Boy Kills World

Trzeba się naprawdę dzisiaj postarać, żeby zrobić beznadziejny czy słaby film akcji. Choć z drugiej strony zawieszono wysoko poprzeczkę dzięki pewnemu zabijace o imieniu John i nazwisku Wick, a także krwawej rzeźni z Indonezji. Niemniej ciągle pojawia się kolejna armia śmiałków chcących robi filmy akcji ze względnie umiarkowanym budżetem. Jak niemiecki debiutant Moritz Mohr, który w 2023 wystrzelił z „Boy Kills World”.

Akcja filmu dzieje w wielkomiejskiej dystopii, gdzie od kilkunastu lat rządzi rodzina Van Der Koy (sądząc po zapisie, to są chyba Holendrzy). Ci rządzą za pomocą terroru i od lat umieszczają co roku swoich wrogów do Uboju – programu telewizyjnego, gdzie 12 uczestników jest zabijanych przez bandę przebierańców. Czyli takie porąbane „Igrzyska śmierci”. Reszta jest rozstrzeliwana lub wieszana. Jednym z tych, co mieli zginąć jest chłopak, który był świadkiem śmierci swojej rodziny. Pozbawiono go języka i słuchu, a miał zostać powieszony, niemniej został uratowany przez ukrywającego się Szamana (Yayan Ruhian) – raczej nie tego z hitu Palucha. Ten go trenuje i szkoli, by mógł się zemścić. Aż w końcu przychodzi dzień zapłaty.

Sama historia brzmi niczym kolejne kino zemsty, których widziało się setki albo i nawet tysiące razy. Ten na pierwszy rzut oka czerpie z dystopijnych opowieści o brutalnych, opresyjnych dyktaturach. Bliżej jednak tutaj jest do pulpowego komiksu albo gry komputerowej, gdzie nasz bohater staje w kolejnej arenie/lokacji i mierzy się z kolejnym członkiem rodziny/bossem. Wszystko z bardzo szybko pędzącą kamerą na złamanie karku (niczym choćby w koreańskim „Carterze” czy serii „Kingsman”) z krótkimi momentami slow-motion, odrobiną bardzo smolistego poczucia humoru oraz… komputerowo wygenerowaną krwią, która wygląda bardzo sztucznie. Do tego jeszcze dostajemy wmieszane do tego retrospekcje z życia niemego Chłopaka (świetny Bill Skarsgard), którego nawiedza… zjawa jego młodszej siostry, która jeszcze komplikuje sprawę. Sama choreografia jest imponująca, kreatywna oraz dzika.

Boy Kills World” ma w sobie także sporą dawkę humoru, który dają dwa elementy. Pierwszym jest nasz protagonista, który – choć nie mówi – posiada wewnętrzny głos samego H. Jona Benjamina, czyli agenta Archera z kultowego serialu animowanego dla dorosłych. Ten świetnie pokazuje jego zagubienie i dezorientację (bo i czytanie z ruchu ust nie zawsze mu się udaje), mimo ciągłego powtarzania jakim on jest instrumentem do siania mordu. Drugim jest bardzo wyrazista galeria głównych złoli, którzy są tak przerysowani, przegięci i groteskowi: szołmeński cykor Glen (niezawodny Sharlto Copley), zimna specjalistka od reklamy Melanie (wręcz przerażająca Michelle Dockery), niespełniony artysta-pisarz Gideon (najlepszy z obsady Brett Gelman) oraz paranoiczno-psychopatyczna Hilda (solidna Famke Janssen). Jeszcze mamy tu pokręconą dwójkę bojowników ruchu oporu w postaci dziwnie gadającego Benny’ego (Isaiah Mustafa) oraz cwanego Basho (Andrew Koji), którzy parę razy kradną ekran. A jak radzi sobie sam Skarsgard? To zdecydowanie bardzo fizyczna rola, gdzie jest dużo biegania, skakania oraz walenia wszystkimi kończynami. Jednocześnie wiele pokazują jego bardzo wyłupiaste oczy, zaś w scenach walki wypada bardzo przekonująco.

Chyba nadal jestem ciągle spragniony takiej bezpretensjonalnej rozwałki, pełnej groteskowej i krwawej przemocy. Debiutant Mohr odpowiednio balansuje między technicznym efekciarstwem, przerysowaniem, ostrym humorem a zadziwiającą głębią psychologiczną. To nie powinno działać, a jednak efekt zaskakuje.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przepis na morderstwo

Czy są tutaj fani Glena Powella? Aktor przebił się do szerszej widowni drugoplanową rolą w drugim „Top Gun” i od tamtej pory pojawia się częściej na ekranach, także w głównych rolach. Aczkolwiek ostatnio coś chyba Amerykanin nie ma szczęścia (gdzieś od czasu chłodno odebranego „Uciekiniera” – jeszcze nie widziałem), zaś produkcje z jego udziałem ponoszą komercyjną oraz artystyczną porażkę. Czy to mnie zniechęciło do sprawdzenia „Przepisu na morderstwo”? Nie, ale trochę żałuję zmarnowanego czasu.

W najnowszym filmie Johna Pattona Forda Powella gra Becketa Redfellowa – młodego faceta z bardzo zamożnej rodziny. Tylko, że jego matka spłodziła go z jakimś gołodupcem jak miała 18 lat i miała dwa wyjścia – aborcja z dostatnim, wygodnym życiem albo urodzić, będąc wykluczoną z rodu. Co wybrała, możecie się domyślić. Tak z bogatego pałacu trafiła do skromnego mieszkania w Belleville i pracowała jako urzędniczka. Mimo to jednak starała się dać chłopakowi odpowiednie wykształcenie oraz ogładę godną dżentelmena z wysokich sfer. Dając też nadzieję, że wkrótce odziedziczy ogromny majątek. Jednak kobieta umiera, gdy Becket jeszcze jest dzieciakiem i początkowo nie radzi sobie za dobrze. Już jako dorosły mężczyzna Becket planuje odzyskać, co swoje i musi zrobić tylko jedno: pozbyć się pozostałych siedmioro członków rodziny.

