Babel

Czym była wieża Babel? Dawno, dawno temu (przynajmniej według Biblii, która nie jest tekstem naukowym) ludzie chcieli zbudować wieżę tak wielką, by mogliby zobaczyć Boga. Bogu się jednak wkurzył i postanowił rozwiązać problem. Ponieważ wtedy wszyscy ludzie mówili jednym językiem, to Bóg pomieszał im języki, by nie mogli się ze sobą porozumieć. I poniekąd o tym też opowiada nakręcony w 2006 roku film Alejandro Gonzaleza Inarritu.

Akcja tej mozaiki toczy się w Maroku, USA, Meksyku i Japonii, jest (jak we wczesnych filmach Meksykanina) poszatkowana w montażu, przeplatając się ze sobą. Czyli mamy kompletną mieszankę, mogącą zrobić w głowie mętlik. Spróbuję jednak opowiedzieć o co tu chodzi, więc UWAGA na spojlery. Japoński biznesmen podczas polowania w Maroku wręcza swojemu przewodnikowi w prezencie swój karabin. Mężczyzna wręcza go swojemu kuzynowi Abdullahowi, by móc bronić swoje kozy przed szakalami. Abdullah wyrusza do miasta, zostawiając stado pod opieką dwóch synów i córki. Synowie, jak na dzieci przystało, bardziej bawią się bronią. I to kończy się postrzeleniem jednej z pasażerek autobusu – Amerykanki Susan. Jej mąż Richard desperacko próbuje prosić o pomoc, jednak władze USA uważają postrzał za atak terrorystyczny i komplikuje to relacje z władzami Maroko.

Ich dzieci pozostały w domu z opiekunką z Meksyku. Kobieta ma jednak problem, bo wkrótce zbliża się ślub oraz wesele jej syna w ojczystym kraju. Najgorsze jest to, że nie ma z kim ich zostawić, więc… bierze je ze sobą. W czym pomaga jej siostrzeniec Santiago. Niejako poza tymi wydarzeniami znajduje się Chieko – nastoletnia, głuchoniema córka wspomnianego na początku biznesmena. Oboje się nie dogadują ze sobą i nie chodzi tylko o język.

„Babel” niejako idzie drogą, którą wyznaczali tacy reżyserzy jak Robert Altman, Quentin Tarantino czy Paul Thomas Anderson. Ale bardziej bawi się tu chronologią i montażem, co pokazało „21 gramów”. Niemniej w przeciwieństwie do tamtego filmu jest to dzieło o wiele mniej chaotyczne, bałaganiarskie i nieczytelne. Polifoniczna narracja prowadzona jest dużo pewniej (aczkolwiek nie brakuje tu dłużyzn), przejścia między postaciami płynniejsze, zaś dialogi wydają się mniej pretensjonalne i zaskakująco oszczędne. Zdjęcia niemal paradokumentalne w formie (sceny w Maroku i Meksyku) jeszcze bardziej budują bardzo nerwową atmosferę. Inarritu w paru momentach trzyma za gardło (kontrola graniczna, skorzystanie z usług lokalnego lekarza w celu zatrzymania rany postrzałowej czy pokazana z perspektywy Chieko wypad na dyskotekę), czego nie spodziewałem się.

Ale o dziwo bardziej niż historia małżeństwa (granego przez najbardziej znane gwiazdy, czyli Brada Pitta i Cate Blanchett) interesowały mnie opowieści dookoła. Czyli wątek meksykańskiej opiekunki oraz nastoletniej głuchoniemej dziewczyny. Pierwsza grana przez fantastyczną Adrianę Barrazę z jednej strony jest bardzo odpowiedzialna, z drugiej jednak podejmuje spore ryzyko ufając siostrzeńcowi (mocny Gael Garcia Bernal). Ten w decydującej sytuacji zawodzi, co doprowadza do dramatu. Chwila po przekroczeniu granicy jest poruszający. Ale dla mnie najlepiej wypadła Rinko Kikuchi, czyli głuchoniema Chieko. Skonfliktowana z ojcem, wkurzona na swoje ograniczenia i niejako obrażona na ten świat, reagująca agresją lub prowokacyjnym zachowaniem (m. in. wizyta u dentysty). Jednak w pewnym momencie „łamie się” przed obcą osobą, co nawet ją bardzo zaskakuje.

„Babel” powstał w czasach, kiedy Inarritu mógł być nazywany meksykańskim Kieślowskim. Może trochę na wyrost, ale w tym filmie to widzę najmocniej. Historia nie tylko o braku komunikacji z powodów kulturowych czy językowych, lecz także z powodów uprzedzeń, wrogości i podejrzliwości. Jak jedno drobne wydarzenie niczym kula śnieżna ogarnia coraz więcej osób, nawet niekoniecznie znających się ze sobą. Wszystko jest połączone.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sundown

Acapulco – wręcz idealne miejsce na wypoczynek. Jeśli cię na to w ogóle stać, tak jak naszą cholernie bogatą rodzinę w wypasionym hotelu. Neil (Tim Roth) sprawia wrażenie bardzo nieobecnego, wycofanego i do bólu uprzejmego. Jego siostra Alice (Charlotte Gainsbourg) razem z dwójką nastoletnich dzieci. Niby wypoczywa, ale w ręce częściej jest telefon. No i telefon odpali pierwszą „bombę” tego filmu: ich matka umiera. Wypoczynek się kończy, trzeba się zwijać i zorganizować pogrzeb. ALE na lotnisku okazuje się, że Neil zgubił paszport, więc zostaje na miejscu. Poszukać paszport? Nie. Wynajmuje pokój w innym hotelu i… zostaje. Jakby nigdy nic się nie wydarzyło.

