Kolor purpury

Już sama koncepcja wydawała się mocno absurdalna. Adaptacja powieści Alice Walker zrobiona w konwencji… musicalu? Historia o kobiecie, której życie pełne jest psychicznej i fizycznej przemocy (w tym kazirodztwo!) posklejana piosenkami oraz tańcami? Brzmiało jak koncepcja jakiegoś nawiedzonego gościa, tylko że… wcześniej powstał musical i to dość popularny na Broadwayu (grany 3 lata, a potem wznowiony). Do tego jako producenci film wsparli Steven Spielberg (reżyser poprzedniego „Koloru purpury”), autorka pierwowzoru Alice Walker, kompozytor Quincy Jones (autor muzyki do filmu 1985 roku) oraz grająca jedną z głównych ról w poprzedniku Orpah Winfrey. Więc teoretycznie powinno być dobrze, prawda?

Sama historia w zasadzie jest bardzo zbliżona. Podążamy za Celie (Fantasia Barrino), co mieszka na południu USA w Georgii razem z siostrą Nettie (Halle Bailey) oraz ojcem. Matka zmarła wcześniej, zaś ojciec zaczyna dobierać się do swoich córek. Do tego stopnia, że Celie dwukrotnie zachodzi w ciążę i zawsze dziecko zostało jej zabrane. I kiedy wydawało się, że nie może być gorzej, zostaje wydana za mąż. Przyszłym partnerem jest niejaki „Pan” (Colman Domingo), co posiada spory kawałek ziemi. Kiedy jednak ojciec kobiet chce się dobrać do Nettie, ta ucieka do siostry, lecz nie na długo.

Tym razem za kamerą stanął reżyser i raper Blitz Bazawule, bardziej znany jako Blitz the Ambassador. W zasadzie (z tego, co pamiętam) historia nowej wersji w zasadzie trzyma się oryginału. Jeśli spodziewacie się złagodzenia tonu i uniknięcia mrocznych tematów, zapomnijcie o tym. W końcu mamy psychiczną i fizyczną przemoc, upokarzania, ograniczanie woli kobiety, picie oraz coraz większe poczucie izolacji. Wszystko na przestrzeni ponad 40 lat, co widać (nie tylko przez informację na planszy). Wszystko płynie swoim zaskakująco wolnym rytmem, dając czas wybrzmieć tym mocniejszym scenom. Reżyser nie epatuje (wprost) okrucieństwem, ale nie unika tego tematu.

Jednocześnie przebija się tutaj odrobina światła w tym ponurym świecie, co jest zasługą dwóch drugoplanowych postaci: zadziornej i energicznej Sofii (świetna Danielle Brooks) oraz piosenkarki Shug Avery (kradnąca film Taraji P. Henson). Te dwie panie stoją w kontrze do wycofanej, osamotnionej Celie, pokazując jej drogę do samostanowienia o sobie. Więc dramatycznie i emocjonalnie ten film angażuje. Jak więc z partiami muzyczno-wokalnymi? Nie wywołują one zgrzytu jakiego się spodziewałem, bo są zrobione w bardzo eleganckim, starym stylu. Są wystawne w formie (szczególnie wykonywane przez Shug Avery w tancbudzie oraz w jej mieszkaniu), z prostą choreografią i chwytliwymi numerami, a nawet kreatywne wizualnie (czarno-biała scena z big-bandem czy przerobienie sklepu odzieżowego).

Czy była potrzebna ekranizacja musicalowej wersji „Koloru purpury”? Odpowiedź będzie zaskakująca, ale… TAK. Świetnie zaśpiewana i zagrana, nie traci nic ze swojego emocjonalnego ciężaru, zaś piosenki nie są wciśnięte na siłę. Energiczne, oszałamiające i miejscami mocne kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Strefa interesów

Czy potrzebujemy kolejnego filmu o Holocauście? Widzieliśmy już tyle historii we wszystkich możliwych formach, że temat ten może wydawać się eksploatowany do granicy możliwości: od perspektywy ofiar, osób próbujących im pomóc aż po samych katów. Można tu wspomnieć takie tytuły jak „Pasażerka”, „Lista Schindlera”, „Wybór Zofii”, „Życie jest piękne” czy „Chłopiec w pasiastej piżamie”. Więc pytanie o sensowność kolejnej historii z Zagładą w tle wydawało się bardzo istotne. Co takiego nowego postanowił zrobić brytyjski reżyser Jonathan Glazer?

„Strefa interesów” oparta jest (dość luźno) na powieści Martina Amisa i już sam początek ustawia całą atmosferę. Tytuł filmu bardzo powoli zanurza się w ciemności i przez parę minut jest mrok, okraszony jedynie dźwiękami oraz muzyką. A potem mamy zwykły obrazek: rodzinę nad rzeką, która spędza ze sobą czas. Dzieci się bawią, pływają, matka zajmuje się świeżo urodzonym dzieckiem, po wszystkim wracają do domu i wieczorem wszyscy kładą się spać. Następna dnia są urodziny głowy rodziny, Rudolfa (Christian Friedel). Dom jest spory, wiele rzeczy robi służba, zaś żona Hedwig (Sandra Huller) wszystko nadzoruje. Przy domku jest ogródek, mocno zadbany i pełen roślinności, otoczony sporym murkiem z drutami kolczastymi na górze. Tylko czemu nad nim widać jakieś budynki, wieżę strażniczą i czasem pojawia się jakiś dym?