Całość brzmi jak czarna komedia z satyrycznym zacięciem na elitę najbogatszych. Reżyser pozwala Becketowi samemu opowiedzieć historię… księdzu na kilka godzin przed egzekucją. Pozornie może wydawać się pozbawieniem napięcia, bo wiemy, że plan się nie udał. Niemniej byłem zaciekawiony. Ale mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony humor opiera się na mocno przerysowanych postaciach „rodziny” jak ekscentrycznego artystę (znany z „Doliny Krzemowej” Zach Woods), pastora lubiącego nadużywać ulg podatkowych (Topher Grace) czy planującego lot w kosmos wuja (Alexander Hanson). Z drugiej brakuje tutaj napięcia, zaś słodko-gorzkie zakończenie niby daje satysfakcję, lecz jest przewidywalne.

Drugim mocnym problemem była dla mnie postać dawnej przyjaciółki Julie granej przez Margaret Qualley. Bardzo chaotyczna, wyrazista i żywiołowa, ewidentnie kreowana na femme fatale, od początku wydawała mi się strasznie śliska i odruchowo czułem, że te „przypadkowe” spotkania z naszym protagonistą miały pewien ukryty motyw. Co mi strasznie zgrzytało, bo między tą dwójką nie czuć było żadnej chemii. Sytuację częściowo ratuje sam Powell, będący czarującym i sympatycznym facetem, próbującym stać się hitmanem. Choć jest bardzo stonowany oraz grający bardzo oszczędnie, trzymałem i kibicowałem mu całkowicie. Z dość barwnego drugiego planu, gdzie raczej aktorzy nie mają zbyt wiele czasu ekranowego najbardziej wybija się niezawodny Bill Camp w roli Warrena Redfellow, szefa firmy inwestycyjnej. I jako jedyny z całej rodziny wydaje się najbardziej ludzki, przyziemny, co jest sporą niespodzianką.

Więc czy warto wybrać się na „Przepis na morderstwo”? Szczerze mówiąc nie, bo nie sprawdza się zarówno jako ostra satyra na nowobogackich elit, ani jako trzymający w napięciu thriller, ani czarna komedia. Jest to film okej, który niby ogląda się dobrze, ale bardzo szybko wypada z głowy. Produkcja bardziej nadająca się na streaming niż na duży ekran.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Bugonia

Yorgos Lanthimos – najbardziej porąbany grecki reżyser, który przebił się do amerykańskiego mainstreamu. Mieszanka mroku, bardzo czarnego i absurdalnego humoru zmieszanego ze społecznym komentarzem są tak odjechane, czasami za bardzo, że dzielą widownię. Albo zostawiają ją w stanie konsternacji. Nie inaczej będzie z „Bugonią” – pierwszym w dorobku reżysera… remakiem oraz bardziej poważnym filmem.

Cała historia skupia się na Teddym (Jesse Plemons z najdłuższymi włosami na głowie kiedykolwiek) – pszczelarza, który pracuje w korporacji sklejając paczki. Mieszka razem z autystycznym kuzynem Danem (Aidan Delbis) i jest gościem absolutnie wierzącym w teorie spiskowe. Takie najbardziej szalone, oparte na pseudonaukowym pierdololo. Z powodu swoich przekonań razem z kuzynem decyduje się porwać szefową korporacji, Michelle (Emma Stone). Nasz „heros” jest całkowicie przekonany, że kobieta jest… kosmitką z Andromedy, zaś jej włosy są ichnym odpowiednikiem GPS-a. Wszystko po to, by skontaktować się z przywódcą jej rasy przez zaćmieniem Księżyca i poprosić, by ich rasa odwaliła się od naszej planety oraz poszła w pizdu. Co ma doprowadzić do końca niszczenia planety.

Na pierwszy rzut oka „Bugonia” wydaje się typowym filmem Lanthimosa z mocno niedorzecznym, wręcz absurdalnym punktem wyjścia. Jednak klimatem oraz atmosferą bliżej mu do psychologicznego thrillera w stylu Romana Polańskiego jak „Matnia” czy „Śmierć i dziewczyna”. Przez niemal większość czasu znajdujemy się w piwnicy mocno podupadającego domu Teddy’ego, z rzadkimi wejściami na zewnątrz (biuro Michelle, magazyn, pszczele ule). Cały czas czuć atmosferę paranoi, szalonych teorii spiskowych spod znaku gości w foliowych czapeczkach, których jakiekolwiek racjonalne i podparte nauką umysły nie są w stanie się przebić. Co sprawia, że kompletnie nie byłem w stanie przewidzieć rozwiązania tej sytuacji. Jednocześnie reżyser pokazuje krótkie, czarno-białe przebitki pokazujące retrospekcje z życia Teddy’ego. Dzięki nim ta postać staje się o wiele bardziej złożona i unika przerysowania. Do tego jeszcze serwowane są krwawe twisty (i bardzo brutalna scena tortur z użyciem prądu) oraz parę mocnych niespodzianek, które wywołują szok. Jedynym dla mnie zgrzytem było zakończenie, które wywołuje spory mózgotrzep, a mnie wkurzyło. Dlaczego? Bo poszło w kierunku, którego nie chciałem i wydawał mi się zbyt oczywisty. Za to ostatnie kadry i genialnie użyta piosenka mnie zaskoczyła.

