Wilk – seria 2

Ten mini-serial Canal+ okazał się dla mnie sporym zaskoczeniem. Przynajmniej formalnym, gdzie pokazywane było życie młodych w quasi-alternatywnym świecie. Świecie, gdzie wskutek pandemii zostaje wprowadzony stan wyjątkowy i panuje dyktatura totalitarna. Jednak opowieść była bardzo kameralna, ograniczona do jednej przestrzeni i… bardzo krótka (najdłuższy odcinek nie przekraczał 15 minut). Więc tym większe było moje zaskoczenie, gdy Jan Dybus z Michałem Wojciechowskim zrobili w tym roku drugi sezon.

wilk2-1

Tym razem mamy zupełnie inna historię, która toczy się wokół trzech postaci: wpływowego ministra (Hubert Urbański), jego nastoletniej córki Igi (Waleria Gorobets) oraz mieszkającej z nimi Ani (Jessica Polak). Ta druga jest córką człowieka skazanego za handel bronią i – o czym reszta domowników nie wie – członkiem grupy buntowników, co są przeciw dyktatorskiej władzy. A tej nocy ma się stać coś, co może zmienić życie całej trójki.

wilk2-3

Sama historia jest w zasadzie wycinkiem większej całości, którą poznajemy dzięki narracji z offu oraz wielokrotnemu łamaniu czwartej ściany. Tutaj niemal każdy raz to robi, co wywraca percepcję, zaś zmienna perspektywa tylko uatrakcyjnia skromną i właściwie prostą opowieść. Nie brakuje tu soczystych dialogów czy świetnej pracy kamery (atak na radiowóz z perspektywy policjantów), która była już znakiem tej serii. Tak samo dobrze wypada aktorstwo, gdzie najbardziej znanymi twarzami są raper Bedoes (tatuażysta Janek) oraz Hubert Urbański. I ku zaskoczeniu wszystkich nie ma tutaj słabej roli, gdzie nawet drobne epizody wypadają dobrze. Na mnie wrażenie zrobiły młode dziewczyny, czyli Gorobets i Polak. Ta pierwsza jest niby zbuntowana i niby gardzi swoim ojcem, ale lubi swoje wygodne życie. Z kolei ta druga to idealistka, co wierzy w słuszność sprawy, lecz próbuje patrzeć szerzej.

wilk2-2

Nie mniej może wkurzyć bardzo otwarty finał, sugerujący kolejną część. Obyśmy się jej doczekali, bo ta wizja świata niebezpiecznie przypomina to, co się dzieje za oknem. Bo to zdecydowanie jedna z ciekawszych produkcji w dorobku Canal+.

7/10

Radosław Ostrowski

To wiem na pewno

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że widzicie braci bliźniaków gdzieś w knajpie jesienią 1990 roku. Thomas i Dominick – tak różni jak tylko się da. Pierwszy cierpi na schizofrenię paranoidalną, więcej czasu spędzał w szpitalu, zaś drugi próbuje nim się opiekować. Na tyle, na ile pozwala mu dorywcza praca (malarz domów). Ale dzień po wspólnym posiłku Thomas odcina sobie rękę. W publicznej bibliotece. Co wywołuje nie tylko ogromne poruszenie, lecz umieszczenie mężczyzny w… więzieniu o zaostrzonym rygorze, zamiast dotychczasowego ośrodka. Dominick podejmuje się desperackiej walki o wypuszczenie Thomasa.

Nie miałem nigdy styczności z reżyserem Derekiem Cianfrance’m, ale coś czuję, że ten mini-serial od HBO może zmienić tą sytuację. Ten krótki opis fabuły to punkt wyjścia do dużo głębszej, poważniejszej odysei. Trwająca około 40 lat historia braci bliźniaków oraz ich rodziny – matki i wychowującego ich ojczyma: przeszłość z teraźniejszością przeplatają się w przerażającym tańcu. Gdzie po drodze pada dość fundamentalne pytanie: kim jest jako człowiek i co sprawia, że jestem jaki jestem? Geny, wychowanie, przypadek, klątwa? Dlaczego w jednej rodzinie jeden syn jest „normalny” (cokolwiek to dzisiaj znaczy), a drugi psychicznie chory? To są bardzo ważkie, niejako egzystencjalne pytania, które wielu będzie sobie zadawać po obejrzeniu.

Powoli odkrywane są kolejne wydarzenia i sytuacje prowadzone przez offową narrację Dominika. Mężczyzna próbuje z jednej strony pomóc coraz bardziej paranoicznemu bratu, z drugiej jego życie to jeden wielki bajzel. Z każdym kolejnym odcinkiem dostajemy kolejne, bardzo mocne informacje i fakty, rzucające światło na bardzo trudną relację rodzinną. Zupełnie jakby los chciał za wszelką cenę dokopać, załamać i ukarać. Ale dlaczego? Czyżby pozostawiony przez zmarłego przed narodzinami braci dziadka pamiętnik (po włosku) miał dać część odpowiedzi? Wszystko się coraz bardziej gmatwa, komplikuje i dostajemy kolejne uderzenia.

To wszystko także jest zasługą świetnej realizacji technicznej. Zdjęcia w dużej części scen dialogowych skupiają się na zbliżeniach twarzy, co czyni serial jeszcze bardziej intensywnym, dramatycznym oraz… nieprzyjemnym doświadczeniem. I nie oszukujemy się: dla wielu ten serial będzie ciężkostrawną przeprawą, ale nie z powodu partactwa czy bylejakości. Po prostu to bardzo silny emocjonalnie tytuł, nie dający żadnego momentu na złapanie oddechu. A nawet jak się ten moment pojawia, to żeby przetrawić zebrane informacje. Wszystko to bardzo w klimacie „Manchester by the Sea”, tylko rozciągnięte do 6 godzin. I dopiero pod koniec serialu nie tylko dowiadujemy się wszystkiego, ale pojawia się cień nadziei. Szansy na wykorzystanie zdobytej wiedzy i doświadczeń do uporządkowania oraz stworzenia siebie niejako od nowa. Jednak co wydarzy się dalej, pozostaje kwestią otwartą.