Meksykański reżyser Michel Franco w swoim filmie ciągle zaskakuje. Na pierwszy rzut oka wygląda to wszystko jak coś w stylu „Białego lotosu”. Jednak reżyser bardzo powoli i oszczędnie zdradza kolejne informacje. A największym hakiem jest tutaj zachowanie Neila. Irracjonalne, jakby się ukrywał, uciekał przed odpowiedzialnością, był kompletnie obojętny. Przyglądamy się mu niczym owadowi pod mikroskopem, próbując zrozumieć jego dziwne decyzje. Niby na pierwszy rzut oka nic się nie dzieje, bohater pływa, pije piwo, poznaje pewną kobietę. Ale podskórnie czuć, że coś wisi w powietrzu. Zagrożenie może pojawić się dosłownie zewsząd (mocna scena zamachu na plaży). Żeby rozwinąć tą myśl, musiałbym wejść w strefę spojlerów oraz kolejnych zakrętów i niespodzianek. Bo te reżyser serwuje niczym królik z kapelusza.

A co ciekawsze, Franco wszystko trzyma mocno w ryzach. Nie ma tutaj wrażenia, że to jest wydumane, pretensjonalne czy naiwne. Jest po drodze parę szokujących niespodzianek, który zmieniają perspektywę i rzucają nowe światło na mężczyznę. Tim Roth jest bardziej wycofany niż w jakimkolwiek innym filmie w swojej karierze. Bardzo stonowany, z twarzą tak plastyczną, że trudno z niej jakiekolwiek emocje odczytać, jest enigmatyczny i magnetyzujący do samego końca. Dzięki niemu to wszystko trzyma się w ryzach. Reszta postaci w zasadzie pełni rolę tła (poza świetną Charlotte Gainsbourg, która tworzy mocną rolę Alice), które jest ledwo zarysowane.

„Sundown” jest mocnym dramatem psychologicznym i frapującym portretem człowieka obojętnego wobec całego świata. Toksyczny mężczyzna czy zgorzkniały facet, co stracił złudzenia? Na to pytanie odpowiedzieć musicie sami, jeśli zdecydujecie się wybrać na „Sundown”. Jest w nim coś brutalnie szczerego w tej historii.

8/10

Radosław Ostrowski

Zadra

Ile to już było historii o młodych, zdolnych, lecz nie mających szczęścia i dostają szansę. Ale czy ją wykorzystają, czy wszystko pójdzie gładko i bez problemu, czy będą poważne wyboje. No cóż, odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Na nieszczęście dla nas.

Tytułowa Zadra (Magdalena Wieczorek) ma na imię Sandra, mieszka z matką i młodszym bratem. Pracuje jako kelnerka w kawiarni, ale raczej nie jest zbyt dobra. Za to próbuje przebić się na scenie rapowej. Ma swój profil na Twarzaku, wspiera ją kumpela Justi (Margaret) oraz chłopak Bartek (Ignacy Liss). Łatwo nie jest, a kiedy zostaje zwolniona, wszystko jeszcze bardziej się komplikuje. Wtedy pojawia się szansa, kiedy na koncercie niejakiego Motyla (Jakub Gierszał) dostaje szansę wejść na scenę. On zauważa w niej potencjał i zatrudnia ją do swojej ekipy jako hajpmenkę (mam nadzieję, że to dobrze zapisałem).

Film reżysera Grzegorza Mołdy i scenarzystki Moniki Powalisz jest tak szablonowy oraz przewidywalny, że aż to boli. Może nie jest to przewidywalność w stylu, że jesteś w stanie przewidzieć co do zdania jakie padnie. Ale schematy są tu tak naładowanie niczym słabe wersy w utworach Sentino czy innego Malika Montany. W dużym skrócie – wiemy, że Zadra zostanie zwolniona z pracy (bo weszła w pyskówkę z celebrytką), do tego jeszcze niszczy szefowi auto (ta scena zrobiona w formie teledysku nawet mi się podobała). Że pójdzie drogą kariery i (oczywiście) uderzy jej woda sodowa do łba, przestanie pisać do kumpli, zacznie ćpać, oddalać się od rodziny. Co jeszcze? Dochodzi do zagrożenia zdrowia braciszka, gdy ten niezauważenie bierze piguły (dragi) od siostrzyczki podczas zakupów. Potem jakoś w jednej scenie dogada się z matką i wszystko jest spoko (że co??). Kradzież tekstu oraz nagranie „swojej” piosenki, upadek oraz powolna droga na szczyt.

Nic was tu nie zaskoczy, a dialogi to czasem potrafią przyprawić o ból uszu. Miałem wrażenie jakby twórcy bali się zaryzykować i dodać czegoś innego, mniej znajomego oraz oczywistego niż droga od nikogo do celebryty z zachłyśnięcie się sławą, upadkiem i powrotem do dawnego siebie. Wątki poboczne wydają się być liźnięte (relacja Sandry z kumpelą, chłopakiem czy matką), wspólna trasa koncertowa to szybka zbitka montażowa, a wszystko opowiedziane jest bardzo skrótowo. Nawet pokazanie mediów społecznościowych jako narzędzia promocji czy budowaniu wizerunku nie odgrywa zbyt dużej roli. Technicznie trudno się do czegoś przyczepić. Wygląda to kompetentnie, muza oraz kawałki są naprawdę niezłe (duet muzyczno-tekstowy 1988/Żyto dał radę) i jest parę ładnych kadrów.