Aktorsko wszystko skupia się wokół trójki cudownych kreacji: Jesse’ego Plemonsa, Emmy Stone oraz debiutującego Aidana Deblisa. Plemons w roli Teddy’ego jest absolutnie rewelacyjny – niby wygląda niepozornie, ale jest bardzo pewny w swoich przekonaniach. Jednocześnie czuć w nim nieprzepracowaną traumę, która mocno go naznaczyła i go wykreowała. Stone pojawiająca się przez większość czasu ekranowego z ogoloną głową niczym Ellen Ripley w „Obcym 3” (i trudno oderwać od niej oczu), ale nadal elektryzuje. Nadal pozostaje silną osobowością, próbującą na wszelkie sposoby dotrzeć do porywacza. Nawet przy użyciu siły czy mocnego monologu o ewolucji gatunku ludzkiego. Kolejna niezapomniana kreacja w dorobku tej aktorki, która u Lanthimosa gra swoje najlepsze role. Przy tym duecie troszkę w cieniu zostaje Deblis jako autystyczny kuzyn Dan, który znajduje się w środku tego chaosu. Niemniej jego wątek kończy się mocnym uderzeniem.

Ze wszystkich anglojęzycznych filmów Lanthimosa „Bugonia” wydaje się najbardziej opowiedziana wprost, choć nadal jest mroczna i przerażająca. Kolejne pesymistyczne spojrzenie na świat, gdzie wszyscy tak naprawdę są przegranymi, zaś przed prymitywnymi instynktami nie da się uciec. I znowu trudno przed tym wszystkim oderwać wzrok.

8/10

Radosław Ostrowski

Ostatni wiking

Anders Thomas Jensen to w zasadzie osobny gatunek filmowy oraz przykład, że Duńczycy mają o wiele mroczniejsze poczucie humoru niż ktokolwiek na świecie. Wystarczy wspomnieć „Jabłka Adama” czy „Jeźdźców sprawiedliwości”, by się o tym przekonać na własnej skórze. I jeśli ktoś myślał, że w swoim najnowszym filmie reżyser zwolni z gazu, pomylił się bardzo grubo.

Tym razem historia skupia się dwóch braciach. Anker (Nikolaj Lie Kaas) dokonał napadu na bank, zgarniając ponad 40 milionów koron łupu. Ale nie wszystko poszło zgodnie z planem i ma spędzić w więzieniu 15 lat. Jednak nim zgarnie go policja, daje kluczyk do skrytki z łupem swojemu bratu, Manfredowi (Mads Mikkelsen) w celu zakopania torby w okolicy domu ich matki. Jednak powrót dla Ankera okazuje się bardzo zimnym prysznicem. Okazuje się, że Manfred „odleciał” i reaguje tylko na imię… John. John Lennon, zaś jego dziwne zachowania (kradzieże psów, ignorowanie swojego imienia) coraz bardziej się nasilają. Przypadkowo poznany przez mężczyznę psychiatra Lothar (Lars Brygmann) proponuje dość niekonwencjonalną metodę pomocy dla Manfreda/Johna – znalezienie innych pacjentów, co uważają się za Bitelsów oraz… wspólne granie.

Już po tym opisie można spodziewać się kolejnej szalonej hybrydy gatunkowej, gdzie powaga miesza się z groteską i wręcz jazdą po bandzie. Będąca klamrą animacja o wikingach (ręcznie rysowana i prosta w formie) daje pewne wyobrażenie, z czym mamy do czynienia. Jensen znowu skupia się na skomplikowanych relacjach rodzinnych oraz naznaczających nas traumach, dziwactwach, które czynią nas czasami prawdziwym wrzodem na dupie. A także cały czas przeskakuje tonalnie z dramatu w komedię, kiedy się tego najmniej spodziewamy. Od galerii ekscentrycznych postaci (moim faworytem jest Hamdan, mający w sobie 40 osobowości jak Paul McCartney, George Harrison, Iron Man oraz… Heinrich Himmler) i czarny humor przez krwawe i brutalne sceny akcji po zaskakująco mroczne retrospekcje z życia Manfreda (nakręcone w zupełnie innej kolorystyce). I jak zawsze u tego reżysera te sprzeczności pięknie się uzupełniają zamiast się gryźć, o co byłoby bardzo łatwo.

Mimo kompletnego szaleństwa, cały czas w centrum są postacie, będące chodzącymi sprzecznościami i są równie zagubieni w tym świecie jak nasz Manfred. Jego sfrustrowany brat, nie radzący sobie z agresją; siostra Freja mieszkające w domu ich matki małżeństwo (ona – niedoszła modelka, obecnie trenująca boks; on – niespełniony pisarz i projektant), „uprzejmy” gangster (zawsze przeprasza po uderzeniu w twarz) czy lekarz Lothar (coś za mocno wspomina o Ikei). Kto tu tak naprawdę jest szalony, a kto normalny i co to tak naprawdę znaczy? – to jedno z pytań, jakie będzie na pewno krążyć po seansie.

Jednak Jensen nie bawi się w moralizowanie czy ocenianie kogokolwiek. Nie sugeruje, że przez chorobę ludzie ci są lepsi czy gorsi. Po prostu inaczej patrzą na pewne rzeczy i trzeba to przyjąć do wiadomości. A mimo poruszanych tematów oraz wątków, „Wiking” nie jest depresyjno-przygnębiający. Potrafi być zaskakująco rozrywkowy, nie tracąc nic ze swojego ciężaru emocjonalnego. To olbrzymia zasługa rewelacyjnego aktorstwa: od powściągliwego (jak zawsze) i znakomitego Madsa Mikkelsena przez niemal na granicy nerwicy Nikolaja Lie Kaasa po kradnących film Larsa Bryngmanna (Lothar) oraz Kardo Razzaziego (Hamdan).