A to, co mnie trzymało do samego końca jest wybitna (nie boję się użyć tego słowa), podwójna rola Marka Ruffalo. Dominick i Thomas są tak różni jak się da: pierwszy zdrowszy, bardziej energiczny oraz opanowany, drugi bardzo ociężały, z nadwagą, rozpędzonym wzrokiem oraz słowami pruje niczym serią z karabinu maszynowego. Nie mam kompletnie pojęcia jak te sceny zostały sfilmowane, ale każde ich wspólne pojawienie się (zbyt rzadkie) jest nieprawdopodobne. Ich młodsza inkarnacja grana przez Philipa Ettingera także wypada znakomicie. W ogóle drugi plan też jest fantastyczny, gdzie nie ma tutaj żadnych słabych punktów. Nawet pojawiający się w drobnych rolach Melissa Leo (matka) i Juliette Lewis (tłumaczka Nedra Frank) potrafią błyszczeć. Tak samo jak zaskakująca i dawno nie widziana Rosie O’Donnell (pracownica społeczna Lisa Sheffer) oraz wyciszona Kathryn Hahn (Dessa, była żona Dominicka). Każdy tutaj tworzy pełnokrwiste postacie, nawet w drobnych rólkach.

Wielu amerykańskich krytyków zarzuciło, że „To wiem na pewno” jest serialem zbyt depresyjnym do oglądania. Czy należy to jednak traktować jako wadę? Nie wszystkie produkcje MUSZĄ, a nawet powinny być pogodnymi, optymistycznymi historiami z nadzieją oraz wiarą w człowieka. Dzieło Cianrrance’a to wyprawa w mrok, pełna niepokoju, smutku i beznadziei, jednak jest w niej coś oczyszczającego. Dla mnie niesamowite doświadczenie, które należy bardzo powoli dawkować.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Osiem gór

Jest rok 1984 i do małego miasteczka nad górami przybywa z matką 12-letni Pietro – chłopak z Turynu. Tam poznaje jedynego dzieciaka w okolicy, Bruno. Powoli zaczynają się zaprzyjaźniać ze sobą i wspólnie spędzać czas w górach. To jednak tylko ma miejsce w wakacje, bo przez pozostały rok Pietro wraca do siebie. Podczas kolejnych wakacji rodzice Pietro oraz ciotka Bruno chcą, by ten drugi przeniósł się do miasta, na co Pietro reaguje wściekłością. Wskutek pewnych wydarzeń przyjaźń zostaje zerwana, a chłopcy spotykają się dopiero po ponad 20 latach. Potrzeba było do tego śmierci ojca Pietro oraz zapisanego w spadku kawałku ziemi w górach z wyniszczoną ruderą.

Belgijski reżyser Felix Van Groenighan dla wielu z nas najbardziej znany jest z filmów „W kręgu miłości” oraz „Mój piękny syn”. Tym razem wspierany przez swoją żonę Charlotte Vandermeersch wzięli na warsztat powieść Paolo Cognittiego (oczywiście, że jej nie czytałem). I jest to bardzo zaskakujący, spokojny film. Mówiąc spokojny mam na myśli, że nikt tu z niczym się nie spieszy, wszystko toczy się bardzo powolnym rytmem. Zupełnie jakbyśmy trafili do innego świata, gdzie na pierwszym plan wchodzi wręcz monumentalna natura oraz zachwycające krajobrazy Alp i – w dalszej części historii – Himalajów. Z jednej strony jest to film o męskiej przyjaźni – co najważniejsze, bez żadnych podtekstów czy wątku romansowego – ze wzlotami i upadkami. Nawet jeśli pojawia się dłuższa przerwa, nie oznacza jej nieobecności czy wymazania z istnienia. Z drugiej mamy też silną miłość do natury, wręcz przywiązania do swojego miejsca. I pod względem film Belga przypominał film „Wszystko za życie” Seana Penna. Niby wydaje podążać w oczywiste tropy jak relacja ojciec-syn, przyjaciel-przyjaciel czy kontrast miasto-wieś, ale to nie jest pokazane tak szablonowo jak można się było spodziewać.

Całą historie (zza offu) opowiada już dorosły Pietro, który – jak wielu w tym wielu – przechodzi kryzys egzystencjalny. I jak wielu z nas szuka swojej życiowej drogi oraz miejsca na ziemi. Tak jak Pietro, nie mający żadnej stałej pracy, w zasadzie niejako wegetujący bez dużego celu. Niby coś tam pisze, pracuje w kuchni, ale dopiero ponownie spotkanie z Bruno oraz budowanie domku w górach staje się katalizatorem zmian. Absolutnie niespodziewanych, pozwalających także poznać bliżej tych, których odrzucił (ojciec i jego pasja do gór) oraz znaleźć niejako siebie. Ale to wszystko jest takie bez przedramatyzowania, takie zwyczajne, mimo przeskoków czasowych. Do tego mamy jeszcze zachwycające wizualnie krajobrazy, wręcz monumentalne niczym czas trwania tego filmu (niecałe dwie i pół godziny) oraz – rzadko się pojawiającą – piękną muzykę Daniela Norgrena, która z wami na dłużej.

