F1: Film

Coś ostatnio chyba wracają do kin produkcje o sportach motoryzacyjnych jak „Wyścig”, „Le Mans 66” czy „Gran Turismo”. Teraz do grona rajdowych filmów dołącza „F1”, czyli najnowsze dzieło Josepha Kosinskiego o Formule 1. Czy twórca „Top Gun: Maverick” i tym razem dowiózł imponujący spektakl filmowy?

Głównym bohaterem jest Sonny Hayes (Brad Pitt) – kiedyś obiecujący kierowca Formuły 1, jednak jeden wypadek zmienił wszystko. Od tamtej pory przez 30 lat bierze udział w różnych rajdach, przegrywał kasę w kasynach i mieszka w wozie kempingowym. Po wygranym wyścigu Daytona pojawia się jego dawny kolega, Ruben Cervantes (Javier Bardem). Obecnie jest szefem zespołu wyścigowego Apex GP, walczącego w wyścigach Formuły 1 i nie radzi sobie zbyt dobrze. Jest wręcz tragicznie, bez żadnego wygranego wyścigu, bardzo słabym bolidem oraz obiecującym zawodnikiem, Jamesem Piercem (Damson Idris). Ruben chce zatrudnić Sonny’ego jako… drugiego kierowcę w drużynie, wręczając mu bilet do Londynu. Początkowo rajdowiec nie jest zainteresowany udziałem.

Zawiązanie akcji brzmi tak banalnie jak to tylko jest możliwe, ale… to wszystko jest tylko zasłoną dymną. Kosinski ze scenarzystą Ethanem Krugerem wykorzystują znajome schematy oraz klisze, by nimi się zabawić. Mamy stawiającego na jedną kartę szefa firmy, starego i doświadczonego (choć bezczelnego) wilka, młodego (równie bezczelnego) wilczka, szefową inżynierów (z potencjalnym romansem wiszącym w powietrzu) oraz niemal wszechobecne problemy. Od niezbyt dobrego modelu bolida przez bardzo ostrą rywalizację między dwoma kierowcami (bardziej doświadczony i skupiony na wyścigach kontra młody, bardziej zajęty social mediami i menadżerem Pearcem) po wyścigi, gdzie poczucie zagrożenia jest ciągle namacalne. Nieważne, czy mówimy o wyścigu z dużą stawką, czy o treningowej jeździe – każda taka droga może skończyć się kraksą, zderzeniem lub czymś gorszym. Choć pojawiają się pewne oczywiste klisze w rodzaju członka zarządu firmy, próbującego doprowadzić do upadku zespołu czy wątek romansowy (zaczynający się spokojnie, by potem skręcić w oczywistym kierunku), to jednak ta opowieść potrafi złapać.

A propos scen wyścigowych, Kosiński robi „Top Gun” na kółkach, czego akurat się spodziewałem. Sporych ilości scen na kokpit kierowcy, podkręcony do maksimum dźwięk opon i silników oraz bardzo dynamicznego montażu. Do tego dostajemy zaskakująco stonowaną muzykę Hansa Zimmera z paroma świetnymi kawałkami (początek z wyścigiem Daytona oraz hitem Led Zeppelin). Muszę przyznać, że te momenty (razem z momentami testów bolidów, analizowania i symulatorów) podkręcały adrenalinę, przyspieszały mi bicie serducha, zaś ostatni wyścig w Abu Zabi to prawdziwy majstersztyk. Szczególnie moment, gdy w trakcie jazdy Hayesa słyszymy tylko jego oddech, zaś kamera pokazuje jazdę przeskakując z widoku kierowcy na POV od pojazdu. Czysta magia.

Pozornie nie ma tutaj dla aktorów zbyt wiele do zagrania, ale i tak radzą sobie lepiej niż mieli prawo. Brad Pitt wygląda jak ciągle młody bóg i nadal ma charyzmę mierzoną w cysternach. Jego postać to mieszanka brawury, opanowania, błysku w oku oraz ogromnego doświadczenia. Choć początki na torze są niełatwe (delikatnie mówiąc), staje się mocnym sercem ekipy. Równie wyrazisty jest nieznany mi Damson Idris w roli młodego, zdolnego Pearce’a. Bardzo przebojowy, z równie dużym ego i mniej pokorny zawodnik (niczym dowolny piłkarz polskiej reprezentacji w piłkę nożną), zaś dynamika jego postaci z Hayesem daje dodatkowe paliwo. Choć finał tej relacji wydaje się oczywisty, droga do niego już niekoniecznie. Równie mocno film kradną Javier Bardem (Ruben) oraz Kerry Condon (Kate, główna inżynier) – każde z nich tworzy ciekawą więź z postacią graną przez Pitta. To te relacje dają dodatkowy ciężar dla tego dzieła.

Czy „F1” Kosiński to najlepszy film wyścigowy czy najlepszy film o Formule 1? W obu wypadkach odpowiedź brzmi: nie. Nadal „Wyścig” Rona Howarda pozostaje niepokonanym w tej kategorii, jednak reżyser nadal tworzy imponujący technicznie szoł. Może i historia czasami bywa zbyt znajoma, dialogi bywają sztampowe, zaś niektóre wyścigi zbyt efekciarskie, to bawiłem się świetnie niczym młody dzieciak. Jeśli szukacie świetnego blockbustera na początek sezonu letniego, może to być świetny początek tego okresu.