Na to ostatnie pytanie odpowiedź jest zaskakująco prosta. Bo wiecie, gdzie jesteśmy i kim jest nasza rodzinka? Proszę Państwa, jesteśmy w roku 1943, rodzina nazywa się Hoss, zaś za murkiem znajduje się… Auschwitz – obóz koncentracyjny, gdzie pan Hoss pracuje jako komendant. Czujecie się… dziwnie? To dobrze, bo tak ma być. Reżyser podchodzi do tego tematu niczym naukowiec obserwujący pod mikroskopem owada czy jakiegoś innego insekta. I ta „normalność” dnia codziennego, ze zwykłymi pogaduszkami, wycieczkami dookoła pięknego lasu i rzeki (gdzie czasem przepływają ludzkie szczątki, co wymusza bardzo dokładną kąpiel) czy wizytą mamusi wydaje się czymś nierealnym. Jak był patrzył na kogoś imitującego człowieka, bardziej przypominającego pozbawioną emocji maszynę. Zupełnie jakby cała ta tragedia za murem, która nigdy nie zostaje nam pokazana, ale co jakiś czas przebija się dźwiękowo (strzał z broni, krzyki, wrzaski) lub pod bardziej schowanymi obrazkami (dym zbliżającego się pociągu czy widoczny nocą ogień z pieca).

Te ostatnie pojawiają się niezbyt często, jednak cały czas wszystko wydaje się takie niebezpiecznie namacalne, bez jakiegokolwiek wentylu bezpieczeństwa. Glazer najbardziej efektywnie na mnie działał, kiedy obraz i dźwięk rozjeżdżają się ze sobą. Gdzie proste czynności skontrastowane są z niepokojącymi odgłosami, gdzie opowiadana dzieciom na dobranoc bajka o Jasiu i Małgosi ilustruje sceny z dziewczynką, co przemyka się do obozu z owocami (ujęcia te kręcono z noktowizorem). Wszystko po to, by przypomnieć prawdę, jaką od dawna wypieramy ze swojej pamięci: ludzkiej strony zła. Bo ci naziści nie byli żadnymi kosmitami, nie wzięli się z powietrza, nie byli jakimś wytworem tajnych eksperymentów naukowych. Byli ludźmi takimi samymi jak my, co w żaden sposób nie uspokaja i jeszcze bardziej szokuje. Tak jak wrzucona pod koniec osadzona współcześnie sekwencja, tak wyrywająca z tego świata.

„Strefa interesów” zrobiła coś, czego nie czułem od bardzo dawna: takiego poczucia dyskomfortu i odrętwienia, że w momencie pojawienia się napisów końcowych NIE MOGŁEM wstać. A po wyjściu z sali nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Niby nic się nie dzieje, a fabuły jest tu jak na lekarstwo, ALE te obrazy, ujęcia i (przede wszystkim) dźwięki będą mnie jeszcze nawiedzać. Niemal dokumentalnie zrobiony horror, gdzie najbardziej przerażające rzeczy zostają ukryte.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bracia ze stali

W naszym kraju wrestling jakoś niespecjalnie się przyjął. Chyba nie przepadamy za mordobiciem, które jest wyreżyserowane i ustawione bardziej niż mecze piłkarskie (przynajmniej w niektórych krajach). Niemniej powstało kilka interesujących produkcji wokół tego sportu jak amerykański „Zapaśnik” z Mickeyem Rourkiem czy brytyjskie „Na ringu z rodziną”. Do tego grona dołącza nowe dzieło od studia A24, czyli „Bracia ze stali”. W przeciwieństwie do w/w tytułów ten film jest biografią, co już jest dość interesujące.

Historia skupia się na rodzinie Von Erich, której ojciec Fritz (Holt McCallany) walczył jako wrestler. A to były czasy, kiedy nie było jednej dominującej federacji jak WWF, tylko ten sport był popularny w skali lokalnej. Jednak mężczyzna nigdy nie osiągnął pasa mistrza świata, więc zrobił jedyną rzecz godną mężczyzny: swoje niespełnienie przelał jako pasję dla swoich synów: Kevina (Zac Efron), Michaela (Stanley Simons) i Davida (Harris Dickenson). Jest jeszcze Kerry (Jeremy Allen White), ale ten przygotowuje się do igrzysk olimpijskich w rzucie dyskiem. Trenował ich na swoich następców, a wszystko twardą i silną ręką. Wszystko wydaje się zmierzać w dobrym kierunku, jednak nad rodziną ciąży (rzekomo) klątwa, co przynosi tragiczne wydarzenia.

Jeśli jednak spodziewacie się stricte sportowego dramatu i skupienia się na karierze członków rodziny, to trafiliście pod zły adres. Reżyser Sean Durkin o wiele bardziej zainteresowany jest rodzinnymi interakcjami oraz rzekomą kwestią rodzinnej klątwy – kwestii stanowiącej tabu. O ile można to rzeczywiście nazwać klątwą. Wszystko pokazane głównie jest z perspektywy Kevina – najstarszego i najbardziej naiwnego z rodzeństwa. Ale to on jako jedyny zaczyna zauważać coś niepokojącego w tej rodzinie. Bo „Bracia ze stali” to z jednej strony portret powoli nabierającego krajowej popularności sportu, z drugiej o braterskiej więzi przesiąkniętej toksyczną męskością. O tyle trudniejszą do wychwycenia, bo nie jest ona fizyczna, lecz bardziej psychologiczną manipulacją. Ranking najbardziej lubianych synów, który w każdej chwili może się zmienić, niejako tresowanie (albo trenowanie) ich, szorstkość wobec nich czy nie pozwolenie na jakąkolwiek słabość (ból fizyczny, płakanie – nawet na pogrzebie). Wszystko tylko po to, by zadowolić głowę rodziny, a jakakolwiek porażka oznacza dezaprobatę. Widoczną tylko w spojrzeniach i mowie ciała, na którą reżyser zwraca najmocniej uwagę.