„Osiem gór” jest bardzo specyficznym, wyciszonym, wręcz medytacyjnym filmem o życiu i całej reszcie. Nie brzmi zachęcająco, ale dajcie filmowi szansę na zanurzenie się w pozornie zwykłym, a jednak bardzo niezwykłym świecie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Niezwykła wędrówka Harolda Fry

W każdym sezonie kinowym pojawiają się produkcje w dość ograniczonej dystrybucji (głównie w kinach studyjnych), czekające dla wielu kinomanów i poszukiwaczy czegoś, co nie jest blockbusterem. Czasami zyskują dość spory rozgłos, przez co sala potrafi być zapełniona po brzegi (przypadek „Powodzenia, Leo Grande”), ale na dzisiejszym seansie była garstka ludzi. Być może trzeba nieść słowo, by zachęcić widzów, a może tematyka wydaje się niezbyt zachęcająca. Spróbuję was przekonać, więc zacznijmy od początku.

Poznajcie Harolda Fry (Jim Broadbent) – starszego pana, mieszkającego z żoną (Penelope Wilton) i prowadzącego bardzo monotonne życie. Nic się już chyba nie może wydarzyć, a między nim i jego partnerką już coś zgasło. Ale pewnego dnia dostaje list od dawnej koleżanki z pracy, Queenie. Kobieta znajduje się w hospicjum w Berwick-upon-Tweed, czekając na śmierć od raka. Mężczyzna początkowo chce napisać kartkę ze słowami wsparcia. Pod wpływem impulsu dochodzi do wniosku, że sama kartka to za mało. I decyduje się do niej… iść – tak jak wyszedł. Czyli w stroju raczej do chodzenia się nie nadaje. Poza tym ma do pokonania 500 mil, więc co to za problem.

Na pierwszy rzut oka to historia prostego, szarego człowieka, który decyduje się zrobić coś wbrew sobie. „Niezwykła wędrówka…” budziła we mnie trochę skojarzenie z „Prostą historią” Lyncha, jednak to porównanie nie do końca pasuje. Jasne, obaj bohaterowie to starsi panowie i ruszają w daleką podróż, spotykając kilka postaci. Ale to tyle w kwestii podobieństw, bo „Harold Fry” ma o wiele cięższy ton i jest bardzo poważnym dramatem. W momencie wyruszenia w drogę, narracja zaczyna przebiegać dwutorowo – z jednej strony mamy Harolda i jego determinację, a z drugiej pozostawiona w domu żona, która (tak jak ja) nie rozumie jego decyzji.

I tutaj zaczyna się dziać coś dziwnego – reżyserka Hattie Macdonald powoli zaczyna dawkować okruchy historii Harolda. Robi to na dwa sposoby: albo jako retrospekcja, dziejąca się niejako w głowie bohatera podczas niezwykłej podróży, albo przy rozmowach żony z sąsiadem Rexem. Ta narracja dodaje Haroldowi zarówno głębi oraz większego ciężaru emocjonalnego, ale też pozwala mu zmierzyć się ze swoimi demonami przeszłości. Wszystko w niezwykle miejscami pięknymi krajobrazami angielskiej prowincji, grupką wyrazistych i bardzo życzliwych postaci oraz delikatną muzyką w tle (z cudownymi piosenkami Sama Lee).

Więcej wam nie zdradzę, bo ta wędrówka/pielgrzymka potrafi zaskoczyć. Przede wszystkim dzięki bardzo poruszającej, wspaniałej kreacji Jima Broadbenta – zaskakująco oszczędna i stonowana, a jednocześnie pełna empatii i ciepła. Kamera w wielu miejscach jest bardzo blisko twarzy Harolda, gdzie malują się bardzo sprzeczne emocje: od determinacji przez zwątpienie i ból. To wszystko tworzy bardzo wielowymiarową postać, niejako dominując cały ekran. Nie można też nie wspomnieć o Penelope Wilton, czyli Maureen, niejako krążącą w podobnych rejestrach co Broadbent. Nawet jak nic nie mówi, potrafi wyrazić swoją frustrację, samotność, próbując zrozumieć to dziwne postępowanie męża. Ich wspólne sceny rozmów przez telefon mają w sobie wiele angażujących chwil.

Trochę nie do końca rozumiem, czemu polski dystrybutor zmienił oryginalną pielgrzymkę na wędrówkę, jednak to jedyna poważniejsza wada dzieła Macdonald. Proste, skromne, czasami kontemplacyjne kino drogi w słodko-gorzkiej tonacji. Jeśli lubicie „Prostą historię” Lyncha, będzie wam bardzo po drodze.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

W dół kolorowym wzgórzem

Przemysław Wojcieszek to dość osobliwy twórca, choć od lat nie nakręcił żadnego filmu. Absolwent polonistyki zaczynał od napisania scenariusza do „Poniedziałku” Witolda Adamka, lecz następne scenariusze realizował sam. Czuć jeszcze było amatorską rękę, to jednak było w nich coś, co nie pozwalało odwrócić oczu. Nie inaczej jest w przypadku trzeciego filmu.

Bohaterem „W dół kolorowym wzgórzem” jest Rysiek (Dariusz Majchrzak) – młody chłopak, który właśnie wyszedł z więzienia. Był dwa lata za włam i wraca w swoje rodzinne strony, gdzie czeka na niego dziewczyna Agata (Aleksandra Popławska), brat Jarek (Rafał Maćkowiak) oraz gospodarstwo. Na miejscu okazuje się, że zmarły ojciec przepisał ziemię na Jarek, Agata hajtnęła się z Jarkiem, zaś gospodarstwo idzie na sprzedaż. Czyli nie jest zbyt kolorowo, ale Rysiu nie zamierza odpuścić. Tylko, czy może on cokolwiek zmienić?