8/10

Radosław Ostrowski

Wonderstruck

Z filmami Todda Haynesa ja mam relację dość niełatwą, bo w większości mnie nie angażują zbyt emocjonalnie. Niemniej trudno nie odmówić im mocnej warstwy wizualnej, przez co sam seans nie jest najgorszym doświadczeniem. Czy tak też jest w przypadku adaptacji powieści Briana Selznicka „Wonderstruck”?

Akcja toczy się w dwóch przestrzeniach czasowych: w 1977 oraz 1927. W pierwszym śledzimy losy Bena (Oakes Fegley) – młodego chłopca, który stracił matkę i mieszka u wujostwa. Swojego ojca nigdy nie poznał, co wywołuje w nim pewną frustrację oraz poczucie braku miejsca na świecie. Jednak wskutek pewnego wypadku traci słuch. Mając pozostawioną książkę poświęconą muzeum i zakładkę księgarni, wyrusza do Nowego Jorku. Druga linia dotyczy głuchej dziewczynki Rose (debiutująca Millicent Simmonds), mieszkającej z ojcem-lekarzem. Ma ona obsesję na punkcie aktorki Lilian Mayhem (Julianne Moore), przez co ucieka z domu i wyrusza do niej. Czy jej się uda? I jak te dwie historie się łączą?

Te dwie opowieści wywołują początkowo konsternację swoimi przypadkowymi wpleceniami, pozbawionymi jakiegoś sensu. Jednak im dalej w las, tym Haynes jednak parę razy wykazuje się kreatywnością w przeplataniu czasem. Obydwie linie czasowe są zróżnicowane stylistyczne: lata 70. mają mocno funkową muzykę w tle oraz mocną zieleń i żółć w scenach nocnych oraz czarno-białe, pozbawione dźwięku kadry z lat 20. W tym drugim przypadku brakowało do szczęścia jeszcze plansz z wypowiadanymi dialogami, ale ponieważ bohaterka jest niesłysząca, brak dźwięku jeszcze bardziej pogłębia poczucie jej samotności oraz izolacji. Sama ta estetyka robi piorunujące wrażenie, zaś cudowna muzyka Cartera Burwella tworzy piorunującą mieszankę (szczególnie w historii Rose). Zaś zakończenie jest szczególnie poruszające i kreatywne.

Problem jednak w tym, że te dwie opowieści emocjonalnie nie angażują zbyt mocno. Bardziej mnie pociągał wątek Rose, ze względu na swoją stylistykę oraz zachwycającą Simmonds. Jej obecność przyciągała jak magnez i samą mową ciała wyrażała bardzo dużo. Nie oznacza to, że Fegley wypadł słabo czy nie dawał rady, wręcz przeciwnie. Ale jakoś ta historia kompletnie mnie nie zaangażowała mnie tak bardzo jak bym chciał.

Nie mogę złego słowa powiedzieć o braku ambicji Haynesa czy wizualnej estetyce, która pieści oczy i uszy. Jednak „Wonderstruck” sprawia wrażenie pustej wydmuszki, nie potrafiącej zaangażować emocjonalnie, a nawet wywołuje zagubienie oraz dezorientację. Chciałbym się polubić bardziej z tym filmem, jednak zwyczajnie nie potrafię, ale będę dawał szansę reżyserowi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Utrata równowagi

Coś się ostatnio namnożyło dobrych debiutów w naszym kraju. Po takich filmach jak „To nie mój film”, „Rzeczy niezbędne” czy animowany „Smok Diplodok” dołącza „Utrata równowagi”. Czyli ciężkie spojrzenie na środowisko aktorów, bez żadnego lukrowania i słodzenia.

Bohaterami są ostatniego roku, którzy szykują się do spektaklu dyplomowego. Wśród nich jest Maja (Nel Kaczmarek), która po wielu castingach, próbach przebicia się i dostania jakiejkolwiek roli zamiast rzucić tą profesję w diabły. Zamiast tego marketing i zarządzanie, a w przyszłości prowadzenie własnego baru niż pracowanie w nim. Sytuacja (może) jednak ulec zmianie, kiedy pięć miesięcy przed dyplomem pojawia się Jacek (Tomasz Schuchardt) – reżyser teatralny i decyduje się wystawić z nimi… „Makbeta” Szekspira. Problem jest taki, że kiedy on wcześniej ze studentami wystawił tą sztukę, jedna z aktorek (grająca Lady Makbet) popełniła samobójstwo. Nie ma to jak być w dobrych rękach reżysera, jednak tym razem ma być inaczej, a wszystkie próby są filmowane kamerą. Zaś Maja ma wcielić się w lady Makbet.

