David Byrne – American Utopia

0007931JIUQ5I56F-C122

Dziś 66 lat kończy David Byrne – gitarzysta oraz charyzmatyczny lider popularnego w latach 80. zespołu Talking Heads. Grupa znana z takich hitów jak „Psycho Kiler”, „This Must be The Place”, „Once in a Lifetime” czy „Burning Down the House” już nie funkcjonuje od 1992 roku, jednak muzyk nadal pozostaje aktywny w swojej profesji. Po nagranej płycie z St. Vincent („Love This Giant” z 2012 roku), postanowił przypomnieć o sobie w swoim solowym dziele.

„American Utopia” to część większego projektu multimedialnego „Reasons to Be Cheerful”, mającym na celu danie powodów do optymistycznego nastawienia życiowego w czasach politycznego zamętu oraz problemów ze środowiskiem. Muzyka znów wspiera producent Brian Eno, który zanurzył całość w tak alternatywnym sosie, że już bardziej się nie da. Lekko psychodeliczne w refrenie „I Dance Like This” skontrastowane z pianistyczną zwrotką, może wywołać bardzo silną konsternację, niemniej refren mocno wpada w ucho, swoją pulsacją oraz przesterowanym wokalem. A dalej też nie brakuje eksperymentów: sitarowy początek „Gasoline and Dirty Sheets”, który nagle przechodzi w oszczędną elektronikę, by w połowie polać to odrobiną jazzowej improwizacji na saksofonie. Nie brakuje nawet lekko bluesowo-elektronicznego „Every Day Is a Miracle”, pozwalając na przyjemne bujanie oraz pozytywnego kopa. Kontrastem jest bardzo melacholijny „Dog’s Mind”, pełen przerobionych smyczków oraz ambientu w tle, który wydaje się nie pasować do reszty. Bardziej eksperymentalny jest „This Is That”, wręcz mantryczny, okraszony harfą z oszczędną perkusją, by pod koniec wejść w bardziej popowe rewiry. Ale jeszcze dziwaczniejszy jest „It’s Not Dark Up Here”, mogące stanowić dobry podkład dla raperów (lekko orientalne smyczki, oszczędna perkusja) i pozbawiony wyrazistości „Bullet”, podobnie jak gitarowy „Doing the Right Thing”, który zaskakuje końcówką.

Na finał dostajemy wręcz taneczne „Everybody’s Coming To My House” z tłustym basem i gościnnym wsparciem Samphy, TTY oraz Happy Baara, dodając ognia do tego przebogatego stylistycznie utworu, by zwieńczyć dzieło niesamowitym „Here”, gdzie ręka Briana Eno jest bardzo obecna. Do wokalu Byrne’a nie można mieć zastrzeżeń, tak samo jak skłonności do eksperymentowania, chociaż nie wszystkie utwory robią tak piorunujące wrażenie jak otwierające i kończące tą utopię.

Poza tym jest to bardzo słuchalna, niepozbawiona kilku ciekawych pomysłów muzyka, która jest dość nierówna. Tak samo w tekstach Byrne bardziej stawia na prosty podział i krytyczne spojrzenie na obecną Amerykę. Tylko, że nie proponuje niczego nowego. Innymi słowy, wstydu nie ma, ale chwalić się nie ma za bardzo czym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatni cesarz

Jest rok 1950 i jesteśmy na pograniczu chińsko-radzieckim w Mandżurii. Do kraju wracają schwytani jeńcy, którzy mają zostać osądzeni przez nową, komunistyczną władzę i poddani reedukacji zgodnie z obecnie panującą ideologią. Wśród jeńców znajduje się też niejaki Pu Yi – ostatni cesarz Chin, którego losy potoczyły się w zaskakujący i niezwykły sposób.

06-el_ultimo_emperador_1987_1-851x510

Początek lat 80. dla Bernardo Bertolucciego był delikatnie mówiąc niezbyt przyjazny, bo zrealizowane w tym okresie filmy spotkały się z chłodnym odbiorem krytyki jak i publiczności. Tym większym zdumieniem był fakt, że Włoch postanowił wyruszyć do Chin, by zrealizować historię losów ostatniego cesarza tego kraju. Władze, o dziwo, zgodziły się od razu, dając wszelkie dostępne środki i pozwalając Bertolucciemu, jako pierwszemu filmowcowi spoza Chin pokazać Zakazane Miasto.

343298_full

Sam film to epicki fresk, w którym historia Pu Yi zostaje wpleciona w ruch przemian dokonanych w Chinach – Pu zostaje cesarzem w wieku zaledwie 3 lat, jednak tak naprawdę nie miał żadnej kontroli nad tym, co się działo dookoła niego. Skorumpowani eunuchy, dwór nie pozwalający na zmiany, wprowadzenie republiki, wejście do władzy komunistów i wtargnięcie Japończyków, wreszcie sprawowanie rządów w marionetkowym kraju i schwytanie przez Rosjan. Dzieje się tutaj naprawdę wiele, pokazując bezsilność każdej jednostki (nawet tej sprawującej władzę) wobec losów Historii – bezwzględnego i brutalnego gracza, nie liczącego się z nikim i niczym. Wszelkie plany Pu Yi wzięły w łeb – wprowadzenia reform, podążania za Zachodem czy wyjazdu do Oxfordu na studia. Ostatecznie skończył jako zreformowany ogrodnik, pełniąc tą funkcję do śmierci w 1967 roku.