Aktorzy starają się jak mogą, by ożywić te szabloniki, jednak scenariusz mocno podcina im skrzydła, nie dając zbyt dużego pola manewru. Niemniej udaje się tym postaciom dać odrobinę charakteru oraz ciężaru, szczególnie na drugim planie. Nie jestem w stanie złego słowa powiedzieć o Magdalenie Różczce (matka Sandry), Ignacym Lissie (Bartek) czy dość zaskakującej Margaret (Justi) – to solidne role, mające swoje pięć minut. Świetnie wypada Gierszał jako raper Motyl i nie chodzi tylko o nawijanie na scenie (bo robi to cholernie dobrze), ale bardzo dobrze pokazuje jego dwa oblicza: to sceniczne jako imprezowy hustler oraz bardziej prywatne, gdzie jest poukładanym, trzymającym się ziemi gościem. I to nie gryzie się w żadnym momencie.

Ale co czyni „Zadrę” zjadliwą oraz oglądalną jest Magdalena Wieczorek. Ta dziewczyna dokonuje cudów na ekranie, bo cały czas patrzyłem na nią jak zahipnotyzowany i podążałem za nią. Mimo ograniczeń scenariusza udaje się jej zbudować postać z krwi i kości, której chce się kibicować, zaangażować, każdą scenę (jakkolwiek by była banalna) oraz dialog jest w stanie podać tak naturalnie, bezboleśnie, że mnie to wszystko obchodziło. To jest bardzo, bardzo trudne zadanie i mam nadzieję (bo niczego innego mieć nie mogę), że jeszcze o niej usłyszę.

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o „Zadrze”, ale ostatecznie bilans układa się na szali wskazującej „rozczarowanie”. Niby film próbuje opowiedzieć coś o naszej rap-scenie, jest pewna energia i pasja, tylko wszystko to jest zaplątane w ogromną paczkę banałów. Jakby cała para, zaangażowanie poszła w próżnię, nie mogąc wyrwać się z marazmu.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Halston

Roy Halston – czy komuś z tu obecnych coś mówi to nazwisko? Zapewne nie. Mnie również nic nie mówiło, bo na modzie się znam jak politycy na sztuce nowoczesnej. Dałem jednak sobie szansę dla tego miniserialu o (dzisiaj) zapomnianym projektancie mody z dwóch powodów. Po pierwsze: producencko palce maczał drogi narybek Netflixa, czyli Ryan Murphy. Po drugie, tytułową rolę zagrał sam Ewan McGregor. I co z tego wyszło?

halston3

Wszystko zaczyna się w 1962 roku, gdy nazwisko Halstona pierwszy raz wypłynęło w mediach. Wszystko dzięki prezydentowej USA Jackie Kennedy, a dokładniej noszonym przez niej kapeluszu. To spowodowało sporą sprzedaż, jednak trwało to kilka lat. Designer zaczął szukać nowych rzeczy do zaoferowania, jednak brakowało mu zarówno wsparcia finansowego, jak i współpracowników. Jedno i drugie powoli udało się zdobyć, ale cały czas potrzebował przełomu. Czegoś, co da mu rozpoznawalność oraz zapewni duży sukces. Taką szansą staje się „bitwa o Wersal”, czyli wspólnym pokaz mody francuskich i amerykańskich projektantów, będący konfrontacją współczesnych trendów.

halston1

Sam miniserial, choć krótki (odcinków tylko 5), próbuje bardzo dużo zmieścić. Z jednej strony mamy karierę Halstona, jego coraz bardziej rozrastające się imperium na przestrzeni dekad oraz upadek, z drugiej coraz bardziej zmieniające się trendy lat 60., 70. i 80., a także następująca komercjalizacja, co doprowadza do większego głosu korporacje. Z trzeciej mamy spojrzenie na samego Halstona, którego przekonanie coraz bardziej autodestrukcyjna droga i przekonanie o swojej wyższości oraz racji doprowadza do izolacji, samotności, wreszcie utraty praw do swojej marki.

halston2

Dzieje się dużo, nawet za dużo i można łatwo się w tej chaotycznej narracji pogubić. Bo po drodze jeszcze ostre imprezy w Studio 54, przyjaźń z Lizą Minnelli, wreszcie prywatna relacja z męską prostytutką Victorem Hugo. Życie prywatne miesza się z życiem zawodowym, mamy krótkie przebitki z czasów dzieciństwa (awantury rodziców), coraz większa obecność narkotyków, branie na siebie obowiązków. Reżyserowi Danielowi Minahanowi oraz scenarzystom pod wodzą Sharra White’a ciężko się zdecydować o czym tak naprawdę „Halston” ma być. Przeskoki w czasie są spore, postacie nagle potrafią zniknąć (jak np. zaczynający u Halstona przyszły kostiumolog i reżyser Joel Schumacher), co tylko wywołuje dezorientację. A jednak jest kilka bardzo mocnych czy olśniewających wizualnie scen jak stworzenie nowej sukienki, przygotowania do pokazu czy reklamy kolejnych produktów Halstoma. Gdyby jednak ktoś po seansie mnie zapytał, kim tak naprawdę był Roy Halston, odpowiedź byłaby dalej niż bliżej.

halston4

Co może się podobać w serialu? Na pewno scenografia i kostiumy, którym poświęcono wiele czasu oraz uwagi. Klimat realiów też oddano świetnie, w czym na pewno pomogła świetnie dobrana muzyka. Na drugim planie też jest kilka interesujących ról (m. in. Gian Franco Rodriguez, Rebecca Dayan, David Pittu czy zjawiskowa Krysta Rodriguez jako Liza Minelli). Ale i tak najważniejszy w tym wariactwie jest Ewan McGregor w roli tytułowej. Jest odpowiednio charyzmatyczny, władczy, kreatywny oraz silną osobowością, ale pod tym wszystkim skrywa się bardzo zagubiony, niepewny siebie, desperacko pragnący uwagi oraz akceptacji mężczyzna. Im dalej w las, tym coraz bardziej wyraźna staje się megalomania, nieopanowane ego i żądza władzy. Finał tej postaci nie mógł być inny, ale aktor znakomicie pokazuje złożoność tego bohatera, bez popadania w teatralną przesadę czy karykaturę. A o to byłoby bardzo łatwo, grając geja. Szkot jednak wszystko wygrywa bezbłędnie, włącznie z akcentem.