W trakcie seansu rzucają się dwie rzeczy. Po pierwsze, film jest nakręcony na cyfrowej kamerze, co ma dać taki dokumentalny posmak. Po drugie, kamera mocno jest skupiona na zbliżeniach, detalach, gdzie krajobraz praktycznie nie istnieje. O miejscami bardzo słabo słyszalnych dialogach nie wspominam, ale to jest jedna z przypadłości naszego kina po 1989 roku (przed tą datą też). Ale sam film o czym jest? Jak wiele z młodymi ludźmi: o szukaniu swojego miejsca na ziemi, mimo niesprzyjających okoliczności. Czy zostać w miejscu, gdzie sama determinacja i wolna wola mogą nie wystarczyć na odmianę losu, czy może zostawić to wszystko i zacząć od nowa w wielkim mieście. Czy w ogóle można cokolwiek zrobić, skoro już wszystko zostało dawno ustalone?

Jest jeszcze sprawa związana z Agatą – jej zachowanie dla Ryśka jest niezrozumiałe i bohater próbuje odkryć jej tajemnicę. Dlaczego ożeniła się z jego bratem? Czemu go zostawiła w więzieniu? Tajemnicę jej reżyser bardzo powoli odkrywa, podrzucając zasłyszane informacje i w finale tworzy pełny obraz. Choć można odnieść wrażenie, że ta bohaterka jest jakaś niezdecydowana oraz motywacja jest niejasna, poznajemy kolejne warstwy tej postaci. Popławska potrafi być irytująca (kłótnia z rodzicami w jej wykonaniu zabrzmiała SŁABO), jednak ma w sobie coś pociągającego. Wyłania się z niej obraz zdesperowanej, szorstkiej i stąpającej twardo po ziemi osobie, ale jednocześnie wyrachowanej manipulantki.

No i czwarty wierzchołek tego kwadratu – lokalny gangster Tadek (zjawiskowy debiut kinowy Przemysława Bluszcza), dla którego gangu pracował Rysiek. To bardzo dziwna mieszanka męska jest: z jednej strony potrafi być bardzo do rany przyłóż. Bardziej sympatycznej twarzy nie zobaczycie, a w rozmowach z Rysiem bywa wręcz brutalnie szczery. Ale nie boi się nagle eksplodować i spuścić łomot. Bluszcz jest zdecydowanie najjaśniejszym punktem całej obsady, szczególnie w finale zawłaszczając cały ekran.

Niemniej „W dół kolorowym wzgórzem” ma parę poważnych wad. Technicznie szału nie ma, choć jest kilka pomysłowych ujęć jak konfrontacja braci w stodole pokazana z góry. Miejscami dialogi brzmią dość, hmm, literacko i teatralnie, przez co uszy mogą zaboleć. No i jeszcze dość monotonna muzyka grająca w tle. Z drugiej jednak strony czuć wiele serca i szczerości w tym portrecie życia na prowincji. Bez upiększeń, ale jednocześnie bez popadania w pesymizm, co jest rzadkim osiągnięciem.

7/10

Radosław Ostrowski

Aida

Coraz rzadziej zdarza mi się obejrzeć film, po którym nie wiem, co powiedzieć. Słowa i oceny sprawiają wrażenie zbędnych, niepotrzebnych dodatków, nie mogących w żaden sposób oddać sprawiedliwości. Ani wyrazić wszelkich emocji odczuwanych w trakcie seansu. Zwłaszcza jak dotyka się tak trudnego tematu jak ludobójstwo.

aida1

Akcja „Aidy” toczy się w roku 1995, kiedy od ponad 3 lat trwała wojna na terenie Bośni i Hercegowiny. Tytułowa bohaterka jest tłumaczką dla wojsk ONZ stacjonujących w bazie koło Srebrenicy. Tam zbliżają się Serbowie pod wodzą generała Radko Mladicia, którzy Bośniaków traktują jak wrogów numer jeden. Więc sytuacja staje się coraz bardziej napięta, jednak holenderskie siły ONZ wydają się bezsilne. Udaje się parę tysięcy osób umieścić do środka bazy, ale sytuacja robi się nerwowa. A sama Aida próbuje uratować nie tylko siebie (jako pracownica ONZ jest bezpieczna). Jednak co z mężem i dwoma synami, co zostali za barierą? Co zrobić, gdy zbliżą się ludzie Mladicia? Jak zareagują Holendrzy?

aida2

Jeśli znacie historię Srebrenicy, znacie odpowiedzi na te pytania. Ale reżyserka Jasmila Zbanić nie bawi się w kino batalistyczne, nie pokazuje politycznej strony konfliktu. Idziemy z tej najniższej perspektywy, czyli cywilów. Tych, co na wojnie dostają najmocniej, bezradni, bezsilni, zmuszeni do ucieczki. I idą tam, gdzie mieli być bezpieczni. Tylko czy naprawdę ktoś może pomóc. Już sam początek, czyli rozmowa burmistrza miasta z dowódcą oddziału ONZ pokazuje, że raczej nie pójdzie wszystko po myśli Bośniaków. Holendrzy ograniczają się do roli biernych obserwatorów, pozbawionych wsparcia swoich przełożonych. Bo ci (który to już raz?) woleli schować głowę w piasek i udawać debili, aby tylko nie ponieść za to odpowiedzialności. Za to bardzo pewny siebie Mladić (Boris Isaković) gra cudownie przywódcę, który jest w stanie wybaczyć Bośniakom ich winy i odstawić bezpiecznie do nowych domów. Zawsze z kamerą u boku, złotousty mówca, który wie jak wykorzystać propagandę do swoich celów. Jak mu nie wierzyć, że wszystko będzie ok?