Durkin prowadzi swoją historię bardzo powoli, choć czasami pozwala sobie na przeskoki czasowe. Wrażenia robią same zdjęcia oraz odtworzenie realiów lat 70. i 80. (od świetnie dobranych piosenek, nawet jeśli ogranych jak „Don’t Fear the Reaper” Blue Oyster Cult czy „Tom Sawyer” Rush aż po scenografię czy materiały telewizyjne). Dużo jest tutaj ujęć pokazujących bohaterów z bliska (nawet bardzo bliska), co pozwala jeszcze bardziej wejść w ich psychikę, która coraz bardziej słabnie bez żadnego emocjonalnego wsparcia. Dlatego kolejne tragedie nie tylko są emocjonalnymi bombami (przynajmniej dla mnie), ale przyczyny okazują się przerażająco oczywiste oraz możliwe do uniknięcia. Jedynym dla mnie zgrzytem jest jedna zbyt sentymentalna scena, jakby wyrwana z zupełnie innego filmu. Wielu mogą się nie spodobać zbyt krótkie sceny na ringu, gdzie czasem kamera jest tak rwana i tak blisko, że nie widać zbyt dobrze samych walk.

„Bracia ze stali” stoją aktorstwem, które jest absolutnie fantastyczne. Kolejny raz zaskakuje Zac Efron i nie chodzi mi tylko o jego wielką muskulaturę, ale jak bardzo jest wyciszony. Jego bohater to taki łagodny olbrzym, który dostrzega pewne problemy w rodzinie, jednak jest całkowicie bezsilny w próbach ich rozwiązania bez wsparcia bliskich. Może ta rola wydawać się grana na jedną minę, jednak na tej twarzy maluje się masa emocji, które nie pozwalają zapomnieć tego występu. Ale jeszcze lepszy jest Jeremy Allen White jako ulubieniec ojca, Kerry. Wkręcony do wrestlingu po bojkocie olimpiady w Moskwie, coraz bardziej próbuje spełnić rolę ulubieńca, lecz wskutek poważnego wypadku wszystko się zmienia na gorsze, nasilając autodestrukcyjne zapędy. To najbardziej poruszająca i tragiczna postać z całej rodziny. Choć pozostali bracia, grani przez Harrisa Dickersona (najsilniejszy David) oraz Stanleya Simmonsa (najwrażliwszy z całego rodzeństwa, uzdolniony muzycznie Mike) są zepchnięci na dalszy plan, tworzą wyraziste i mocne postacie. Jednak największe wrażenie robi Holt McCallany jako twardy Fritz. Niby wydaje się kochającym, choć szorstkim w obyciu ojcem, którego napędza duma, niespełniona ambicja oraz ślepa wiara w bycie twardym za wszelką cenę. Mocna, wyrazista i naznaczająca swoją obecnością kreacja.

Fani kina sportowego mogą być rozczarowani „Braćmi ze stali”. Film Seana Durkina to mocny, choć bardzo delikatny dramat psychologiczny o konsekwencjach życia w toksycznej rodzinie. Gdzie ta toksyczność nie jest widoczna bardzo bezpośrednio i wyrwanie się z niej nie jest łatwe. Kolejna perła w dorobku A24.

8/10

Radosław Ostrowski

Anatomia upadku

Dawno nie mieliśmy na ekranie dramatu sądowego. Wiemy jak takie historie, gdzie mamy zderzenie dwóch wersji wydarzeń i sąd musi ustalić, co uznaje za prawdę. Jednak nowy film Justine Triet jest o wiele bardziej skomplikowanym przypadkiem.

Jesteśmy w domu gdzieś z dala od wielkiego miasta. Tutaj mieszka niemiecka pisarka Sandra Voyter (Sandra Huller), razem ze swoim mężem oraz niewidomym synem. W zasadzie mąż prowadzi remont domostwa (w tle puszczając „P.I.M.P.” 50 Centa), kiedy żona przeprowadza wywiad z nią. Ale hałas nie bardzo pozwala na przeprowadzenie rozmowy, więc umawiają się na inny termin. Syn Daniel po wykąpaniu psa idzie na spacer, zaś Sandra idzie do siebie. ALE jak chłopak wraca ze spaceru, to koło domu leży zakrwawione ciało ojca. Wypadek, samobójstwo czy… morderstwo? Sprawa nie wydaje się być jasna, a mimo poszlak rok później dochodzi do procesu.

No i zaczyna się absolutna jazda bez trzymanki. Triet jednak nigdzie się nie spieszy w pierwszym akcie, więc trochę na rozpoczęcie całej akcji. Być może za długo, by móc poznać jej wersję wydarzeń oraz wsparcia przyjaciela adwokata. Jeszcze podczas wizji lokalnej (albo jak sami nazywają rekonstrukcją) zaczynają pojawiać się pęknięcia w zeznaniach… syna. Ale sam proces to brutalna oraz bezwzględna walka, gdzie kwestia winy i niewinności zależy od… no właśnie, czego. Bo jeśli – tak jak sędziowie – chcecie poznać obiektywną, oczywistą, bezdyskusyjną prawdę lub reżyserka pokażę TĄ scenę, wyjaśniającą całą tą zagadkę, muszę was rozczarować. To pierwsze NIE istnieje w naszym świecie, to drugie w ogóle się nie pojawia. W zasadzie są tylko słowa, słowa i słowa. Same w sobie mogą nic nie znaczyć, JEDNAK umieszczenie ich w kontekście nabiera bardziej niepokojącego wydźwięku. I to wykorzystują obie strony sporu, zarówno prokurator (wykorzystanie fragmentu powieści oskarżonej sprzed kilku lat, by dopasować parę zdań do obecnej sytuacji), jak i obrońca.

A jeśli dodamy fakt, że oskarżona nie próbuje mizdrzyć się do opinii publicznej, jest bardzo wycofana i zdystansowana, to nie przemawia za bardzo na jej korzyść. Jeszcze musi bronić się w języku francuskim, którym nie posługuje się zbyt płynnie (o wiele lepiej idzie jej w angielskim). Triet powoli pokazuje skomplikowaną relację rodzinną, gdzie nie brakuje zarówno niespełnionych ambicji (mąż próbował pisać, ale porzucił pracę nad powieścią po kilku latach), zdrady, egoizmu oraz frustracji. Nic tu nie jest jednoznaczne, zaś kolejne zeznania (biegłych, psychiatry, policjanta) nie rozwiązują tej sprawy. W tych momentach „Anatomia upadku” staje się gęstym i intensywnym dramatem. Jak podczas sceny odtwarzania nagrania audio (kłótnia zostaje pokazana przez kamerę do momentu dźwięków szamotaniny) czy w chwili zeznań Sandry, kiedy podczas wypowiadanych słów znajdujemy się w samym domu. A jeszcze do tego całego tornada zostaje rzucony syn, który zaczyna poznawać rzeczy o jakich nie miał pojęcia.

