Biały Tygrys

Tytułowy „biały tygrys” to rzadkie zwierzę, które rodzi się raz na pokolenie. W przypadku tego filmu można tym zwrotem opisać kogoś o wiele sprytniejszego niż się wydaje. Kto wyrwał się ze swojego „kurnika” (kasty), by wejść na sam szczyt. Ale jak tego dokonać, jeśli jesteś z nizin społecznych i jesteś Hindusem?

Poznajcie Balrama (Adarsh Gourav) – młodego chłopca, który mógł mieć szansę na dalsze kształcenie i edukację. Niestety, choć trudno mu odmówić inteligencji oraz sprytu, okoliczności mu nie sprzyjały. Nagła śmierć ojca doprowadziła do tego, że chłopak pracował w herbaciarni na małej wsi. Wreszcie, by chcąc zmienić życie, decyduje się na jedyną opcję – zostanie sługą dla osoby z wyższej kasty, w ten sposób zarabiając więcej. Ale żeby to zrobić uczy się prowadzić samochody. To jednak jest początek jego drogi na szczyt jako szef firmy taksówkarskiej. Jak to się stało? Dlaczego jest za nim list gończy? On sam nam to wszystko opowie.

bialy tygrys1

Rezyser Ramin Bahrani pokazuje Indie z troszkę innej perspektywy niż nasze skojarzenia. Nie jest barwnie, bajkowo czy kolorowo, za to bardzo tłoczno i ogromnymi podziałami społecznymi. Bogaci coraz bardziej się bogacą, dbając w zasadzie tylko o siebie, zaś ich słudzy (m. in. kierowcy, sprzątacze) pochodzą z biedoty. A ci drudzy tylko pozornie poprawiają swój los. Bo ta relacja uzależnia drugich od tych pierwszych, którzy ze znanych sobie powodów mogą sługę zmienić. Tak się zostaje osadzonym w kurniku, z którego wydostać się nie da. Że jak się biedakiem urodziłeś, biedakiem umrzesz i nic nie zrobisz. Trochę inaczej niż w stylu zwanym amerykańskim snem, który wydaje się nie mieć racji bytu.

bialy tygrys2

Musze przyznać, że tempo tego filmu jest wyzwaniem. Pierwsza połowa jest raczej dużo wolniejsza, skupiona na pokazaniu tych podstawowych zależności oraz drodze Balrama do bycia kierowcą. Poznajemy rodzinę „bogatszych”, gdzie mamy dwóch tradycjonalistów (ojca oraz syna) oraz parę troszkę „nowoczesną” z Nowego Jorku (Ashok i Madam Pinky). Ona wydaje się bardziej wyzwolona od swojego męża, będącego w rozkroku. Niby on chce unowocześnić kraj i stawiać na rozwój technologiczny, jednak coraz bardziej zaczyna ulegać presji ojca oraz brata. Co tej mocno odbija się na relacji pan-sługa, która początkowo między nimi wydawała się bardziej luźna, wręcz kumpelska. Ale jedno wydarzenia sprowadza znowu wszystko do nienaruszalnego porządku.

bialy tygrys3

Jak sam Balram mówi: By się wyrwać z mroku są dwie ścieżki. Ścieżka zbrodni lub polityki. To zdanie pokazuje jak bardzo ta kastowość jest patologiczna. I tylko przez patologię (korupcję, oszustwa, morderstwo) można cokolwiek tu zrobić. Stać się przedsiębiorcą, kimś spoza swojej niskiej kasty, politykiem czy kimś takim. Ale czy cena tej przemiany może się wydawać zbyt wysoka? Czy w którym momencie nasz bohater stanie się taki jak swoi panowie? Czy jednak będzie pamiętał jakich błędów nie popełniać? Zakończenie dla mnie pozostaje otwarte. Mówię o przemyśleniach niż o warstwie technicznej czy aktorskiej, jakby nie były warte jakiejkolwiek wzmianki. Nieprawda.

Bo aktorstwo jest więcej niż dobre (zwłaszcza Gourava i Rajkummara Rao jako Balram oraz Ashok), muzyczno-montażowa zbitka działa, a wszystko pokazane jest bez upiększeń, słodzenia czy wazeliny. Może nie jest tak mocne jak „Parasite”, jednak na tyle jest to ciekawe i wciągające, że można wybaczyć wady (m.in. nierówne tempo. nadmiar postaci drugoplanowych).

7/10

Radosław Ostrowski

Ojciec Stu

Czasami niektóre historie mogą być tak inspirujące, że filmowcy biorą je na warsztat. Ale czasami nie zawsze twórcy potrafią taką historię przekuć na dobry film. Taka jest historia Stuarta Longa – lokalnego boksera z drobnymi sukcesami, który ostatecznie został… księdzem. Jakim cudem do tego doszło?

Jak poznajemy naszego Stuarta (zaskakująco dobry Mark Wahlberg), toczy kolejną walkę bokserską. Wielką gwiazdą nie został nigdy, a poobijany ryj oraz otrzymane ciosy zrobiły na ciele swoje. Stuart musi odpuścić i znaleźć sobie nowe miejsce. Próbuje swoich sił jako aktor, lecz twarz ma bardzo niefilmową, więc pracuje w markecie. A dokładnie w dziale mięsny, gdzie wpada mu w oko pewna dziewczyna. Udaje mu się ją znaleźć… w kościele. Gdzie prowadzi w przedszkolu katechezę. Zabujał się w niej, a resztę możecie sobie dopowiedzieć.

