za prawdą, podcierają sobie dupy.

detektyw_22

Dodatkowo realizacja niespecjalnie powala. Zdjęcia, dialogi (miejscami mocno ocierają się o banał), czołówka i muzyka są ok, montaż też w porządku i trudno się do czegokolwiek przyczepić, ale brakuje błysku poprzedniej części. Czegoś, co b oczarowało, czekając na kolejne rozwiązywanie tajemnic. Tutaj to nie następuje, a śledztwo niejako prowadzone jest przy okazji. Każde z bohaterów mierzy się z własnymi demonami, tajemnicami oraz przeszłością, ale brakuje tutaj głębi. Jeśli coś tutaj miażdży, to bardzo gorzki finał, pozbawiający nadziei i złudzeń.

detektyw_23

Kompletnym zaskoczeniem jest tutaj wysoki poziom aktorstwa, ale to HBO. Świetnie sobie poradził Colin Farrell w roli wypalonego Velcoro, lawirującego między lojalnością wobec kolegów z pracy a gangsterem Frankiem Semyonem. Zmęczony, nieogolony, rozwiedziony i porywczy budzi największą sympatię odbiorcy, która zostaje do samego końca. Równie przekonująca jest Rachel McAdams, będąca twardą gliną z wyraźnym kodeksem moralnym. Jednak pod tą warstwą jest bardzo krucha kobieta, nie ukazująca swoich emocji. Przyzwoity jest Taylor Kitsch jako trzeci detektyw Woodrugh. Widać, że to skryty facet prześladowany przez swoją wojskową przeszłość, jednak trudno uwierzyć w jego emocje, które są bardzo głęboko tłumione i można się ich tylko domyślić. Jednak twórcy mieli jedną castingowa niespodziankę – Vince’a Vaughna. Ten aktor, kojarzony z rolami komediowymi (w nie najlepszych produkcjach tego gatunku) to ostatnia osoba jaką bym obsadził do roli biznesmena z gangsterskimi korzeniami. Ku mojemu zdumieniu Vaughn nie wyglądał ani śmiesznie, ani groteskowo i stworzył pełnokrwistą postać twardego człowieka, bezwzględnie rozprawiającego się ze swoimi wrogami, którzy chcą go załatwić. I jeszcze ma dużą dawkę skrywanej charyzmy. Kto by się spodziewał?

detektyw_24

Tak jak pisałem, II seria „Detektywa” nie powaliła mnie na kolana i nie zahipnotyzowała tak jak poprzednia seria. Było dobrze, ale czegoś mi zabrakło. Miałem poczucie przesytu realizacji i zbytniej hermetyczności, a to w takim gatunku przeszkadza. Może w III serii będzie inaczej, o ile powstanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Miami Vice

Sonny Crockett i Ricardo Tubbs są gliniarzami z Miami, którzy pracują ze sobą od lat. Podczas akcji dostają cynk od swojego informatora, że wydano agentów fderalnych podczas realizacji transakcji narkotykowej. Obaj panowie podszywając się za handlarzy narkotyków podejmują się zadania infiltracji, trafiając na niejakiego Arcangela de Jesus Montoyę, któremu towarzyszy Isabella. Między nią a Sonnym zawiązuje się romans.

miami_vice1

Michael Mann postanowił zaryzykować i zrobić kinową wersję mega popularnego serialu z lat 80., którego był producentem. Efektem tego był mroczny i ponury film sensacyjny pokazujący ciemną stronę działania pod przykrywką. Udawanie kogoś zawsze jest trudnym wyzwaniem, a romans dodatkowo komplikuje sytuację, która wymaga większego sprytu i działań na granicy prawa (kradzież towaru kartelu). Przenosimy się z miejsca na miejsce, większość akcji toczy się nocą, a całość jest kręcona kamerą cyfrową, przypominając telewizyjny dokument (choć jest kilka wizualnych pereł). Ale i tak film jest zwyczajnie nudny, brakuje napięcia, a spory budżet (ponad 100 mln dolców) nie jest zbyt mocno widoczny. Surowy realizm działa tutaj męcząco i nie zaskakuje niczym nowym – nawet finałowa konfrontacja wygląda po prostu okropnie. Nic tutaj nie gra, nawet muzyka wypada dość blado. Słowem, najsłabszy film Manna od czasów „Twierdzy”.

