Prawnik z Lincolna – seria 1

Chyba obecnie żaden autor kryminałów nie jest tak lubiany przez filmowców jak Michael Connelly. Szczególnie przez platformy streamingowe. Najpierw Prime Video wzięło na warsztat serię o detektywie Harry’m Boschu (7 sezonów i jeden spin-off) od Erica Overmeyera, czyli współtwórcy „The Wire”, a teraz Netflix wziął na warsztat cykl o Mickeyu Hallerze – tytułowym prawniku z Lincolna. Tutaj już palce maczał weteran telewizji David E. Kelley, który na serialach prawniczych zjadł zęby („Prawnicy z Miasta Aniołów”, „Kancelaria adwokacka”, „Ally McBeal”, „Orły z Bostonu” czy powstałe niedawno „Goliath”, „Od nowa” i „Anatomia skandalu”).

Nie jest jednak oparta na pierwszej części, która była przeniesiona na duży ekran w 2011 roku (hallera grał Matthew McConaughey), lecz drugiej powieści „Ołowiany wyrok”. Haller (tutaj grany przez Manuela Garcię-Ruffo) przez półtora roku nie wykonywał procesji prawnika, tylko leczył się z wypadku podczas surfingu. Oraz z uzależnienia od leków przeciwbólowych. Wszystko się jednak zmienia po spotkaniu z sędzią przewodniczącą Holder. Ta informuje go o śmierci dawnego kolegi, Jerry’ego Vincenta oraz fakcie, że… przekazał mu swoją kancelarię. I jego sprawy w tym Trevora Elliotta, geniusza komputerowego oskarżonego o zabójstwa żony i kochanka. Razem z asystentką Lorną oraz pracującym dla niego detektywa Cisco próbuje obronić klienta.

Innymi słowy to thriller z elementami dramatu sądowego, skupiona na głównym wątku i paru pobocznych. Bo Haller musi pokazać swoją dyspozycję w innych, „lżejszych” sprawach, które nie wymagają dużej analizy czy opinii ekspertów. Takie mikroscenki dodają odrobinę lekkości i humoru, ale to nie jedyne momenty niejako dodane do całości. Bo jeszcze jest była żona, prokurator Maggie McPherson (Neve Campbell), z którą ma córkę i próbuje być częścią jej życia. Kobieta jeszcze prowadzi sprawę o handel ludźmi niejakiego Angelo Soto, gdzie nie brakuje napięcia oraz momentów bezsilności skomplikowanego systemu prawniczego. Pojawiają się pewne zaskoczenia i komplikacje, które dopiero po procesie zostają ostatecznie wyjaśnione. Wciąga ta historia, choć technicznie nie wyróżnia się niczym z tłumu (może poza rozmowami Mickeya z nowym kierowcą Izzy o mechanizmach związanych z procesem).

10 odcinków mija szybko, nie ma poczucia znużenia ani rozciągnięcia na siłę. A to nie jest takie łatwe zadanie, zrobić klasyczny w formie serial oparty na rozwiązaniu zagadki. To mógłby być spokojnie serial osadzony w tym samym świecie, co „Bosch”, czyli kryminalny/sądowy thriller w klimacie kina lat 90. Czy to jest wada? Dla mnie niekoniecznie, bo dialogi są cięte, powolne odkrywanie kolejnych tropów i poszlak zwyczajnie wciąga, zagrane jest to co najmniej solidnie, gdzie Garcia-Ruffo jako Haller błyszczy charyzmą oraz pozornym spokojem, rzadko pozwalając sobie na inne emocje. Poza nim wybija się Christopher Gorham jako oskarżony Trevor Elliot, sprawiający wrażenie oderwanego od świata bogacza, który nie zabił swojej żony. Przynajmniej tak twierdzi. Reszta postaci trzyma poziom, zapadając w pamięć na parę minut, a nie starczyłoby czasu na wymienienie wszystkich.

Zakończenie zostawia furtkę na ciąg dalszy (który nastąpi w przyszłym roku), co cieszy mnie bardzo. W czasach, gdy niemal każdy serial musi być albo PUNKTEM PRZEŁOMOWYM w historii, albo BARDZO AMBITNĄ porażką, obejrzenie bezpretensjonalnego, kompetentnie zrealizowanej czysto rozrywkowej produkcji jest bardzo odświeżające. Od czasu „Boscha” nie miałem takiej czystej frajdy w oglądaniu prostego, lecz nie prostackiego serialu.