Debiutujący Korek Bojanowski podejmuje temat, który od paru lat rozpalał środowisko aktorskie, czyli mobbingu oraz toksyczności wobec aktorów przez „mistrzów”. Gdzie znajduje się granica między prowadzeniem aktora a manipulowaniem, znęcaniem się oraz upokarzaniem. A także jak ta dynamika odbija się nie tylko na jednej osobie, lecz na całym otoczeniu. Atmosferą i klimatem przypomina „Whiplash”, gdzie bardzo niejasna relacja uczeń-mistrz znajduje się w centrum. Doprowadzając do wewnętrznej rywalizacji, wrogości między Mają a pozostałą, wydawałoby się zgraną paczką. Reżyser zaskakująco prosto buduje intensywną atmosferę, nie tylko sporą ilością zbliżeń na twarz, stroboskopowymi światłami, ale też bardzo kreatywnie używając dźwięku (podczas paru dialogów zostaje wyciszone tło, dając większy ciężar) oraz montażowych cięć.

Wszystko brzmi to bardzo naturalnie, bez poczucia sztuczności, nadmiernej ilości ekspozycji oraz pewnych niedopowiedzianych rzeczy. Cały czas napięcie wisi w powietrzu, wszystko kręcone z dość sporą ilością czerni, psychologicznymi gierkami aż do mocnego finału. Każdy z aktorów tutaj daje z siebie wszystko, zaś w większości mamy tutaj mniej znane i ograne twarze, co działa zdecydowanie na plus. Jednak najważniejsza jest tutaj rewelacyjna para Nel Kaczmarek/Tomasz Schuchardt. Ona początkowo wydaje się sfrustrowana, bardzo niepewna siebie, jednak z każdą sceną zaczyna pokazywać prawdziwy pazur oraz bardzo sprzeczne emocje. Na ile w tym próba pozostania w porządku, a na ile egoizmu, odpowiedź trzeba wyszukać sam. Z postacią Schuchardta jest podobnie. Jego Jacek to bardzo charyzmatyczny, budzący sympatię twórca, jednak podczas prób jego twarz przypomina maskę, za którą kryje się niewiadoma. Oboje są niesamowici, tworząc absolutnie niezapomniane role. Z drugiego planu wyróżniłbym trzymającego poziom Mikołaja Matczaka (wiecznie spóźniający się na próby Kuba), świetną Angelikę Smyrgałę (Anka) oraz Oskara Rybaczyka (Piotrek, chłopak Mai), choć reszta też wypada co najmniej bardzo dobrze.

Bardzo mnie zaskoczyła „Utrata równowagi”. Jest zaskakująco drapieżna, intensywna i precyzyjna w swojej realizacji, z absolutnie cudownym aktorstwem. Nie uniknie porównań z innymi produkcjami w kwestii mobbingu w świecie artystycznym („Whiplash”, „Tar”) oraz sprowokuje do dyskusji, ale to także dramat, trzymający w napięciu niczym rasowy thriller.

8/10

Radosław Ostrowski

Prawdziwe życie aniołów

Podobno między ludźmi żyją anioły, a najwięcej jest ich w Krakowie. Przynajmniej tak uważał przez długie lata reżyser Artur „Baron” Więcek, odpowiedzialny m.in. za „Anioła w Krakowie”. Teraz po wielu wraca z nowym filmem, gdzie znowu są anioły, znowu gra Krzysztof Globisz. Jednak nie jest to trzecia część historii anioła Giordano, lecz mocno inspirowana historią Globisza opowieść o walce z chorobą oraz jak ważne jest w niej wsparcie najbliższych.

„Prawdziwe życie aniołów” dzieje się w niejako dwóch rzeczywistościach, ale obie łączy Adam (Krzysztof Globisz) – ceniony aktor i pedagog. W pierwszej, czyli prawdziwej mężczyzna pada ofiarą udaru, który doprowadza go do paraliżu połowy ciała oraz afazji (problemów z komunikacją za pomocą mowy). Próbuje mu pomóc żona Agnieszka (Kinga Preis), choć lekarze nie dają mu zbyt wiele nadziei. Jest jednak druga rzeczywistość, czyli świat tworzony w jego głowie. Tutaj pojawiają się odwiedzający go przyjaciele, pracownicy personelu szpitala, a w większości przestrzeń stanowią góry oraz góralska chata.

Więcek traktuje tą historię bardzo osobiście, chcąc oddać hołd swojemu przyjacielowi. I widać tutaj mocno wie rzeczy: że podchodzi do sprawy z szacunkiem oraz nadal czuć inspirację filozofią księdza profesora Józefa Tischnera. Czyli muszą pojawić się pewne proste, dla wielu może banalne, mądrości na temat życia oraz całej reszty. Na szczęście, reżyser potrafi odpowiednio zbalansować powagę z lekkością, jednocześnie nie zapominając o emocjonalnym ciężarze. Humor tutaj działa, choć sama opowieść brzmi jak jedna z tysiąca. To, co mnie skupiało moją uwagę to były sceny rehabilitacji oraz dziejące się w głowie Adama. Pojawiają się przebitki z przeszłości, moment samego udaru oraz miejscami surrealistyczne momenty. Przeplatane są wypowiedzi samego Globisza w kwestii afazji, wywiad w formie kwestionariusza czy scenki z… „Anioła w Krakowie”, co dodaje dodatkowego kontekstu. Nie brakuje też odrobiny mroczniejszych momentów oraz pretensji – nie tylko wobec okoliczności, lecz samego bohatera. Zbyt większa uwaga poświęcona karierze, bardziej „towarzyskie” życie – takie pęknięcia czynią naszego protagonistę bardziej ludzkim.