miami_vice2

Aktorsko jest zaledwie przyzwoicie. Colin Farrell i Jamie Foxx są nieźli, gdy pojawiają się osobno, ale nie czuć tutaj chemii między nimi, co w przypadku grania takich sprawdzonych kumpli jest kluczowe. Z całej ekipy najbardziej wybija się Gong Li jako starająca się być niezależną Isabelle i jej emocje – dość skomplikowane – są wygrywane bez problemu. Reszta obsady po prostu jest i nie przeszkadza.

miami_vice3

To, że kinowa wersja „Policjantów z Miami” będzie czymś innym niż serial, nie było dla mnie niespodzianką. Ale Mann przyzwyczaił mnie do znacznie wyższego poziomu niż bycie przyzwoitym. Cóż zrobić? Może następnym razem będzie lepiej?

6/10

Radosław Ostrowski

Raport mniejszości

Rok 2054. W niedalekiej przyszłości w mieście Waszyngton przestępczość spadnie poniżej 10%, co w czasach epidemii zbrodni jest wielkim osiągnięciem. A wszystko dzięki wydziałowi Prewencji, którzy korzystają z pomocy trójki jasnowidzów, dzięki czemu mogą zatrzymać sprawcę zanim zostanie popełniona zbrodnia. Tylko trzeba poskładać ich wizje w całość, a najlepszy na tym polu jest detektyw John Anderton. Ale jedna z wizji pokazuje właśnie jego jako sprawcę kolejnego morderstwa, detektyw ucieka przed pościgiem prowadzonym przez agenta FBI, Danny’ego Withwera.

raport1

Steven Spielberg znów mierzy się z SF, które jest tutaj tłem do historii rodem z klasycznego kryminału. Adaptacja opowiadania Dicka zachowuje lekko paranoiczny klimat, zaś sama wizja przyszłości jest mocno interesująca – powstrzymywanie zbrodni zanim jeszcze się dokona, to wręcz idealna wizja. Ale zbyt idealna, bo – jak zawsze w inwencjach dokonywanych przez ludzi – to człowiek pozostaje najsłabszym ogniwem. Intryga jest naprawdę zgrabnie poprowadzona, a poszczególne elementy układanki tworzą bardzo ciekawą całość. W dodatku będziemy powoli pozbawiani prywatności – urządzenia namierzające nasze oczy pojawiają się dosłownie wszędzie, nawet w reklamach, zwracających się bezpośrednio do nas po imieniu. Motorem całego filmu jest bohater, którego osobista tragedia doprowadziła do pracy w Prewencji i z tego powodu w zasadzie bez cienia wątpliwości wierzy w system oraz jasnowidzów. Tym większym szokiem dla niego jest wizja jego jako sprawcy. I wtedy pojawią się wątpliwości.

raport3

Od strony wizualnej film pachnie trochę czarnymi kryminałami. Sterylność pomieszczeń skontrastowana jest z „zimną” przestrzenią oraz dominacją czerni na ekranie, co jest zasługą naprawdę świetnych zdjęć Janusza Kamińskiego. Wystarczy sobie przypomnieć zarówno pościg na autostradzie, gdzie Anderton skacze od auta do auta czy poszukiwania „pajączków” identyfikujących ludzi w bloku – to aż mrozi krew w żyłach. I tej atmosfery nie są w stanie zmienić futurystyczne zabawki.

raport2

Swoje też robią naprawdę dobrze poprowadzeni aktorzy. Choć nie jestem wielkim fanem Toma Cruise’a, muszę przyznać, że udźwignął postać detektywa, który z łowczego staje się zwierzyną. Nadal dobrze biega, kopie, strzela itp., ale w spokojniejszych momentach też pokazuje się z dobrej strony. I tak film skradł mu Colin Farrell jako bezwzględny, ale logicznie myślący Withwer, dość sceptyczny wobec Prewencji. Mocna i bardzo wyrazista postać, podobnie jak pojawiający się na drugim planie niezawodni Samantha Morton (Agata, jasnowidzka) i Max von Sydow (dyrektor Lamar Burgess).