7/10

Radosław Ostrowski

Nikt

W ostatnim czasie kino akcji zaczęło łapać drugi oddech, co spowodowało trend obsadzania w tych produkcjach aktorów w wieku 50+. Zaczęło się od „Uprowadzonej”, która odmieniła wizerunek Liama Neesona i trwa w zasadzie do dziś. Teraz do grona nowych gwiazd kina akcji postanowił dołączyć Bob Odenkirk – aktor raczej komediowy, znany głównie z roli złotoustego adwokata Saula Goodmana. Casting ten może wydawać się szalony, jednak to wszystko działa.

nikt1

Odenkirk gra tutaj Hutcha Mitchella – zwykłego księgowego, mające żonę i dwójkę dzieci. Życie jego jest nudne oraz przewidywalne jak kolejność dni w tygodniu. Tak daleko siedzi w rutynie, że staje się dla rodziny przezroczysty. Pewnej nocy do domu wchodzą włamywacze, lecz mężczyzna – mając szansę na neutralizację problemu – pozwala zabrać niewielką kasę oraz swój zegarek. Niby chroni bliskich, ale nawet oni (a dokładnie syn) i znajomi uważają go za miękkiszona. To wywołuje w naszym bohaterze frustrację, co ma bardzo porażające konsekwencje. A wszystko zaczęło się od pewnej nocy, gdzie szukał złodziei. Zwykły powrót do domu autobusem przerwała obecność kilku narąbanych Ruskich. Finał może być jeden: mordobicie oraz poważne problemy.

nikt2

Jeśli kojarzy wam się to z „Johnem Wickiem”, nie jest to dziwne. Dużo jest wspólnych elementów: bohater z tajemniczą przeszłością, rosyjska mafia jako antagoniści, skarbiec z pieniędzmi. Ale reżyser Ilja Najszuler ze scenarzystą Derekiem Kostelem (seria „John Wick”) nie robią bezczelnej kopii, tylko idą swoją własną ścieżką. Bo najważniejszą różnicą jest to, że Hutch – w przeciwieństwie do Baby Jagi – ma rodzinę, przed którą ukrywa swoją brutalną przeszłość. A także nie jest niezniszczalną maszyną do zabijania i wielokrotnie dostaje łomot. Reżyser przez większość czasu skupia się na relacji bohatera z rodziną, zaś akcja zostaje zepchnięta na dalszy plan.

nikt3

Dopiero po akcji w autobusie proporcje się odwracają, a reżyser pozwala na miejscami szaloną jazdę bez trzymanki. I nie chodzi tylko o bójkę w autobusie, która jest zaskakująco realistyczna. Jest też brutalny atak do dom Hutcha czy finałowa konfrontacja z szefem mafii w budynku firmy. Tak dzieją się szalone, wybuchowe rzeczy z pułapkami godnymi komandosów. Jest to tak znakomicie zrealizowane: od zdjęć Pawła Pogorzelskiego, który wcześniej odpowiadał za „Hereditary” przez użycie piosenek z lat 50. i 60. aż po bardzo płynny montaż.

nikt4

Jedynym słabym ogniwem jest tutaj antagonista, który wydawał mi się jakiś… niepoważny. Nie czułem, by stanowił jakiekolwiek zagrożenie dla Hutcha, co kompletnie mnie zaskoczyło. O wiele lepiej wypada sam Odenkirk jako pozornie-niepozorny Hutch, który bardzo mocno silnie tłumi trzymany na smyczy gniew oraz wściekłość. I to czyni jego postać zarówno interesującą, jak też bardzo ludzką, o co było bardzo trudno. Także w scenach akcji radzi sobie bardzo dobrze. Aż chciałoby się, że Hutch Mitchell i John Wick pojawili się w jednym filmie, choć ten pierwszy byłby tylko wsparciem dla drugiego. Ale dla mnie sporym zaskoczeniem była obecność Christophera Lloyda oraz rapera RZA w drobnych, choć istotnych rolach.