Ten film by tak nie zadziałał, gdyby nie świetne dialogi i mocny scenariusz, ale przede wszystkim rewelacyjna Sandra Huller. Bardzo stonowana i wyciszona kreacja, gdzie wydaje się trzymać emocje na wodzy (szczególnie w sądzie). Nie udaje świętej, nie robi z siebie, przez co trudno ją polubić i nie pozwala nam wejść do swojej głowy. W bardzo rzadkich momentach pęknięcia tego obrazka, gdzie za pomocą mikrospojrzeń można coś odczytać. Tylko trzeba bardzo UWAŻNIE oglądać. Równie świetny jest Milo Machader Graner w roli nastoletniego Daniela, przechodzący najbardziej brutalny proces wchodzenia w dorosłość, a także Antoine Reinartz (prokurator) oraz Swann Arlaud (obrońca).

Czy „Anatomia upadku” jest zaskakującym dramatem sądowym? Raczej przypomnieniem, że prawda tak naprawdę zależy od naszej interpretacji i uprzedzeń, a nie samych faktów. A przez to cała ta historia po seansie zostaje mocno w głowie. Mimo dłużyzn i nierównego tempa, pozostaje frapującym oraz prowokującym do ciągłego myślenia tytułem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Śnieżne bractwo

Wiele razy słyszało się, że życie pisze niezwykłe scenariusze. Niektóre są wręcz trudne do uwierzenia, a nawet szokujące czy przerażające. Taka historia wydarzyła się jesienią 1972 roku, kiedy urugwajski samolot pasażerski rozbił się w Andach. Wśród pasażerów byli zawodnicy lokalnej drużyny rugby, którzy mieli rozegrać mecz oraz kilku członków rodzin. Łącznie ponad 40 osób, wliczając w to także członków załogi. Wielu zginęło od razu, a ocalali mieli poważny dylemat. Wokół mróz, żywności tyle, ile się znajduje w plecakach, żadnych leków, dookoła same góry. Jedynym bezpiecznym miejscem wydaje się wrak samolotu. Tylko ile można czekać na pomoc, nie mając też żadnego dostępu do radia. Głód i śmierć zaczynają doskwierać, co zmusi wszystkich do trudnych oraz poważnych decyzji.

Już ta historia była pokazywana przez filmowców. W 1993 roku amerykański producent Frank Marshall nakręcił „Alive, dramat w Andach” z Ethanem Hawkiem w roli głównej na podstawie reportażu Piersa Paula Reida. 30 lat później opierając się na książce non-fiction dziennikarza Pablo Vierzi tą opowieść postanowił przedstawić dla Netflixa hiszpański reżyser Juan Antonio Bayona. Nie będę porównywał obydwu filmów, bo jednego z nich nie widziałem i byłoby to nie fair.

Początek to takie krótkie wprowadzenie i poznanie naszych bohaterów. A po jakiś 15 minutach wsiadamy w samolot i… dostajemy mocny strzał. Sama scena katastrofy jest gwałtowna, nagła oraz brutalna. Dalej jest jeszcze ciężej, mroczniej i wrogo. Można powiedzieć, że to klasyczne kino survivalowe, gdzie śmierć wydaje się tańczyć nad ocalałymi, czekając tylko na złapanie kolejnego partnera. Natura dawno nie była tak nieprzyjazna, choć wygląda majestatycznie pięknie. Stoi to mocno w kontrze do bardzo ciasnej przestrzeni rozbitego samolotu – niby bezpiecznego (względnie), ale także będącego pułapką. Reżyser zmienia nastrój i atmosferę niczym w rollercoasterze: od nadziei i wiary w ocalenie (zauważenie latającego samolotu, dotarcia do uszkodzonego ogona, zbudowanie radiostacji) aż po beznadzieję, smutek oraz bezsilność.

Do tego całego miksu zostaje jeszcze wrzucona kwestia kanibalizmu. A tak, bo by przetrwać katastrofę ocaleni zjadali martwe ciała. Co wywołuje dość mocny podział oraz konsternację – czy to jest moralne (wielu pasażerów to ludzie wierzący), czy w ogóle taki wariant powinien być brany pod uwagę. A jeśli tak, jak to zrobić, by nie doprowadzić do obłędu? Ten dylemat jest najmocniejszym wątkiem tego filmu i pozostaje na dłużej. Od razu może uprzedzę, ze Bayona nie bawi się w tanie szokowanie czy pokazywanie makabrycznego procesu krojenia „mięsa”. Niemniej samo przetrwanie pokazane jest w bardzo sugestywny sposób, ze szczególnym wskazaniem na oszczędną scenografię oraz kapitalną charakteryzację. Widzimy jak mocno zmieniają się twarze od zimna, wszelkiego rodzaju strupy, blizny, wszelkie pokazywanie zmian fizycznych na ciele. Kupuję to bez poważniejszych zastrzeżeń.