aida4

Ale dlaczego w takim razie czuć tą fatalistyczną aurę? Że dawno w tej kwestii już wyrok zapadł i los został przypieczętowany? Zbanić pokazuje determinację jednej osoby (kapitalna Jasna Djuricić), która wbrew Historii, losowi i wszystkim okoliczności będzie starała się ocalić swoją rodzinę. Poruszy niebo i ziemię do ostatniej chwili, co widać w jej twarzy, gdzie malują się wszystkie sprzeczne emocje. Świadoma tego, co zrobią ludzie Mladicia, dla których muzułmańscy Bośniacy są zagrożeniem. Napięcie jest podnoszone z aptekarską wręcz precyzją, bez operowania okrucieństwem wprost. Samo wejście oddziału Serbów do bazy ONZ budzi strach, że w każdej chwili może dojść do jatki. Że spokój jest tylko pozorny, a czas gra przeciwko Aidzie oraz reszcie mieszkańców.

aida3

Nie będę się rozpisywał nad technikaliami, dokumentalnymi w formie zdjęciami czy bardzo rzadko pojawiającą się muzyką. „Aida” jest jednym z tych filmów, gdzie Zbanić namacalnie pokazuje jakie piekło i okrucieństwo wobec innych ludzi. Kiedy świat postanowił odwrócić oczy i nie stanąć w obronie słabszych, oddając ich prosto w ręce oprawców. Zaś rozpoczęta w zeszłym roku wojna budzi niebezpieczne skojarzenia z wojną na Bałkanach w latach 90., co wzmocniło siłę tego tytułu.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Z odzysku

Nazwisko Sławomira Fabickiego na początku XXI wieku elektryzowało. Wszystko dzięki nominowanej do Oscara krótkometrażówki „Męska sprawa”. Dlatego w 2006 roku tak wyczekiwano jego pełnometrażowego debiutu. Film nagrodzonego w Cannes i wystawionego jako nasz kandydat do Oscara za film nieanglojęzyczny. „Z odzysku” chyba jednak trafiła do zapomnienia, ale czy zasługuje na to?

Głównym bohaterem jest Wojtek (Antoni Pawlicki) – 19-latek, mieszkający na Śląsku. Żyje ze starszą od siebie Katją (Natalia Wdowina), czyli ukraińską imigrantką, co mieszka nielegalnie w Polsce z synkiem. Chłopak próbuje znaleźć stałą pracę, jednak łatwo nie jest. Walczy w nielegalnych walkach bokserskich, gdzie zostaje zauważony przez niejakiego Dariusza Gazdę (Jacek Braciak) – szefa firmy ochroniarskiej. Przynajmniej tak się przedstawia, bo w rzeczywistości jest egzekutorem długów. Alternatywą jest załatwiona przez dziadka (Jerzy Trela) praca w chlewni. Jednak szybkie pieniądze są zbyt kuszące, żeby zrezygnować.

z odzysku1

Jak widać debiut Fabickiego gdzieś krąży w duchu kina moralnego niepokoju, czyli ma dylemat między dobrym a złem. Czyli prosta opowieść o trudnym życiu i wyrwaniu się z biedy, nizin. Tylko jak zawsze jest pytanie: za jaką cenę? Jak bardzo to wpływa na jego psychikę? I czy taki układ nie jest zaprzedaniem duszy diabłu? Krajobraz jest dość znajomy, niczym wyrwany z lat 90. oraz początków XXI wieku: czyli ubóstwo, nędza, podniszczone domostwa i bloki. A nawet by dotrzeć do chlewni trzeba przejść promem, bo nie ma mostu. Jeszcze nielegalne walki w jakich opuszczonych halach. Więc Fabicki nie tworzy niczego oryginalnego, ale… to wszystko wydaje się wiarygodne.

z odzysku2

O ile sama historia jest dość przewidywalna, „Z odzysku” potrafi porwać realizacją. Niemal dokumentalne, ziarniste zdjęcia tworzą dziwnie niepokojący klimat. Choć nie brakuje scen mocnych i brutalnych, Fabicki wiele pokazuje albo poza kadrem, albo gdzieś niewyraźnie w tle. Lub, co jeszcze ciekawsze, urywa scenę. Przemiana Wojtka, czyli wrażliwego chłopaka w bandytę, coraz bardziej odsuwającego granice moralne jest przekonująca, nawet jeśli znamy finał tej drogi. A ten potrafi uderzyć, rozegrany niemal bez słów i chyba symboliczną sceną.

z odzysku3

Tutaj to wszystko trzyma na barkach są dwie fantastyczne role. Debiutujący wówczas na ekranie Antoni Pawlicki zaskakuje w roli Wojtka, mieszając swoją bardziej wrażliwą stronę, która walczy z tą brutalniejszą stroną. Nie bez oporów zaczyna przesiąkać tym złem z jakim ma styczność i zapada mocno w pamięć. Drugą fantastyczną postacią jest Gazda w wykonaniu rewelacyjnego Jacka Braciaka. Zawsze elegancko ubrany, spokojny i opanowany może sprawiać wrażenie nawet porządnego gościa. To wszystko jednak pozory, gdzie skrywa się bezwzględny gangster, który tylko w ostateczności brudzi sobie ręce. Takiego Braciaka nie widziałem ani wcześniej, ani później i to zadziwia. Drugi plan też potrafi zabłysnąć, gdzie przewija się m. in. Natalia Wdowina (Katja), Wojciech Zieliński („Kalafior”) czy Jerzy Trela (dziadek).