Jeśli chodzi o aktorstwo, „Prawdziwe życie…” to tak naprawdę Krzysztof Globisz Show i nic tego nie jest w stanie zmienić. Jego postać to wypadkowa jego samego z fikcyjną wariacją, zaś wplecione wypowiedzi z wywiadów czynią go o wiele bardziej pogłębionego niż mogłoby się wydawać (szczególnie w kwestii fascynacji afazją). Nawet jak nic nie mówi, to samą twarzą wypowiada bardzo dużo. Reszta postaci w zasadzie jest, co nie oznacza słabego występu. Kinga Preis jako żona prezentuje się solidnie, mieszając wsparcie, frustrację i determinację, zaś na drugim planie wybijają się przeuroczy Michał Majnicz (Józek) oraz pełen ciepła Jerzy Trela (Leon) w swojej ostatniej roli.

„Prawdziwe życie aniołów” to powrót reżysera Więcka do formy po długiej przerwie. Nie będzie to aż tak kultowe dzieło jak filmy o aniele Giordano, jednak Globisz absolutnie magnetyzuje na ekranie. Pozostaje mieć nadzieję, że uda mu się odzyskać zdrowie i będziemy mogli częściej go oglądać.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Diva Futura

Na pierwszy rzut oka włoska „Diva Futura” jest filmem o kręceniu pornografii. Jednak dzieło Giulii Steigerwalt jest czymś o wiele więcej, bo to historia niepoprawnego romantyka, pozbawiona pruderii i wulgarności, ale potrafi być dziwacznie nostalgiczna.

Całość oparta jest na książce Sandry Attanasio (Barbara Ronchi), która pełniła w firmie Diva Futura rolę sekretarki. A czy zajmowała się tytułowa firma? Prowadziła agencję do łowienia talentów, kręceniem filmów pornograficznych oraz prowadzeniem nocnych klubów ze striptizem. Za tym wszystkim stał niejaki Riccardo Schicchi (Pietro Castellitto) – młody facet, który od dziecka był zafascynowany kobietami. I nie chodzi tylko o czytanie świerszczyków czy podglądanie sąsiadek, ale o… jakby to ująć, poczucie estetyki oraz piękna kobiecego ciała. I dzięki niemu udało się „wypromować” parę znajomych twarzy jak Ilona Staller „Cicciorina” (Lidija Kordić), próbującą potem działać w polityce Moanę Pozzi (Denise Capezza) oraz swoją przyszłą żonę, Evę Henger (Tesa Litvan). I to z perspektywy całej piątki krąży ta opowieść – od wielkiej popularności aż do upadku oraz zamknięcia.

Reżyserka opowiada ta historią ze zdecydowanym poczuciem lekkości, wręcz jowialności oraz braku pruderyjności. Udaje się przekonująco pokazać realia epoki, czyli lat 80. i 90., kiedy jeszcze pornografia nie była aż tak dostępna oraz tak ostra. Wielu pewnie powie, że taka wizja jest zbyt romantyczna i marzycielska, ale trudno jej nie ulec. Tutaj robienie filmów dla dorosłych bardziej przypomina robienie sztuki w najbardziej elegancki sposób, jak to jest możliwe. Twórcy nie boją się pokazywać nagości, lecz nią nie szczują i nie czynią z niej głównej atrakcji. Bywa miejscami naprawdę gęsto od wydarzeń (całość przeplatana jest narracjami z offu, przeskokami czasowymi), gdzie sukces w tej branży wydaje się tylko pozorny. Doprowadza do wrogości, stygmatyzowania przez resztę społeczeństwa i poważniejszych kłopotów. Nie tylko z prawem, ale też ze zmieniającymi się regułami branży, miłością (paradoksalnie) oraz zderzeniem z rzeczywistością.

Mimo pewnego poczucia chaotyczności w narracji oraz różnych perspektyw, całość ogląda się zaskakująco przyjemnie. I nie chodzi mi tylko o kobiece ciała (choć to też – nie wstydźmy się tego), ale też bardzo stylowe zdjęcia, cieszącą oko scenografię oraz kostiumy. Steigerwalt ma bardzo mocne oko i wygląda to zjawiskowo, miejscami wręcz cukierkowo, budując lekko nostalgiczną atmosferę. Jak dodamy do tego kawał więcej niż dobrego aktorstwa (ze szczególnym wskazaniem przeuroczego Pietro Castellitto oraz pozostałą czwórkę pań), mamy cholernie porządny kawałek kina.

„Diva Futura” dla wielu może budzić skojarzenia z „Boogie Nights” Paula Thomasa Andersona, pokazując branżę porno w bardziej niewinny i – jakkolwiek to zabrzmi – uroczy. Co nie oznacza, że nie ma tutaj ciemniejsze strony tego biznesu. Bywa trochę chaotyczny i pozbawiony skupienia (pewnie jako serial byłby lepszy), niemniej potrafi parę razy uderzyć emocjonalnie. Jedna z większych niespodzianek tego roku.