„Nikt” mógłby się wydawać pozornie słabą podróbką „Johna Wicka”, ale film Najszulera ma swoją własną tożsamość. Oraz otwartą furtkę na sequel. Czy film odmieni oblicze Odenkerka, czyniąc z niego nową gwiazdę kina akcji? Nie miałbym nic przeciwko temu.

8/10

Radosław Ostrowski

Papillon. Motylek

Paryż, rok 1931. Tutaj żyje Henri Charriere zwany Papillon. Był bardzo znanym i szanowanym złodziejem półświatka. Ale jego stabilne życie uległo gwałtownej zmianie, kiedy zostaje oskarżony o morderstwo. Choć nie popełnił tego czynu, został skazany na dożywocie w Gujanie Francuskiej. Więzienie jest na wyspie, otoczonej przez rekiny, pozbawionej żywności. Szansy na ucieczkę praktycznie brak, ale w drodze do nowego domu poznaje Louisa Degę. Ten facet trafił do więzienia za fałszerstwo. Panowie zaczynają łączyć siły, by uciec.

papillon3

Historia Papillona została przez niego spisana w 1969 roku i stała się bestsellerem. Tak wielkim, że w 1973 roku (kiedy Charriere zmarł) powstała ekranizacja ze Stevem McQueenem oraz Dustinem Hoffmanem w rolach głównych. Ale opowieści mają to do siebie, że po pewnym czasie lubi się do nich wracać. Dlatego powstała nowa wersja historii Papillona. W sumie nie ma tutaj zaskoczeń, bo jest to dramat więzienny. Tutaj więzienie jest piekłem, gdzie trafiają najgorsi, a chodzi tylko o złamanie charakteru. Więc co naprawdę trzyma naszych bohaterów przy życiu? Dlaczego decydują się uciec, choć nic nie mają? Narracja prowadzona jest bardzo spokojnie, ale nie oznacza to, że nic się tam nie dzieje. Reżyser Michael Noer nie boi się pokazać przemocy oraz obojętności strażników, zaś sama natura wydaje się drugim zagrożeniem. Tutaj nie do końca wiadomo komu można zaufać, a przyjaźń wydaje się być wystawiona na ciężką próbę.

papillon1

Pozornie wiemy, co się wydarzy, lecz potrafi trzymać w napięciu. Widać to w każdej scenie próby zabicia Papillona i Degi (montaż potrafi podkręci adrenalinę) czy podczas ucieczek. Tutaj czuć poczucie zagrożenia, niemal namacalnego do samego końca. Równie mocne sceny robią momenty izolacji naszego protagonisty. Rzeczywistość oraz omamy mieszają się ze sobą, przez co zwyczajnie jeszcze bardziej zależało na postaci. Nie miałem okazji zobaczyć oryginału, więc nie mogę porównać nowej wersji. Czuć tutaj lepkość, brud, wręcz naturalizm w pokazywaniu okrucieństwa.

papillon2

Równie zaskakujący okazał się casting. Do roli tytułowej zaangażowano Charliego Hunnama, co wywołało pewne kontrowersje. Bo za ładny, bo nie ma talentu, bo za sztywny. Ale tutaj wyjątkowo dobrze sobie radzi. Jest bardzo wyciszony, szorstki i twardy, a największe wrażenie robił we mnie podczas scen izolacji oraz finałowych partiach na Diabelskiej Wyspie. Jeszcze lepszy jest Rami Malek jako Dega. Niski, troszkę niedowidzący cwaniak, z lekko rozedrganym głosem, sprawia wrażenie troszkę nieporadnego. Jednak z czasem zaczyna nabierać barw, zaś relacja z Hunnamem daje masę dynamiki. Drugi plan też jest dość mocny, choć dla mnie faworytem jest Roland Moller jako bezwzględny Ceiller oraz Michael Socha w roli porąbanego Julota.