„Z odzysku” z jednej strony krąży wokół ogranych i znanych elementów polskiego kina po transformacji, ale z drugiej jest w tym dużo szczerości, emocji. Fabicki opowiada z ciekawością, w czym pomaga dobry scenariusz oraz niemal paradokumentalna realizacja (poza miejscami skopanym dźwiękiem).

7/10

Radosław Ostrowski

Po miłość/Pour l’amour

Na pierwszy rzut oka film Andrzeja Mańkowskiego składa się ze znajomych elementów. Historia krąży wokół małżeństwa w kryzysie. Ona, Marlena (Jowita Budnik) pracuje jako sprzątaczka w szkole. On, Zbigniew (Artur Dziurman) pracuje na budowach, ale bardzo lubi wypić. Dla niej jego picie staje się ciężarem i chce go rzucić. Próbuje interweniować miejscowy proboszcz (Andrzej Gałła), jednak łatwo nie jest. Wszystko zmienia aplikacja w telefonie oraz poznany mężczyzna z Senegalu (Mamadou Ba).

Wydaje wam się, że wiecie w jakim kierunku to wszystko zmierza? To macie rację – wydaje wam się. „Po miłość” to zdecydowanie, gdzie w centrum znajduje się kobieta. Kobieta niespełniona, samotna, od dawna nie czująca bycia kochaną i pożądaną. Szczególnie po kilkunastu latach małżeństwa, a mąż woli spędzać więcej czasu z gorzałą. Ale co wtedy? Przenieść się do jednego z dorosłych dzieci? Wtedy pojawia się Bruno z Senegalu. Ten facet wydaje się rozumieć kobietę i używa słów, jakich ona nie słyszała od dawna. Mało tego, kobieta zaczyna (choć początkowo nieufna) odczuwać na jego urok. Ale reżyser nie idzie tak prostą drogą. Że nagle wszystko się zmieni, że padnie parę mocnych słów o rozgoryczeniu i zawodzie, braku szczęścia itp.

Jednak Mańkowski podchodzi do tematu z wyrozumiałością, bez osądzania ani z góry. Nie pokazuje bohaterów w czarno-białym obrazku. Przy okazji poznajemy jeszcze Kingę (Patrycja Ziniewicz) – koleżankę Marleny z pracy, co marzy o byciu modelką. Sympatyczna dziewczyna, choć bardzo naiwna i łatwo podatna na manipulacje. Równie zaskakującą postacią jest proboszcz, który w odpowiednich momentach (atak na Kingę online po tym, jak „wyciekł” filmik z nią) piętnuje postępowanie jakie można uznać za odległe od chrześcijańskiego. Z drugiej jest w nim wiele empatii oraz dostrzeżenia słabości, czego w tego typu postaciach ostatnio nie widać na ekranie.

Ale najważniejsza jest tutaj relacja Marleny z Bruno. Ona bardzo drobnymi gestami pokazywana jest przemiana, jaka już wcześniej była sygnalizowana. Jak coraz bardziej próbuje się uniezależnić i żyć własnym życiem, które wydaje się być nieobecne. I choć tą parę dzieli spora odległość, to wiele razy widzimy oboje razem. Pokazuje to jak sporą bliskość może stworzyć telefon komórkowy i social media. Jednak ten świat może być pułapką, gdzie nie każdy łagodnie mówiący delikwent ma dobre intencje. Te sceny najmocniej mnie złapały za serce i uderzyły najmocniej, także dzięki świetnym rolom Budnik i Ba.

„Po miłość” mnie zaskoczyło, choć nie miałem żadnych oczekiwań. Świetnie zmontowane, niemal dokumentalne w formie. Tylko pozornie prosta historia, gdzie wszystko wydaje się zmierzać w oczywistym kierunku. Kino moralnego niepokoju, ale lekko zmodyfikowane.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Od nowa

David E. Kelley to jeden z bardziej zapracowanych twórców serialowych, głównie o tematyce sądowej. Jeśli nie całościowo („Ally McBeal”, „Orły z Bostonu”), to gdzieś wątek związany z procesem pojawia się jak w „Panu Mercedesie” (drugi sezon). I poniekąd tak też jest w zrealizowanym w 2020 roku mini-serialu „Od nowa”.

Akcja znowu skupia się na klasie wyższej białych bogaczy. Ona, Grace Walker (Nicole Kidman) jest psychiatrią, prowadzącym prywatną terapię. On, Jonathan Walker (Hugh Grant) jest lekarzem, a dokładnie onkologiem dziecięcym. Ona jest bardzo wycofana, wręcz stoicka (na ile to kwestia scenariusza, a na ile przeładowanej botoksem „czymś, co kiedyś było twarzą”), z kolei on jest jak na Angola lekko sarkastyczny, ironiczny i bardzo sympatyczny. No i jeszcze jest Henry (Noah Jupi), 15-latek chodzący do prywatnej szkoły, która – jak każda w Nowym Jorku – kosztuje kupę siana. W zasadzie porządna rodzinka. Do czasu. A wszystko z powodu brutalnego morderstwa młodej, latynoskiej kobiety, której syn dołączył do szkoły. Z kolei Jonathan niby jest na konferencji medycznej, lecz… nie wziął telefonu? Coś tu jest nie tak. A to nie jedyna tajemnica.