Reżyser Rosalind Ross trafił na materiał pokazujący zarówno historię nawrócenia, ale też walki o swój cel. Mimo wszystko, mimo przeciwności. I chodzi tylko o kwestię tego, że nasz bohater jest ateistą i za bardzo jest skupiony na sobie. Bo jeszcze dochodzi sprawa trudnych relacji z ojcem, śmierć brata oraz poczucie bycia tym gorszym. Alkohol jeszcze krąży, aż doszło do wypadku, co go mocno poturbował. Brakuje mi w tym filmie równego tempa: dość długo trwa proces poznania naszego bohatera i jego przeszłości, zaś sam proces nauki w seminarium jest strasznie pocięty oraz uproszczony. Za dużo miałem jednego, a za mało drugiego. Samo to „nawrócenie” oraz droga do Boga dla mnie było mocno naiwne. Nie do końca wierzę w aż tak ekstremalną przemianę i jej wpływ. Problem jest także, że nasz „ksiądz” staje się jeszcze nowym Hiobem, co wynika z rzadkiej choroby. Za dużo zbiegów okoliczności, symboliki („wizja” Maryi w chwili wypadku) oraz troszkę walenie Wiarą wprost.

Gdyby nie lekko ironiczny humor oraz miejscami knajackie teksty, ten film mógłby być niestrawny. Czuć tu mocno agitkę pro-religijną, którą przełamują dwie rzeczy. Pierwszą jest Mark Wahlberg, który może i jest tu prostodusznym gościem z demonami w tle. Może wydawać się on pasować do roli księdza niczym pięść do oka. Ale to bardziej przyziemne podejście tworzy mieszankę wybuchową, potrafiącą miejscami poruszyć. Drugim dla mnie „hakiem” jest Mel Gibson, czyli ojciec Stuarta – szorstki, lekko cyniczny, nie radzący sobie z przeszłością. Rzadkie wspólne sceny obu panów, zwłaszcza po „nawróceniu” działają w kontrze i pokazują spory potencjał jaki ten film miał. Reszta postaci w zasadzie robi za tło, co trochę jest przygnębiające. Zwłaszcza mając takich aktorów jak Jackie Weaver czy dawno nie widziany Malcolm McDowell.

To jest zmarnowany potencjał na ciekawy, inspirujący film. Niestety, reżyser nie udźwignął tematu i wpadł w pułapki filmów dotykających wiary/religii. Dłuży się oraz ma bardzo nierówne tempo, co bywa męczące. Odrobinka humoru oraz dobra rola Wahlberga to o wiele za mało na coś porywającego. Rozgrzeszenia tym razem nie będzie.

5/10

Radosław Ostrowski

Fabelmanowie

Są tacy reżyserzy, którzy towarzyszą mi w podróży zwanej kinem od młodszych lat. Takim reżyserem jest Steven Spielberg, będący dla mnie odpowiednikiem czarodzieja, kreującego niezwykłe rzeczy oraz pokazujący kino jako wielką przygodę. Zdarzały się skręty ku poważniejszym tematom, jednak ten reżyser potrafił wciągnąć oraz zaangażować. Ostatnim jednak filmem Amerykanina, który mnie zachwycił były animowane „Przygody Tintina”. Do teraz.

Jego nowy film skupia się na tytułowej rodzinie Fabelmanów, czyli rodzicach, najstarszym synu Samie oraz trzech siostrach. Ojciec rodziny (Paul Dano) jest inżynierem, matka (Michelle Williams) jest pianistką o wielkim talencie. Sammy jednak zaraża się pasją do filmu, a wszystko zaczęło się w 1952 oraz seansu „Największe widowisko świata”. Jedna scena (zderzenia pociągu z samochodem) stanie się wręcz obsesją, którą początkowo będzie próbował odtworzyć. Ale wszystko zmienia się z dwóch powodów: Sammy dostaje kamerę, a rodzina przenosi się do Arizony. Bo ojciec dostaje lepiej płatną pracę.

fabelmanowie3

To jednak tylko początek historii, w której Spielberg opowiada o sobie samym. Ale to tylko częściowo prawda, bo reżyser najbardziej jednak skupia się na rodzicach. Oboje pochodzą z różnych światów: racjonalnego, naukowego oraz artystycznego, co powinno zgrzytać ze sobą. Jednocześnie widzimy dojrzewanie bohatera od dziecka przez okres liceum aż do… Jeśli myślicie, że skończymy na prawdziwym planie filmowym, jesteście w błędzie. Reżyser pokazuje zarówno coraz większą fascynację Sammy’ego kamerą i kinem, jak też obyczajową historię rodzinną. Choć w tym drugim przypadku największe skupienie jest na rodzicach, pozostawiając siostry raczej do roli tła. Widzimy realizowane z kolegami filmy (western i wojenny), jak i sceny z życia rodzinnego – coraz bardziej nasz bohater widzi przyszłość jako reżyser, mimo oporu ojca. Wspiera go matka, zaś pojawiający się na krótko wujek Borys (cudowny epizod Judda Hirscha) mówi o konsekwencjach podążenia za drogą artystyczną.

fabelmanowie2

I nasz bohater parę razy przekonuje się o tym jaką siłą może być kino. Nie tylko podczas tworzenia swoich filmów, lecz podczas dwóch kluczowych momentów. Pierwszy to montowanie scen z rodzinnego kempingu, gdzie zauważa jedną bardzo niepokojącą rzecz. Nawet za pomocą filmu konfrontuje matkę z tym faktem, bo nie może wyrazić swoich emocji słowami. Drugi istotny raz to film z okazji Dnia Wagarowicza, co dla Sammy’ego – gnębionego w liceum za żydowskie pochodzenie i odpuszczającego kręcenie filmów – pozwala odzyskać pewność siebie, lecz też wywołuje inne konsekwencje. Jeden z gnębicieli widzi na ekranie kogoś zupełnie innego niż siebie, czego nie jest w stanie zrozumieć. Ale równie istotnym momentem jest finał, gdzie nasz bohater poznaje największego reżysera świata i dostaje krótką, lecz treściwą poradę.

fabelmanowie1

Sami „Fabelmanowie” są zaskakująco kameralną i spokojną opowieścią w dorobku Spielberga, który ze sporego dystansu przygląda się swojej młodości. Czyli niby coś w klimacie „Romy”, „Belfastu” czy „Złotych czasów radia”? I tak, i nie. Bo mamy tutaj powrót do przeszłości przefiltrowany przez bardziej dojrzałego twórcę. Bez upiększeń, stylizacji, próbując zrozumieć swoich rodziców i to, co przechodzili. Technicznie trudno się tutaj do czegokolwiek przyczepić, a kilka scen (realizacja filmu wojennego, montowanie filmu z biwaku jak kamera krąży wokół sprzętu czy „modlenie się” z koleżanką) zostanie w głowie na długo. To nie tylko zasługa stałej grupy współpracowników, lecz przede wszystkim wspaniałych aktorów.

fabelmanowie4

Świetnie wypada Gabriel LaMalle jako dorastający Sammy, próbujący podążać za pasją i jednocześnie chcąc odnaleźć się w nowym otoczeniu. Czuć siłę podczas realizacji filmów oraz kreatywność w szukaniu pomysłów, ale też poczucie zagubienia i bezsilności. Dla mnie jednak to przede wszystkim popis Paula Dano oraz Michelle Williams. Ten pierwszy wydaje się opanowany, spokojny i służący radą, chociaż często pracujący. Jednak dla mnie największe wrażenie zrobiła Williams, która potrafi być jednocześnie czuła i egoistyczna, energiczna i przygnębiona. Przypomina kolorowego ptaka, uwięzionego w klatce, duszącego się ograniczającą przestrzenią. A wszystko pokazane wielokrotnie… oczami oraz drobnymi spojrzeniami. W moich oczach to rola warta co najmniej nominacji oscarowej. Inną niespodzianką był jeszcze Seth Rogen jako robiący za śmieszka wujek Benny, jednak za nim kryje się coś innego.

fabelmanowie5

Wielu mówi, że „Fabelmanowie” to najlepszy film Spielberga od lat i trudno się z tym nie zgodzić. Ale to też inny Spielberg, który tym razem kamerę zwraca na siebie, tworząc portret swojej rodziny. Bez lukrowania, zakrywania się nostalgią i słodzenia, za to szczerze, z pasją oraz empatią. Niby kameralny, a jednak magiczny film.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Cinema verite

Jakaż ta telewizja jest podła, okrutna i żerująca na najniższych instynktach – powtarzało się to zdanie, kiedy jeszcze to medium miało wielką siłę. Kiedy były kontrowersyjne programy pokroju Jerry’ego Springera czy reality show obecne u nas na początku XXI wieku. Prawda jednak jest taka, że obrzydliwsze oblicze telewizji (przynajmniej w USA) pokazywało już dużo wcześniej. Co pokazuje m.in. nakręcony dla HBO film „Cinema verite”.

Wszystko zaczęło się w 1971, kiedy producent Craig Gilbert (James Gandolfini) wpadł na pomysł produkcji dokumentalnej. Miało ona obserwować zwykłą amerykańską rodziną w formie odcinkowego serialu. Bez ingerencji od strony ekipy czy producenta. Udaje się znaleźć odpowiednich kandydatów, czyli rodzinę Loudów. Matka (Diane Lane) to kobieta wyzwolona i pewna siebie, ojciec (Tim Robbins) głównie pracuje w firmie, rzadko przebywając w domu, jest jeszcze trzech synów (najstarszy, bardzo wyzwolony Lance oraz dwóch chłopaków marzących o karierze rockowej) oraz dwie córki. Sporo osób, prawda? Pozornie wszystko wydaje się idealnie, ale powoli ekipa zaczyna zauważać pewne pęknięcia w tym obrazku.

Do filmu podchodziłem ze sporymi oczekiwaniami, ze względu na realizatorów. Czyli reżyserski duet Shari Springer Bergman/Robert Pulcini odpowiedzialny za znakomite „American Splendor”, a ostatnio pracujący przy serialach jak „Sukcesja”. Z kolei scenariusz to robota Davida Seltzera znanego ze skryptu do „Omenu”. Wszystko zrealizowane w dość nietypowy (czyli kreatywny) sposób, gdzie przeplatane są archiwalia (także z programu „An American Family”) oraz sytuacje niejako zza kulis. Nawet nie chodzi o to, że kamera obserwuje rodzinę i początkowo nie są w stanie zachować się swobodnie. Czyli nie patrzeć na nią, nie rozmawiać z realizatorami.

Ale problemy zaczyna się w chwili, gdy producenci grozą Gilbertowi wycofaniem funduszy. Dlaczego? Bo nic interesującego się nie dzieje, brakuje emocji, „mięsa”. Więc co należy robić? Gilbert zaczyna bardziej naciskać na swoich współpracowników, by filmowali i podążali za bohaterami podczas kłótni czy pokazania rzeczy mniej wygodnych. Tutaj dotyczy to najstarszego syna, Lance’a (Thomas Dekker), który mieszka na Manhattanie i nie wstydząc się swojej homoseksualności, który zostaje także sfilmowany w Paryżu. Jeszcze ciekawiej robi się jak głowa rodziny wyrusza z naszym producentem poza miastem. Chodziło o zaprezentowanie producentowi pewnej podobno zdolnej kobiety. To zdarzenie stanie się zapalnikiem, mogącym rodzinę wysadzić od środka.

Cała ta historia wydaje się pokazywać dwie istotne kwestie. Po pierwsze, co to znaczy być „amerykańską rodziną”? I czy istnieje taki „idealny” przykład takiej rodziny? Odpowiedź na to wydaje się być prosta: nie ma. Każdy ma pewne swoje niedoskonałości, ale pytanie jak bardzo to niszczy/scala rodzinę. Jednak obecność kamer potrafi wszystko jeszcze bardziej podkręcić. I tu pojawia się kolejne pytanie: gdzie jest granica? Co wolno filmować, a co powinno zostać poza jej okiem? Jak wiele kamera/montaż mogą zniekształcić lub przefiltrować każdą postać? Uczynić z niej karykaturę na podstawie tylko wycinka albo wypaczyć. I to pokazuje niebezpieczną siłę telewizji, która kreuje rzeczywistość zamiast pokazywać.

Wszystko to jednak jest fantastycznie zagrane przez przewodzące trio: Diane Lane-Tim Robbins-James Gandolfini. Każde z nich stworzyło o wiele bardziej złożone postacie niż na pierwszy rzut oka się wydaje. Zapracowany mąż, bardzo empatyczny producent oraz mająca wszystko na głowie inteligentna żona. Wrażenie zrobiła na mnie Lane, zwłaszcza odkrywając i konfrontując się ze swoim mężem. Także Gandolfini bardzo przekonująco balansuje między empatycznym człowiekiem a manipulantem. Jedyny problem mam taki, że reszta dzieci (poza Lance’m) zostaje zepchnięta do roli tła. Bo chciałoby się poznać ich perspektywę na całą sytuację.

„Cinema verite” jest bardzo (a nawet więcej) solidnym filmem o telewizji, kiedy jeszcze traktowali to medium dość pobłażliwie. Jak jeszcze telewizja nie pokazywała swej mrocznej, bardziej złowieszczej strony, która eksplodowała przez kolejne dekady. Nadal mocna rzecz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wielka woda

Netflix i polskie seriale to zazwyczaj chybiona mieszanka, choć to wynika z niewielkiego doświadczenia oraz docierania się obydwu stron. Niemniej coś się chyba zaczyna kiełkować, co pokazał drugi sezon „Rojsta”, dobrze odebrany „Sexify” (jeszcze nie widziałem) oraz temat obecnego tekstu. „Wielka woda” to kolejny serial reżysera Jana Holoubka i scenarzysty Kaspra Bajona, tylko tym razem skupia się na powodzi 1997 roku.

Akcja skupia się na Wrocławiu roku pamiętnego, kiedy Odra zalała miasto. Ale cofamy się parę tygodni do momentu, gdy trafia faksem notatka hydrolog Jaśminy Tremer (Agnieszka Żulewska). Poziom wody w Odrze rośnie w szybkim tempie. Władze miasta z inicjatywy zastępcy wojewody Jakuba Marczaka (Tomasz Schuchardt) ściągają kobietę w charakterze konsultanta, by nie dopuścić/zminimalizować straty. Jednym ze sposobów ma być wysadzenie wału przeciwpowodziowego wokół wsi Kęty. Mieszkańcy pod wodzą Andrzeja Rębacza (Ireneusz Czop) nie chcą się na to zgodzić, nie mówić już o przeniesieniu się do mieszkań zastępczych. Katastrofa wisi w powietrzu.

Sześcioodcinkowa historia rozbija się na parę mniejszych, by stworzyć mozaikę postaci, zdarzeń oraz realiów roku ‘97. Pokazania czasów, gdzie jeszcze nie wykorzeniła się mentalność PRL-u i nie do końca ufa się władzom. Te z kolei nie są do końca przygotowane na całą sytuację, zakładając optymistyczne scenariusze, nie posiadając aktualnych map i brakuje poczucia kto za co odpowiada. Biurokracja, burdel kompetencyjny oraz przepychanki polityczne były dla mnie jednymi z najciekawszych scen. Zderzenie człowieka z urzędniczą machiną, gdzie musi dojść do nieuniknionego błędu. Nieufność wobec władzy miesza się tutaj z oddolnymi inicjatywami, jednoczącymi ludzi.

Jednocześnie wszystko jest pokazane w skali mikro, z masą postaci na drugim i trzecim planie jak sprzedawczyni lokalnego sklepu, dr Góra, dziennikarka telewizyjna, diler narkotykowy. To pomaga zbudować koloryt i pokazać różne perspektywy, ALE jednocześnie można odnieść poczucie pewnego przesytu. Bo jak się odkryje ile postaci jest ze sobą powiązanych (głównie wokół naszej pani hydrolog), głowa może rozboleć, zaś wiele wątków bywa przeciągniętych (matka Tremer nie chcąca opuścić domu czy poszukiwania córki Marczaka przez ojca).

Niemniej muszę przyznać, że serial wciąga i trzyma w napięciu. Duża w tym zasługa realizacji, miejscami niemal dokumentalnej w formie, a jednocześnie imponującej skalą. Czuć, że był pieniądz. Imponuje scenografia oraz kostiumy, suspens potęguje ambientowa muzyka, nie brakuje też nawet świetnych scen zbiorowych. Próba wykurzenia mieszkańców wsi spod wału przeciwpowodziowego czy ostatnie odcinki z zalanym miastem wyglądają niesamowicie. Co jest imponujące zważywszy, że kino katastroficzne (a do tego gatunku „Wielka woda” wpisuje się) nie jest w Polsce realizowane zbyt często. Jedyny poważny zgrzyt wywołuje we mnie zakończenie, które sprawia wrażenie urwanego i nagłego, co mnie zaskoczyło in minus.

Wszystko to jednak jest fantastycznie zagrane, skupiając się na trzech postaciach: Tremer, Marczaka i Rębacza. Agnieszka Żulewska jest świetna jako zdeterminowana, trzymająca się faktów kobieta z dużym bagażem w tle. Wielu może zirytować ta postać, bo kolejna silna postać kobieta (konserwatywni faceci już dostają piany z ust), ale nie jest przejaskrawioną, przegiętą, antypatyczną, nieomylną wyrocznią. Kolejny raz błyszczy Ireneusz Czop, będący mimowolnym liderem mieszkańców wsi. Prosty facet postawiony w niezwykłej sytuacji, ale pozostaje ludzki (scena przeprawy po ciało ojca za pomocą łódki) i jego racje są zrozumiałe. Dla mnie całość skradł rewelacyjny Tomasz Schuchardt i nie tylko dlatego, że coraz bardziej wygląda jak Ron Swanson z „Parks and Recreation”. Marczak jest ambitnym urzędnikiem, który poważnie podchodzi do tematu, zaś w ostatnich odcinkach gra oczami tak, że w nich widać wszystko. Jego losem przejąłem się najbardziej. Na drugim planie nie brakuje znanych twarzy (m.in. Mirosław Kropielnicki, Leszek Lichota, Piotr Trojan, Łukasz Lewandowski, Anna Dymna czy – po raz ostatni na ekranie – Jerzy Trela), którzy wyciskają wiele i zapadają w pamięć.

Wielu porównywało serial Holoubka do „Czarnobyla”, co jest zrozumiałe. Obydwa tytuły pokazują wielką katastrofę z każdej perspektywy, imponują skalą i zderzają bezsilność władzy z walką ludzi wobec tragedii. Ale produkcja HBO była też aktem oskarżenia wobec skorumpowanego systemu opartego na kłamstwie, zaś „Wielka woda” nie ma aż takich ambicji. Nadal jednak pozostaje wartym polecenia tytułem jakiego na naszym podwórku nie było. Nie brakuje wad, ale zalet ma o wiele więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

IO

A cóż to nasze gremium postanowiło wystawić jako kandydata do nominacji oscarowej za najlepszy film międzynarodowy? Tym razem wybrano nowe dzieło Jerzego Skolimowskiego o bardzo enigmatycznym tytule „IO”. Nie jest to skrót od Igrzysk Olimpijskich, ale imię… osła. I nie, nie chodzi o żadnego polityka.

Trudno tutaj mówić o fabule, bo w zasadzie jest to odyseja osiołka przez różne miejsca. Kiedy poznajemy IO, jest zwierzęciem cyrkowym. Jedyną osobą widzącą w nim coś więcej niż tylko zwierzę jest występująca z nim tancerka Kasandra (Sandra Drzymalska). Kiedy na początku jej oczami patrzymy na osiołka, kamera pokazuje go z bardzo bliska i z taką czułością, że nie byłem w stanie przejść obojętnie. Ale to nie przetrwało, wszystko przez działaczy, co nie chcą zwierząt w cyrku. Io zostaje rozdzielony i trafia najpierw do stajni. To jednak początek wędrówki naszego czworonoga, które zostaje zderzone z najgroźniejszym zwierzęciem na Ziemi – człowiekiem. Jaki będzie finał?

IOPL-3

Skolimowski spycha ludzi do roli tła, niemal cały czas pokazując perspektywę naszego zwierzęcego bohatera. I to wiele razy dosłownie widzimy jego oczami, co wygląda wręcz hipnotyzująco. Szczególnie gdy w kadrze pojawia się mocna czerwień, skręcając w mocno surrealistyczną otoczkę (scena z wiatrakami). „IO” to przede wszystkim audio-wizualna uczta, zdominowana przez kapitalne zdjęcia Michała Dymka (wspartego dodatkowymi materiałami od Pawła Edelmana i Michała Englerta), które są nie tylko przemyślane, ale też pełne eksperymentów. Czy to ucieczka osiołka przez las, oglądany „od dołu” mecz piłki nożnej, widok na pędzące konie – to wszystko pulsuje, oddycha, zaciekawia. Im dalej w las, tym trudniej jest przewidzieć co zobaczymy za chwilę. Przenosimy się od Warmii i Mazur przez Pomorze i Śląsk aż do włoskiego pałacu. Od ośrodka dla niewidomych dzieci przez mecz piłkarski oraz imprezę w gospodzie z kibolami czy przez granicę z końmi przeznaczonymi na rzeź.

IOPL-2

Z obrazami współgra miejscami klasyczna, miejscami awangardowa muzyka Pawła Mykietyna, tworząc silną mieszankę wybuchową. „IO” jest bardziej doświadczeniem, sensualnym doznaniem niż stricte filmem, co czyni film nieprzystępnym dla każdego. Dialogów jest tu bardzo niewiele, ludzie w zasadzie są epizodami (choć zdarzają się wyraziste kreacje jak w przypadku Sandry Drzymalskiej czy Isabelle Huppert), zaś Skolimowski bardziej wydaje się kontemplować rzeczywistość. Jest parę ujęć, które wydają się nie pasować (robot o kształcie zwierza czy cofająca się woda z wodospadu) albo mają symboliczne znaczenie, którego nie rozgryzłem.

IOPL-1

Niemniej ciężko mi z głowy wymazać te kadry, tego osiołka (grane przez szóstkę parzystokopytnych), który zostaje wyrwany ze swojego środowiska. Ale też pokazuje ludzi w nie zawsze najlepszym świetle, piętnując ich głupotę, okrucieństwo i obojętność. Nie wszystkim się spodoba, ale warto dać szansę jemu oraz sobie.

8/10

Radosław Ostrowski

Infinite Storm

Małgorzata Szumowska już raz próbowała zrealizować film na rynek zachodni, jednak „Córka Boga” była wielkim rozczarowaniem. Być może wynikało to z miałkiego scenariusza oraz braku zaangażowania reżyserki. Nie zniechęciło to jednak Polki (wspartej reżysersko przez autora zdjęć Michała Englerta) do kolejnej próby, tym razem bardziej w swoim stylu. Czy oznacza to jednak, że „Nieskończona śnieżyca” jest filmem udanym?

infinite storm2

Bohaterką filmu jest Pam Bales (Naomi Watts) – ratowniczka górska, mieszkająca w okolicy Góry Waszyngtona. Kobieta mieszka sama w domu, z daleka od świata i cywilizacji. Znowu decyduje się wyruszyć w górę, jak robi to od dłuższego czasu. Tym razem jednak zbliża się śnieżyca, która może mocno popsuć wszelkie plany turystom. Pam trafia w połowie drogi na nią, co zaczyna poważną walkę o przetrwanie. Jakby tego było mało, dostrzega ona ślady butów (adidasy) na śniegu. Oznacza to, że ktoś jeszcze jest w górach. Nie ma możliwości ściągnięcia wsparcia, a znaleziony mężczyzna nie kontaktuje.

infinite storm4

Ktoś powie tutaj, że Szumowska opowiada bardzo prostą opowieść o przetrwaniu i walce z bezwzględną naturą. Do tego jeszcze mamy drugiego człowieka (Billy Howle), mogącego być przysłowiową kulą u nogi. Ale zanim do niego dojdziemy, dostajemy bardzo oszczędny, wręcz minimalistyczne kino. Kamera niemal cały czas jest skupiona na samej bohaterce, choć nie dowiadujemy się o niej zbyt wiele. Dialogów jest w zasadzie tyle, co kot napłakał (pod koniec jest trochę więcej, ale tylko trochę), muzyki w sumie też. Jest tylko pięknie sfilmowana przyroda oraz niemal cały czas „przyklejona” kamera do bohaterki, bardzo naturalnie zagranej przez Naomi Watts. Aktorka gra bardzo fizycznie, nie nosi makijażu i twórcy nie próbują jej upiększać, trzymając całość na swoich barkach. Reszta postaci w zasadzie robi tutaj za anonimowe tło. Nawet „John” (bo jakoś trzeba się do tego człowieka zwracać) początkowo jest ledwo zarysowany i dużo, duuuuuuuuuuuuuużo później dowiadujemy się o nim troszeczkę więcej.

infinite storm3

Reżyserka mocno wierzy w inteligencję widza, bo niewiele zdradza na temat Pam jak i turysty. Właściwie pojawiają się tylko dwie retrospekcje, z czego ta ostatnia wali w łeb niczym łopatą. Niestety, im bliżej końca, tym więcej jest takich scen i dialogów mówiących wprost. Być może Amerykanie to mniej inteligentni goście i wiele rzeczy trzeba im powiedzieć wprost. Nie zmienia to jednak faktu, że „Infinite Storm” to zaskakująco solidne kino. Może bez zaskoczeń fabularnych, ale ogląda się to bardzo dobrze. Kolejna niespodzianka Szumowskiej i (oby tym razem) otworzyło to furtkę do ciekawych przedsięwzięć zagranicznych.

7/10

Radosław Ostrowski

Jańcio Wodnik

Jesteśmy gdzieś na wsi poza czasem i poza miejscem. Gdzieś w drodze wędruje dziad (Olgierd Łukaszewicz) z przywiązanym tobołkiem, który łatwiej byłoby wieźć konno. Właśnie przed oczami pojawia się kobyłka, jednak szybko pada. Wściekły dziad rzuca klątwę na wieś. Jednym z jej mieszkańców jest Jańcio (Franciszek Pieczka) – naiwny, bardzo prosty człowiek, co żyje razem ze swoją młodą żoną Weronką (Grażyna Błęcka-Kolska). Oboje starają się o dziecko, lecz bezskutecznie. Pewnego dnia Jańcio dokonuje niezwykłej rzeczy: sprawia, że brudna woda rzucona na ziemię trafia… do gniazda. Decyduje się ruszyć w drogę, zostawiając swoją lubą i obiecuje, że wróci przez rozwiązaniem. Co może go powstrzymać?

jancio wodnik1

„Jańcio Wodnik” jest filmem prostym, nawet bardzo prostym. Ale jeśli reżyserem jest Jan Jakub Kolski, nie może być inaczej. Powolne, bardzo niespieszne tempo, skupienie na „filozoficznych” dialogach oraz wiejskich krajobrazach. Gdzieś tutaj unosi się duch Witolda Leszczyńskiego czy klimat realizmu magicznego, choć w następnych filmach Kolskiego będzie on bardziej namacalny. Tutaj widzimy konfrontację prostego człowieka ze światem, który wiele obiecuje, kusi, wodzi, ale tak naprawdę tylko mąci, miesza, manipuluje. Niejako tą ciemną stronę świata symbolizuje poznany w drodze sztukmistrz Stygma (bardzo zaskakujący Bogusław Linda) – typ szołmena, który pokazuje stygmaty jak u Jezusa. Tylko, że to wszystko jest tylko oszustwem, mistyfikacją, popisem cyrkowym. Jańcio oraz jego cuda czynią go bardzo rozpoznawalnym, a ludzie lgną do niego jak do nadczłowieka.

jancio wodnik2

W sumie pewnie by tak działało, jednak Jańcio popełnia niewyobrażalny błąd: bo zaczyna brać zapłatę. To się nie ma prawa skończyć dobrze, co widać w samym zachowaniu Jańcia. Z poczciwego, trochę naiwniego człowieka zmienia się w pysznego, dumnego, gardzącego. Najdobitniej pokazuje to scena jak mocno postarzały i brodaty mężczyzna z „orszakiem” przechodzi pod swój dom. A jak wiadomo za takie rzeczy musi przyjść rozliczenie. Magia z religią mieszają się ze sobą, zaś proste wartości okazują się najcenniejsze. Tak samo jak przyjmowanie wszystko, co daje nam los. I taką postawę symbolizuje zarówno żona Weronka, jak też dziad idący przed siebie.

jancio wodnik3

Wszystko to wydaje się niezbyt skomplikowane, bez jakiejś nadmiernej symboliki oraz wizualnych fajerwerków. Za to najbardziej zachwyca muzyka Zygmunta Koniecznego, z kilkoma piosenkami. Niestety, nadal problemem jest udźwiękowienie, gdzie parę dialogów jest niewyraźnych. To była wielka plaga kina lat 90. i początku XXI wieku. Także Błęcka-Kolska odstaje (jak prawie zawsze) aktorsko od reszty. Tutaj prym wodzi absolutnie rewelacyjny Franciszek Pieczka, którego Jańcio trochę przypomina Hioba – prostego człowieka poddanego próbie. Jednak w przeciwieństwie do swojego biblijnego odpowiednika ulega, a tą ciemną naturę pokazuje wręcz bezbłędnie. Szoł dla mnie skradł jednak Linda jako prosty oszust, który jest świadomy swoich tricków oraz efektu jaki robi wśród ludzi. Jest kimś jakby kusicielem, pokazującym „lepszy”, bardziej materialny świat.

jancio wodnik4

„Jańcio Wodnik” uważany jest przez wielu za najlepszy film w dorobku Kolskiego i jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Klimat realizmu magicznego, gdzie rzeczywistości mieszają się, zaś prości ludzie robią proste rzeczy, żyjąc sobie z Panem Bogiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Oddychaj

Ktoś kiedyś powiedział, że najlepsze są najprostsze rozwiązania. Chyba tym się kieruje Netflix, robiąc seriale z niezbyt dużym budżetem, znanymi twarzami. Chociaż od nadmiaru tych tytułów wiele zostaje przeoczonych, niezauważonych. Jaki jest przypadek mini-serialu „Oddychaj”?

oddychaj1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: bohaterką jest Liv (Melissa Barrera) – prawniczka sporej kancelarii, niemal w całości skupiona na pracy, nie posiadając uporządkowanego życia prywatnego. Kobieta czeka na samolot do Iverik, jednak lot zostaje odwołany. Na szczęście trafia na prywatny lot dwójki facetów w kierunku wspomnianego miasta. Wszystko wydaje się zmierzać w dobrą stronę, jednak maszyna rozbija się. Cało wychodzi tylko Liv i jest zdana tylko na siebie, by przetrwać w dziczy. Z dala od cywilizacji, bez zasięgu telefonów oraz bez doświadczenia.

oddychaj2

Serial niejako dzieje się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza skupia się na przetrwaniu Liv, która wydaje się nie mieć doświadczenia z tego typu sprawami. I początkowo wydaje się bardzo nieporadna, zaś pierwsze próby zapalenia ogniska czy zdobycia pożywienia… cóż, parę razy rzuca mięsem. Powoli zaczyna jednak radzić sobie z otoczeniem. Nie znaczy to, że stała się nową Larą Croft czy innym Bearem Gryllsem. Popełnia błędy działając instynktownie, przez co pakuje się w poważniejsze problemy. Nie jest to jednak serial brutalny, pełen krwi oraz przemocy, co dla wielu może być rozczarowaniem. Ale jest to pokazane na tyle przekonująco i satysfakcjonująco, że chce się oglądać do końca. A fakt, że to tylko sześć odcinków po około 30 minut na pewno pomaga.

oddychaj3

Sceny przetrwania przeplatają się z chwilami wspomnień zarówno z pracy, jak i domu. Te momenty przeplatają się ze sobą, pokazując jak wiele ta postać ma za sobą. Odejście psychicznie chorej matki-artystki, śmierć ojca, zbyt duże poświęcenie się pracy, nieplanowana ciąża – takich przeżyć starczyłoby na kilka życiorysów. Jakby tego było mało, kobieta zaczyna mieć zwidy. Czy to halucynacje ze zmęczenia, wewnętrzny głos, czy może choroba psychiczna? Frapuje to, choć odpowiedzi jednoznacznej brak. Ta przeplatanka „teraz” i „kiedyś” działa najmocniej, pokazując pewną powolną przemianę bohaterki. Barrera dźwiga „Oddychaj” na swoich barkach i wypada wiarygodnie jako zagubioną korpo-sukę zderzoną z siłą natury. Reszta postaci jest w zasadzie poprawna, w tle gra dość drażniąca uszy muzyka ambientowa, zaś krajobrazy wyglądają bardzo ładnie.

oddychaj4

Nie oczekiwałem zbyt wiele, a dostałem porządny tytuł z survivalem w roli głównej. Może zbyt prosty i z paroma zbiegami okoliczności, ale wciągający oraz angażujący emocjonalnie. Tylko i aż tyle, doceniając dostęp do technologii.

7/10

Radosław Ostrowski

Seven Seconds

Ile czasu potrzeba, by zdecydować o czyimś życiu lub śmierci? Ile sekund? Ile warte jest ludzkie życie? Wszystko zaczęło się tak niepozornie – mężczyzna szybko jechał samochodem podczas śnieżycy. Żona akurat była w szpitalu, a narodziny dziecka w drodze. Wtedy pada dźwięk, czyli w coś walnęło. Był to rower, na którym jeździł młody chłopak. Kierowca jednak nie wezwał policji, nie udzielił pomocy, tylko zadzwonił po przełożonego, szefa oddziału policji d/s walki z narkotykami, by ogarnąć sprawę. Ta decyzja okaże się bardzo brzemienna w skutkach, a zamieszki wiszą w powietrzu. Czy wspomniałem, że chłopak jest czarnoskóry, zaś kierowca jest młodym białasem?

Mini-serial Netflixa dotyka tematu ogranego wręcz do bólu, czyli rasizmu, uprzedzeń i nienawiści. Wpisane w konwencję kryminału oraz (pod koniec) dramatu sądowego, do tego oparty jest na… rosyjskim filmie “Major” Jurija Bykowa. Za serial odpowiada Veena Sud, czyli twórczyni oryginalnego (czytaj: skandynawskiego) “The Killing”, więc należało spodziewać się interesującego dzieła. Choć początkowo można odnieść wrażenie, że postaci jest aż za dużo. Gliniarz-idealista, zmuszony do działania wbrew swoim zasadom, jego ekipa ostrych zawodników pod wodzą sierżanta DiAngelo, prowadząca śledztwo prokuratorka z alkoholowymi ciągotami, głęboko religijni rodzice zamordowanego dziecka, policjant spoza otoczenia itd. Dużo jest elementów tej układanki, która na pierwszy rzut oka jest aż zbyt znajoma. Prowadzona niespiesznym tempem, w bardzo tradycyjny, pozbawiony efekciarstwa sposób, zabawy formą.

Twórcy na pierwszy plan (moim zdaniem) wrzucają rodzinę i to, jak próbuje sobie radzić z całą tragedią. Ojciec (rewelacyjny Russell Hornsby) wychowywał chłopaka twardą ręką, by chronić przed gangami, dragami oraz innymi rzeczami, które mogłyby go sprowadzić na złą drogę. Ale nigdy go tak naprawdę nie znał, nic o nim nie wiedział, zaś z kolejnymi faktami widać coraz większy ból oraz jak go odpychał od siebie. Z kolei matka (wybitna Regina King) dosłownie rozlatuje się na mniejsze kawałki, coraz bardziej napędzana przez coraz silniejszy gniew, nienawiść i żądzę zemsty. Jej gwałtowne wybuchy zostają w pamięci na długo, tak jak próba zdobycia broni oraz zabicia sprawcy. Absolutnie wielka kreacja, będąca niejako sercem tego serialu.

Po drugiej stronie mamy gliniarza-idealistę Jablonskiego (solidny Beau Knapp), który coraz bardziej brnie w ścieżkę zepsucia i nie radzi sobie z wyrzutami sumienia. Im bardziej zaczynamy pozbawać tą postać oraz jego tło, nie da się go jednoznacznie ocenić. Tak samo szefa ekipy, DiAngelo (fantastyczny David Lyons). Z jednej strony wydaje się brutalnym oraz bezwzględnym bandziorem, co nosi odznakę. Ale znowu trudno go traktować jednoznacznie negatywnie, co pokazuje jego relacja z Jablonskim (bardzo przypominającą ojciec-syn niż mentor-adept). Jest jeszcze pani procurator KJ Harper (solidna Clare-Hope Ashitey) z przeszłością tak mroczną, że jedynym wyjściem jest gorzała oraz pochodzący spoza miasta detektyw John “Ryba” Rinaldi (kradnący szoł Michael Mosley). Dynamika tego duetu, gdzie determinacja Ryby i sarkastyczne poczucie humoru połączone z desperacją, bezsilnością oraz brakiem złudzeń to kolejny interesujący wątek. Pozornie idący oczywistymi torami, jednak angażujący.

“Seven Seconds” pozornie idzie drogą znajomych klisz i tropów z innych kryminałów, jednak ciągle potrafi wykonać nieoczywistą woltę. Sud wsparta przez doświadczonych reżyserów filmowych (Gavin O’Connor, Jonathan Demme) oraz telewizyjnych (Ernest R. Dickinson, Cory Giedroyć) pokazuje świat bez pudru, w sposób zachowawczy, bez osądzania. To ostatnie potwierdza słodko-gorzki finał, gdzie prawda ostatecznie nie ma żadnego znaczenia w zderzeniu z systemem sprawiedliwości, bez satysfakcji dla żadnej ze stron.

8/10

Radosław Ostrowski