„Motylek” AD 2017 to więcej niż porządny dramat więzienny. To mocna, angażująca, chwytająca za serce opowieść o woli wolności, której żadne kraty nie są w stanie zatrzymać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Grimsby

Tytułowe Grimsby to dzielnica Londynu, gdzie przebywają ludzie z najniższych grup społecznych. Jednym z nich jest niejaki Nooby – typowy kibol, mający dziewczynę (mocno przy kości) oraz stado dzieci. Ale przez 28 lat szuka swojego brata, którego stracił w dzieciństwie. Gdy go odnajduje, okazuje się on być tajnym agentem MI6, który miał nie dopuścić do zamachu. Oczywiście, Nobby wszystko psuje i teraz obydwaj panowie muszą się ukrywać oraz odnaleźć prawdziwego sprawcę.

grimsby1

Było już wiele mutacji i wariacji z kina szpiegowskiego, ale kiedy jedną z głównych ról gra Sacha Baron Cohen wiedz, że coś się dzieje. Wiadomo, że będzie na granicy dobrego smaku, żarty będą po bandzie i wiele osób odbije się od niego jak od ściany. Ale pilotujący całość Louis Leterrier (reżyser „Transportera”) zaskakująco dobrze się odnajduje w tym szaleństwie. Z jednej strony robi to, co potrafi najlepiej, czyli pomysłowo inscenizuje kolejne sceny akcji (pościgi, bijatyki i strzelaniny), przyprawiając wszystko wariackim humorem: od bardzo prostych gagów opartych na omyłkach (wciśnięcie nie tego guzika) po hardkorowo-kloaczne popisy (wyjęcie trucizny z… jąder czy grupowy seks słoni), a nawet odrobinę parodii (Nobby mówiący głosem Seana Connery’ego – rewelacja). Wszystko to bardzo mocno wciśnięte w nawias, potrafi to trzymać w napięciu (ucieczka przed grupą kierowaną przez psychopatę czy brawurowy – z braku lepszego słowa – finał), serwując przy okazji satyrę na świat bogatych oraz hołoty. I to jest pewne zaskoczenie, bo nie tego się spodziewałem po tego typu kinie.

grimsby2

Oczywiście w tym wariactwie przewodnikiem jest Sacha Baron Cohen, który sprawdza się w roli kompletnego idioty, kochającego piłkę nożną i mającego dobre serducho. Ale największym zaskoczeniem jest obecność Marka Stronga jako brata-tajniaka. Zarówno w scenach akcji, gdzie musi się wykazać swoimi umiejętnościami w mordowaniu, jak i naprawie braterskich więzi jest przekonujący, tworząc wybuchowy duet z Baron Cohenem. Tego się absolutnie nie spodziewałem, a na drugim planie duecik wspiera solidna Isla Fsher (Jodie), przykuwająca uwagę Penelope Cruz (Rhonda George), twardy i ostry Scott Adkins (zamachowiec Łukaszenko) oraz pojawiający się w epizodzie Ian McShane (szef MI6).

grimsby3

„Grimsby” to bardzo szalona komedia, dla osób lubiących humor mocno poniżej pasa. Czyli absolutnie nie dla każdego, chociaż miałem sporo frajdy z seansu. Nawet jeśli jest kilka żartów na granicy smaku.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Nice Guys. Równi goście

Jak zrobić dobrą kumpelską komedię? Przepis jest bardzo prosty: trzeba znać dwóch bohaterów różnych jak noc i dzień, by się mogli nawzajem podocinać, dać im wspólną sprawę do rozwiązania, by zostali zmuszeni do połączenia sił, rzucić wieloma błyskotliwymi dialogami i gagami. Jeszcze dodać odpowiednich aktorów, porządnego reżysera, błyskotliwego scenarzysty, by jechać dalej. Ale od czasów „Zabójczej broni” niewiele powstało dobrych filmów w tym gatunku. Jednak w 2016 powrócił największy macher buddy movies, czyli scenarzysta Shane Black w swoim trzecim podejściu reżyserskim.

nice_guys1

Wszystko zaczyna się w Los Angeles roku 1977. W kinach szaleją „Gwiezdne wojny”, Oscara za najlepszy film dostał „Rocky”, ostatni raz zagrał Elvis Presley, zaczyna się rozkręcać era disco. I tutaj przyszło żyć naszym bohaterom. Jackson Healy to taki osiłek, którego się zatrudnia, by spuścił łomot komu trzeba. Holland March z kolei jest prywatnym detektywem, który samotnie wychowuje córkę i jest takim cwaniaczkiem. Co łączy tą parę? Niejaka Amelia, której wszyscy szukają i ktoś chce ją sprzątnąć. Kto i dlaczego?