Jensen znowu to zrobił – kolejny raz zrobił mocną mieszankę absurdalnej komedii z dramatem psychologicznym, która potrafi wzruszyć, poruszyć oraz skłonić do refleksji. Pełny pakiet emocji, jaki może dostarczyć tylko skandynawskie kino. Absolutnie warte zobaczenia, choć wielu może nie być na to gotowym.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Węże w samolocie

Film Davida Ellisa z 2006 roku to przykład filmu tak głupiego i tak złego, że aż dobrego. Albo ocierającego się o bycie dobrym. Po samym tytule nie należało spodziewać się wybitnego dzieła, ale nie byłem gotowy na taką ekstrawagancję.

Bohaterem filmu jest młody surfer Sean Jones (Nathan Phillips), przebywający na Hawajach. Jednak zamiast szaleć na desce albo na motorku jest świadkiem czegoś, czego nie powinien widzieć. Mianowicie niejaki Eddie Kim (Byron Lawson), lokalny gangster, co ma w kieszeni policję, zabija prokuratora prowadzącego śledztwo przeciwko niemu. Chłopak ucieka, jednak ludzie mafioza dopadają go w jego domu. Na szczęście pojawia się odsiecz w postaci agenta FBI Flynna (Samuel L. Jackson), który zabija siepaczy i bierze Seana pod swoją ochronę. Mam zeznać przeciwko Kimowi, by ten poszedł siedzieć. Flynn planuje wysłać świadka samolotem pasażerskim, gdzie pierwsza klasa byłaby tylko dla Jonesa, niego oraz drugiego agenta. Nawet podają mylny samolot, lecz Kim orientuje się w zamiarach i postanawia wykonać „genialny” ruch. Otóż jego ludzie przemycają do samolotu… węże wszelkiej maści, do tego przed lotem spryskują luk feromonami.

Jeśli myślicie, że fabuła jest idiotyczna i niedorzeczna, to… macie rację. Jakim cudem główny złol oraz agent w ogóle wiedzą, jak wygląda Sean, skoro ten pierwszy słyszał tylko silnik motoru, zaś drugi (jakimś cudem) wie o wszystkim. Jak udało się w ogóle umieścić tyle węży, by nikt się nie zorientował? I jak one potrafią wejść do kabiny pilota? Głupot jest tu więcej, a twórcy wydają się być ich świadomi. Całość brzmi jak mocno zakręcona wersja „Szklanej pułapki” w powietrzu, oscylująca między komedią akcji a B-klasowym horrorem. Postacie są zabijanie w durny, choć kreatywny sposób, do tego jeszcze mamy widok POV węży z użyciem zielonego filtra (skąd ta zieleń), nie brakuje stereotypów i szablonów wśród uczestników eskapady (stewardessa w swoim ostatnim locie, kobieta z pieskiem, niemiecki ważniak czy raper z dwójką dużych – i czarnych – ochroniarzy). No i pojawiają się czasem takie teksty, które potrafią wybić z równowagi (rozmowa pilota ze stewardessą: Dasz radę pilotować jedną ręką? / Zdziwiłabyś się, co potrafię zrobić jedną ręką).

Jeszcze w ten miks mamy wrzuconego działającego z zewnątrz kolegę Flynna (Bobby Cannavale), próbującego znaleźć specjalistę od węży, by znaleźć surowicę. Niby ma to być odskocznią i jeszcze podbić napięcie, jednak nie do końca to działa. Tak samo jak zbyt wiele ciemnych ujęć w samolocie, przez co ciężko cokolwiek zauważyć. O wiele bardziej film działa jako komedia, gdzie nawet wypowiadane z powagą dialogi, brzmią idiotycznie. Właściwie z obsady to tutaj tylko Samuel L. Jackson oraz Julianna Margulies (stewardessa Grace) najbardziej zapadają w pamięć, odnajdując się w tym szaleństwie.

To jest bardzo specyficzne kino, które wielu może odrzucić i uznać za absolutne badziewie. Ellis wydaje się nie traktować całości zbyt poważnie, jest masa dziur logicznych, co może doprowadzić do ogromnego wytrzeszczu oczu oraz niedowierzania. Jeśli jednak potraktuje się całość z przymrużeniem oka, ściągnie się znajomych z piwem, doświadczenie może być dużo lepsze.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Apetyt na więcej. La Cocina

Tytułowa „la cocina” to hiszpańskie określenie na kuchnię. I nie chodzi tutaj o kuchnię domową, lecz o restaurację z rodzaju tych prestiżowych. Choć nazwa niczego takiego nie sugeruje – The Grill w Nowym Jorku na Times Square. To tutaj dzieje się większość akcji „La cocina” (polskiego podtytułu nie będę tu podawał), czyli nowego filmu meksykańskiego reżysera Alonso Ruizpalaciosa.

Do tej kuchni trafiamy wraz z nową pracownicą – Estelą (Anna Diaz), kuzynką pracującego tu od 3 lat kucharza Pedro (Raul Briones). Ten ostatnio poszedł na noże z jednym z kucharzy o dłuższym stażu, Maxie (Spencer Granese) i marzy o osiedleniu się tu na stałe. Nawet ma już dziewczynę, kelnerkę Julię (Rooney Mara), z która ma mieć dziecko. Znaczy, on chce mieć, ona niekoniecznie. Jest jednak inna komplikacja: z jednej z kas zniknęły pieniądze. Nieco ponad 800 dolarów, więc szefostwo postanawia przeprowadzić własne dochodzenie.