343288_full

Zachwyca rozmach, zwłaszcza na początku filmu, gdy jeszcze widzimy stojące na glinianych nogach cesarstwo.  Przepych scenografii, jak i barwnych kostiumów robi imponujące wrażenie – wydawałoby się, ze ta potęga pozostaje niezmieniona, ale dla Pu Yi dwór jest więzieniem, z którego nie można wyjść. Izolowany od reszty świata (lud nie mógł cesarzowi spojrzeć w oczy, a drzwi do Miasta pilnowali strażnicy), Pu nigdy nie był w stanie osiągnąć tego, co zamierzał, a reżyser – nie wiem czy do końca świadomie – postawił znak równości między czasami cesarstwa a komunistycznym więzieniem, gdzie cesarza traktowano dość łagodnie.

Swoją klasę potwierdził też genialny operator Vittorio Storaro, tworząc wysmakowaną stronę wizualną oraz świetnie współgrającą z wydarzeniami ekranowymi muzykę autorstwa Ryuichiego Sakamoto oraz Davida Byrne’a z zespołu Talking Heads. I te trzy godziny mijają naprawdę szybko (ja oglądałem wersję reżyserską, która trwała prawie 4), ale jednocześnie jest też bardzo przystępny w odbiorze i nie wywołujący dezorientacji film, zaczynający „trylogię orientalną”.

Reżyser skupia pełną uwagę i znakomicie prowadzi aktorów. Kapitalni są odtwórcy Pu Yi (kolejno: Richard Vuu, Tao Wu i John Chen) – władzy bez władzy, do którego po latach dociera jak wiele szkód dokonano za czasów jego rządów i powoli odsuwa się w cień. Świadomość dokonanych zdarzeń zmusza go do gorzkich refleksji. Poza cesarzem, drugą wyrazistą postacią jest nauczyciel cesarza, Reginald Johnston w wykonaniu wspaniałego Petera O’Toole’a, który staje się jego bliskim przyjacielem i otwiera Pu Yi na zachodnie trendy. To Reginald otwiera cesarzowi oczy na to, co dzieje się w jego dworze, próbując pomóc Pu Yi  tym, co dzieje się na zewnątrz. Reszta aktorów (z przepiękną Joan Chn w roli żony cesarza) jest również bardzo przekonująca w swoich rolach, dorównując poziomem odtwórcom głównych ról.

343286_full

Bertolucci tym filmem wraca do swoje najwyższej formy i przy okazji, rozbija bank podczas ceremonii wręczenia Oscarów za rok 1987, zgarniając wszystkie 9 Oscarów, w tym za najlepszy film i reżyserię. Dodatkowo reżyser, być może wbrew sobie przypomina, że Historia jest bezwzględna i wchodzi w życie ludzi z butami, bez pytania o zgodę. I ta refleksja pozostaje w pamięci na długo.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Peter Gabriel – And I’ll Scratch Yours

And_Ill_Scratch_Yours

Kim jest Peter Gabriel? To jedna z najbardziej znanych postaci muzyki rozrywkowej. Mistrz zarówno progresywnych brzmień (zespół Genesis) jak i popowego grania. Jednak ostatni album z autorskimi kompozycjami powstał 10 lat temu, do tej pory nagrał dwa albumy z orkiestrą symfoniczną oraz album „Scratch My Back”, gdzie nagrał utwory swoich ulubionych wykonawców. Teraz w ramach rewanżu, ci ludzie postanowili zmierzyć się z utworami Petera Gabriela, który tutaj ograniczył się do roli producenta. No i jaki jest efekt?

Po pierwsze, wśród wykonawców brakuje Davida Bowie, Radiohead oraz Neila Younga, czyli dość mocnych wykonawców. Ale to tylko 3 z 12 wykonawców, za to są m.in. David Byrne z Talking Heads (elektroniczne „I Don’t Remember”, które mnie rozdrażniło, tak jak głos Byrne’a), Paul Simon, Lou Reed i Randy Newman. Każdy z nich próbuje przerobić te utwory na własną modłę, ale efekt jest delikatnie mówiąc rozczarowujący, bo do oryginalnych wersji te covery nie mają startu. Nieźle poradził sobie Bon Iver (folkowo-elektroniczny „Come Talk to Me”), Randy Newman (jazzowy „Big Time”) i Arcade Fire („Games without Frontiers”), zaś najlepiej wypadli nie zmieniający wiele wobec oryginału Elbow (minimalistyczny „Mercy Streets” z wokalem przypominającym samego Gabriela) oraz Regina Spektor (pianistyczny „Blood of Eden”). Reszta albo zawodzi albo jest asłuchalna (najbardziej drażniący są: Brian Eno masakrujący elektronika „Mother of Violence” , nijaki Feist w „Don’t Give Up” oraz koszmarny Lou Reed w „Solsbury Hill”).

Sam pomysł był ambitny, ale realizacja woła zwyczajnie o pomstę do nieba. Parę udanych numerów to za mało, by nazwać tą płytę udaną. To jest to prostu koszmarek, który trzeba natychmiast usunąć ze swojej głowy.

3/10

Radosław Ostrowski