nice_guys2

Black to spec, jeśli chodzi o komedie z wątkiem kryminalnym. Już na dzień dobry dostajemy wypadek gwiazdy kina porno, widziany przez młodego chłopaka. Jest krwawo i ostro, a to dopiero rozgrzewka. Reżyser czasami zapierdala na złamanie karku, serwując trzymające w napięciu pościgi, bijatyki, strzelaniny. Samo śledztwo i intryga jest równie prosta jak ustawy parlamentarne, coraz bardziej się gmatwa, kluczy, wpuszcza w maliny, by dokonać kilku wolt (w tym jednej bardzo krwawej). I co jest, że wszystko dzieje się na bardzo cienkiej granicy prawdopodobieństwa, a w sprawę są zamieszani politycy, firmy samochodowe, ekolodzy, gangsterzy i wymiar sprawiedliwości? To wszystko nie jest tak mocno istotne, choć zrealizowane pierwszorzędnie. Dlaczego to działa? Są dwie siły napędowe (plus dialogi i miejscami absurdalny, pełen ironii humor).

nice_guys3

Po pierwsze, stylizacja. Blackowi udaje się bardzo przekonująco odtworzyć klimat lat 70. Widać to nie tylko w strojach (takich hawajskich koszul i takich kolorowych garniturów dziś jak na lekarstwo) czy furach, bo to najmocniej, ale w całej warstwie wizualnej. Nie zawodzi scenografia (willa producenta porno), gdzie nawet takie drobne detale jak reklamy w gazecie czy wygląd telefonu. No i obowiązkowej muzyce z Earth, Wind & Fire oraz zespołem America na czele.

nice_guys4

Po drugie, to co w każdej takiej historii musi się sprawdzić, czyli chemia między głównymi bohaterami. Tutaj obsadzono znakomitych, chociaż nie unikających szarżowania Russella Crowe’a i Ryana Goslinga. Pierwszy, chociaż wygląda jak taki misio w hawajskiej koszuli z kurtką, to facet nie bojący się spuścić łomotu. Jednocześnie ma głowę na karku i jest dość inteligentny, wierzący w sprawiedliwość. Ale Gosling jest prawdziwą komediową petardą, opierającą swój humor na slapstickowych gagów (pobudka w wannie w pełnym ubraniu). Jednak to jest bohater złamany przez życie, z dużym ciężarem (zwróćcie uwagę na tatuaż na ręku) i bardzo widać jak zależy mu dziecku (cudowna Angourie Rice), które jest jego oczkiem w głowie. Ten duet rozkręca ten cały film, a docinki i złośliwości między nimi mają prawdziwego kopa. Może brakuje tutaj wyrazistego łotra (Matt Bomer jako Johnny Boy wydaje się troszkę komiksowy), ale nie jest to dużym problemem.

nice_guys5

„Nice Guys” przywraca wiarę w moc kumpelskiego kryminału, gdzie wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Konwencja gra, przemoc i humor idą ze sobą ręka w rękę, a chemia między bohaterami jest wręcz zabójcza. Czy powstanie sequel? Czas pokaże, bo duet Crowe/Gosling zasługuje, by nie być tylko jednorazowym wyskokiem.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Harry Gregson-Williams & David Buckley – The Town

The_Town

Ben Affleck miał wyrobiona reputację aktorskiego drewna, którego umiejętności potrafił wykrzesać jedynie Kevin Smith. Gdyby ktoś 10 lat temu powiedziałby, że ten facet będzie świetnym reżyserem, od razu bym go wyśmiał. Ale w 2007 roku stał się cud. Affleck usiadł na stołku z napisem: „director” i nakręcił dobry kryminał, „Gdzie jesteś, Amando?”. Trzy lata później przeraził za to swych przeciwników „Miastem złodziei”. Mocny kryminał, inspirowany kultową „Gorączką”, jest opowieścią o Dougu (w tej roli sam Affleck – i nie schrzanił tego!), który razem z kumplami dokonuje napadów, ale już myśli o tym, by się wyrwać i zacząć od nowa. Film ma wszytko, co tego typu produkcja mieć powinna – precyzyjną intrygę, wiarygodną psychologię i tło obyczajowe, świetnie zrobione sceny akcji oraz wyborne aktorstwo, z kapitalnymi kreacjami Jona Hamma i Jeremy’ego Rennera. A jak sobie na tym polu radzi warstwa muzyczna?

gregsonwilliamsBen zatrudnił Harry’ego Gregsona-Williamsa, który współpracował z nim już przy jego debiucie, ale tym razem poprosił o pomoc swojego podopiecznego, Davida Buckleya. Czy wpłynęło to w jakikolwiek sposób na muzykę? Nie, gdyż mamy tutaj do czynienia z brzmieniem typowym dla Harry’ego z czasów współpracy z Tonym Scottem, czyli głównie elektronika i gitary elektryczne, a z orkiestry dają o sobie znać jedynie smyczki. Innymi słowy: obecny standard kina hollywoodzkiego. Więc czy w ogóle warto zwrócić uwagę na ten soundtrack, który, o dziwo, w filmie funkcjonuje naprawdę dobrze?

Muszę przyznać, że wypada on poza filmem całkiem przyzwoicie, ale od czego by tu zacząć? Na pewno przez długi czas jest ponuro i mrocznie, a pojedyncze dźwięki i brak typowej melodyki działa tutaj na plus, co słychać już w otwierającym całość „Charlestown”, z którego można wyłuskać przebijającą przez elektroniczne dziwadła lirykę, przestrzennie brzmiący fortepian i smyczki. I w zasadzie tak wybrzmiewa tutaj muzyka akcji, czasami bardzo głośna („Bank Attack” – bardzo ‘brzydka’ elektronika), czasem wręcz przeciwnie („OxyContin”), aczkolwiek są tutaj dwa mocne wyjątki.

David_BuckleyPierwszy to „Nuns with Guns”, czyli temat z napadu na konwój zakończony strzelaniną i pościgiem. Szybkie, dynamiczne, ze ‘strzelającą’ perkusją i elektroniką, tworzy istną petardę, z drobnym momentem spokoju (skrzypce), który tylko podkręca atmosferę. Drugim takim utworem jest „Who Called 911?” z wielce nerwowymi popisami smyczków i perkusji. Reszta jest zaledwie solidnym hałasem, zagłuszanym w filmie przez pisk opon, wystrzały i tym podobne bajery. Mniej drażniące to wszystko, niż w przypadku „Metra strachu” czy „Niepowstrzymanego”, ale do najlepszych dokonań kompozytora jeszcze wiele brakuje.

Zupełnie inaczej wypada za to liryka, która nie jest tak aranżacyjnie przesadzona, jak action score i pozwala złapać odrobinę oddechu. Ją reprezentuje temat głównego bohatera, w którym czuć sporo melancholii i smutku. Pojawia się on parokrotnie, po raz pierwszy w „Doug Reflects” (delikatna gitara elektryczna), podkreślając próbę wyrwania się bohatera z tytułowego miasta, do którego jest mocno przywiązany (najpiękniej motyw ten wybrzmiewa w kończącym całość „The Letter”). Podobnież relaksujący jest bardzo delikatny „The Necklace” z prostym, ale poruszającym fortepianem.

I co mam zrobić z „The Town”? To nie jest album sprawiający jakąś wielką przyjemność, ani tym bardziej rewolucja w dorobku Gregsona-Williamsa. Bardzo łatwo można tej pracy zarzucić wtórność i zmęczenie materiału – jest to tylko solidna robota, dobrze sprawdzająca się na ekranie. Ostatnio kompozytor nie może się jakoś specjalnie odnaleźć i bardzo rzadko potrafi wyeksponować swój talent, co (chyba nie tylko mnie) bardzo smuci. Tymczasem dla „Miasta złodziei” za solidność, przystępny czas i materiał oraz dobry montaż daję:

7/10

Radosław Ostrowski

PS. Recenzja ta wcześniej się znalazła w portalu MuzykaFilmowa.pl.