Z samego tego opisu można stwierdzić, że „La cocina” to gatunkowa hybryda. Bo jest tu i melodramat, odrobina thrillera, dramat psychologiczny, a jest nawet miejsce na humor. Sama kuchnia jest dla twórcy mikrokosmosem, niczym w „Zaklętych rewirach”, tutaj zdominowanym przez imigrantów. Głównie z Ameryki Południowej, co szukają pracy i szeroko rozumianego „lepszego życia” w krainie możliwości. Zostają jednak zderzeni z kapitalizmem oraz bardzo ciężką pracą, co czasami potrafi mieć na nich większy wpływ niż się wydaje. Kamera niemal całkowicie ignoruje jedzenie i skupianie się na wyglądzie potraw, zaś czarno-białe zdjęcia jeszcze bardziej potęgują poczucie niepewności, podskórnej nerwowości. Sporo tutaj ujęć podąża za postaciami (przygotowywanie zamówień, Estela pierwszy raz wchodząca do środka, ostry wyciek coli z zepsutego automatu), pokazując cały ten tumult oraz chaos, z jakim mamy tu do czynienia. I te chwile bardziej trzymały mnie w napięciu niż cała sprawa z zaginionymi pieniędzmi.

Jednak na pierwszy plan wybija się relacja Pedro z Julią i to jest prawdziwe serce tego filmu. Briones bardzo przekonująco pokazuje człowieka pragnącego stabilizacji i szczęścia z kobietą, jednak kolejne ciosy oraz okoliczności pokazują jego frustracje, wściekłość. Czekałem na moment, w którym dojdzie do ostatecznej eksplozji, a ta robi piorunujące wrażenie. Mara wydaje się być kontrastem: pozornie delikatna, jednak o wiele mocniej stąpa po ziemi i… skrywa pewną tajemnicę. Chemia między nimi jest mocna, przez co mnie obchodził ich los. Jednak dla mnie film skradł Motell Foster w roli Nonzo, kucharza odpowiedzialnego za desery i jego monolog o swoim marzeniu oraz Lee Sellars jako niemal ciągle wkurzony szef kuchni.

Początkowo „La cocina” może wydawać się dezorientujący i podążać w różnych kierunkach, jednak Ruizpalacios przede wszystkim pokazuje jak łatwo marzenia zostają zderzone z rzeczywistością. O straconych złudzeniach, mogących rozerwać człowieka na strzępy. O wiele mocniejsze dzieło niż może się wydawać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mickey-17

Sześć lat – tyle trzeba było czekać na nowy film koreańskiego reżysera Bong Joon-ho po nagrodzonym Oscarem za najlepszy film „Parasite”. Już za sporą kasę z USA (ponad 100 milionów), z bardzo znanymi nazwiskami, w konwencji SF i opierając się na powieści Edwarda Ashtona. Nie bez problemów, bo premiera była parę razy przesuwana – co nie zwiastuje niczego dobrego. Ale może tym razem coś dobrego z tego wyjdzie, prawda?

Akcja głównie toczy się w roku 2045 na statku kosmicznym zmierzającym na planetę w celu jej kolonizacji. Wśród kolonizatorów znajduje się Mickey Barnes (Robert Pattinson) – taka lekka pierdoła, zmuszona do ucieczki. Razem ze swoim kumplem Timo (Steven Yeun) są winni kasę poważnemu lichwiarzowi i gangsterowi, więc decyduje się na kolonizatora w ekspedycji prowadzonej przez Kennetha Marshalla (Mark Ruffalo). A dokładniej na tzw. Wymienialnego, czyli osobę po śmierci drukowaną w specjalnej maszynie. W zasadzie jego praca polega na byciu królikiem doświadczalnym, wykonuje najcięższą pracę i jest traktowany bardziej jak przedmiot wielokrotnego użytku. Jedyną bliską mu osobą jest odpowiedzialna za bezpieczeństwo agentka Nasha (Naomi Ackie), choć sam Mickey nie wie dlaczego. Na miejscu nie jest wcale lepiej – ciagle biało, śnieg naparza non stop i jeszcze są jakieś dziwne istoty nazwane (jakżeby oryginalnie) paskudami, a nasz Mickey jest już 17-tą wersją. Wskutek pewnych okoliczności Mickey wraca zmęczony do swojego pokoju, a tam… jego 18-ta wersja, tylko bardziej agresywna i narwana.

Jak zwykle w przypadku koreańskiego reżysera „Mickey 17” jest gatunkowym kolażem. Z jednej strony to rasowe SF, gdzie przebijają się wątki klonowania (niczym w „Moon”), eksploracji kosmosu i kontaktu z nieznanym (sam wygląd troszkę – tylko troszkę – podobne do „Żołnierzy kosmosu”), z drugiej jest to „ostra” satyra na niekompetentnych przywódców z tzw. elity najbogatszych w sosie groteski. Problem w tym, że te dwa style kompletnie gryzą się ze sobą. Jest tu sporo humoru: od slapsticku przez offową narrację z ironicznym komentarzem, krytyka kapitalizmu i (niemal jednoznaczne) pokazanie Marshalla jako wariację Donalda Trumpa. Problem jednak w tym, że dla reżysera bardziej istotne jest satyryczne – ale strasznie błahe – spojrzenie na Trumpa. Choć Mark Ruffalo i partnerująca mu Toni Collette grają absolutnie świetnie, wręcz po bandzie, to jednak mają aż zbyt dużo czasu ekranowego, stając się niemal monotonnym żartem.