Jeszcze bardziej pozwala w tą opowieść wejść zaangażowanie kompletnie nieznanych aktorów, w większości debiutantów. Aczkolwiek tutaj jest to broń obosieczna. Problemem nie są jednak aktorzy, tylko skupienie się reżysera na bohaterze zbiorowym. Niby w centrum znajduje się tutaj Numa Turcatti (Enzo Vongrincic), pełniący tutaj rolę narratora, ale tylko on zostaje najlepiej zarysowaną postacią. Nawet bardziej wyraziści jak Roberto Canessa, Nando Parrado czy Adolfo Strauch pokazywani są poprzez ich działania i czyni niż ich myśli. Ale to być może jest cena tego, że mamy tu aż kilkanaście postaci i nie każdy został przeze mnie zapamiętany.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Śnieżne Bractwo” pozostaje mocnym dramatem survivalowo-katastroficznym. Bardzo namacalny, miejscami naturalistyczny i – jak w najlepszych tego typu produkcjach – zadaje pytanie: co ja bym zrobił/a w takiej sytuacji? A dla mnie to jest dużo.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lekcja martwego języka

Zmarły 10 stycznia tego roku Janusz Majewski uznawany był za najlepszego twórcę kina retro. Czyli opowieści dziejących się w przeszłości, już nieistniejącej. Nie inaczej jest w przypadku pochodzącej z 1979 roku „Lekcji martwego języka” opartej na powieści Andrzeja Kuśniewicza. Sam film pozostaje troszkę zapomnianym dziełem, ale czy wartym uwagi?

lekcja martwego jezyka1

Akcja toczy się w małym miasteczku na Ukrainie pod koniec I wojny światowej. Tutaj komendantem posterunku jest porucznik Kiekeritz (Olgierd Łukaszewicz) – młody oficer, w zasadzie prowadzący bardzo monotonne zajęcia. A to przypilnuje rosyjskich jeńców, a to porozmawia z miejscowym leśniczym, a to zajmie się przyjeżdżającymi pociągami. Jednak nasz bohater ma dwa poważne problemy: melancholijną naturę oraz… coraz bardziej osłabiającą go gruźlica.

lekcja martwego jezyka2

„Lekcję martwego języka” można nazwać typowym snujem filmowym, gdzie fabuła wydaje się nie mieć aż tak istotnego znaczenia. Dla Majewskiego historia umierającego oficera jest pretekstem do pokazania odchodzącego raz na zawsze świata Mitteleuropy czasów Austro-Węgier. Wszystko na jakiejś prowincji z dala od wielkiej wojny, polityki czy bitew. Ale jednocześnie jest to świat bardzo pospolity, monotonny, pełen szarej codzienności. Tu wszystko płynie swoim rytmem, gdzie jest miejsce na badania, pogrzeby, wizyty cyrku czy przyjazdów pociągu. Esencja banalności, monotonni i szarzyzny, gdzie nasz bohater próbuje znaleźć jakikolwiek sens. Stąd zbieranie wszelkich dzieł sztuki, szukanie symboliki czy zwykłe rozmowy. Majewski nigdzie się nie spieszy, miejscami wręcz celebruje tą szarzyznę (niemal początek filmu z kamerą rozglądającą się po pokoju).

lekcja martwego jezyka3

Jedynymi wyróżniającymi się obrazami w „Lekcji…” są sceny retrospekcji, pokazujące jego walki na Ukrainie. Nakręcone na różowym filtrze, pozbawione dźwięku oraz bardzo ekspresyjną muzyką na pierwszym planie – intensywne, brutalne, destrukcyjne. Tutaj jeszcze bardziej podkreśla upadek imperiów oraz dawnych idei.

A to wszystko na swoich plecach trzyma największy specjalista od umierania w polskim kinie – Olgierd Łukaszewicz. Jego Kiekeritz to kolejna bardzo wyrazista kreacja człowieka, próbującego pogodzić się z odchodzeniem. Opanowany, bardzo wycofany, ale jednocześnie mający obsesję na punkcie śmierci. Wyczekuje momentu jej przyjścia jak kochanek, a nawet wywołuje to w nim ekscytację jak trzyma broń i decyduje o czymś życiu. Aktora wspiera równie barwna galeria ról drugoplanowych: dróżniczka (Małgorzata Pritulak), zawiadowca stacji (Zygmunt Malanowski), leśniczy (Gustaw Lutkiewicz) czy pielęgniarka (Irena Karel). Od reszty, niestety, pilnujący jeńców Woszko i potwierdza, że Juliusz Machulski na aktora się nie nadaje. Tak sztucznego głosu nie słyszałem od dawna.

lekcja martwego jezyka4

Sam Majewski wskazywał „Lekcję martwego języka” jako jeden z dwóch najważniejszych filmów w swoim dorobku. I nawet jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Melancholijny klimat, pokazujący odchodzący świat razem z jego postaciami, mentalnością i tradycją. Oraz jedną drobną śmiercią, która nic nie zmienia.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czas krwawego księżyca

Martin Scorsese – jeśli jesteś kinomanem i nie widziałeś żadnego z jego filmów, to nie jesteś kinomanem. 80-letni nowojorczyk ani myśli o przejściu na emeryturę i co parę lat przypomina o swojej obecności kolejnym filmem. Tym razem mamy do czynienia z mieszanką dramatu, westernu i… kina gangsterskiego. Czyli adaptacja książki non-fiction Davida Granna, która wkrótce będzie także dostępna na Apple Tv+.

Jesteśmy na początku lat 20. wieku XX. W hrabstwie Osage zamieszkali Indianie z plemienia… Osage’ów, których wypędzano z innych miejsc. Teraz osiedlili się na dobre, dostając gorszej jakości ziemię. Ale tak naprawdę to mieli wielkie szczęście, bo na ich terenach była… ropa naftowa. Indianie mieli prawa do eksploatacji ziemi, więc pieniądze zaczęły iść szerokimi strumieniami i mieli ogromne majątki. Tak wielkie, że wielu było stać na samochód z… białym kierowcą, a nawet na służących. Pewnie by żyli sobie spokojnie, ale wokół nich – niczym sępy – zaczęły krążyć chciwe, białe ręce. Najpierw zaczęli u nich pracować, by żenić się z ich kobietami. Wtedy niektórzy przedstawiciele (oraz przedstawicielki) plemienia zaczęli powoli umierać lub ginąć.

Właśnie w takich okoliczność do hrabstwa trafia Ernest Buckhart (Leonardo DiCaprio) – w czasie I wojny światowej był kucharzem piechoty. Facet nie ma zbyt lotnego umysłu, ale nie można mu odmówić ambicji oraz miłości… do pieniędzy. I jeszcze ma dobre koneksje, czyli wuja Williama Hale’a (Robert De Niro) zwanego „Królem Billem”. Nie ma w tym rejonie drugiego takiego człowieka, który byłby w takiej serdecznej przyjaźni z Osage’ami. Do tego jest zastępcą szeryfa, co daje mu spore możliwości. Jak załatwienie pracy siostrzeńcowi jako szofer i tak wpada mu w oko Mollie (Lily Gladstone). Do tego stopnia, że decyduje się z nią ożenić. Pytanie jednak czy bardziej kocha ją czy jej majątek?

„Czas krwawego księżyca”, choć osadzony w innych realiach, jest dziwnie znajomym dziełem w dorobku Scorsese. Mocno czuć tu echa „Chłopców z ferajny”, „Ulic nędzy”, a nawet… „Wilka z Wall Street”. Moralitet o chciwości, rewizjonistyczne spojrzenie na mit założycielski Ameryki oraz historia bezwzględnej zbrodni dla pieniędzy. Ale jeśli spodziewacie się thrillera, to nie macie czego tu szukać. Bo historię poznajemy z perspektywy sprawców i organizatorów tej zbrodni. Jak głęboko sięgała nitka intryg, manipulacji i jak biali byli „przyjaciółmi” Indian, a tak naprawdę eksploatowali ich majątek, kazali im płacić za swoje usługi więcej niż powinni oraz tuszowali swoje zbrodnie. A równolegle obserwujemy relację Ernesta z Molly, gdzie granica między miłością a oszustwem jest bardzo cienka. I to byłby najciekawszy wątek całej historii, tylko jest jeden problem. Czułem pewną obojętność wobec całych wydarzeń i najgorsze jest to, że nie umiem powiedzieć dlaczego. Czy to mój wewnętrzny wewnętrzny cynik, spodziewający się najgorszego po ludziach i potrafiący sobie wyobrazić znacznie bardziej okrutne, brutalne zbrodnie? Może już zbyt wiele widziałem podłości, wyrachowania i tego, co człowiek zrobił człowiekowi w imię własnego zysku, że już kompletnie się znieczuliłem? A może przyczyną jest coś innego?

Bo technicznie nie jestem w stanie się do niczego przyczepić: mamy przepiękne zdjęcia, dość płynny montaż (kapitalny początek niczym z kroniki filmowej), etniczno-bluesową muzykę oraz fantastyczne kostiumy i scenografię. Sam wygląd Indian z ich tradycyjnymi strojami oraz jak zaczyna się asymilować/tracić swoją tożsamość robi bardzo mocne wrażenie. Zaś samo zakończenie i finał robią taki strzał z liścia, że głowa mała. W czym pomaga fenomenalna obsada. Robert De Niro wypada tu o wiele lepiej niż w „Irlandczyku” i jest znakomity w roli dwulicowego Hale’a – niby życzliwy, otwarty, przyjazny, a tak naprawdę wbija ci nóż w plecy, manipuluje, krętaczy. DiCaprio cały czas balansuje między byciem idiotą i sukinsynem, zaś czasami jego mimika przypominała… Jacka Nicholsona. Ale najmocniejszym punktem jest Lily Gladstone, która pojawia się rzadziej niż powinna i samymi oczami pokazuje wszystko, co powinniśmy o niej wiedzieć. Jej ból, udrękę i poczucie osaczenia pokazany jest bezbłędnie, a wielką szkodą jest fakt, że nie jest bohaterką tego filmu.

To jest ten typ filmu, który jestem w stanie docenić i szanować za podejmowaną tematykę oraz pójście pod prąd. Ale gdzieś po drodze zgubiłem zaangażowanie emocjonalne do tej okrutnej historii ludobójstwa. „Czas krwawego księżyca” wywołał we mnie większy niedosyt niż się spodziewałem po takim mistrzu jak Scorsese.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Chleb i sól

Czy znacie taki rodzaj filmu zwany snujem? To tego typu dzieło, gdzie w zasadzie fabuła to ciąg luźno (nawet bardzo) powiązanych scen, których łączącym elementem jest główny bohater lub bohaterowie. Przez co zazwyczaj wywołują we mnie (oraz paru osobach) poczucie znużenia i monotonii, a jednocześnie takie poczucie, iż twórcy kompletnie nie mieli pomysłu na tą historię. Jest to – najczęściej, choć nie zawsze – domena debiutantów oraz reżyserów z ambicjami „artystycznymi”.

chleb i sol1

Takie miałem wrażenie podczas oglądania debiutu reżyserskiego Damiana Kocura „Chleb i sól”. Bohaterem tego snuja jest niejaki Tymek (Tymoteusz Bies) – młody chłopak, co jest cholernie uzdolnionym pianistą. Tak dobrym, że uczy się w Akademii Muzycznej w Warszawie i dostał stypendium do Dusseldorfu. Na dwa lata, więc brzmi to super. Przed wyjazdem do miasta wraca do rodzinnego miasteczka na wakacje. A tam – zapracowani rodzice, równie uzdolniony muzycznie brat (Jacek Bies), co się do szkoły muzycznej nie dostał, starzy kumple z blokowiska, była dziewczyna. No i jest nowo zbudowana knajpa, gdzie kebab sprzedają, co prowadzi go dwóch imigrantów ze Wschodu.

chleb i sol2

Więc elementy fabuły mamy wyłożone na wierzchu i tak naprawdę tylko obserwujemy ludzi dookoła. Jest spokojnie, bujamy się z ekipą podczas zwykłych młodzików, co może nie są Bóg wie jak rozmowni i wygadani, ale wydają się naturalni. Dość zaskakujący jest format obrazu w kształcie kwadratu ze sporymi czarnymi paskami po boku. To wszystko buduje pewne poczucie izolacji czy wyalienowania, pasując do głównego bohatera. Niby z tych stron, ale jednocześnie czuje się bardzo inny, obcy i nie widzi tu dla siebie miejsca. I jest to ubrane w dokumentalnym stylu, z masą bardzo statycznych kadrów, ograniczając się do bycia obserwatora. Bez żadnego osądu, komentarza i analizy.

chleb i sol3

Bo gdzieś tutaj czai się pewne napięcie oraz nerwowość, co może doprowadzić do konfrontacji. Bo nasi lokalsi nie zawsze potrafią zachować się wobec prowadzących kebabowy biznes. Gdzieś tam rzucony jakiś tekścik, wygłupy, wyzwiska. Jednak tragedia tutaj wisi w powietrzu, zaś nikt nie jest tutaj jednoznacznie zły czy dobry. Nawet nasz Tymek patrzy na wszystkich z góry i w momentach, gdzie dzieje się coś nie tak nie reaguje. Choć może powinien. A wszystko zagrane przez kompletnych naturszczyków oraz naprawdę mocnym finałem.

chleb i sol4

„Chleb i sól” to jeden z tych lepszych polskich snujów, który przynajmniej wizualnie jest interesujący. Dialogi czasem są niewyraźne, zaś paradokumentalna stylistyka pozwala oczarować. Jednak trzeba głęboko wyłuskać sens tej luźnej historii, co wymaga sporego wysiłku. Czy warto go podjąć? Na to już musicie sami odpowiedzieć.

7/10

Radosław Ostrowski

Zielona granica

Chyba od czasu „Kleru” nie było filmu, który na naszym podwórku tak polaryzował, że swoje zdanie zaczęli wypowiadać ludzie najmniej kompetentni – politycy. Ostre i bardzo agresywne opinie wobec nowego filmu Agnieszki Holland padły jeszcze zanim tytuł trafił do kin, więc nie mieli jakiejkolwiek szansy (poza międzynarodowymi festiwalami). Co ewidentnie pokazuje jak gówno warte są ich słowa. A propos rzekomego spotu MSWiA przed seansem, to oglądałem film w kinie Helios, którzy stwierdzili (razem z siecią Multikino oraz Nowe Horyzonty), że urzędnicy mogą sobie ten materiał wsadzić i za ch***a go pokażą.

A o czym opowiada sama „Zielona granica”? O pograniczu polsko-białoruskim, gdzie Łukaszenka „podrzuca” imigrantów między innymi z pogrążonej wojną Syrii najpierw do swojego kraju, by potem podesłać pod granicę z Polską. Dlaczego? By sparaliżować Unię Europejską i zalać nią uchodźcami, których nikt nie chce przyjąć. Więc kiedy oni trafiają do naszego kraju (a to było ze 2-3 lata temu, gdy zaatakował… wirus nieznanego pochodzenia z Chin) Straż Graniczna wysyła z powrotem na Białoruś. I tak trwa ten pograniczny ping-pong do momentu, gdy uda się wymknąć pilnującym oraz się przedrzeć. Albo umrzeć od pałek, psów i kopniaków pograniczników z obu stron.

To jest jedna z części składowych tej historii, gdzie ważną rolę odgrywają jeszcze dwie postacie. Niedawno mieszkająca w okolicy psycholożka Julia (Maja Ostaszewska) oraz nowy pogranicznik Jan (Tomasz Włosok). Oboje z różnych środowisk – ona bardziej doświadczona i owdowiała, on wyczekujący dziecka i świeżo wysłany na teren. Jest jeszcze w tym miksie grupa wolontariuszy zwana Granicą, którzy pomagają tym, co się przedarli przez granicę i ukrywają w lesie (czyli strefie zamkniętej).

Holland prowadzi te różne nitki fabularne, by pokazać bezradność, obojętność i brak odpowiedzialności osób u władzy. I w to wszystko zostają wrzuceni ludzie oszukani, wiedzeni snami o lepszy życiu w bardziej „pokojowej” Europie, która ich nie chce i ma ich głęboko w dupie (pamiętacie, co się działo na włoskiej Lampeduzie?). Ale z drugiej strony są pewne oddolne inicjatywy jak Granica, którzy pomóc i upubliczniać wszystkie podłości robione przez Straż Graniczną. A ci goście nie są zbyt dobrze sportretowani, choć najbardziej pogłębionym reprezentantem jest Jan. W dość (niestety) rzadkich scenach widać jak czuje się z tym niewygodnie i jakie wywołuje to frustracje. Wszystko w czarno-białych zdjęciach, które tylko podkreślają beznadzieję tej sytuacji.

Jednak mam problem z tą polifoniczną narracją, bo przeskoki między wątkami wywoływały dezorientację. Z tego powodu nie wszystko ma aż taką siłę rażenia jak mogłoby być, bo zbyt często mamy tu syntezę oraz spore przeskoki. Co powoduje, że pewne wątki poboczne (pacjent Bogdan, pogranicznicy) wydają się zapychaczami. Problemem może też być walenie wprost pewnych kwestii o charakterze społeczno-politycznym, ale dla mnie ta „toporność” działa. Bo są takie sytuacje, gdzie trzeba coś powiedzieć otwartym tekstem i to mi nie przeszkadzało. W przeciwieństwie do bardzo monotonnej muzyki, która w zasadzie jest tym samym smęceniem wiolonczeli.

A także jest to bardzo dobrze zagrane. W uchodźców wcielają się mniej znane twarze i bardzo dobrze, bo to kompletnie nie rozprasza, choć na mnie największe wrażenie zrobił Mohamad Al Rashi (dziadek) oraz Jawal Altawir (Bashir). Z naszego podwórka kolejny raz błyszczy Maja Ostaszewska, tworząc mieszankę spokoju, empatii oraz determinacji. Spokojna Julia zaczyna powoli zmieniać się w aktywistkę, co jest zasługą poznanych ludzi z Granicy (mocna Monika Frajczyk, solidny Piotr Stramowski i kradnąca ekran Jaśmina Polak) oraz obserwowanych wydarzeń. Po drugiej stronie jest także świetny Tomasz Włosok, choć chciałbym więcej czasu spędzić z tą postacią i mocniej pokazać jego doświadczenia z pracy. Nie brakuje znajomych twarzy w drobnych epizodach (Maciej Stuhr, Agata Kulesza, Magdalena Popławska, Sandra Korzeniak), a te są w najgorszym wypadku przyzwoite.

Od razu to powiem: „Zielona granica” to najlepszy film Agnieszki Holland nakręcony w tej dekadzie. Mocne, walące między oczy i pokazujące różne oblicza ludzi – od tych bardziej empatycznych po najpodlejsze instynkty oraz wszystko pomiędzy. I jeszcze jest epilog, który jest takim ironicznym komentarzem do całej sytuacji, ale o tym się przekonacie sami. Kino powstałe z wściekłości i poczucia bezsilności, które ma dotrzeć do sumień ludzi u władzy. Tylko czy kogoś z nich to obejdzie? Chciałbym powiedzieć, że tak. Bardzo chciałbym powiedzieć, że tak.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Śubuk

Pamiętam jaki ogromny ferment oraz piorunujące wrażenie zrobił na mnie film „Chce się żyć”. Dzieło Macieja Pieprzycy otworzyło wrota dla innych twórców do opowiedzenia historii rodzin z niepełnosprawnymi intelektualnie dziećmi. W zeszłym roku pojawiły się dwa filmy o tej tematyce – „Sonata” oraz „Śubuk”. I z tej dwójki ciekawsze jest dzieło Jacka Lusińskiego, który ostatnio zrealizował fantastyczny serial „Minuta ciszy”.

Akcja zaczyna się gdzieś na przełomie ustrojowym w jakimś dużym mieście, ale nie w Warszawie. Tutaj mieszka Marysia (Małgorzata Gorol), która zaszła w ciążę z milicjantem Darkiem (Filip Pławiak). Problem w tym, że ona nie chce mieć dziecka, lecz ucieka przed rozpoczęciem zabiegu. Wskutek okoliczności, w czym spory wpływ ma starsza siostra Marta, rodzi chłopca. Trochę wbrew sobie, bo nie da sobie rady zająć się nim i jednocześnie studiować. Ale po nagłej śmierci Marty wszystko się komplikuje. Sąsiedzi też nie pomagają, jednak nie to jest najgorsze – w przedszkolu chłopiec (Kubuś), delikatnie mówiąc, się nie odnajduje. Jest bardzo wycofany, nierozmowny i… agresywny. A jedynym wypowiadanym przez niego słowem jest „Śubuk”. Desperacko szukając przyczyny tej sytuacji zapada brutalny wyrok: autyzm.

Na pierwszy rzut oka ten film wydaje się prosty do zrobienia, wręcz samograj. No bo jest dramatyczna sytuacja, więc łatwiej sympatyzować z bohaterką (jeszcze łatwiej stosując emocjonalny szantaż), podkręcając kolejne wyboje na drodze i zderzenie z bezdusznym systemem. Dowalić śrubę beznadziei i dać promyk światła, z patosem i WIELKIMI słowami. No i zajebiście, nie? To by było jednak zbyt łatwe i zbyt proste podejście, czego reżyser wydaje się być świadomy. Dlatego idzie w stronę kina środka, czyli próbując zachować balans między powagą a humorem, bez popadania w stany mroczno-smutno-depresyjne i nie osłabiając emocjonalnego ładunku. Dzięki temu „Śubuk” tak angażuje, bez popadania w patos, moralizatorstwo czy skręcając w publicystykę.

Lusiński opowiada historię Marysi i jej syna od narodzin aż do matury, czyli bardzo spory kawałek. Czasem czuć skrótowość tej narracji, jednak relacja tej dwójki cały czas jest w centrum uwagi. Kolejne zderzenia z systemem, który jest kompletnie nieprzygotowany na takie sytuacje (szukanie przedszkola, interwencja policji czy stworzenie klasy integracyjnej). A mimo lat niewiele się zmieniło i jakoś się kurwa nie zanosi na poprawę. Szczególnie na polu edukacji społecznej czy podejścia urzędników i polityków. Chyba że samemu zdejmie się klapki z oczu, co najbardziej pokazuje przykład sąsiada (bardzo dobry Andrzej Seweryn). Początkowo pisze donosy i nie jest w stanie wytrzymać hałasów, jednak z czasem staje się silnym wsparciem dla dziewczyny.

To wszystko jednak by nie zadziałało, gdyby nie trzymająca na swoich barkach całość Małgorzata Gorol. Aktorka całkowicie zwraca uwagę, tworząc bardzo złożoną postać matki mimo woli. Widzimy jak zaczyna dojrzewać do roli opiekunki, pozostawiając za sobą swoje marzenia i ambicje: od poczucia przytłoczenia (mocna scena, gdy wykrzykuje pełnemu energii synowi, żeby przestał i próbuje go… udusić poduszką) oraz bezsilności aż po desperacki upór, niezłomność. Wszystko bez próby zdobycia na siłę sympatii widowni i pójścia na łatwiznę. Gorol wspierają w/w Seweryn, a także – wcielający się w synów – Wojciech Dolatowski i Wojciech Krupiński plus drobne epizody Aleksandry Koniecznej (dyrektor) oraz Marty Malikowskiej (Marta, siostra Marysi).

Są tu pewne drobne rysy (skokowa narracja, czasem powiedzenie pewnych rzeczy DUŻYMI LITERAMI czy finał z niby-dylematem), ale to w żaden sposób nie osłabia siły „Śubuka”. Reżyser Jacek Lusiński przyznał, że nakręcił ten film z gniewu i frustracji. To czuć od początku do końca, a jednocześnie jest on pełen empatii, wrażliwości oraz czułości. Tylko pozornie wydaje się to sprzeczne.

8/10

Radosław Ostrowski