Minghun

Minghun według chińskiej tradycji to pośmiertne zaślubiny, gdyż osoby niezamężne w zaświatach są nieszczęśliwe. Dlatego trzeba po śmierci trzeba znaleźć oblubieńca/oblubienicę, znaczy się ciało. Wokół odprawienia tego rytuału krąży historia nowego filmu Jana P. Matuszyńskiego – najbardziej kameralna produkcja w dorobku, ale też zaskakująco rozczarowująca.

minghun1

Głównym bohaterem jest Jurek (Marcin Dorociński) – mieszkający w Gdańsku wykładowca, samotnie wychowujący córkę Masię (Natalia Bui). Kiedy ich poznajemy świętują chiński Nowy Rok razem z przyjaciółmi i znajomymi. Dziewczyna prosi ojca, by pojechać do koleżanek na noc. Następnego dnia okazuje się, że był wypadek, samochód wpadł w poślizg, zaś Masia… nie przeżyła. Jurek jest kompletnie rozsypany, próbując jednocześnie przygotować do pogrzebu. Wtedy przybywa teść, czyli dziadek Benny (Daxing Zhang), który próbuje doprowadzić do odprawienia w kraju minghuna. I tu zaczynają się tarcia.

minghun2

Sam film próbuje być bardzo wyciszonym dramatem psychologicznym, gdzie w tle mamy zderzenie dwóch kultur i dwóch światów. Problem jednak w tym, że scenarzysta Grzegorz Łoszewski nie wykorzystuje w pełni potencjału tej historii. Światopoglądowe zderzenie wydaje się być pozbawione iskry, choć ma parę momentów zaskakująco zabawnych (szukanie ciała w kostnicy czy pośredniczka, która… handluje organami). Podobały mi się także momenty, gdzie mamy przebitki na zdarzenia z przeszłości (córka grająca na cymbałach) czy chwile wyciszenia z kamerą obserwującą Jerzego. Ale im dalej w las, tym nie mogłem pozbyć się wrażenia, że coś za wygodnie to się wszystko układa. Jest zbyt wiele zbiegów okoliczności (córka ukrywała, że ma chłopaka – przy okazji, niedługo po śmierci dziewczyny umiera), zaś emocje robią sobie wolne i historia w ogóle mnie nie zaangażowała.

minghun3

Owszem, wizualnie to wygląda bardzo dobrze i niemal każdy kadr mógłby robić za tapetę, zaś Marcin Dorociński oraz partnerujący mu Daxing Zhang i Ewelina Starejki wyciskają maksimum ze scenariusza. Tylko, że ten scenariusz sprawia wrażenie kompletnie niedogotowanego, jakby to był zaledwie pierwszy szkic, dialogi ocierają się o pretensjonalność i wywołują zgrzyt, zaś zmiana nastawienia Jerzego mnie kompletnie nie przekonuje.

I to wielka szkoda, bo Matuszyński do tej pory nie rozczarowywał. „Minghun” to przykład niewykorzystanego potencjału na mocny, poruszający dramat. Warstwa wizualna nie jest w stanie zmyć całkowitej obojętności jaką przeżyłem w trakcie seansu. Pozostaje mieć nadzieję, że ta produkcja była wypadkiem przy pracy.

6/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna z igłą

Mieszkający w Polsce szwedzki reżyser Magnus von Horn stał się jednym z najciekawszych i najoryginalniejszych głosów naszego kina. Dlatego bardzo wyczekiwałem jego nowego dzieła, powstałego w koprodukcji z Danią i dziejącego się w tym kraju. Sam reżyser nazwał „Dziewczynę z igłą” baśnią dla dorosłych, co mnie zaintrygowało.

dziewczyna-z-igla1

Akcja dzieje się w Kopenhadze pod koniec I wojny światowej i skupia się na Karoline (bardzo dobra Vic Carmen Sonne). Dziewczyna pracuje jako szwaczka w fabryce, szyjąc mundury, mąż poszedł walczyć za kraj i tak marnie zarabia, że zostaje wyrzucona z domu. Do tego jeszcze zakochuje się w swoim szefie (Joachim Fjelstrup), co kończy się ciążą kobiety. Powinno już być lepiej, prawda? Nieprawda, gdyż przyszła teściowa do tego mezaliansu nie dopuści, co kończy się rozstaniem i zwolnieniem z pracy. Jeszcze wraca mąż, z mocno zdeformowaną twarzą, jednak Karoline wyrzuca go z klitki. Próbuje pozbyć się dziecka w łaźni przy użyciu igły, jednak wtedy poznaje Dagmar (rewelacyjna Trine Dyrholm). Ta nie tylko nie dopuszcza do amatorsko robionej aborcji, ale oferuje pomoc w oddaniu dziecka do adopcji. Mniej legalnymi kanałami, na co Karoline się zgadza. Mało tego, zamieszkuje u niej w domu pod sklepem ze słodyczami, stając się jej asystentką. Wtedy poznaje szokującą prawdę o swojej „przyjaciółce”.