Dla mnie najważniejsze i najciekawsze rzeczy związane są z Mickeyem, które gra absolutnie rewelacyjny Robert Pattinson (a nawet dwóch). Jakim cudem lekko głupkowaty i naiwny Mickey – przynajmniej do tej pory – w kolejnej wersji staje się o wiele bardziej brutalny, bardziej pewny siebie narwańcem? Jak to jest umrzeć? O wiele lepiej te motywy rozgrywał „Moon”, ale w połowie filmu Bong go zwyczajnie porzuca i skupia się na pierdołach. Brakuje tu ognia, ostrości i zdyscyplinowania. Postacie czasami pojawiają się, by na były tu jakieś tarcia na linii reżyser-producenci i to mocno odbiło się na historii.

Technicznie trudno się przyczepić, bo „Mickey 17” wygląda świetnie. Bardzo dobre zdjęcia Dariusa Khondji, bardzo długą chwilę zniknąć, pojawiają się znikąd jakieś retrospekcje, a napięcie potrafi przysiąść. Widać, że bardzo namacalna scenografia, a efekty specjalne są na wysokim poziomie. Problem w tym, że cała ta techniczna otoczka nie jest w stanie zatuszować bardzo chaotycznego scenariusza. Podobno książkowy pierwowzór jest dużo, duuuuuuuuuuuuuuuuużo lepszy, ale nawet to nie zmienia faktu, że nowe dzieło Koreańczyka jest zmarnowanym potencjałem na coś absolutnie świetnego. Boli to jak cholera, szczególnie znając poprzednie dzieła, ALE jest nadzieja. Podobno swój najnowszy film kręci w ojczystej Korei Południowej, gdzie czuje się najlepiej.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Fallout – seria 1

Wyróżnione

Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia. – każdy gracz, który miał styczność z którąkolwiek częścią serii „Fallout” zna to zdanie. Pierwsza część cyklu stworzona w 1997 roku przez Black Isle Studios odmieniło gatunek gier RPG, dając sporą wolność wyboru (w rozwiązywaniu problemów), zbudowany od nowa system SPECIAL z masą dodatkowych umiejętności zwanych perkami, niejednoznacznie moralny świat pełen okrucieństwa, zgnilizny i degrengolady. Świat po nuklearnej zagładzie, zmieszany z retrofuturystyczną technologią wyobrażaną przez ludzi z lat 50., pełnym zmutowanych bestii, radioaktywnej przestrzeni, skażonej wody i wyniszczonych budynków. Kiedy gruchnęła wieść o powstaniu serialu na podstawie tego cyklu gier, fani mogli czuć się podekscytowani. Jednak kiedy podano, że zaangażowani są Jonathan Nolan z Lisą Joy, entuzjazm troszkę przygasł. Zwłaszcza jak się oglądało poprzednie ich dzieło, czyli serialowy „Westworld”, mającym mocne uderzenie i z każdym sezonem słabł. Więc jak wypada pierwszy sezon tej historii?

fallout1-1

Akcja serialowego „Fallouta” dzieje się 219 lat po zakończeniu wojny nuklearnej między USA a Chinami. Niedobitki ludzkości schroniły się w zbudowanych przez korporację Vault-Tec schronach zwanymi Kryptami. W jednej z nich o numerze 33 mieszka Lucy MacLean (Ella Purnell), która jest córką zarządcy (Kyle MacLachlan). Jej Krypta jest połączona z dwoma innymi – 32 i 31. Wskutek pewnych działań Krypta zostaje zaatakowana przez grupę bandytów, zaś jej ojciec porwany. Nie zważając na ostrzeżenia dziewczyna wyrusza na powierzchnię. I nie jest kompletnie gotowa na nowy, wspaniały świat. Oprócz niej jeszcze śledzimy losy dwójki postaci: młodego giermka Bractwa Stali, Maximusa (Aaron Moten) oraz łowcę nagród, Ghula (Walton Goggins). Losy tej trójki będą się parokrotnie przecinać.

fallout1-2

Jak widać „Fallout” serialowy wydaje się trzymać świata przedstawionego gier. Czyli kompletnej hybrydy post-apokaliptycznego świata niczym żywcem wyrwanego z „Mad Maxa”, okraszona elementami horroru, satyry, kina drogi, westernu oraz bardzo czarnej komedii. Tutaj wydarzyć się może praktycznie wszystko, zaś zagrożenie może pojawić się z najmniej spodziewanej strony. Nieliczni ocaleni na Pustkowiu, co nie zmienili się w ghule ani mutanty traktują wszystkich jako potencjalne zagrożenie, zaś mieszkańcy Krypty to tacy naiwniacy, kompletnie nie gotowi do życia na zewnątrz. Trzymani niczym w bańkach, naiwni i zbyt optymistycznie nastawieni do wszystkiego ze skłonnością do wyciągania niekoniecznie dobrych wniosków. Nie wspominając o tych fanatykach z Bractwa Stali – paramilitarnej organizacji, co zbiera relikty dawnej technologii dla siebie, mordując po drodze wszystko na swojej drodze. Ale za to mają mocarne pancerze i są ciężcy do zabicia. Jest jeszcze kilka innych ważnych postaci, lecz nie zamierzam wszystkiego zdradzać. Sami odkryjcie kolejne zagadki skrywające „Fallouta”.

