Alejandro Gonzalez Inarritu to jeden z najbardziej nieobliczalnych reżyserów z Meksyku. Najpierw zaczynał od dramatów psychologicznych, gdzie przeplatały się losy kilku postaci jak „21 gramów” czy „Babel” po absolutnie imponujące technicznymi aspektami „Birdmana” czy absolutnie szalonego „Bardo”. A kiedy zaczęły pojawiać się zapowiedzi jego najnowszego filmu, czyli „Diggera” pojawiła się we mnie ekscytacja. To miała być (czarna) komedia ze słynnym filmowym kaskaderem Tomem Cruisem w roli głównej. A co z tego wyszło?

Sama historia skupia się na Diggerze Rockwellu (Tom Cruise) – potentacie naftowym, zbierającym ropę z niemal wszystkich części świata. Włącznie z Antarktydą i Arktyką, mając koneksje u szczytach władzy, przy okazji kompletnie ignorując wszelkie przepisy BHP. Właśnie podczas eksploracji jednej z rafinerii na biegunie dochodzi do eksplozji metanu, co w konsekwencji powoduje oderwanie sporego kawałka lodowca. Zmierza on w kierunku północnej Europy, mogąc doprowadzić do potencjalnej katastrofy. O czym ostrzega szef bezpieczeństwa, doktor Ganesh (Riz Ahmed), lecz Digger kompletnie miał to w dużym poważaniu. Digger decyduje się powiadomić o wszystkim prezydenta Compsona (John Goodman), by podjąć kroki.

Dziwny to i bardzo specyficzny film, któremu blisko jest zarówno do „Bardo” (choć nie jest aż tak surrealistyczny) jak i… „Birdmana”. Inarritu ma ambicję zrobić współczesną satyrę w stylu „Dra Strangelove”, tylko zamiast bomby atomowej mamy katastrofę ekologiczną. Od samego początku jest to przejaskrawione i przerysowane, nie tylko z powodu postaci większych niż życie. Pierwsze sceny w rezydencji Diggera imponują bogatą w detale scenografią oraz zdjęciami (sami twórcy się chwalą, że użyli kamer VistaVision), które z jednej strony kojarzą się z filmami Wesa Andersona, ale z bardziej stonowanymi kolorami oraz żywszą pracą kamery. Ale już w tym segmencie coś wydaje się dziwnego: towarzyszący Diggerowi kot (mający mieć jakieś 30 lat) wygląda jakoś nienaturalnie, a pokazane w tle krajobrazy wyglądają bardziej na makiety niż prawdziwe plenery.

A to tylko jedna z niespodzianek, jakie serwuje Inarritu, a których nie pokazuje kampania marketingowa. Wywraca to wszystko do góry nogami, zmuszając do myślenia, a jednocześnie kpiąc z ludzi. Obnażając ich hipokryzję, wypieranie faktów oraz coraz większą inkompetencję ludzi władzy, co pięknie podsumowuje mowa wypowiadana przez Diggera przez Parlamentem Europejskim. I przy okazji kpiąc także z… nas, widzów. Choć zdarzają się pewne wątki zbędne („córka” Diggera, w zasadzie niewykorzystana postać siostry Diggera, graną przez Sandrę Huller), a niektóre dialogi można było wyrzucić, to jakimś cudem pod koniec zaczyna się to wszystko spinać. Do tego jeszcze ta ostatnia scena, nie pozwalająca wyjść z głowy.

Wszystko to na swoich barkach trzyma Tom Cruise, który idzie mocno pod prąd i przypomina jak uzdolnionym jest aktorem. Jego Digger to zdecydowanie jedna z najbardziej odpychających postaci w jego karierze: żyjący w wyparciu (puentuje to jego „relacja” ze schorowaną kotką Maggie czy jedna z końcowych scen, kiedy się „modli”) narcyz oraz pazerny do granic możliwości kapitalista, za każdym próbujący pokazać, że ma „większego”. Świetny jest też John Goodman w roli chorego na raka odbytu prezydent, który wygląda jakby w każdej chwili mógł zejść i mocno inspirowany Trumpem (obecność pastora oraz scena modlitwy podczas obraz). Jednak dla mnie całość skradł rewelacyjny Riz Ahmed. Dr Ganesh w jego wykonaniu to jedyny racjonalista w tym wariatkowie. Początkowo dość niepewny siebie, zacinający się w wypowiedziach, z czasem jednak nabiera pewności siebie i mając coraz bardziej wszystko w dupie. Wspólne sceny Ahmeda z Cruisem to jedne z najlepszych scen tego filmu.

Nie dziwi mnie, że „Digger” mocno spolaryzował i podzielił wszystkich. To nie jest łatwy, przyjemny oraz dający się lubić film, bo ciągle igra z oczekiwaniami. Nie jest może odkrywczy jako satyra, a forma opowieści i nagłe zakręty wywołują konsternację. Niemniej nie jestem w stanie odmówić ambicji oraz „jaj” w sposobie realizacji, a także imponujących wizualnie scen. Nie słuchajcie krytyków ani mnie, tylko pójdźcie sami i wyróbcie sobie własne zdanie na ten temat.
6/10
Radosław Ostrowski