Ciężko mi jednoznacznie polecić czy zachęcić do obejrzenia „Halstona”. Z jednej strony jest absolutnie charyzmatyczny McGregor oraz świetne sceny modowe i związanie z tworzeniem ubrań. Ale z drugiej brakuje w tym wszystkim jakiejś spójności, skupienia, przez co narracja jest bardzo chaotyczna i skokowa. Niby jest to portret artysty, ale wydaje się być bardzo powierzchowny, płytki, pozbawiony jakichś mocniejszych haków emocjonalnych.

6/10

Radosław Ostrowski

Tata

Uwaga!
Recenzja zawiera spojlery!

Tytułowym tatą jest Michał (Eryk Lubos) – kierowca TIR-a, samotnie wychowujący córkę. Chyba, że jest w trasie, to wtedy dziewczynką zajmuje się niania z Ukrainy i jej wnuczka Lenka. Mówienie, iż łatwo nie jest to nic nie powiedzieć. Sprawy się komplikują jeszcze bardziej, gdy starsza pani umiera. Kobieta była nielegalnie, co oznaczało by miesiące papierologii, procedur, a gdzieś w tle czaiłaby się deportacja. Mężczyzna kontaktuje się z żoną nieboszczki i decyduje się zabrać zarówno dziewczynki, jak zawieść ciało na Ukrainę. Ryzykowna decyzja, ale jakie są inne opcje?

Kolejna polska produkcja zrealizowana przez Warner Bros. (po „Innych ludziach”, „Apokawixie” i „Na swoim miejscu”), znowu nakręcona przez debiutantkę. Poniekąd, bo reżyserka Anna Maliszewska jest doświadczoną twórczynią teledysków. Ale wideoklip to jedno, a pełnometrażowa fabuła to inna para kaloszy. „Tata” to kolejna próba stworzenia kina środka, czyli opowieści o sprawach ważnych i poważnych, lecz w sposób bardzo przystępny, niekoniecznie depresyjny. Maliszewska tworzy kino drogi, choć wydaje się dziwnie znajome. Dorosły ojciec i dwie dziewczynki, które potrafią być momentami irytujące. Jak to dzieci, choć miewają przebłyski dojrzałości. Podróż pozwala także poznać Michała i dręczące go demony (śmierć żony, alkoholizm, samotność), jednocześnie próbując bardziej scementować swoją więź z córką.

Zadziwiający jest fakt jak bardzo płynnie toczy się cała opowieść. Nie ma poczucia przestoju, zbędnej sceny i czuć emocjonalny ciężar. Spędzamy wiele czasu z tym kierowcą, dla którego droga jest całym swoim życiem. Widzimy go podczas jazdy, na postojach czy parkingach. Czasem pojawi się autostopowiczka (Zofia Jankowska), kolegów z trasy albo stara znajoma (świetna Marta Malikowska). Cały czas jednak w centrum pozostaje Michał oraz dwie dziewczynki. Choć zdarza się powiedzieć parę mniej przyjemnych słów, Lenka i Miśka tworzą bardzo siostrzaną relację.

Ale kiedy trafiają na Ukrainę wszystko niby wydaje się spokojne, łagodnie. Docierając na miejsce, do Wasyla sprawy się komplikują. Ciężko się dogadywać, Michał niejako zmuszony jest do picia, zaś przewożony przez niego towar (ciało jest schowane w… mrożonych rybach) ulega zniszczeniu. Zupełnie jakby chodzi o pokazanie naszych sąsiadów jako bardziej samolubnych (matka Lenki jest politykiem i mieszka w stolicy), lubiących mocno chlać, przywiązanych do tradycji, lecz głupich, roszczeniowych. Chyba nie do końca o to tu chodziło. Zwłaszcza w kontekście obecnej sytuacji politycznej, lecz dając w finale drobną nadzieję na poprawę sytuacji. Niemniej dysonans pozostał, mimo mocno jaskrawych kolorystycznie zdjęć.

Sytuację za to ratują aktorzy. Pozytywnie mnie zaskoczyły dziewczynki – Klaudia Kurak i Polina Gromova, będące kompletnymi debiutantkami. Obie są bardzo naturalne, bez poczucia fałszu, dając sporo emocji do pokazania. Jednak wszystko na swoich barkach trzyma Lubos, który jest mieszanką determinacji, wrażliwości oraz… bezsilności, przytłoczenia, zagubienia. Te ostatnie pojawiają się w scenach, gdy jest sam, próbuje szukać pomocy przez telefon, wśród znajomych albo wyjąc do księżyca. Dosłownie. Trudno go jednak nie lubić, choć może wydawać się najmniej odpowiednim kandydatem na rodzica.