fallout1-3

Technicznie serial też przypomina wyglądem realia z gry. Od samego wyglądu Krypt i charakterystycznych niebieskich strojów (włącznie z Pip-Boyami i komputerami) przez pancerze wspomagane oraz broń Bractwa Stali aż do wyniszczonych domów, opustoszałych miast. Scenografia robi piorunujące wrażenie, wiernie budując klimat wyniszczonej, retro-futurystycznej cywilizacji. Także w scenach retrospekcji, które pokazują genezę całego konfliktu. Nawet efekty specjalne prezentują się całkiem przyzwoicie, nie kłują mocno po oczach. Aczkolwiek mam jeden drobny problemik: w jednym-dwóch przez chwilę jeden z bohaterów przemieszcza się przez… las. Bardzo zielony, kompletnie nietknięty przez nuklearne eksplozje, co mnie bardzo zdziwiło. Jakim cudem po tylu latach od wybuchu atomowego teren mógł się zalesić?? Ot, zagadka. Także wątek związany z tajemnicą Krypty 33 potrafi troszkę znużyć, jednak rozwiązanie jest bardzo satysfakcjonujące i zaskakujące. Brakuje też choćby obecności supermutantów czy równie ikonicznego Szpona Śmierci, ale to pewnie wynika z ograniczeń budżetowych.

fallout1-5

Aktorsko jest zazwyczaj bardzo dobre, gdzie masę epizodów grają uzdolnieni aktorzy komediowi. Ale główna trójka jest absolutnie fantastyczna. Serce kradnie Ella Purnell jako naiwna Lucy – pełna optymizmu, ciepła i serdeczności zostaje bardzo brutalnie zderzona z niebezpieczną rzeczywistością. Cały czas próbuje znaleźć dobre wyjście z każdej sytuacji i NIGDY nie staje się irytująca czy działająca na nerwy, powoli ewoluując. W kontrze stoi Aaron Moten wcielający się w Maximusa. To jest ten typ, co próbuje osiągnąć wiele nie zawsze w uczciwy sposób, komplikując sobie bardzo mocno życie. Nie jest cyniczny, ale zna reguły tego świata i przynajmniej próbuje być w porządku. Jednak największym skurczybykiem i złodziejem jest jest – powiem to raz oraz raz powiem tylko to – ZAJEBISTY Walton Goggins w roli Ghula, a tak naprawdę to dwie postacie. Pierwsza to aktor Cooper Howard, gwiazda westernów przed wojną, niemal reprezentujący najlepsze cnoty Amerykanów – lojalność, patriotyzm i uczciwość. Ale po wojnie to łowca nagród, jednak nie w typie Mandalorianina, lecz Clinta Eastwooda ze spaghetti westernów, tylko bardziej. Bardziej cyniczny, bardziej brutalny (sceny akcji z jego udziałem są najlepsze, wliczając w to mocarny finał), bardziej bezwzględny i diablo skuteczny, a jednocześnie to najbardziej tragiczna postać z całej trójki.

fallout1-4

Czyżby wyglądało na to, że „Fallout” jest najlepsza adaptacją gry komputerowej? Nie widziałem wszystkich (zarówno filmowych, jak i serialowych), by rzucić aż tak odważne stwierdzenie. Niemniej jest tu sporo rzeczy, które spodobają się graczom, jednocześnie jest to przystępne dla osób nie mających nigdy styczności z grami, by zapoznać się z tym uniwersum. Bardzo czekam na dalszy ciąg tej opowieści.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bardo, fałszywa kronika garści prawd

Siedem lat – tyle trzeba było czekać na nowy film meksykańskiego reżysera Alejandro Gonzaleza Inarritu. Po olśniewającej wizualnie (lecz nieporywająca fabularnie – przynajmniej mnie) „Zjawie”, filmowiec zrealizował dzieło dla Netflixa. Pokazywane na MFF w Wenecji 3-godzinne „Bardo” spolaryzowało wszystkich, jednak najczęściej przewijały opinie, że pretensjonalny kolos wielki niczym ego reżysera. Jednak na streamingu trafiła wersja o pół godziny krótsza, czyli przez to mniej pretensjonalnym popisem sodówy Meksykanina. Prawda?

Właściwie cała historia skupia się na dziennikarzu i dokumentaliście Silverio Gamie (Daniel Gimenez Cacho). Mieszka w Los Angeles, razem z żoną i dwójką dzieci – wychowywani już na nowej ziemi. Twórca po kilkunastu latach życia i pracy w Los Angeles wraca do ojczyzny, by otrzymać prestiżowej nagrody Stowarzyszenia Amerykańskich Dziennikarzy. Mężczyzna w zasadzie jest wewnętrznie rozdarty między swoim starym a nowym domem, próbując odnaleźć się w tej dziwnej sytuacji. A im dalej w las, teraźniejszość, przeszłość i sny mieszają się w dziwacznym, surrealistycznym odlocie.

Dawno nie miałem styczności z filmem, który wywołałby w mojej głowie taką dezorientację. „Bardo” jest szalonym strumieniem świadomości, gdzie dzieje się wszystko i nic. Już pierwsze paręnaście minut wywołuje dezorientację: OGROMNE skoki gościa na pustyni z jego perspektywy, poród dziecka, które… nie chcę przyjść na ten świat i wraca do macicy (WTF!!!), pociąg metra nagle zmieniające się w wielkiej jeziorko, by potem znaleźć się w… domu, a ten okazuje się ruinami na pustyni. Mózg wam przestaje nadążać za tym wszystkim? To jest dopiero początek, bo tutaj reżyser porusza WIELKIE i WAŻNE sprawy, ze wskazaniem na bardzo skomplikowane relacje między USA a Meksykiem, kryzys wieku średniego czy skomplikowane relacje rodzinne. Miejscami dialogi wydają się walące z liścia podniosłością i artyzmem, by nagle dotknąć kwestii o wiele bardziej przyziemnych: poczucia niespełnienia, sprzedania się, poszukiwania własnego miejsca na świecie. Cała ta surrealistyczna jazda (ożywiająca na oczach bohatera i amerykańskiego dyplomaty bitwa między żołnierzami USA a Meksykiem sprzed ponad 150 lat czy miasto, początkowo puste z czasem ożywa, by jego mieszkańcy… padli na ziemię) oszałamia swoją skalą oraz technicznym wykonaniem. Ale z drugiej strony potrafi mocno przytłoczyć i zmęczyć.