7/10

Radosław Ostrowski

Szaleńczy zjazd

Każdy znał Michaela Ritchie jako reżysera dwóch części „Fletcha” oraz komedii „Złote dziecko”, czyli dzieł z lat 80. Dorobek Amerykanina jest jednak o wiele bogatszy, choć pod koniec bardziej skupiał się na telewizji. Niemniej realizował także kino sportowe, co pokazał już w swoim debiucie z 1969 roku.

„Szaleńczy zjazd” skupia się wokół amerykańskiej reprezentacji narciarstwa alpejskiego pod wodzą Eugene’a Claire’a (Gene Hackman). Grupka działa od paru lat, biorąc udział w różnych zawodach po Europie. Wskutek wypadku jednego z zawodników zwalnia się miejsce. Pojawia się w kadrze niejaki Dave Chappellet (Robert Redford). Cholernie uzdolniony zawodnik, co pokazuje na pierwszych zawodach. Zajmuje czwarte miejsce, jednak nie należy do zespołowych graczy. To zaczyna wywoływać poważne spięcia w drużynie, a jego forma bywa… niestabilna.

Sam film jest w zasadzie pełen różnych wątków, ale skupia się głównie na Chappelecie. I wierzcie mi, to nie jest facet budzący sympatię. To raczej prosty facet z bardzo dużym ego, dla którego liczy się tylko jazda. Nie ważne, czy sprowokuje kolegę do durnego ścigania się, niemal doprowadzając do zderzenia ze ścianą; będzie się wymądrzał czy próbował podrywać Carol (przepiękna Camilla Sparv). Nawet wracając do domu wydaje się jakby myślami gdzieś zupełnie indziej. Zupełnie jakby chcąc desperacko wyrwać się z małomiasteczkowego środowiska oraz rodzinnej farmy. Ale mamy po drodze jeszcze inne rzeczy: rywalizację z innymi zawodnikami, propozycja wsparcia nowych nart, obiecujący romans. Jakby debiutant chciał złapać kilka srok za ogon i chciał podążyć we wszystkie kierunki.

Trzeba jednak przyznać, że sceny zjazdów narciarskich nadal potrafią robić wrażenie. Ritchie sięga po niemal dokumentalną formę: kamera czasami wręcz nie nadąża za zawodnikiem, z dwa razy obraz jest przyspieszany. Jednak najbardziej imponujące są ujęcia zjazdów pokazane „z oczu”. Wtedy słychać tylko szuranie nart (a przy pierwszym zjeździe Dave’a nawet słychać jego dyszenie i łapanie oddechu), obraz jest niestabilny, zaś adrenalina potrafi podskoczyć w górę. Dorzućmy do tego kreatywny montaż (pokazanie ostatniego momentu zjazdu przez ekrany telewizorów), a dostajemy zapadające w pamięć momenty.

Wszystko to trzyma na swoich barkach jeszcze młody Robert Redford. Już rozpoznawalny aktor bardzo przekonująco pokazuje swojego zbyt pewnego siebie Dave’a, choć wiele swoich emocji nie wyraża słowami. Sporo tutaj w jego wykonaniu milczenia, co mówi więcej niż jakiekolwiek słowo. Najdobitniej to czuć przy rozmowie z Carol czy w szpitalu. Z drugiego planu najbardziej wybija się tutaj Gene Hackman w roli trenera, choć jest ona zaskakująco drobna. Niemniej on też ma swoje momenty jak konfrontacja z Dave’m po wypadku jednego z zawodników. Mocna i soczysta kreacja.

Z dzisiejszej perspektywy „Szaleńczy zjazd” może wydawać się zagubiony w tym, co chce opowiedzieć. Z tego powodu tempo jest bardzo nierówne, wątki pojawiają się i znikają, przez co czasem ciężko się skupić. Niemniej wygląda świetnie, jest dobrze zagrany, zaś sceny narciarskie nadal mają potężną dawkę energii. Ciekawe, czy byłby lepszy, gdyby nakręcił go – jak początkowo planowano – Roman Polański, ale na to pytanie odpowiedzi nie poznamy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Cyrk straceńców

Na pierwszy rzut oka w przypadku filmu o skoczkach spadochronowych można spodziewać się dzieła skupionego na popisach kaskaderskich. Ale „Cyrk straceńców” okazuje się zupełnie innym doświadczeniem niż oczekiwania. Czy to dobrze czy źle – musicie się sami przekonać, postaram się pokazać swoje spojrzenie.

Było ich trzech, w każdym z nich inna krew… – tak można opisać naszych bohaterów. Weterana Mike’a Rettiga (Burt Lancaster), bardzo rozgadanego Joe Browdy’ego (Gene Hackman) oraz młodego Malcolma (Scott Wilson). Razem występują jako skoczkowie, wykonujący powietrzne popisy kaskaderskie i z tego zarabiają. Kasa nie jest jednak duża, sława też niekoniecznie, więc dlaczego to robią? Teraz trafiają do małego miasteczka, skąd pochodzi najmłodszy członek ekipy. Jednak chłopak od dawna nie czuje się związany z tą okolicą. Wszyscy trzej zamieszkują u wujostwa Malcolma, Elizabeth (Deborah Kerr) i Allena (William Windon) Brandonów. Kobieta wpada w oko Mike’owi, co wywołuje pewne komplikacje.