Choć nie brakuje paru potknięć, debiut Maliszewskiej jest w pełni udany. Balansując między powagą, humorem, nie idzie na łatwiznę, potrafi poruszyć. Całość podnosi bardzo zniuansowana kreacja Eryka Lubosa, prawdopodobnie najlepsza w jego karierze. Dla niego samego warto pójść do kina.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziki Bill

Lata 90. dla Waltera Hilla to był czas zagubienia, gdzie więcej razy pudłował i rozczarowywał. Jego filmy coraz bardziej przypominały produkcje telewizyjne, brakowało im energii, ciętych dialogów i tego sznytu. Nie inaczej jest w przypadku biograficznego filmu o Dzikim Billu Hickoku. Choć nakręcony za spore pieniądze (ponad 30 milionów dolców), w box office wyciągnął raptem dwie bańki. Nie koniecznie musi to oznaczać, że film musi być zły, jednak podczas seansu widać, iż coś poszło nie tak.

dziki bill1

„Dziki Bill” opowiada historię legendarnego rewolwerowca i szeryfa (Jeff Bridges) pod koniec swojego życia, kiedy przenosi się do miasteczka Deadwood. Całą jednak historię prezentuje brytyjski hazardzista, Charley Prince (John Hurt) podczas pogrzebu legendarnego kowboja. Obok niego jeszcze w miasteczku jest dawna miłość, Calamity Jane (Ellen Barkin) oraz kilka osób z dawnej przeszłości. Zarówno przyjaciele jak i wrogowie z urazami. Do tej drugiej grupy pasuje Jack McCall (David Arquette), który ogłasza wszem i wobec, że chce zabić Dzikiego Billa. Dlaczego? Bo potraktował jego matkę jak śmiecia – uwiódł, a potem zostawił. Takich zniewag nie są do przebaczenia.

dziki bill2

Początek wywołuje dezorientację i wydaje się bardzo chaotyczny. Zbitka scenek, gdzie szybko przeskakujemy z miejsca na miejsce, a Bill dokonuje kolejnych aktów mordu. Nie wiemy czemu i dlaczego, chyba miało to pełnić rolę ekspozycji lub pokazać gwałtowny charakter bohatera. Wszystko zmienia się w momencie poznania Prince’a oraz przyjazdowi do Deadwood. Niby nasz Bill ma pewne problemy (zdiagnozowana jaskra, prześladująca go przeszłość, starzenie się), ale i tak sprawia wrażenie kogoś złodupnego. Niby ma to pokazać złożoność tego charakteru, lecz scenariusz jest płytki i mocno… teatralny.

dziki bill3

Niby czuć tu spory budżet, a scenografia i kostiumy wyglądają naprawdę nieźle, ALE jest parę problemów. Po pierwsze, za dużo postaci w zbyt krótkiej (niecałe półtorej godziny) historii. Wszystko sprawia wrażenie ściśniętych, nie dając wielu postaciom czasu ekranowego. Po to by móc je lepiej poznać i zagłębić (m. in. graną przez Christinę Applegate prostytutkę w relacji z Jackiem czy Calamity Jane i jej przeszłości), co frustruje. Innym problemem są retrospekcje. To, że są czarno-białe nie jest aż takim problemem, ale że kręcono je kamerą cyfrową już tak. Bo obraz staje się szybszy w ruchu i wygląda troszkę tanio, pozbawiając całości skali. Domyślam się, że Hillowi chodziło o wywołanie poczucia obcości, lecz można było to osiągnąć inaczej.

dziki bill4

Najbardziej szkoda mi tu aktorów, bo nie za bardzo mają pole do popisu. Najlepiej z tej konfrontacji wychodzi Jeff Bridges jako Dziki Bill, który staje się coraz bardziej świadomy przemijającego czasu. Można odnieść wrażenie, że jest więźniem swojego „medialnego” wizerunku nieustraszonego rewolwerowca, którego każdy wyzywa na pojedynek lub ma z nim zatarg. Choć na drugim planie mamy masę świetnych aktorów (m. in. Ellen Barkin, John Hurt, David Arquette, James Remar, Christina Applegate, Diane Lane czy Bruce Dern), w większości robią tu za tło na jedną scenę, gdzie mają szansę się wykazać. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że na etapie post-produkcji skopano sprawę.

„Dziki Bill” stracił pazury, choć ma kilka niezłych strzelanin. Czuć jak bardzo zmarnowano potencjał na pokazanie legendy w bardziej ludzki sposób. Hill dekadę później się zrehabilitował produkując dla HBO serial „Deadwood”, ale to temat na inną opowieść.

6/10

Radosław Ostrowski

Tar

Dawno nie miałem styczności z filmem, który wywołuje we mnie aż tak skrajne emocje jednocześnie: od zachwytu w warstwie technicznej po frustrujące momenty w warstwie fabularnej. Przez co nie jestem w stanie powiedzieć, czy dany film mi się podobał. I tego doświadczyłem podczas seansu „Tar” – najnowszego filmu Todda Fielda, pierwszej produkcji zrealizowanej po 16 latach (!!!) milczenia. Czy warto było czekać?

Historia skupia się wokół Lydii Tar (magnetyzująca Cate Blanchett) – kompozytorki, dyrygentki, pierwszej kobiety prowadzącej swoją batutą Filharmoników Berlińskich. Kiedy ją poznajemy jest na szczycie, z masą wielkich sukcesów, o czym dowiadujemy się z wywiadu. Przygotowuje się do nagrania na album V Symfonii Mahlera oraz promowania swojej książki „Tar on Tar”. A czym jeszcze się Lydia zajmuje? Prowadzi zajęcia w Julliard, należy do Fundacji Accordion, mającej być kuźnią dla przyszłych dyrygentek, mieszka razem z koncertmistrzynią Sharon (Nina Hoss) oraz ich córką Petrą. Oprócz tego istotną osobą w życiu kompozytorki jest jej asystentka Franceska (Noemie Marlant). Ale nad tym pełnym sukcesów życiem zbierają się powoli czarne chmury. Wszystko z powodu jednej z dawnych podopiecznych, Kristy Taylor. Kobieta popełnia samobójstwo, co zaczyna rzutować na przyszłość Tar.