Niemniej Inarritu próbuje cały czas uatrakcyjnić „Bardo” i bawi się wielokrotnie formą. Absolutnie kapitalne są tutaj zdjęcia Dariusa Khondjiego, z ogromną ilością mastershotów oraz wizualnych fajerwerków, bez których ta wizja nie robiłaby takiego wrażenia. Jest masa niezapomnianych ujęć, które zostaną w pamięci na dłużej. Również reżyser wiele razy bawi się dźwiękiem, gdzie w wielu momentach zamiast dźwięku pojawia się… cisza, która oszałamia. Forma o wiele bardziej imponuje niż we wszystkich dotychczasowych dziełach Meksykanina.

Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ledwo liznąłem „Bardo”. To zdecydowanie najbardziej ambitny film Inarritu, który imponuje skalą i szaloną wyobraźnią. Niemniej jest to też bardzo hermetyczne, iberoamerykanocentryczne i pozbawione dyscypliny. Ile wyciągniecie zależy tylko od Was i nikogo więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Hrabia

Jeszcze nie miałem okazji obejrzenia filmu z Chile, choć trafiłem na reżysera Pablo Larraina dzięki „Jackie”. Filmowiec z Ameryki Południowej w tym roku postanowił zmierzyć z historią swojego kraju w najbardziej nieoczywisty sposób. A można się o tym przekonać, oglądając „Hrabiego” na Netflixie. I jest to jeden z lepszych oryginalnych filmów platformy streamingowej.

hrabia1

Tytułowym hrabią jest mieszkający na odludziu… Augusto Pinochet (świetny Jaime Vadell), były dyktator Chile. Uznany za zmarłego przebywa gdzieś w domku na pustyni. I nie sam, bo z bardzo starą żoną (równie podłą jak on) oraz rosyjskim lokajem Fiodorem (Alfredo Castro). Otoczony starymi księgami, rekwizytami, unikając kontaktu ze światem zewnętrznym. Ale jakim cudem on jeszcze żyje? Bo jest… wampirem, żyjącym od ponad 250 lat i nie bardzo chce mu się żyć. Czy może być coś gorszego? Zjazd pięciorga dzieci, które nie są wampirami oraz bardzo czekają na śmierć, by położyć łapę na ogromnym majątku. Rzekomo gdzieś schowanymi w ukryciu. Dlatego zostaje wysłana księgowa Carmen (wielkooka Paula Lushsinger), by wyliczyć, zbadać i odnaleźć. Ale mało kto wie, że kobieta jest tak naprawdę… zakonnicą. A jej celem jest odprawienie egzorcyzmów na dyktatorze.

hrabia2

Co to za misz-masz gatunkowy? Niby mamy wampira, quasi-biografia, polana czarnym humorem oraz satyrą na dyktatorów i ich rządy. Co jest zasługą tajemniczej Narratorki, pozwalającej sobie zarówno na ironiczny komentarz, jak i poznania historii samego Pinocheta. Cały czas tutaj lawiruje gatunkami, gdzie humor, napięcie oraz powoli skrywana tajemnica. Niby wszystko toczy się bardzo powolnym, niespiesznym tempem, co może spolaryzować. Bo osoby czekające na krwawą jatkę i lejącą się posoką, będą rozczarowani.

hrabia3

„Hrabia” jest o wiele bardziej wyrafinowany formalnie – absolutnie świetne, czarno-białe Edwarda Lachmanna budują klimat jakiejś odrealnienia, pewnej niesamowitości. Gdzie fikcja miesza się z historią, zaś demonizm Pinocheta zmieszany jest ze znużeniem, groteską. Facetem nie dostrzegającym swoich wad, okrucieństw i podłości, co wywołało we mnie bardzo gorzki śmiech. Jeszcze jak dodamy do tego dzieci dyktatora, dla których celem jest przejęcie majątku (bo to same nieroby – jak na rodzinę dyktatora przystało), absurd osiąga wyżyny.

hrabia4

Reżyser pokazuje i ubiera w bardzo zgrabną metaforę długowieczność dyktatury oraz ogromny wpływ na całe otoczenie. Nie chodzi tu tylko o pasożytujące dzieci czy ciągle niezaspokojonej chuci żony, co chciałaby także być wampirem. Takim mocnym przypadkiem jest Fiodor – lokaj z Rosji, dawniej mordujący wszystkich komunistów. Napięty jak struna, przemieniony w wampira za lojalność staje się niejako gorszą kopią swojego pana. Larrain nie ogranicza się tylko do krytyki i szyderstwa z dyktatury, lecz zderza ją z Kościołem katolickim, reprezentowanym przez Carmen. Pozornie delikatna, naiwna i silna wiarą, ale to tak naprawdę fasada skrywająca mniej przyjemne oblicze. Jak to się wszystko skończy, nie zdradzę. Niemniej jest to bardzo satysfakcjonujący finał.

hrabia5

„Hrabia” to absolutnie szalona, ale i bardzo gorzka komedia, będąca rozliczeniem się z mroczną przeszłością Chile. Larrain ubiera w gatunkowy sztafaż horroru, polewając to groteską i absurdem, jednak to wszystko skrywa bardzo poważne ostrzeżenie przed władzą absolutną. Bez względu na to, czy nosi mundur czy habit.

7,5/10

Radosław Ostrowski