raport4

„Raport” trzyma dobry poziom filmów Spielberga, który bardzo rzadko zawodzi, a w kinie SF czuje się wręcz jak ryba w wodzie. W tym samym 2002 roku nakręcił jeszcze jeden film, który bardzo mocno zaskoczył.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ratując pana Banksa

Filmów o filmach powstawało multum i zapewne jeszcze wiele powstanie. Jednak ta opowieść dotyczy jednej z najpopularniejszych (chyba, bo nie wiem jak to teraz wygląda) adaptacji zrobionej przez Walta Disneya. A wszystko zaczęło się w roku 1961 roku, gdy do Los Angeles przybyła Pamela L. Travers, autorka „Mary Poppins”. Disney 20 lat wcześniej złożył obietnicę swoim dzieciom, że przeniesie na ekran tą powieść, ale nawet on nie wiedział, że będzie miał mocno pod górkę.

banks1

Próbuje o tym opowiedzieć nakręcony przez – nomem omen – wytwórnię Disneya film niejakiego Johna Lee Hancocka. Całkiem niezły reżyser (filmy „Debiutant”, „Alamo” i „Wielki Mike”) oraz nie gorszy scenarzysta (on odpowiada za „Doskonały świat” Eastwooda) miał dość ciekawy patent i udało mu się konsekwentnie poprowadzić historię pani Travers. Pozornie jest to o próbach realizacji filmu, gdzie autorka bardzo krytycznie i ostro podchodzi do pracy, wręcz nie kryje swojego oburzenia i poczucia profanacji. Ale to nie wzięło się znikąd i nie jest przyczyną dość wysokie ego autorki. Drugi wątek tej historii (przeplatający się z pierwszym) to historia z życia Travers, gdy była małą dziewczynką i jej relacji z ojcem. To właśnie wydarzenia z przeszłości były inspiracją dla stworzenia „Mary Poppins”. Ta część nie pozbawiona jest elementów prawdziwej magii – piękne plenery Australii, zgrabna realizacja i sposób filmowania przypomina trochę baśń, potęgowaną przez muzykę Thomasa Newmana. Jest radość i szczęście, ale nie zabrakło też bezwzględności losu i rozczarowania. Pozornie te dwa światy powinny zgrzytać, nie pasując do siebie. Ale okazuje się, że powstała z tego spójna i naprawdę dająca do myślenia fabuła. Więcej nie chcę wam zdradzić, bo sami powinniście zobaczyć co z tego wyszło, ale nie brakuje tutaj humoru (ironiczne docinki na linii Disney-Travers), refleksji i siły imaginacji, która pozwala znieść naprawdę wiele.

banks2

Jednak największą siła jest aktorstwo i to z naprawdę wysokiej półki. Cały ten film zawłaszczyła sobie (nie bójmy się tego zwrotu) wspaniała – z braku lepszego słowa – Emma Thompson. Pozornie jest tak jak zawsze – zdystansowana, flegmatyczna Angielka. Ale tak naprawdę to kobieta, która nie potrafi wyzwolić się z przeszłości, która mocno ją naznaczyła i widać to w niemal każdym spojrzeniu, słowie. Tom Hanks jako Walt Disney to również kawał mocnej roli. Pozornie to pragmatyczny przedsiębiorca, bezwzględnie dążący do celu. Tak naprawdę to takie duże dziecko, pełne energii. Wydaje się, że między tą dwójką nie dojdzie do porozumienia, ale łączy ich więcej niż się wydaje. Drugi plan, choć pełen ciekawych postaci, zawłaszczyło sobie dwóch jegomości. Pierwszy to Colin Farrell, tutaj grający ojca Pameli Travers. Z jednej strony to nie radzący sobie z rzeczywistością pijak, jednak dla swojej córki pozostaje idealnym ojcem, który „wszczepia” jej wielką siłę wyobraźni. Drugi dżentelmen to niezawodny Paul Giamatti, który jako szofer Ralph pozornie wydaje się mało wyrazistym tłem, ale to tylko pozory (scena na trawniku – naprawdę piękna).

banks3

„Ratując pana Banksa” to film, który teoretycznie nie miał prawa się udać, a jednak wyszła z tego naprawdę interesująca opowieść. Dla mnie było trochę za mało o realizacji samego filmu, jednak efekt jest zaskakująco udany. Aż nabrała mnie ochota na „Mary Poppins”, ale to temat na inną okazję.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czas zemsty

Victor pracuje dla gangstera Alphonse’a, który jest jednym z istotnych graczy w Nowym Jorku. Od pewnego czasu ktoś zabija jego ludzi, zostawiając tajemnicze wiadomości. Jego ludzie próbują go namierzyć. W tym samym czasie Victorem interesuje się sąsiadka znad przeciwka, Beatrice skrywająca pewną tajemnicą. Prosi Victora o zabicie człowieka, który po pijaku rozbił się z jej autem, powodując oszpecenie jej twarzy.

czas_zemsty1

W Hollywood jest (niemal od zawsze istniejący) trend polegający na ściąganiu zdolnych filmowców spoza Ameryki, by kręcili tam swoje filmy. Tym razem padło na pochodzącego ze Szwecji Nielsa Ardena Opleva – twórcy pierwszej części „Millennium” wg Stiega Larssona. Teraz dostał zlecenie zrobienia mrocznego filmu sensacyjnego z zemstą i miłością w tle. Klimat jest gęsty, intryga wielopiętrowa i skomplikowana (w skrócie Victor chce się zemścić za śmierć swojej rodziny, zabijając mafioza), zaś kierunek, w którym idzie fabuła nie jest taka prosta do przewidzenia. Zaczyna się mocny sceną porachunków mafijnych, by potem spowolnić tempo i skupić się na relacji między Victorem i Beatrice. Można się przyczepić do finału, który jest zrobiony w stylu Rambo (nasz heros kontra cała reszta), niemniej zrealizowane jest to więcej niż solidnie. Zdjęcia, montaż – tu nie ma się do czego przyczepić. Może i tempo jest dość ospałe, ale bardzo dobrze się to ogląda.

czas_zemsty2

Także aktorstwo jest tutaj pierwszorzędne. Colin Farrell bardzo wiarygodnie wypada jako mściciel. Bardzo precyzyjnie buduje cały plan, jest wyrachowany i tłumi wszelkie emocje. Ale ten pancerz powolutku zaczyna pękać. Dla mnie jednak ciekawsza była partnerująca mu Noomi Rapace – tajemnicza, skryta, oszpecona, też chcąca wymierzenia sprawiedliwości. Oboje tworzą bardzo intrygujący, choć dziwny duet, który jest siłą napędową tego filmu. Poza nimi wyróżniają się przyzwoity Terence Howard (Alphonse) oraz Dominic Cooper (ambitny Darcy).

czas_zemsty3

Nie jest to typowy film sensacyjny z masą wystrzelonych nabojów i jeszcze większą ilością trupów. Oplev jest stoi w opozycji i zrobił bardzo intrygujący film sensacyjny, który potrafi przykuć uwagę, mimo niezbyt szybkiego tempa.

7/10

Radosław Ostrowski

Sen Kasandry

Ian i Terry są braćmi pochodzącymi z nizin społecznych, zaś ich rodzinę od lat wspiera wuj Howard. Pierwszy pomaga ojcu przy restauracji, choć marzy o prowadzeniu hoteli, drugi zaś pracuje w warsztacie samochodowym i jest nałogowym hazardzistą, wpędza się w długi. Kiedy przyjeżdża wuj Howard, bracia chcą pomocy, ale to Howard potrzebuje pomocy od nich – trzeba usunąć pewnego człowieka, przez którego wuj może pójść do więzienia.

sen_kasandry1

Woody Allen znów w Londynie i znów o zbrodni, ale tym razem bez wygłupów. To poważny dreszczowiec, w którym słychać echa „Wszystko gra” oraz Dostojewskiego. Jednak jeśli oglądaliście „Wszystko gra” ten film was rozczaruje. Mamy podobną intrygę, mamy bohaterów walczących z wyrzutami sumienia i ponury, wręcz antyczny dramat mogący skończyć się tylko w jeden sposób. Ponura atmosfera jest budowana zarówno przez oszczędne zdjęcia Vilmosa Zsigmonda, jak i zapętlającą się muzyką Philipa Glassa. I co z tego, skoro cały film jest dość wtórny. Allen opowiada tą samą historię, ale wchodzenie drugi raz do tej samej rzeki nie wychodzi najlepiej, zwłaszcza w przypadku poważniejszych filmów Allena. Technicznie i realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić.

sen_kasandry2

Aktorsko też jest więcej niż dobrze. Ewan McGregor i Colin Farrell jako dwaj bracia są po prostu świetni oraz ich przemianę jaką zachodzą w trakcie opowieści. Także Tom Wilkinson potwierdza klasę jako pozbawiony skrupułów wuj. Poza tym triem mamy jeszcze apetyczną Hayley Atwell (Angela) i ciepłą Sally Hawkins (Kate).

sen_kasandry3

Cóż, ten Allen nie jest tak udany jak „Wszystko gra” i chyba Londyn przestał służyć temu reżyserowi. Dlatego zmienił klimat, ale to temat na inny wpis.

6/10

Radosław Ostrowski

7 psychopatów

Martin jest scenarzystą, który ostatnio przeżywa kryzys twórczy. Próbuje napisać scenariusz o siedmiu psychopatach, a jego najbliższy kumpel Billy razem z Hansem kradną psy i oddają właścicielom (że niby je znaleźli). Ale kiedy porywają psa pewnego gangsterowi sprawy się komplikują.

psychopaci1

Kiedy w 2004 roku objawił się Martin McDonagh – nikt nie spodziewał się tego, co nastąpi dalej. Ten ceniony dramaturg tak jak David Mamet zaczął podbijać kino i to z naprawdę dobrym skutkiem. „Sześciostrzałowiec” otrzymał Oscara za najlepszy krótki metraż, a „In Bruges” (polskiego tłumaczenia tego filmu nie podam z litości) świetnie łączyło czarny humor z poważną tematyką. Tutaj w zasadzie tez jest podobnie, choć tutaj reżyser żongluje tematami, bohaterami i planami. Pierwszy plan to Marty, Billy i cała jazda związana z kradzieżami psów. Druga to historia psychopatów, które są opowiadane przez Marty’ego i jego kumpli. Ta zbitka tworzy dość mocną bombę, w której czuć inspiracje zarówno Davidem Lynchem, Guyem Ritchie i braćmi Coen. Pomysłowość reżysera i scenarzysty jest naprawdę imponująca, choć można odnieść wrażenie chaotyczności. Wszystko to jest świetnie zrealizowane (zdjęcia, montaż jest naprawdę imponujące), dialogi błyskotliwe i pełne absurdalnego humoru w brytyjskim stylu. Ale mimo tego całego szaleństwa i miłości do kina (film chyba miał być dowodem na kreatywność scenarzystów), to czegoś tutaj mi zabrakło. Bardziej mi się podobało „In Bruges”, które było chyba spójniejsze.

psychopaci2

Jedno co się nie zmieniło u McDonagha to obsada, niezawodna i wyborna. Nieźle wypadł Colin Farrell w roli zagubionego scenarzysty, który ma kryzys twórczy, ale dzięki szalonym wydarzeniom odnajdzie inspiracje. Nie zawodzą też Christopher Walken, który jako Hans podtrzymuje wizerunek psychola z kamienną twarzą, Woody Harrelson będący bezwzględnym gangsterem dbającego o swojego pieska oraz pojawiający się w epizodach Tom Waits (Zachariasz z króliczkiem w ręku), Harry Dean Stanton (kwakier), Michael Pitt oraz Michael Stuhlberg, których rozmowa rozpoczyna film. Ale ci wszyscy są przebici przez Sama Rockwella, który jako Billy jest najbardziej nieobliczalnym facetem, skłonnym do zabijania gościem. Ta rola najbardziej zapadła mi w pamięć. Za to kompletnie zlekceważono panie Abbie Cornish i Olgę Kurylenko, które robią tu za tło oraz epizody.

psychopaci3

„7 psychopatów” to pokręcony i obłąkany film, który mógł być dla McDonagha „Pulp Fiction”, ale to nadal kawał dobrego kina. Chociaż bardziej podobało mi się „In Bruges”.

7,5/10

Radosław Ostrowski