Field bardzo mocno skupia się na postaci Tar, próbując pokazać bardzo skomplikowany portret psychologiczny artysty. Genialnej indywidualistki, oddanej swojej muzycznej pasji aż do granicy perfekcjonizmu. Gdy słuchamy jej wywiadu na początku, sprawia wrażenie oczytanej, wyrazistej osobowości, trudno nie kryć fascynacji. Tak samo jak podczas wykładu, gdzie dochodzi do dyskusji na temat czy można oddzielić artystę od jego dzieła. I jest to ostra wymiana zdań, co też będzie miało poważne perturbacje. Ale jednocześnie pod tą całą intelektualną warstwą skrywa się wiele tajemnic. Nadużywanie władzy, manipulacja, poczucie wyższości, kłamstwa – to wszystko skryte w odcieniach szarości, a w dostrzeżeniu tego wszystkiego nie pomaga fakt, że Field nie wykłada wszystkiego wprost. Spora część informacji skryta jest między słowami, spojrzeniami, emocjonalnym chłodem. Jeśli dorzucimy do tego bardzo rwany montaż, gdzie wiele kluczowych scen dzieje się poza kadrem, można poczuć się mocno zagubionym. Wręcz sfrustrowanym poczuciem, że coś się przeoczyło i wiele spraw pozostaje otwartych (niewspomniana relacja z matką, rzucone pojedyncze zdania maili czy niemal pod koniec wizyta w rodzinnym domu). A że część dialogów w jeżyku niemieckim (głównie podczas prób orkiestry) nie została przetłumaczona, czyni całość jeszcze bardziej hermetyczną.

Z drugiej strony trudno nie oderwać oczu i uszu od filmu, przypominającego w formie europejską produkcję z lat 70. Nie brakuje długich ujęć (mastershot), gdzie niemal non-stop przyglądamy się Tar czy kilku kadrów przypominających wręcz horror (bieg przez las, gdzie w tle słychać krzyk i syreny policyjne, nocne koszmary z rozmytymi twarzami). Największe wrażenie robiły na mnie sceny prób, gdzie dźwięk jest wręcz porażający. Czuć siłę brzmienia orkiestry, nawet nie mając zielonego pojęcia o granym utworze. Ale jej energia, skupienie na poszczególnych instrumentach czy dyrygowaniu Tar. To ostatnie przypomina wręcz balet, gdzie kobieta ma pełną władzę nad wszystkimi dookoła.

„Tar” magnetyzuje genialną rolą Blanchett oraz scenami muzycznymi, ale z drugiej strony jest bardzo wymagającym portretem hermetycznego środowiska muzyki poważnej. Pojawiają się drobne akcenty humorystyczne, drugi plan potrafi zabłysnąć (szczególnie Hoss i Marlant, choć także drobny epizod Marka Stronga zasługuje na wspomnienie). Niemniej ciężko mi go jednoznacznie polecić ten psychologiczny dramat, mierzący się z władzą, kulturą i sztuką. Film przypomina obraz w muzeum, który łatwiej jest podziwiać niż polubić.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wieloryb

Jeśli jest reżyser, którego filmy mnie ciekawią i chce oglądać, to jednym z nich jest bez wątpienia Darren Aronofsky. Twórca „Requiem dla snu”, „Zapaśnika” czy „Czarnego łabędzia” skupia się na ludziach udręczonych przez własne demony (narkotyki, dążenie do perfekcjonizmu), chcących naprostować – lub nie – swoje życie. Albo to, co z niego jeszcze zostało. Jego najnowsze dzieło „Wieloryb” wydaje się kontynuować tą drogę, lecz wizualnie jest dość inny.

wieloryb2

Bohaterem filmu jest Charlie (zaskakujący Brendan Fraser) – nauczyciel angielskiego, prowadzący kurs online. Mieszka w wynajmowanym pokoju motelowym, które wygląda jak po przejściu tornada. Jedyną odwiedzającą go osobą jest opiekująca się nim pielęgniarka Liz (Hong Chau). Miał żonę i córkę, lecz zostawił je kilka lat temu dla innego mężczyzny. Od tej pory kontakt z nimi się urwał, głównie przez żonę. Jednak jego partner zmarł i od tej pory Charlie bardzo mocno przybrał na wadze. Tak bardzo, że nie jest w stanie samodzielnie się poruszać. W połączeniu ze słabym sercem to bardzo niebezpiecznie połączenie, a nasz bohater nie chce się leczyć.

wieloryb3

Film jest oparty na sztuce Samuela D. Huntera, który przerobił ten tekst na scenariusz. I ten rodowód teatralny jest mocno odczuwalny, bo cała akcja ogranicza się do mieszkania Charlie’ego. Jest ciasno, klaustrofobicznie, a przewija się 4-5 osób: Charlie, jego córka, pielęgniarka, misjonarz i (na chwilę) żona. A pod tym wszystkim mamy udręczonego człowieka, który stracił sens życia i w pewnym sensie przygotował sobie pętlę. Napędzany przez wstyd, poczucie winy oraz stratę, doprowadzając się na skraj śmierci, szuka światła. Dlatego próbuje nawiązać kontakt z córką, która go nienawidzi. Co jest zrozumiałe i powoduje, że Ellie (Sadie Sink) jest bardzo rozgoryczona, cyniczna, mająca wszystko i wszystkich w dupie. Bo tych ośmiu lat nieobecności nie da się wymazać z pamięci, jednak próbuje odkupić swoje błędne decyzje. Ten wątek bardzo przypomina mi inny film Aronofsky’ego, czyli „Zapaśnika”, ale tam bardziej mnie to zaangażowało.

wieloryb1

Muszę przyznać, że mam z tym filmem pewne problemy. Po pierwsze, zbyt wiele rzeczy w dialogach jest za bardzo wprost. Z tego tytułu miejscami robi się zbyt podniośle, ociera się to wszystko o patos, który potrzebny tu jest jak mówienie o tolerancji na zlocie neonazistów. Innymi słowy, bywa pretensjonalnie. Reżyser próbuje ratować sytuację odrobiną humoru, wnosząc troszkę świeżego powietrza. Po drugie, postacie pozornie wydają się głębokie, ale jedna w szczególności doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Grana przez Sink córka dla mnie była jednowymiarowa, zaś sposób mówienia oraz mimika ograniczona jest do pozycji: pierdolę wszystko i wszystkich, dlatego jestem podłą suką. Dlatego dla mnie próby Charliego w kwestii naprawy tej relacji wywoływały we mnie frustrację. Nie mogłem zrozumieć czemu tak bardzo na niej zależy, zamiast odpuścić sobie. Po trzecie i chyba najważniejsze, czułem miejscami jak Aronofsky sięga po emocjonalny szantaż. Że próbuje mnie na siłę wzruszyć i poruszyć, jakby nie do końca ufał aktorowi, jeszcze bardziej nakręcając kolejne chwile upokorzenia (córka faszerująca go kanapką z pigułami, dostawca pizzy pierwszy raz widzący go czy ostra kłótnia z młodym kaznodzieją o religii). Za dużo tego się nazbierało, co kilkukrotnie osłabia wydźwięk.

wieloryb4

Co zdecydowanie błyszczy to absolutnie rewelacyjna kreacja Brendana Frasera, który jest tutaj nie do poznania (charakteryzacja pierwszorzędna!!!!) i dźwiga całość na swoich barkach. Przekonująco pokazuje swój ból, w niemal każdej części ciała, będącego jego klatką. Ale jednocześnie cały czas pozostaje pogodnym, wrażliwym gościem, widzącym w ludziach najlepsze (jak sam mówi: „Ludzie są wspaniali”), próbujący znaleźć nadzieję w swoim mrocznym życiu. Oprócz niego największe wrażenie zrobiły na mnie dwie role kobiece: świetna Hong Chau (pielęgniarka Liz, mającą wspólną przeszłość i silną więź z Charliem) oraz w drobnym epizodzie Samantha Morton (żona Mary). Obie panie wnoszą wiele życia, przez co nie czuć tej teatralności.

Jedno mogę powiedzieć bez wahania – „Wieloryb” to zwyżka formy Aronofsky’ego po rozczarowującej „mother!”. Choć czuć teatralność, nie cała obsada błyszczy, trudno oderwać oczy od tej mrocznej historii walki o odkupienie i szukaniu dobra. FRASER JEST WIELKI!!!!!!!

7/10

Radosław Ostrowski

Na wodach północy

Kolejna telewizyjna kolaboracja amerykańskiej AMC z brytyjską BBC. I pozornie jest to historia atmosferą przypominająca „Terror” – morska opowieść w realiach historycznych, jednak krótsza, bardziej skondensowana oraz wykorzystujące pewne znajome elementy do opowiedzenia innej historii. O czym mówi dzieło Andrew Haigha?

Mamy rok 1858 i szykującego się do wyprawy po wieloryby okręt „Ocalony” pod wodzą kapitana Brownlee’ego (Stephen Graham). Do załogi dołącza Patrick Sumner (Jack O’Connell) – młody lekarz, który wcześniej walczył w Indiach. Czemu taki doświadczony żołnierz bierze udział w takiej eskapadzie? Niby jest problem z odziedziczonym majątkiem, jednak zarówno kapitan oraz właściciel statku Baxter (Tom Courtney) nie kupują tej historyjki. Oprócz niego jeszcze pojawia się Henry Drax (Colin Farrell) – wielorybnik, pijus, dziwkarz i w ogóle nieciekawa persona. Zanim wyruszy w rejs zdąży zabić gościa, bo nie chciał mu więcej postawić. Z kimś takim można czuć się bezpiecznie, prawda? Ale nikt (poza kapitanem i jego pierwszym oficerem) nie wiedzą, że coś nie przyjemnego wisi w powietrzu. I nie wszyscy wyjdą z tego żywi.

Dość szybko poznajemy jaka jest stawka w tej całej układance. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, musi chodzić o pieniądze. Albo o kupę pieniędzy. Powoli zaczyna budowana być z jednej strony poczucia przygody i mierzenia się z przyrodą: sztormy, polowania na foki, wieloryby. Ale cały czas w centrum mamy lekarza – gościa z Irlandii, niższych sfer, udręczonego wojenną przeszłością. Oraz faktem, że został wykorzystany i potem potraktowany jak śmieć, a żeby o tym zapomnieć spożywa spore ilości laudanum. Wrażenie robią plenery (całość kręcono w Norwegii) i krajobrazy, wywołujące poczucie obcości, gdzie człowiek tak naprawdę jest zderzony z samym sobą. Z dala od cywilizacji, gdzie budzą się pierwotne, dzikie instynkty. Łatwo tu zabić bezkarnie, bez odpowiedzialności, a atmosfera robi się coraz gęstsza. Szczególnie, gdy na okręcie jest morderca. I to taki najgorszy, bo rozumiejący, przez co bardziej niebezpieczny oraz bezwzględny. W każdej chwili może cię zostawić, każdą umowę złamać i zamordować.

Wszystko to przeplatane monotonią dnia codziennego, drobnymi ranami oraz wspomnieniami, które nigdy nas nie opuszczą. Zgrabnie reżyser wplata te wizje, powoli odkrywając tajemnice Sumnera. Sceny polowań na foki jak i wieloryba imponują przywiązaniem do detali. A wszystko wydaje się takie lepkie, zużyte, zaś rzadko obecne ulice miasta są pełne brudu, błota. Nie czuć tutaj, że to było kręcone w jakimś studio, co tylko dodaje realizmu. Jedyny problem w zasadzie mam z ostatnim odcinkiem, który może wydawać się przyspieszonym i dzieje się dużo, ALE ma to wszystko sens. Przynosząc (w miarę) szczęśliwe zakończenie.

Do tego całość jest świetnie zagrana. Jack O’Connell kolejny raz potwierdza, że warto go obserwować i drobnymi spojrzeniami pokazuje swojego skonfliktowanego bohatera. Sympatyzujemy z nim i wydaje się racjonalistą aż do bólu. Po drugiej stronie jest barczysty, nieogolony Colin Farrell, będący małomównym, niebezpiecznym psychopatą. Człowiekiem, dla którego życie nie ma żadnej wartości, jest obliczalny oraz diabelnie inteligentny. Przypomina niedźwiedzia – może wygląda niegroźnie, ale poczekajcie do ataku. Wtedy zacznie się brutalna jatka. Poza tą dwójką jest zaskakująco bogaty drugi plan, gdzie pojawia się m. in. jak zawsze solidny Graham, kradnący szoł Roland Moller (uduchowiony harpunnik Otto) czy zaskakujący swoją obecnością Peter Mullan.

Zafascynowany jestem pozornie prostą historią „Na wodach północy” – przygodowo-surwiwalowa opowieść o różnych obliczach męskości i zderzeniu człowieka z bezwzględną naturą. Ta ostania nic sobie z nas nie robi, mocno przypominając nasze miejsce w tym świecie. A wszystko świetnie napisane, pięknie sfilmowane i sprawia wrażenie realistycznego. Skromna, lecz wielka rzecz.

8/10

Radosław Ostrowski

Aftersun

Na pierwszy rzut oka debiut Charlotte Wells wydaje się filmem tajemniczym, chaotycznym, enigmatycznym (za bardzo) i… zwyczajnym. Przynajmniej z punktu wyjścia historii, jednak im dłużej się zastanowić po seansie, wszystko wydaje się łączyć. O ile będziecie uważni, macie sporą wyobraźnię i/lub empatię.

Akcja toczy się podczas wakacji w Turcji razem z ojcem i córką. Niby nic nadzwyczajnego, jednak 11-letnia Sophie (Frankie Corio) mieszka z matką, a takie spotkanie to coś istotnego. Calum (niesamowity Paul Mescal) próbuje sprawić, by ten wspólnie spędzony czas nie był stracony. I żeby to była dobra zabawa przez te kilka dni. I wydaje się, że dobrze się bawią, robiąc wiele wspólnych rzeczy: nurkowanie, gra w piłkę wodną, kąpiel w błocie, wspólne posiłki. Wiele rzeczy rejestrowanych jest cyfrową kamerą (mamy lata 90.). To jednak jest tylko jedna warstwa filmu.

Bo Wells niejako prowadzi całą historię dwutorowo. Pierwsza warstwa to wspomnienia „fizyczne”, zapisane na taśmie, oglądane przez dorosłą Sophie. Ale druga warstwa jest o wiele ciekawsza, BO… jest wiele sytuacji, gdzie Callum jest sam. Tu już można zacząć kwestionować „rzeczywistość”, próbując zweryfikować nagrane taśmy. Bo – jak niektórzy wiedzą – nasze wspomnienia z głowy z czasem ulegają zniekształceniu. Całe „Aftersun” to zderzenie tych dwóch warstw i próba zrozumienia, co tak naprawdę się stało podczas wakacji w Turcji. Niczym rozbite kawałki zwierciadła, gdzie nic nie jest powiedziane wprost.

Całość wygląda tak, jakbyśmy obserwowali wycinek z wakacji, gdzie widzimy bohaterów podczas zwyczajnych, prostych rzeczy. Jest w tym coś z podglądactwa, ale Wells nie ułatwia wejścia do tego świata. Wiele będzie scen, gdzie postacie są widocznie albo w odbiciach lustra czy ekranu telewizora, albo widzimy tylko część postury (ręka, nogi itp.) podczas sceny/dialogu. Cały czas nie mogłem pozbyć się wrażenia, że nie wiedziałem dokąd to wszystko zmierza. A kiedy jeszcze pojawiały się sceny z jakiegoś rave’u, gdzie mamy krótkie przebitki światła, jeszcze bardziej rozmywały obraz. Strzępki dialogów dają pewne poszlaki, jednak pewni nie będziemy nigdy. Tak jak dorosła już Sophie, wiemy niewiele i nagrane filmy nie wyjaśniają za wiele, pozostawiając wszystko w kwestii domysłów, spekulacji, przypuszczeń.

I jak to jest zgrane. Może inaczej, jak te rozmowy oraz relacja naszej dwójki wydaje się bardzo naturalna. Paul Mescal i Frankie Corio są wręcz zachwycający, zwłaszcza ten pierwszy jako ojciec skrywający depresję oraz problemy. Niby wydaje się być wyluzowany oraz spokojny, lecz to wszystko jest maską, robieniem dobrej miny do złej gry. Nie odkryjemy, dlaczego Callum jest przygnębiony, co go naprawdę dręczy, jednak czuć jak bardzo to przygniata. I jak bardzo stara się to wszystko ukryć. Wszystko bardzo trzymane w ryzach, stonowane.

Wielu na „Aftersun” się wynudzi i uzna za stratę czasu, pozbawioną jakiegokolwiek sensu sklejkę scen. Ale to wszystko okazuje się bardzo przemyślanym, skrywającym o wiele więcej obrazkiem depresji. Ostatnie minuty wywracają wszystko do góry nogami i dopiero dając sobie czas na przemyślenie po seansie, film zaczyna rosnąć w oczach. Przynajmniej moich oraz – mam nadzieję – potencjalnych widzów.

8/10

Radosław Ostrowski