Tym razem całość wyreżyserowała Susanne Bier – mi najbardziej znana dzięki adaptacji „Nocnego recepcjonisty” dla BBC i AMC. Jeśli spodziewacie się stricte kryminalnej zagadki, to trochę nie do końca. Odpowiedź na pytanie „kto zabił?” nie jest – przynajmniej dla mnie – najważniejsza w tej 6-odcinkowej opowieści. Bo wszystko poznajemy z perspektywy kobiety, której szczęśliwy świat zaczyna się rozpadać niczym domek z kart. Jakby sen (śpiewany w czołówce cover nieśmiertelnego „Dream a Little Dream”) skończył i zmaterializował się w najgorszy koszmar. Kolejne sekrety, kłamstwa wokół męża mocno podważają, czy ten związek naprawdę był taki cudny jak myślimy. A może kolejne poszlaki policji i rewelacje są spreparowane, zaś ofiara była manipulującą wariatką? Sprawcą może być ktoś inny? Kryminalna intryga brzmi dość znajomo, jednak mam wrażenie, że bardziej twórców interesuje psychologiczny portret tej sytuacji oraz reperkusje (prawdziwych lub nie) oskarżeń.

Kolejne retrospekcje, poszlaki, koszmarne majaki pojawiające się nawet na jawie – wszystko bardziej lub mniej świadomie wydaje się wskazywać na winę mężczyzny. Jeszcze to zniknięcie. Jest bardzo źle. Z drugiej strony to desperackie poszukiwanie czegokolwiek, co mogłoby obalić te oskarżenia (także wobec Grace o współudział) i potwierdzić niewinność. I już słyszę te padające pytania: jak ona mogła niczego nie zauważyć? Skoro jest doświadczonym psychologiem, powinna dostrzec pewne sygnały, wychwycić coś nieoczywistego, zaskakującego. A może jest tak, że wobec najbliższej osoby tworzymy pewien wyidealizowany obraz, kiedy nie jesteśmy z nią 24 godziny na dobę. I dlatego ciężko nam uwierzyć, wypieramy niepasujące do tego obrazka fakty? Ten aspekt oraz pokazanie rozpadu fundamentów rodziny, które wydają się za głębokie do sklejenia był najbardziej interesującym elementem. Wszystko to jeszcze sfotografowane w bardzo „jesiennej” kolorystyce, co jeszcze bardziej potęguje klimat obcości, mroku oraz niepokoju.

Technicznie trudno się do czegoś przyczepić, zaś zdjęcia są fantastyczne. Dużo skupień na detale (niemal każda scena rozmów Grace z policjantami), wiele zbliżeń czy ujęć na twarze bardzo działają emocjonalnie. Montażowe przebitki jeszcze bardziej podkręcają atmosferę niepokoju, tak jak mocno schowana w tle muzyka. Jedyne, co mi naprawdę przeszkadzało to finał. Dla mnie zbyt hollywoodzki, trochę efekciarski i jakby z innej opowieści. To jednak w zasadzie nie za duża skaza.

Za to aktorsko jest co najmniej bardzo dobrze. Pozytywnie mnie zaskoczyła Nicole Kidman, do której miałem największe wątpliwości i wyszła więcej niż solidnie. Głosem potrafi pokazać swoje wątpliwości, obawy i cały czas zależało mi na niej. To jak mierzy się z kolejnymi tajemnicami oraz jak więcej zasłon opada z tej wizji jej życia czy podczas zeznań w sądzie błyszczy. Ale tak naprawdę szoł kradnie Hugh Grant, który jako Jonathan pokazuje kilka twarzy: czarującego Anglika, empatycznego lekarza oraz… przekonanego o swojej niewinności gościa. Pod każdą z nich wypada znakomicie, gdzie musi lawirować między winą a brakiem winy, by móc wywołać sprzeczne sygnały. Magnetyzował niemal do samego końca. Tak samo Noah Jupe (bardzo mocno wierzący w ojca i mający fiksację na punkcie sprawy syn Henry) oraz zawsze trzymający fason Donald Sutherland (dziadek Franklin, który nie akceptował Jonathana) świetnie uzupełniają drugi plan. Ale jest tam dużo, dużo bogactwa w postaci m. in. Edgara Ramireza (detektyw Mendoza), Lily Rabe (Sylvia, przyjaciółka Grace) czy Noma Dumezweni (rewelacyjna prawniczka Haley Fitzgerald).

„Od nowa” dość mocno podzieliło widzów, gdzie większość raczej była rozczarowania intrygą kryminalną i jej rozwiązaniem. Dla mnie jednak to bardzo mocny thriller psychologiczny, który może nie odkrywa niczego nowego (każda rodzina ma swoje tajemnice, które prędzej czy później powrócą ze zdwojoną siłą), jednak to w zbyt angażujący sposób, żeby to zignorować. Kolejna mocna produkcja w katalogu HBO.

8/10

Radosław Ostrowski

Młody papież

Włoski serial o papieżu? Współprodukowany przez HBO i Canal+? Do tego stworzony przez Paolo Sorrentino? Będzie kontrowersyjnie, prowokacyjnie czy to wszystko jest jaką zmyłką? Cała historia skupia się na nowo wybranym papieżu. Ku zdumieniu wszystkich nie jest to stary pierdziel, co w każdej chwili może przenieść się na tamten świat. Ani oderwany od rzeczywistości duchowny z dużym doświadczeniem. Ani papież czarnoskóry, by mógł nastać koniec świata. To młody, czyli przed 50-tką Lenny Belardo z Nowego Jorku. Przyjmuje on imię Piusa XIII, co oznacza mocny skręt ku konserwatyzmowi.