Za kamera stanął John Frankenheimer, który w latach 60. był płodnym twórcą. Zaczynając od politycznych thrillerów („Przeżyliśmy wojnę”, „Siedem dni w maju”) przez więzienny dramat („Ptasznik z Alcatraz”) po kino sportowe („Grand Prix”). Tutaj pozornie jest to opowieść o powietrznych akrobatach, ale tak naprawdę to dramat obyczajowy, który skupia się na psychologicznych portretach. Zderzenie małomiasteczkowej społeczności z pozornie bardziej wyzwolonymi mężczyznami. Jednak każdy z nich jest zupełnie inny – od wrażliwego młodzieńca z bardzo mroczną przeszłością przez bardzo rozgadanego szołmana, żyjącego tu i teraz aż po wyciszonego weterana. Ale mają pewną wspólną cechę (poza pasją) – każdy wydaje się mierzyć ze śmiercią. Czy jest to próba zaspokojenia adrenaliny, a może tylko w ten sposób czują się wolni. A może chodzi o coś zupełnie innego? Reżyser bardzo powoli przygotowuje bohaterów i nas do kaskaderskiego szoł, ale w powietrzu wisi coś jeszcze. W końcu pani domu wydaje się być znudzona swoim monotonnym, niespełnionym życiem, zaś Mike pierwszy raz od dawna zaczyna czuć coś więcej. Tylko czy zaryzykuje?

Bo wydaje się, że o to tak naprawdę chodzi Frankenheimerowi. O pokazanie, co to znaczy podejmować ryzyko oraz jaka może być za to cena. Najdobitniej wybrzmiewa to w trzecim akcie, gdzie widzimy naszą trójką wykonującą kaskaderskie popisy. Lotnicze zdjęcia zrobione m. in. przy użyciu kamer przyklejonych do hełmów potrafią zrobić wrażenie, a jednocześnie czułem, że całe to szoł może skończyć się tragicznie. Jest sporo zbliżeń na twarze i – jako osoba cierpiąca na lęk wysokości – czułem przerażenie. Świetnie zagrana rzecz, gdzie moim faworytem jest Gene Hackman. Pełen energii, niemal ciągle w ruchu, pełniący rolę takiego menadżera. Sprawia wrażenie nieustraszonego, jednak to wszystko fasada. Stonowany Lancaster nawet nie mówiąc wyraża wszystko i ma bardzo silną prezencję, zaś Wilson uzupełnia ten duet.

Bardzo delikatny i niedoceniony film w dorobku Frankenheimera. Choć może wydawać się powolny oraz nudny, to pod powierzchnią kryje się coś o wiele ciekawszego i głębszego. Niemniej wymaga on sporo cierpliwości, by dotrwać do ekscytującego trzeciego aktu, który wynagradza tempo.

7/10

Radosław Ostrowski

Bogini Partenope

Czego można oczekiwać po kolejnym filmie Paolo Sorrentino? Pięknych lokacji, refleksyjnych i głębokich dialogów oraz poczucia utraconego, szybko przemijającego czasu. Nie inaczej jest w przypadku „Bogini Partenope”, od której nie mogłem oderwać oczu. I nie tylko oczu.

W starożytnej mitologii Partenope była morską syreną, której śpiew doprowadzał statki do rozbicia o skały. Partenope to także dawna nazwa Neapolu, założonego przez Greków w VIII wieku przed naszą erą i gdzie toczy się akcja filmu. Tytułowa Partenope urodziła się w 1950 roku na tamtejszej plaży wyspy Capri. Jako nastolatka jest – jak zresztą każdy w tym wieku – bardzo ciekawa świata, budząc jednocześnie fascynację oraz pożądanie swoją urodą. W końcu decyduje się pójść na… antropologię, po drodze poznając różnych ludzi i odkrywając życie.

„Partenope” wydaje się na pierwszy rzut oka inicjacyjną opowieścią wchodzenia w dorosłość. Tylko, że Sorrentino rozpisują swoją opowieść na kilkadziesiąt lat, skupiając się głównie na latach 60. i 70. Nie brzmi to może jak coś oryginalnego, ale reżyser tworzy bardzo intrygujący krajobraz. Skupiony wokół Neapolu (drugi raz po „To była ręka Boga”), tym razem wszystko pokazuje z perspektywy kobiety. Pozornie wydaje się to wszystko ciągiem mniejszych lub większych epizodów, gdzie nasza bohaterka zaczyna poznawać życie. Ale jeśli spodziewacie się szalonej zabawy formą z „Wielkiego piękna” (nie dałem rady tego obejrzeć do końca, ale może dam drugą szansę) czy „Młodego papieża”, możecie się bardzo rozczarować. Więcej jest tu momentów wyciszenia, klimat bardziej melancholijny (słychać to w instrumentalnej muzyce, zdominowanej przez trąbkę), mimo wręcz namacalnego gorąca oraz niemal pocztówkowych krajobrazów.

Im dalej w film, tym bardziej Partenope zaczyna fascynować i zderzać się z rzeczywistością. Niejako weryfikuje ona jej plany i refleksje. Od potencjalnej kariery aktorskiej przez spotkanie z mocno cynicznym, ostro pijącym pisarzem (cudowny epizod Gary’ego Oldmana), zniszczoną przez operację plastyczną aktorkę czy bardzo wycofanego i doświadczonego wykładowcę aż do specyficznego biskupa. Wszystkie te momenty (niektóre bardzo zakręcone jak „wielka fuzja”) pozwalają naszej bohaterce poznać różne oblicza życia. Młodość jednak z czasem zaczyna ustępować mądrości, jednak całość nie wybrzmiewa tak gorzko jakby się można spodziewać.

Jeśli chodzi o aktorstwo, to absolutnie nie ma się do kogo przyczepić. Wraca jeden z etatowych aktorów Włocha, Silvio Orlando tym razem w roli profesora Marotty, będącego kimś w rodzaju życzliwego mentora. Równie wyrazisty jest Peppe Lanzetta, którego biskup wydaje się znawcą nie tylko wszystko, co duchowe, lecz także fizyczne. Całość kradnie w drobnej rólce Gary Oldman, mając nawet kilka minut na ekranie tworzy bardzo pociągającą i pełną smutku literata. Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie absolutnie zjawiskowa Celeste Dalla Porta w roli tytułowej. Jest zjawiskowo piękna i wydaje się bardzo inteligentna, jednak cały czas jej myśli pozostają nieodgadnione, stając się coraz bardziej fascynująca. Nie można oderwać od niej oczu i wyczekiwać, jaki tym razem ruch wykona.

„Bogini Partenope” niby jest tym, czego należało się spodziewać po Sorrentino, ale inaczej rozkłada akcenty. O wiele bardziej czuć tu melancholię i poczucie przemijania, nadal jest bardzo refleksyjny oraz piękny wizualnie. Coś czuję, że jeszcze do tego Neapolu wrócę i to prędzej niż się wydaje.

7,5/10

Radosław Ostrowski

The Brutalist

Raz na jakiś czas pojawia się film, po którego seansie odbiera mi mowę. Słowa wydają się kompletnie drobne, słabe, nieoddające sprawiedliwości, ale spróbuję podzielić się wrażeniami z najnowszego filmu Brady’ego Corbeta „The Brutalist” (nazywany też przez niektórych „Brutalistą”, choć w kinach tytuł nie został przetłumaczony). 10 nominacji do Oscara i Srebrny Lew za najlepszą reżyserię na MFF w Wenecji zawiesiły poprzeczkę bardzo wysoko.

Cała historia skupia się wokół Laszlo Totha (Adrien Brody) – węgierskiego Żyda, który został rozdzielony ze swoją żoną i siostrzenicą. W roku 1947 emigruje do Stanów Zjednoczonych, by zacząć wszystko od nowa i znaleźć american dream. Udaje mu się zatrudnić u swojego kuzyna Attyli (Alessandro Nivola) w jego firmie meblarskiej. Ale w końcu naszemu Laszlo los wydaje się uśmiechać – do ich firmy przychodzi Harry Van Buren (Joe Alwyn) i daje im zlecenie na renowację domowej biblioteki. Ma to być niespodzianka, ale nagle pojawia się Harrison Lee Van Buren (Guy Pearce) i jest strasznie wkurzony widząc to miejsce. Ostatecznie kuzyni nie dostają zapłaty, co psuje relacje między nimi. Trzy lata później Toth pracuje jako robotnik w Filadelfii, gdzie znajduje go Van Buren. Przeprasza go za swoje zachowanie, wręcza mu zapłatę i składa mu propozycję: zbudować w Doylestown centrum społeczno-kulturalne ku czci swojej zmarłej matki.

Corbet już od samego początku robi film w starym stylu, czyli epickich produkcji z lat 50. i 60. Całość trwa trzy i pół godziny, z uwerturą na początku, 15-minutową przerwą (intermisją) w środku oraz epilogiem na końcu. Jest to opowieść jednocześnie bardzo kameralna i intymna, a jednocześnie w ogromnej skali i monumentalna. Ubrana w konwencję kina biograficznego opowieść, mająca w sobie więcej warstw niż cebula w „Shreku”. Z jednej strony jest to droga imigranta do amerykańskiego snu, który staje się koszmarem i źródłem frustracji (ikoniczny już kadr ze Statuą Wolności pokazaną do góry nogami), z drugiej o artyście wyrażającym się przez swoją sztukę, z trzeciej o trudnej relacji między artystą a bogatym mecenasem (zderzenie wizji artystycznej z kapitalizmem). A z czwartej to portret złamanego przez traumy człowieka i jego obsesji, doprowadzającej do destrukcji.

To jest bardzo ambitne oraz poważne przedsięwzięcie, ale Corbet wsysa nas do tego świata. Ameryki lat 40., 50. i 60., która może i ma piękne krajobrazy, masę możliwości, ale to wszystko tylko iluzja. Ludzie pozornie są do ciebie pozytywnie nastawieni, ale traktują cię z wyższością klasową, finansową. To się zaczyna na Tocie odbijać, doprowadzając do kolejnych traum, upokorzeń, frustracji, wreszcie nałogów, mogących doprowadzić do destrukcji. Nie ma tutaj miejsca na ani jedną fałszywą nutę, nawet w dialogach czy przebijających się serwisach informacyjnych, o symbolice nie rzucającej się mocno w oczy nie wspominam. Wizualnie jest to olśniewające doświadczenie: od bardzo długich mastershotów z kamerą bardzo blisko bohaterów (sam początek na statku, gdzie słyszymy list i jakieś dźwięki, a początkowo obraz jest niewyraźny) przez imponujące krajobrazy włoskich gór po monumentalne wnętrza budowanego dzieła. Równie imponująca jest także scenografia i kostiumy z epoki oraz bardzo płynny montaż z kilkoma perełkami (time lapse pokazujący przebieg budowy).

To wszystko by razem nie zadziało, gdyby nie absolutnie rewelacyjne aktorstwo. WSZYSTKICH. Od drobnych epizodów (włoski przyjaciel w wykonaniu Salvatore Sansone; Isaach de Bankole jako poznany w pracy Gordon) po kluczową trójkę bohaterów. Bardzo zaskoczyła mnie Felicity Jones jako Erszebeth Toth, która pojawia się dopiero w połowie filmu. Pozornie wydaje się słaba, obolała (porusza się na wózku), naznaczona wojennymi traumami, ale ona ma w sobie wewnętrzną siłę, znosząc z godnością wszelkie ataki. Niesamowity jest Guy Pearce w roli Harrisona Van Burena. Pozornie sprawia wrażenie eleganckiego, oczytanego dżentelmena, doceniającego kunszt i talent u innych. Jednak pod tą fasadą skrywa się człowiek o zmiennym charakterze, hipokryta oraz bigot, z którego wyłażą prostackie, wręcz chamskie wypowiedzi. Ale tak naprawdę liczy się absolutnie wybitny Adrien Brody w roli Totha. Już sama jego postura pokazuje człowieka zniszczonego przez wojenne traumy (wychudzony, zaniedbane włosy), pełnego bólu i nieszczęść. Jednak im dalej w las, tym więcej widzimy jego twarzy: bezkompromisowego artysty, zagubionego nałogowca, bardzo tęskniącego i szukającego akceptacji. O wiele bardziej złożona niż (dość zbliżona) rola Szpilamana z „Pianisty”.

Jakim cudem taki film jak „The Brutalist” powstał, jest zdumiewające. Tym bardziej, że film kosztował niecałe 10 milionów dolarów, osiągając o wiele więcej niż dużo droższy (i podobny tematycznie) „Megalopolis” Francisa Forda Coppoli. Pozornie prosty, ale bardzo skomplikowany, zdyscyplinowany, złożony oraz spektakularny. Dzieło, o którym będziemy mówić przez następne dekady – tego jestem pewny. Kino kompletne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Here. Poza czasem

Był kiedyś taki czas, że filmy Roberta Zemeckisa były dla mnie sporym wydarzeniem. Żaden inny reżyser nie był tak blisko bycia drugim Stevenem Spielbergiem, który potrafił zarówno zaangażować emocjonalnie oraz zachwycić kolejnymi technologicznymi sztuczkami. Ostatnimi czasy jednak twórca „Powrotu do przyszłości” za bardziej się skupia na aspekcie technologicznym, gdzie postacie oraz emocje zanikają. Czy tak będzie w przypadku adaptacji komiksu Richarda McGuire’a?

here2

Sam pomysł jest prosty i frapujący – kamera cały czas stoi w jednym miejscu, zaś akcja toczy się na przestrzeni kilku milionów lat. Czyli od czasów prehistorycznych, gdy nie było jeszcze Amerykanów przez XVIII wiek z nieślubnym synem Benjamina Franklina aż do czasów dzisiejszych i czarnoskórą rodziną. Choć większość czasu spędzimy wokół Richarda (Tom Hanks) oraz przyszłej żony Margaret (Robin Wright) – z radościami i smutkami.

here1

Cała sztuczka polega na tym, że te historyjki są a) poszatkowane chronologicznie, b) dzieją się równolegle. Jak to możliwe? Za pomocą pojawiających się okienek niczym w komiksowych kadrach, które zostają ożywione na naszych oczach. Jest to jednocześnie siła i słabość „Here”. Z jednej strony trudno nie oderwać oczu od tych dziejących się rzeczy, ale z drugiej nie wszystkie wątki są aż tak angażujące. Przeplatanie się czasów zaczyna wywoływać dezorientację, próbując sobie przypomnieć kto jest kim oraz KIEDY jesteśmy. Niczym oglądanie rozbitych kawałków zwierciadeł i próba sklejenia ich. Gdy jesteśmy bliżej Richarda oraz jego familii (szczególnie rodziców granych przez Paula Bettany i Kelly Reilly), tym bardziej byłem zaangażowany. Są tu drobne perełki i piękne sceny (scena ślubu, urodziny czy ostatnie spojrzenie na dom przed sprzedażą), odmłodzeni komputerowo Hanks z Wright wyglądają naprawdę dobrze, zaś scenografia świetnie pomaga wejść w epoki.

here3

Zemeckis w „Here” nadal próbuje znaleźć tą równowagę, która wyróżniała jego najlepsze filmy. Niemniej udało się zrobić co najmniej interesujący, choć nie wykorzystujący w pełni swojego potencjału dzieło. Dobrze zagrane, z niezłymi dialogami oraz solidną realizacją.

6/10

Radosław Ostrowski