dziewczyna-z-igla2

Jak można wywnioskować po tym opisie fabuły, nie jest to łatwy, lekki i przyjemny film. Von Horn pokazuje świat tak mroczny, ciężki i depresyjny, że chce się od niego odwrócić oczy. Wszystko wydaje się mniejszą lub większą pułapką, z której nie ma żadnej ucieczki, każda próba wyrwania się skazana jest na porażkę. To poczucie beznadziei potęgują absolutnie oszałamiające, czarno-białe zdjęcia Michała Dymka, które mocno czerpią z niemieckiego ekspresjonizmu. Sam miejski krajobraz z widokiem fabryk czy początkowa sekwencja z nakładającymi się twarzami zostają w pamięci na długo. Tak samo poznana tajemnica Dagmar i bardzo toksyczna relacja obydwu pań są emocjonalnymi bombami. Ta gorzka wyprawa ku otchłani ma pewne momenty światła, zaś zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące i oczyszczające.

dziewczyna-z-igla3

Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli nazwę „Dziewczynę z igłą” najlepszym filmem w dorobku Von Horna. Rewelacyjnie zagrany, bardzo silny emocjonalnie oraz niesamowity wizualnie obraz najciemniejszej strony człowieka. Obok „Strefy interesów” to było najbardziej porażające doświadczenie filmowe tego roku.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Joker: folie a deux

Pierwszy „Joker” to była jedna z największych niespodzianek roku 2019, który wykorzystał świat kina superbohaterskiego do stworzenia dramatu psychologicznego z fenomenalną kreacją Joaquina Phoenixa. Ponieważ zarobił on kupę kasę (ponad miliard dolców), były naciski na stworzenie ciągu dalszego. I po kilku latach reżyser Todd Phillips uległ, Joaquin Phoenix zgodził się wrócić, co oznaczało materializację kontynuacji. Tym razem miał to być… musical, co wywołało zaciekawienie oraz konsternację. Co ostatecznie z tego wyszło?

Wracamy do Gotham, gdzie Arthur Fleck (Joaquin Phoenix) czeka na proces sądowy za wielokrotne morderstwo, które popełnił jako Joker. Jego adwokat (Catherine Keener) liczy, że zamiast do więzienia trafi do szpitala psychiatrycznego na leczenie. Jednak prokurator Harvey Dent widzi to inaczej. W więzieniu mężczyzna nie jest traktowany zbyt dobrze, cela jest więcej niż ciasna, a strażnicy i współwięźniowie raczej go nie szanują. Wszystko się jednak zmienia, gdy poznaje ją – Harleen Quinzell (Lady Gaga). Wydaje się ona widzieć w nim coś więcej niż reszta, a to mocno zaczyna komplikować życie Flecka.

Drugi „Joker” to dziwna bestia i hybryda, która spolaryzowała wszystkich. Już sam początek w formie klasycznej kreskówki Warnera o Jokerze i jego cieniu pokazuje jedno: będzie równie poważnie jak poprzednio. Nie brakuje odniesień do poprzednika (co jest zrozumiałe – w końcu mamy proces), ale czy jest coś ponadto? Są tutaj wstawki musicalowe. Nie chodzi mi tylko o momenty, gdy Fleck nagle zaczyna śpiewać (podczas oglądania telewizji w więzieniu), ale przede wszystkim te dziejące się niejako w jego głowie. Bardzo kolorowe, ze scenografią niczym z klasycznych musicali oraz znanymi szlagierami. Problem z nimi miałem taki, że one wybijały mnie z filmu i burzyły atmosferę. Phillips bardziej interesuje się zderzeniem między Fleckiem a Jokerem (szczególnie jego odbiorem przez osoby z zewnątrz) oraz jak wpływa to na psychikę bohatera. Reżyser jednak ledwo ślizga się po powierzchni nie wchodząc do głębin, czyniąc „Folie a deux” strasznie przewidywalnym i pozbawionym zaangażowania.

Sytuacji nie jest w stanie uratować nawet porządne aktorstwo. Phoenix jako Fleck odnajduje się jak ryba w wodzie, do tego jeszcze tańcząc i śpiewając, co wychodzi mu zaskakująco lekko. On w zasadzie dźwiga ten film na swoich barkach, po raz kolejny nie zawodząc. Z kolei Gaga jako Quinzell jest dla niewykorzystana w pełni. W partiach śpiewanych oraz na początku filmu potrafi intrygować, jak łatwo obraca sobie naszego bohatera wokół palca. Można domyślić się, że to sprytna manipulantka z obsesją na punkcie Jokera, jednak w drugiej części filmu jej rola ogranicza się do siedzenia na sali i… tyle. Choć drugi plan jest spory, dla mnie najbardziej wybijał się świetny Brendan Gleeson (szorstki strażnik Jackie Sullivan), niezawodna Catherine Keener (mecenas Maryanne Stewart) oraz kradnący scenę Steve Coogan (cyniczny dziennikarz Paddy Meyers).

„Joker 2” nie jest filmem tak złym jak wielu mówi, ale nie jest też tak dobry jak bym chciał. Szanuję Phillipsa za podjęcie ryzykownego miksu gatunkowego oraz szukania nowych środków wyrazu. Nie zawsze ma równe tempo, a parę numerów musicalowych jest zwyczajnie zbędnych, jednak ma w sobie wiele dobrego. Intrygujące kino, nie pozwalające sobie na nudę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jedno życie

W przypadku takich filmów jak „Jedno życie” można sobie zadać pytanie: czy jeszcze jest sens opowiadać historie związane z Holocaustem? Bo powstała masa dzieł kultury, które wydają się ten motyw wyczerpać. A jednak filmy, książki czy komiksy dotykającej tej kwestii jak choćby zeszłoroczna „Strefa interesów”. Teraz pojawia się brytyjska biografia „Jedno życie”.

jedno zycie1

Bohaterem filmu jest Nicholas Winton (Anthony Hopkins) – emerytowany bankowiec, mieszkający gdzieś w małym miasteczku razem z żoną (Lena Olin). Jesteśmy w małym miasteczku w połowie lat 80., zaś sam dom pełen jest dokumentów, szpargałów, zapychających niemal całą przestrzeń. Jednym z tych przedmiotów jest stary album opisujący jego działalność w Komisji ds Uchodźców z Czechosłowacji. Kiedy jako młody bankier (Johnny Flynn) zorganizował transport żydowskich dzieci, które uciekły z zajętego przez nazistowskich Niemiec kraju Sudetów do Pragi. Problemem była jednak kwestia biurokracji, działająca niezbyt szybko, kiedy w każdej chwili granica czechosłowacka może zostać zamknięta. Więc czasu jest niewiele, a sporo ludzi do ocalenia. Jednak poza nim nikt nie zna tej historii, bo też nikogo nie interesuje. Do chwili, gdy przekazuje album zajmującej się kwestią Holocaustu Elizabeth Maxwell (Marthe Keller) i to zmienia wszystko.

jedno zycie2

Film oparto na wspomnieniach opisanych przez córkę Wintona, Barbarę, zaś reżyserią zajął się James Hawes. I jest to jego fabularny debiut, gdyż wcześniej tworzył odcinki do takich seriali jak „Doctor Who”, „Czarne lustro”, „Penny Dreadful”, „Alienista” czy „Kulawe konie”. Historię poznajemy dwutorowo: teraźniejszość przeplata się ze scenami z czasów Pragi, ale wszystko jest bardziej stonowane, pozornie wyciszone i nie pędzące na złamanie karku. Reżyser nie idzie na łatwiznę w pokazywaniu zarówno trudnych warunków działania Komisji, ich walki z biurokracją i czasem, ale też z prześladującym Nicolasa poczuciem winy, że zrobił zwyczajnie za mało. Jeśli spodziewacie się walenia pięścią w stół, podniosłych dialogów czy heroicznych scen w hollywoodzkim stylu, to trafiliście pod zły adres. Co nie oznacza, że „Jedno życie” nie angażuje – tylko robi to, w bardziej subtelny, delikatny sposób, by emocjonalnie uderzyć. Zarówno w momentach przygotowania dokumentów, odjazdów pociągu z dziećmi czy niezapomniana chwila w telewizji. To tylko pokazuje, że aby walczyć ze złem nie zawsze trzeba używać siły fizycznej, lecz charakteru oraz determinacji.

jedno zycie3

Technicznie jest to tylko (lub aż) solidna robota, bez żadnych fajerwerków czy jakiejkolwiek zabawy formą (poza dwutorową narracją czy szybką zbitką montażową w sprawie szukania wsparcia dla sprawy). To jest zaskakująco kameralna historia, odtwarzająca realia zarówno lat 30., jak i 80. w kwestii scenografii, kostiumów czy rekwizytów. Solidna, fachowa robota.

A wszystko podparte jest na świetnych rolach. Zaskoczyła mnie Helena Bohnam Carter wcielająca się w matkę Nicolasa, będąca wsparciem dla jego działań (mocna scena rozmowy z urzędnikiem). Absolutnie cudowny jest Johnny Flynn jako młodsza inkarnacja Wintona. Początkowo idealistyczny facet z bogatej rodziny, który zostaje zderzony z brutalną rzeczywistością, co doprowadza go do przemiany z zdeterminowanego, pełnego zaangażowania społecznika. Niby wydaje się bardzo opanowanym mówcą, jednak czuć intensywność oraz tą charyzmę, co zmusza do wysłuchania go. Jednak najbardziej ekran zawłaszcza potwierdzający swoją formę Anthony Hopkins. Już starszy Winton w jego wykonaniu to niepozorny facet, unikający bycie w jupiterach światła, pełen wyrzutów sumienia, a jednocześnie pełen empatii, ciepła. Znowu wszystko w sposób bardzo delikatny.

jedno zycie4

Film Hawesa jest trochę jak jego bohater: skromny, nie wyróżniający się z tłumu, trochę niedzisiejszy. A jednak pozostanie po seansie na trochę dłużej niż się wydaje. Takie tytuły przywracają nadzieję nie tylko w ludzi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Matecznik

2022 rok dla debiutującego reżysera Grzegorza Mołdy był bardzo ważny. Bo stworzył aż dwa filmy, choć tylko jeden miał premierę we wspomnianym roku. I nie była to „Zadra” o dziewczynie, co „chce być raperem, intencje szczere ma”. Tylko zrobiony z o wiele mniejszym budżetem „Matecznik”, mocno inspirujący się nową falą kina greckiego. Że da się czerpać z tego nurtu bez ślepego kopiowania pokazał „Eastern” z 2019 roku. Tutaj jest jednak trochę inaczej.

Wszystko toczy się w jednym mieszkaniu zwanym tu „mieszkaniem treningowym”. Dlaczego? Bo to ma być miejsce pozwalające przygotować się do życia w ramach resocjalizacji. To tutaj z poprawczaka trafia młodociany Karol (Michał Zieliński), zaś jego dokonania ocenia wychowawczyni Marta (Agnieszka Kryst). Pozornie nie dzieje się dużo, a Karol zaczyna zaliczać kolejne „zajęcia” jak choćby wychowywanie niemowlaka (nie prawdziwego, tylko lalkę). Wszystko jednak się komplikuje, kiedy kobieta wprowadza się do lokum. Zaś kolejne „regulaminowe” zadania są coraz bardziej niepokojące.

To jest ten typ filmu, który wielu doprowadza do szewskiej pasji, a nazywane jest „snujem, wydmuszką”. Bo intrygi czy fabuły jest tu tyle, co kot napłakał. To bardziej obserwowanie zachowań ludzkich w warunkach laboratoryjnych. Bez pośpiechu, w bardzo oszczędnych dialogach i statycznych kadrach. Poczucie obcości i dziwności potęguje równie minimalistyczna scenografia Niby nic niezwykłego się nie dzieje, ALE coś dziwnego wisi w powietrzu. Kolejne zajęcia i przygotowania kobiety (włącznie ze sprawdzaniem popędu seksualnego), gdzie relacja tej dwójki są bardzo niejednoznaczne. Od bycia opiekunką przez matkę aż po – nie wiem jak to ująć – zaborczość i kontrolę z przemocą w tle. Narasta to w sposób w zasadzie niezauważalny, z masą rzeczy dziejących się poza kadrem, wyciętych. Niedopowiedzeń jest tu więcej niż w jakiejkolwiek grze ze studia From Software, bo tam przynajmniej były jakieś drobne poszlaki.

Tutaj ta aura tajemnicy i niepokoju niby działa przez sporą część seansu, lecz z każdą minutą staje się ona coraz bardziej frustrująca. Mołda wydaje się konsekwentnie iść wyznaczoną przez siebie drogą i sprowokować do przemyśleń o „wychowywaniu”. Tylko, że „Matecznik” z czasem staje się coraz mniej jasny, zaś tajemniczość staje się nie do wytrzymania. Jest tu potencjał, nawet odrobina talentu i dobre aktorstwo, ale ostatecznie film nie satysfakcjonuje. Debiut ciekawy, lecz niespełniony.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Challengers

Jaki tenis jest, każdy widzi. Dwie osoby (lub pary) odbijają piłkę tak, by ci po drugiej stronie nie mogli jej odbić. Przy okazji jest dużo biegania oraz różnej maści odgłosów, bardziej budzących skojarzenia z sytuacjami w sypialni. Szczególnie wśród pań, ale nie o tym dzisiaj. Wokół tej gry toczy się akcja nowego dzieła Luki Guadagnino.

challengers1

Akcja „Challengers” toczy się w roku 2019 podczas lokalnego turnieju tenisowego w New Rochelle. Tutaj gra w finale dwóch już niemłodych zawodników. Wielokrotnie utytułowany Art Donalsdson (Mike Feist) oraz ciągle próbujący się przebić Patrick Zweig (Josh O’Connor) – obaj kiedyś grali razem w deblu jako juniorzy. Byli więcej niż dobrzy w te klocki, a wtedy na ich drodze pojawiła się ona – Tashi Duncan (Zendaya). 13 lat temu obiecująca tenisistka, ale teraz trenerka i żona Arta. Oraz była dziewczyna Patricka.

challengers4

Ja wiem, że ten zamieszczony opis brzmi jak fabuła z jakieś tandetnej telenoweli (jakby jeszcze wpisali, że dziewczyna to nieznana siostra jednego z chłopaków – byłoby bardzo w stylów brazylijskiego tasiemca). Ale reżyser i scenarzysta są bardziej cwani niż się to wydaje na pierwszy rzut oka. Sama historia opowiedziana jest na dwóch linia czasowych: podczas finałowego pojedynku oraz w ciągu 13 lat. Reżysera interesuje dynamika między tą trójką, napędzana przez rywalizację, pożądanie i pasję do tenisa. Problem jednak w tym, iż nikt z tego trójkąta nie jest kimś, kogo można całkowicie polubić czy sympatyzować. Niby jest to tylko rozmowa czy mecz, jednak podskórnie czuć napięcie.

challengers3

Szczególnie jest to widoczne podczas scen tenisowych. Z jednej strony są kręcone na szerokich ujęciach, gdzie widać obie strony, z drugiej jest tu sporo zbliżeń na detale (ruchy nóg, twarze) i budowanie napięcia. Jak jeszcze dodamy do tego agresywną techno-elektroniczną muzykę duetu Reznor/Ross oraz kapitalny montaż, dostajemy wręcz pełne ekstazy doświadczenie. Ale nic nie jest w stanie przygotować na ostatnie 15-20 minut, czyli tie-beaku. Guadagnino wtedy dosłownie szaleje – jest slow-motion, ujęcia POV, kort pokazany od dołu jakby tam było szkło czy pokazana perspektywa… piłeczki.

challengers2

Sam film działa dzięki absolutnie rewelacyjnemu trio. Kompletnie zaskoczyła mnie Zendaya, choć wielu zarzuca jej granie jedną, ciągle nabzdyczoną miną. Ale nie tutaj, sprawdzając się jako zafiksowana na punkcie tenisa zawodniczka, później trenerka, niejako przenosząc to zaangażowanie także na życie prywatne. Przez co sprawia wrażenie wyrachowanej, zimnej suki i zirytuje was. Równie wyraziści są Mike Feist i Josh O’Connor jako duet przyjaciół/rywali – pierwszy wyciszony, bardziej wrażliwy oraz skupiony, lecz powoli tracący siły; drugi bardziej pewny siebie, przekonany o swojej wyższości, cały czas przekonany, iż jeszcze ma szansę coś osiągnąć. Kiedy na ekranie są razem ta synergia nabiera większej intensywności niż większość thrillerów.

Nie będzie zaskoczeniem, jeśli uznam „Challengers” za najlepszy film Guadagnino do tej pory stworzony. Bardzo działający na wszystkie zmysły, intensywny, lecz bardzo elegancki i pociągający. Jeszcze nigdy zawody tenisowe nie wyglądały tak zjawiskowo, ale o tym trzeba się samemu przekonać.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mocny temat

Co jakiś czas pojawiają się filmy o tym jaką siłę ma i może jeszcze mieć dziennikarstwo. Nie chodzi mi o clickbaity, ślepe gonienie za sensacją, by nakład/oglądalność się zgadzała, ale czymś mogącym zmienić oblicze Ziemi, tej Ziemi. Dobra, z ostatnią częścią zdania przeholowałem, jednak rozumiecie co mam na myśli. Takie tytuły jak „Stan gry”, „Spotlight” czy „Czwarta władza”. Teraz do tego grona aspiruje brytyjska produkcja Netflixa „Mocny temat”.

mocny temat2

Cała historia skupia się na głośnym wywiadzie księcia Andrzeja (Rufus Sewell) z dziennikarką BBC Newsnight Emily Maitlis (Gillian Anderson) przeprowadzonym w pałacu Buckingham i transmitowany 16 października 2019 roku. Wszystko to pokazane z perspektywy producentki programu, Samanthy McAllister (Billie Piper). Co nie dziwi zważywszy, że film jest oparty na jej wspomnieniach oraz McAllister jest jedną z producentek filmu. Widzimy zarówno prowadzone negocjacje z reprezentantami medialnymi księcia, przygotowania do wywiadu czy zbieranie informacji na temat przyjaźni księcia z Jeffreyem Epsteinem. A także reperkusji tej rozmowy, która skończyła się kompromitacją członka rodziny królewskiej.

mocny temat3

Teoretycznie wszystko wydaje się być na miejscu: mocny temat, trio kobiet (producentka, dziennikarka i naczelna) doprowadzające do upadku, powolne odkrywanie zależności przy pomocy lokalnego paparazzi z Nowego Jorku. Wreszcie próba pogodzenia życia zawodowego z prywatnym Sam, która czuje się jakby nie była członkiem tej grupy. Niby wiele robiąca, lecz niedoceniana i uważana za bardziej odpowiednią do jakiegoś tabloidu. Problem jednak jest jeden i to bardzo istotny: kompletnie przeciętna realizacja. Wszystko jest zrobione w bardzo telewizyjny sposób, niby jest tu spore przywiązanie do szczegółów. Tylko to nie angażuje emocjonalnie w ogóle, cała historia jest strasznie płytka i jednowymiarowa, napisana po łebkach. Niby są jakieś zarysowane problemy Sam z wychowywaniem syna czy brakiem poczucia docenioną za swoją pracę, ale to wszystko bardziej zarysowane niż pokazane. Tak samo przygotowanie do wywiadu czy perspektywa samego Andrzeja na tą sytuację.

mocny temat1

Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest sama scena wywiadu. W tej jednej chwili mamy tutaj iskry, napięcie oraz nieporadne próby wybrnięcia z tego wszystkiego ze strony Andrzeja. To tutaj też Anderson i Sewell (bardzo dobrze ucharakteryzowani) wyciskają najwięcej ze scenariusza. Szkoda, że ta scena jest jedyną wartą uwagi w tym bardzo przeciętnym filmie. Aktorzy nie mają zbyt wielkiego pola do stworzenia postaci, a temat jest kompletnie zmarnowany. Wielka, wielka szkoda.

5/10

Radosław Ostrowski

Życie

Zawsze pojawiają się takie małe, skromne filmy z Wielkiej Brytanii, które niekoniecznie podbijają listy box office. Ale dla tych, co widzieli było to doświadczenie. Czy taki będzie też przypadek filmu „Życie” w reżyserii Olivera Hermanusa?

Akcja filmu toczy się w Londynie na początku lat 50., gdzie poznajemy niejakiego pana Williamsa (Bill Nighy). To mężczyzna w średnim wieku, pracujący jako miejski urzędnik, gdzie sprawy raczej się przedłuża niż wprawia w ruch. Mieszka z dorosłym synem i jego żoną, w zasadzie prowadzi dość monotonne, spokojne życie. Spokój jednak zostaje zaburzony, a wszystko przez wieści od lekarza. W dużym skrócie: zostało mu już bardzo niewiele czasu i czas zrobić życiowy bilans. Ten jednak nie wypada zbyt dobrze i pozostaje jedno pytanie: co dalej?

living1

Film jest remakiem filmu „Piętno śmierci” Akiry Kurosawy z 1951 roku, która ma status klasyka kina. Zarówno film i reżyser. Czy tak będzie w przypadku wersji pana Hermanusa? Ciężko mi powiedzieć, jednak ma na to zadatki. Sam film ma w sobie wiele melancholijno-refleksyjnego klimatu, gdzie na pierwszy plan wybija się poczucie zmarnowanego czasu. Bezsilność wobec przekazania najbliższym najgorszej wiadomości, porzucenie na pewien czas pracy, dostrzeganie drobnych detali. Ku mojemu zaskoczeniu, mimo sporej powagi i ciężkiego tematu, film jest zaskakująco lekki i niepozbawiony humoru. Jest to także zasługa dobrych dialogów, tempa oraz momentów wyciszenia, pozwalających lepiej poznać naszego bohatera.

living2

Jeszcze bardziej zaskakująca jest realizacja. Zdjęcia w formacie 4:3, mocno skupione na zbliżeniach twarzy podkreślają kameralność historii. Jednocześnie wszystko jest stylizowane na kino z lat 50. – kolorystyka, statyczna praca kamery, czcionka napisów w czołówce czy elegancka, symfoniczna muzyka. Jedyny twist ma miejsce w ostatnich 30 minutach, ale nie zamierzam go zdradzić. Powiem tylko, że to jedna z najbardziej poruszających scen w ostatnich latach.

living3

A wszystko trzyma to na swoich barkach trzyma Bill Nighy w roli Williamsa. Ten aktor znany jest ze świetnych ról drugoplanowych i bardzo rzadko pojawia się w głównej roli. Powinien to robić częściej, tworząc jedną ze swoich najlepszych ról. Na pozór bardzo flegmatyczna i powściągliwa jak (stereo)typowy Brytyjczyk, ze zmęczonym głosem niepodobnym do siebie. Ale w środku przez pewne mikrospojrzenia, drobne gesty powoli ta skorupa zaczyna pękać i dostrzegalna jest przemiana tej postaci. Bez popadania w patos czy górnolotność. Nighy’ego wspierają na drugim planie Aimee Lou Wood i Alex Sharp. Ona jest młodą urzędniczką, co zmienia pracę i tworzy zadziwiająco przyjacielską relację, z kolei on jest młodym, początkującym urzędasem, wchodzącym w całą tą procedurę. Nie można nie wspomnieć o świetnym Tomie Burke’u, czyli poszukującym weny pisarzu Sutherlanda, próbującego pomóc Williamsowi w dość hedonistyczny sposób.

living4

„Życie” to ten typ małego filmu, który może nie ma kosmicznego budżetu, efektów specjalnych, strzelania, pogoni i rozpierduchy, ale za to jest sporo serca oraz emocji. To bardziej kameralna, refleksyjna, elegancka i cicha historia o znajdowaniu sensu życia, nawet w ostatnim jego etapie.

7/10

Radosław Ostrowski

Pokój nauczycielski

Kolejny film o szkole i nauczycielach – co jeszcze można nowego opowiedzieć na ten temat? O tej dość trudnej relacji między tymi dwoma różnymi „plemionami”. Jak się okazuje można, co pokazuje przykład naszych sąsiadów zza Odry. Czyli nominowany do Oscara za film międzynarodowy „Pokój nauczycielski” w reżyserii Ilkera Cataka.

Akcja dzieje się w szkole podstawowej, a wszystko widzimy z perspektywy Carli Nowak (Leonie Benesch) – nauczycielki matematyki. Nauczyciele mają pewien poważny problem: w szkole dochodzi do kradzieży i nie wiadomo kto za tym stoi. Ciało pedagogiczne próbuje wybadać uczniów, jednak brakuje jakiś jednoznacznych dowodów. Pani Nowak w końcu próbuje ustalić na własną rękę i to doprowadza do bardzo poważnych reperkusji.

Więcej wam nie chcę zdradzać, bo to może zepsuć to jak ten film działa. Albowiem „Pokój nauczycielski” wręcz jest thrillerem, gdzie bardzo powoli, lecz konsekwentnie budowane jest napięcie. Razem z nauczycielką próbujemy ogarnąć tą sytuację, lawirując między nauczycielami, rodzicami i uczniami. Zaś odpowiedź na pytanie „kto za tym stoi” przestaje mieć znaczenie. Bliżej temu filmowi klimatem do… „Wątpliwości” Johna Patricka Shanleya czy niedawno widzianej „Anatomii upadku”, nie dając jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: jak zareagować w tej sytuacji? Tu nie ma łatwych odpowiedzi, a jedno działanie może doprowadzić do brutalnych konsekwencji: ostracyzmu, wrogości, frustracji, nawet przemocy. Poczucie tej atmosfery oraz klaustrofobii jeszcze potęguje bardzo oszczędna muzyka oraz zdjęcia w formacie 4:3.

Wszystko na swoich barkach trzyma Leonie Benesch, grająca bardzo stonowanie, a jednocześnie cały czas napięta jak struna. Bardzo drobnymi spojrzeniami wyraża bardzo skrajne emocji: od empatii przez wątpliwości (kapitalna scena na korytarzu) po silną, nie dającą wejść dzieciakom na głowę nauczycielką. Świetnie wypada także Leonard Stettnisch w roli jednego z uczniów, Oscara. Uczeń bardzo inteligentny, jednak wskutek pewnych wydarzeń zmienia się na gorsze. Wspólne sceny tej dwójki są mocne i intensywne w najbardziej zaskakujący sposób.

Dawno nie było tak mocnego i prowokującego do myślenia dramatu z Niemiec. Catak bardzo pewną ręką buduje poczucie niepokoju oraz napięcia godnego rasowego dreszczowca, pozostawiając z masą pytań po seansie. A to nie pozwala go tak łatwo wymazać z pamięci.

8/10

Radosław Ostrowski

Tyle co nic

Kolejny obraz polskiej wsi? Ten temat wydaje się tak samo przeżarty jak komedie sensacyjne z naszego podwórka na przełomie wieków pełne gangsterów i drobnych cwaniaczków. Więc co można nowego w tym temacie pokazać? Zadania tego postanowił podjąć się debiutujący reżyser Grzegorz Dębowski w filmie „Tyle co nic”.

Głównym bohaterem jest rolnik Jarek Martyniuk (Artur Paczesny) – lokalny przywódca społeczności. Próbuje pomóc rodzinie swojego przyjaciela, która zamieszkuje u niego w domu po pożarze. Próbuje dla nich zebrać pieniądze i załatwiać różne rzeczy. Jednak na wieść o tym, że lokalny poseł Lesław Kołodziej (Artur Steranko) zagłosował przeciw nim, bardzo szybko organizuje akcję. Czyli wjazd do jego chaty i wrzucenie gnojówki w środku z pomocą kumpli. Ale następnego dnia Jarka zgarnia policja na przesłuchanie. Okazuje się, że w kupie gnoju znajduje się… ciało zaginionego kolegi. Mężczyzna próbuje na własną rękę ustalić, co się stało.

Sądząc po opisie można byłoby się spodziewać, debiut Dębowskiego mógłby być kryminałem. I poniekąd nim jest, gdzie nasz bohater prowadzi własne dochodzenie. Ale im bardziej próbuje dotrzeć do prawdy, sprawa nie wydaje się zbyt oczywista. Niby społeczność wydaje się zwarta, lecz tak naprawdę każdy wydaje się żyć własnym życiem, z obojętnością wobec innych. Nawet najważniejsi ludzie na wsi: proboszcz i poseł kierują się swoimi interesami. A jednocześnie w okolicy ostatnimi czasy dochodzi do pożarów z powodu awarii instalacji elektrycznej. Zbieg okoliczności czy niekoniecznie? Im dalej w las, z każdą rozmową obraz nie jest zbyt jasny. A sama opowieść służy do pokazania życia we współczesnej wsi.

Jednak reżyser nie próbuje ani romantyzować tego obrazka, ani pokazywać go w skrajnie depresyjny sposób. Dębowski ogranicza się do roli obserwatora niczym w filmie dokumentalnym, z kamerą bardzo blisko twarzy, wieloma ujęciami z ręki oraz kompletnym brakiem ilustracji muzycznej. W „Tyle, co nic” wieś bardziej przypomina umieralnię, gdzie nie ma tutaj specjalnie przyszłości. Ani dla młodych ludzi, którzy nie chcą tu zamieszkać i prowadzić życia rolnika, ani dla samych rolników, wykorzystywanych cały czas przez innych. Nie ma tutaj jakiejkolwiek nadziei, co najmocniej wybrzmiewa w rozmowie między Jarkiem a posłem pod koniec filmu.

Szorstkość i realizm filmu potęguje także obsadzenie mniej rozpoznawalnych twarzy, bez wielkich nazwisk. Jedyną znaną mi twarzą był Steranko, który świetnie sobie radzi jako śliski polityk, jednak nie ma w tej roli niczego przerysowanego czy demonicznego. Widać w tej twarzy pewne rozgoryczenie z powodu nieodwracalnych zmian tego świata. Ale wszystko na swoich barkach trzyma fantastyczny Artur Paczesny. Jego Jarek to z jednej strony człowiek przywiązany do tradycji i dawnych wartości, jednak cały czas przebija się na tej twarzy smutek, przygnębienie i poczucie bezsilności. A to ostatnie doprowadza do gniewu, wyrażanego bardzo ostrymi wiązankami słów powszechnie uznanych za wulgarne. Niesamowita kreacja, która zostanie w pamięci na długo.

Smutny i gorzki film, któremu bardzo blisko jest do kina moralnego niepokoju. Bardzo naturalny i bez jakichkolwiek upiększeń pokazywany portret polskiej wsi, z soczystymi dialogami oraz świetnym aktorstwem.

7,5/10

Radosław Ostrowski