mlody papiez1

Sam serial próbuje złapać kilka srok za ogon, co wymaga ogromnej gimnastyki. Przede wszystkim serial jest portretem psychologicznym papieża, jakiego dawno nie widziałem na ekranie. A przynajmniej od czasu „Rodziny Borgiów”. To zdecydowanie intelektualista, który podchodzi do wszystkiego z chłodną głową. Przechodzi poważny kryzys wiary, przez co bycie duchowym przywódcą bywa problematyczne. Nie daje się uwieść kwiecistym stylem, ale jednocześnie przyzwyczaja się do otaczającego bogactwa. Niemal zawsze z papierosem w ręku. Chodząca sprzeczność: bywa wyrozumiały, ale też przebiegły niczym polityk, wszędzie ma swoich ludzi (jego informatorem jest… spowiednik) i wie wszystko. Nawet o najmniejszych sekretach i tajemnicach swoich współpracowników.

mlody papiez2

I tutaj zaczyna się kolejny element, czyli bardziej zakulisowe zagrywki. Trochę jak w „Sukcesji” czy innej „Grze o tron”. Istotnymi graczami tego wątku jest wszechpotężny (przynajmniej według siebie) sekretarz stanu, kardynał Voiello. Bez niego nic się tu nie odbywa, w zasadzie on wydaje się najważniejszym zawodnikiem. Jest jeszcze szefowa PR-u Sofia Dubois, dbająca o image naszego papieża oraz nowa osobista asystentka, czyli… siostra Mary. Jest jeszcze kardynał Kongregacji Wiary (czyli kwestie świętych i błogosławionych), monsigniore Gutierrez zajmujący się muzeum oraz zabytkami, kolega z przedszkola kardynał Dussolier, a także – nie powiązana z Kościołem – Esther, czyli zona jednego ze szwajcarskich gwardzistów. Sorrentino cały czas lawiruje między władzą, religią, polityką a szarym dniem codziennym. O ile papież ma to coś takiego.

mlody papiez3

Do tego jeszcze pojawiające się sny, wizje (sam początek to prawdziwa podpucha w postaci snu we śnie we śnie), modlitwy w najbardziej zaskakujących miejscach jak choćby na parkingu przy stacji benzynowej (bo czemu nie). I tu się zaczynają robić ciekawe rzeczy, jakby nasz Lenny wierzący-nie wierzący zaczyna robić… cuda. A do tego miksu jeszcze czasem wydarzają się nagłe zjawiska pogodowe, jeszcze pojawia się rzekomy cudotwórca, co leczy za pomocą… owcy czy dochodzenie w sprawie nowojorskiego kardynała z zarzutami pedofilii. Jeśli jeszcze dodamy jako tło mieszankę muzyki elektronicznej, sakralnej i popowej w najmniej oczekiwanym momencie jak kiedy papież przebiera się przed przemówieniem do kardynałów, zaś w tle gra… „I’m Sexy and I Know it” (DAAAAAAMN).

mlody papiez4

Co ten Sorrentino odwala, to nie mam pojęcia. Czy jest to serial obrazoburczy, kontrowersyjny? Jeśli dla was pokazanie księży jako ludzi, podkreślę to, LUDZI, może być to kontrowersyjne. Bo to ludzie samotni, pełni słabości, ale też zaskakującą siłą. Nawet zakonnice grają w… piłkę nożną lub siatkówkę, co jakoś mnie nie dziwi. Przy spotkaniach z politykami nie brakuje sarkastycznych, błyskotliwych dialogów, nie pozbawionych trafnych spostrzeżeń. A wszystko kończy się bardzo nagłym cliffhangerem, przez co historia znajduje się w zawieszeniu.

mlody papiez5

Aktorsko jest więcej niż rewelacyjnie. Na barkach trzyma to genialny Jude Law jako Lenny/Pius XIII. Ateista, myśliciel, duchowny, polityk, zagubione dziecko – te sprzeczności aktor wygrywa w zasadzie bezbłędnie. I wygląda niesamowicie w tych cudacznych strojach, zaś kilka monologów (pierwsza przemowa przed placem św. Piotra, jego wizja Kościoła dla kardynałów czy rozprawa z zakonnikami, co grożą schizmą) to prawdziwe tour de force. Dla mnie najlepsza rola tego aktora, który z każdą sceną jest coraz bardziej fascynujący, niejednoznaczny, nigdy jednak niespójny. Drugą petardą jest Silvio Orlando, czyli sekretarz stanu Voiello. Bardzo gładki i sprawny w słowach, choć jego intencje pozostają niejasne. Zręczny polityk, znający wszystkie sztuczki, mechanizmy oraz prawa, zdecydowanie ktoś raczej nie budzący zaufania. A może to wszystko tylko fasada, co skrywa bardziej wrażliwego i uważnego człowieka? Druga wybitna rola tego serialu. A że jeszcze w składzie mamy równie świetnych Diane Keaton (siostra Mary), Jamesa Cromwella (kardynał Michael Spencer, mentor papieża) czy absolutnie wyraziste Cecile de France (Sofia Dubois) oraz Ludivine Sagnier (Esther Aubry) jest kogo oglądać. Nie ma tu nikogo w słabej formie czy grającego sztucznie. Bez względu na to, czy mówią po angielsku, włosku czy łacinie.

mlody papiez6

„Młody papież” to imponująca produkcja, nawet jak na Sorrentino. Z imponującą scenografią, kostiumami, świetnym montażem, bardzo płynnymi zdjęciami. Dla wielu ta wizualna uczta może być przerostem formy nad treścią, dla innych absolutnie przełomowy tytuł jakiego nie było od lat. Dla mnie to absolutne zjawisko, pozwalające odrobinę lepiej poznać skomplikowaną strukturę Kościoła katolickiego. Teraz muszę wziąć na warsztat drugi sezon, eeee, tzn. „Nowego papieża”.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski