Smashing Machine

Czy was zaskakuje, że ze wszystkich filmów sportowych najczęściej na ekranie są pokazywane sporty kontaktowe? Boks, wrestling, MMA – bardzo dynamiczne, widowiskowe i efektowne. Ale czy jeszcze da się opowiedzieć coś interesującego w tej konwencji? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć biograficzny „Smashing Machine”.

Tytuł wziął się z pseudonimu Marka Kerra (Dwayne Johnson), jednego z pierwszych amerykańskich zawodników mieszanych sztuk walki. Problem w tym, że w Stanach taka dyscyplina była zakazana i takie zawody odbywały się głównie w Japonii. A to była końcówka lat 90., więc pieniądze nie są zbyt wielkie, tak samo jak wsparcie medyczne, trenerskie czy fanów. Jednocześnie zapaśnik ma dziewczynę Dawn (Emily Blunt), a ich relacja jest dość… wyboista, mówiąc delikatnie. By jeszcze bardziej skomplikować sprawę Kerr przegrywa swoją pierwszą walkę ze wściekłym Igorem Wowczanczynem (bokser Oleksander Usyk) i zaczyna się uzależniać od opioidów.

Safdie miesza tutaj motywy i tematy, przez co w efekcie dostajemy bardzo nietypowe kino sportowe. Nie brakuje tu walk, które są brutalne, lecz bardzo czytelnie zrealizowane i z dość zadziwiającą ilustracją muzyczną (jazzowa perkusja zmieszana z elektroniką). Reżyser bardziej próbuje pokazać skomplikowany portret człowieka pełnego pasji, walczącego z własnymi demonami, ego oraz toksyczną relacją z dziewczyną. Kerr jest zadziwiająco spokojny, mówiący niczym mistrz zen, rzadko pozwalający sobie na wyrażanie emocji. Ten dysonans oraz pokazana walka z uzależnieniem były dla mnie najmocniejszymi fragmentami tego filmu. Poza jedną sceną nie widzimy zażywania opiatu czy samego odwyku, lecz to, co potem. Jak pozostać trzeźwym i czystym, bez bycia nudziarzem oraz dalej funkcjonować. Jednak im dalej w relacji między Kerrem a jego panną, tym zaczyna się pojawiać więcej tarć, co niebezpiecznie skręca ku telenoweli. Do tego jeszcze mamy walkę ze swoim ego, treningi aż do ostatniej kropli potu oraz walki w Japonii. Można odnieść wrażenie, że Safdie próbuje złapać kilka srok za ogon i nie może się zdecydować w jakim kierunku pójść. Ale nawet w tym chaosie jest parę świetnych momentów – początek, przeplatający wywiad Kerra z wejściem na ring stylizowany na materiał telewizji; długie ujęcie Kerra idącego po przegranej walce do swojego pokoju i… płaczącego czy rozmowa z przyjacielem w szpitalu. Także same walki mają świetną choreografię, dynamiczny montaż i ogląda się to z dużym zaangażowaniem.

A wszystko to na swoich barkach dźwiga Dwayne „The Kamień” Johnson, który tutaj tworzy swoją najlepszą rolę w karierze. Kerr w jego wykonaniu jest zadziwiająco wyciszony, bardzo zniuansowany i subtelny. Taki wielki, ale bardzo wrażliwy misiek, choć niezbyt komunikatywny w intymnej relacji. Równie świetna jest Emily Blunt, choć jej postać nie jest zbyt łatwa do polubienia. Niemniej jest bardzo mocna chemia między nimi. Dla mnie jednak film skradł Ryan Bader w roli przyjaciela Marka Colemana. Ten zawodnik MMA jest bardzo naturalny w swojej roli, co w przypadku naturszczyków nie jest powszechne, ma swoje cudowne momenty (wspomniana scena w szpitalu), zaś w jego przyjacielską więź wierzy się bez zastrzeżeń. Tak samo w przypadku trenera Basa Ruttena, grającego samego siebie.

Dla mnie „Smashing Machine” to solidne kino, które może być początkiem nowego etapu w karierze Dwayne’a Johnsona jako aktora. Sam ten występ zostanie w bardzo głębokiej pamięci lata po premierze, nie mam co do tego wątpliwości i choćby dlatego warto zobaczyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Na ringu z rodziną

Wrestling dla wielu może wydawać się pseudo-sportem. Dlaczego? Bo wszystko jest tutaj udawane, gdzie ciosy są markowane i to jest jeden wielki spektakl. Gdzie ludzie wierzą, że to się dzieje naprawdę. Jednak dla niektórych wrestling jest sensem życia, pasją i miłością jednocześnie. Taka jest brytyjska rodzina Knightów z Norwich w Wielkiej Brytanii. Problem w tym, że Brytole za tą dyscypliną nie przepadają tak bardzo jak Amerykanie. Nie zraża to jednak familii do działania na lokalny podwórku. Szansą na zmianę tej sytuacji są eliminacje do federacji WWE, gdzie droga do kariery jest wielka. Do walki staje Saraya z bratem Zakiem, tylko że dalej (treningi i przygotowania do NXT – niższa liga) dostaje się dziewczyna.

na ringu z rodzina1

Tą prawdziwą historię postanowił przedstawić aktor Stephen Merchant i decyduje się tutaj skupić się na dwóch aspektach. Po pierwsze, pokazanie czym dla tej rodziny jest wrestling. Z jednej strony scala rodzinę i dla rodziców był wybawieniem przed bardzo niebezpieczną drogą (ojciec – kryminalista i alkoholik, matka – próbowała popełnić samobójstwo). Dla dzieci zaś bywa zarówno szansą na życie, jak i pewnego rodzaju przekleństwem. Najmocniej to widać na przykładzie Zaka, który po odrzuceniu nie potrafi się odnaleźć. Zaczyna zaniedbywać swoją własną rodzinę (nieplanowane dziecko, żona z bardziej sytuowanej rodziny) oraz rolę lokalnego trenera i mentora dla dzieciaków. Ale i nasza sama bohaterka oddalona od rodziny, zdana tylko na siebie, zaczyna się gubić, treningi stają się męczące. W końcu pojawiają się wątpliwości, czy naprawdę iść w tym kierunku, a może odpuścić i znaleźć sobie coś innego?

na ringu z rodzina2

Te pytania i dylematy są podane w formie komediodramatu, co na pewno czyni seans przyjemnym. Elementy humorystyczne (obiad z przyszłymi teściami czy rozmowa telefoniczna z The Rockiem), jak i dramatyczne wątki są odpowiednio wyważone, a sama opowieść naprawdę angażuje. O dziwo, najbardziej podobały mi się sceny na ringu oraz przygotowania. Jasne, jest to uproszczone, a miejscami pojawia się odrobinka patosu. Na szczęście, jest to przekłuwane humorem, zaś sama choreografia walk potrafi dostarczyć masę satysfakcji. A finałowa konfrontacja to małe cudeńko.

na ringu z rodzina3

Może troszkę czuć troszkę chwiejną rękę reżysera, zaś kilka scen wydaje się niepotrzebnych, jednak sytuację ratuje aktorstwo. Obecny na plakatach Dwayne Johnson pełni rolę epizodyczną (poza tym jest producentem filmu) i w roli samego siebie sprawdza się naprawdę cool, ale tak naprawdę liczy się Florence Pugh. Dziewczyna jest fenomenalna w roli troszkę introwertycznej Sarayi vel Paige. Może i wydaje się wycofaną laską o wyglądzie typowej fanki metalu, ale kiedy jest na ringu, żarty się kończą, a energia dosłownie ją rozsadza. Absolutnie przekonująca w każdej scenie i coraz bardziej jestem ciekaw jej kolejnych kreacji. Warto też wspomnieć o świetnym Jacku Lowdenie, czyli Zaku. Ten chłopak ma na punkcie wrestlingu kompletnego fioła, jednak to nie wystarcza na przebicie się dalej. I świetnie pokazuje jego żółć, rozgoryczenie oraz ból niespełnienia, zaś jego dojrzewanie do roli wsparcia pokazane jest bez fałszu. Swoje robi także cudny Vince Vaughn (trener Hutch), choć troszkę przypomina swoją rolę z „Przełęczy ocalonych” oraz fajny duet Lena Hadey/Nick Frost.

na ringu z rodzina4

„Na ringu z rodziną” może nie podbije i nie zdobędzie szerokiej rozpoznawalności, ale to absolutnie bezpretensjonalna i klasyczna opowieść „od zera do bohatera” w brytyjskim wydaniu. Z humorem, lekkością, ale i odrobiną powagi pokazuje do czego może zaprowadzić pasja oraz determinacja. Plus rodzina.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jumanji: Przygoda w dżungli

Wszyscy pamiętamy pierwsze „Jumanji”, które niedawno sobie przypomniałem po latach. Więc na wieści o czymś w rodzaju kontynuacji czy bardziej współczesnej wariacji na ten temat. Bo tak należy nazwać „Jumanji: Przygoda w dżungli”, czyli nowy tytuł Jake’a Kasdana. Punkt wyjścia jest znajomy, tylko że planszówka „zmutowała” w port na konsolę. Jego pierwszą ofiarą był młody chłopak Alex w 1996 roku. Gra niejako powraca, kiedy czworo nastolatków 20 lat później odnajduje ją. Cała czwórka (nerd Spencer, mięśniak Fridge, ślicznotka Bethany, kujonka Martha) trafia na karę po szkole, gdzie mają posprzątać pracownię komputerową. Ale zamiast zrobić początek, biorą grę i… zostają wessani do środka gry. By z niej wyjść, trzeba ją ukończyć, czyli odłożyć diament na miejsce opanowane przez prof. Van Pelta.

jumanji21

Reżyser sięga po sprawdzone chwyty, jakie znamy z poprzednika, czyli rymowane zgadywanki, postać Van Pelta czy zwierzęta atakujące bohaterów. Ale jednocześnie reżyser wykorzystuje elementy gier komputerowych (ograniczona ilość żyć w formie tatuaży, retrospekcja w formie przerywnika, NPC mające ograniczone kwestie), przez co nowe „Jumanji” może się spodobać fanom gier. I ta cała mechanika daje radę, przez co film Kasdana potrafi dać wiele rozrywki. Poza drobnymi odniesieniami do części pierwszej, mamy pięknie wyglądającą przyrodę, masę humoru oraz całkiem zgrabnie zainscenizowanych scen akcji (bijatyka w bazarze, podnoszących powoli stawkę rozgrywki. Może i czasem pojawia się lekko moralizatorski ton (siła przyjaźni, kontakt z drugim człowiekiem nie musi być zły, a życie istnieje poza telefonem), a fabuła jest bardzo przewidywalna, ale wiele razy się uśmiałem (szybki kurs uwodzenia czy spotkanie bohaterów w „nowych” ciałach) i nie czułem znużenia. Ale w porównaniu z poprzednikiem, jest mniej mroczny i nie przeraża aż tak bardzo.

jumanji22

Mocnym punktem dodającym lekkości jest chemia między bohaterami oraz ich obsadzenie troszkę wbrew emploi. I tutaj najbardziej wybija się Dwayne Johnson (nieśmiały, strachliwy Spencer), który choć w ciele mięśniaka, jest dość wycofanym, przerażonym chłopakiem i ten klincz jest wygrywany świetnie. Ale prawdziwą petardą jest tutaj Jack Black, czyli Bethany uwięziona jako… podstarzały naukowiec niemal żywcem wzięty z XIX powieści. Zderzenie mentalności małolaty z intelektem naukowca tworzą wręcz bardzo mocny test przepony. Partnerujący im Karen Gilian (Martha, wybrana jako seksowna wojowniczka) oraz Kevin Hart (Frigde będący w grze zoologiem) uzupełniają ten skład. Troszkę słabiej wypada Bobby Cannavale, chociaż wynika to z faktu bycia przerysowanym bad guyem.

jumanji23

Muszę przyznać, że nowe „Jumanji” bardzo mnie zaskoczyło. Nadal dostarcza przyjemnej rozrywki, chemia między aktorami jest bardzo silna, humoru jest dużo, a dzieje się sporo. Może i mniej straszny, ale za to przyjemny film przygodowy.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Gracze – seria 2

Jak zapewne pamiętacie, Spencer Strasmore działa jako doradca finansowy w firmie ASM, gdzie werbuje gwiazdy futbolu. Jednak tym razem nad interesem zawisają czarne chmury, z powodu jego dawnego agenta, Andre Allen. Kiedyś panowie byli blisko, ale interes skończył się porażką i doprowadził do niezabliźnionych ran. A Spencer razem z kumplem Joe planują rozwinąć interes firmy oraz odegrać się na Andre.

gracze_21

Lubię ten lekki, wakacyjny serial z zacięciem sportowym, gdzie mieszają się imprezowy styl życia, hedonistyczne podejście do pieniędzy plus rozważne planowanie inwestycji. A że wszystko jest osadzone w letnim Miami, to klimat jest bardziej wyluzowany. Podskórnie widzimy jednak coś więcej niż tylko imprezy, grę i sławę. Tak naprawdę pokazuje styk między sportem i biznesem, gdzie nie zawsze wszystko jest dozwolone. W drugiej serii widzimy bardziej mroczne strony biznesu: szantaże, podchody, próby podkradania klientów oraz ich ekscentryczne prośby (kupno zwierzątka, ale jakiegoś banalnego czy zbudowanie hotelu w nierentownym miejscu). Wszystko to jest poprowadzone lekko, ale i daje wiele do myślenia.

gracze_22

I tak jak poprzednio twórcy skupiają się także na trzech innych bohaterach: Vernonie, Rickym i Charliem. Pierwszy dostaje kontuzji i jego gra w sezonie stoi pod znakiem zapytania, drugi nie może się zdecydować gdzie ma zagrać, a trzeci jest tak stary, że nigdzie go nie chcą i musi się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Te wątki nie są tylko zapychaczami, ale bardzo wnikliwie przedstawiają świat sportu, gdzie trzeba mieć mocną głowę, dobrych doradców i przede wszystkim wiedzieć, czego się chce. Najsympatyczniejszy z tej trójki jest Charlie, który dostaje nietypową posadę jako prawa ręka menadżera. I jest jeszcze nowy zawodnik – młody student Travis Mack. Chłopak z potencjałem i redneckim stylem życia, który dzięki Strasmore’owi dostaje szansy gry w I lidze. Ta interakcja ma najwięcej iskier, daje sporo kopa, a młodzik uczy się pokory, co może zaprocentować w przyszłości. Ciekawe, czy będzie to poruszone w trzeciej serii.

gracze_23

Po cichu liczyłem na większą konfrontację z Andre (świetny Andy Garcia), ale ta postać daje sporo ikry oraz pokazuje więcej nieznanych faktów z życia Spencera. Garcia bardzo dobrze czuje się w roli starego lisa, które nic i nikt nie jest w stanie złamać, nawet jego własne brudy. To mała wisienka w tym smakowitym cieśnie. I znowu błyszczy Dwayne Johnson, czyli wyluzowany, pewny siebie, a jednocześnie pełen lęków (dawna kontuzja się odnowiła), co dobitnie pokazuje finałowe przemówienie na uniwerku. Lepiej poprowadzono też relację między Spencerem a Joe (Rob Corddry), który nie jest już tylko wrzodem na dupie, ale prawdziwym wsparciem. I oczywiście, na dalszym planie mamy prawdziwe gwiazdy sportu m.in. Carolinę Woźniacki, Ndamukong Suh, Larry Csonka.

gracze_24

Chociaż zakończenie wydaje się bardzo smutne i przygnębiające, to jednak daje pewną nadzieję, że jeszcze wszystko da się wyprostować. Ale to niepewność, bez postawionej kropki nad i. trzeba będzie poczekać do serii trzeciej na wyjaśnienie kilku spraw. „Gracze” pozostają serialem na lato idealnym, serwując sporo humoru, klimatu Miami oraz niegłupiej obserwacji.

gracze_25

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gracze – seria 1

Spencer Strasmore kiedyś był jednym z najlepszych graczy futbolu amerykańskiego. Ale kontuzja przekreśliła szansę na większą karierę. Obecnie pracuje jako menadżer w firmie zajmującej się inwestowaniem w firmie niejakiego Andersona. Próba spieniężenia swoich znajomości, okaże się drogą wyboistą i skomplikowaną.

gracze1

Nowa produkcja HBO stworzona przez Stephena Levinsona to tragikomedia skupiająca się na sportowcach. Zwłaszcza na tych, którzy muszą na nowo odnaleźć się w świecie bez sportu, piłki i tej całej stadionowej wrzawy. Kimś takim jest Spencer, który – choć już nie zawodnik – zna to środowisko od podszewki. Dodatkowo jednak poza nim, mamy tutaj trójkę graczy, którzy przechodzą ewolucję z odcinka na odcinek: otoczony nie najlepszymi doradcami i szastający pieniędzmi Vernon Littlefield, zdolny, lecz impulsywny Ricky Jarrett oraz będący na emeryturze Charles Greene, próbujący odnaleźć się w nowym otoczeniu. Mimo ważkich problemów oraz trafnych obserwacji świata sportowego, jest to bardzo lekka i zabawna produkcja spod znaku HBO. Nie brakuje bluzgów, absurdalnych sytuacji (impreza na statku, gdzie dochodzi m.in. do seksu z… matką jednego z zawodników), ale też i aluzji zrozumiałych dla fanów sportu. Cóż, futbol amerykański, nie jest zbyt popularny w naszym kraju, a sumy pieniędzy, o które toczy się gra są dość astronomiczne, jednak pojawiają się też inne, równie zabawne sytuacje (panika Spencera przed badaniem i zaskakująca reakcja po ich wynikach), a ograne wątki i schematy takie jak rywalizacja o numer koszulki czy szantaż są tutaj poprowadzone naprawdę z głową.

gracze2

Technicznie jest to naprawdę dobra produkcja, ze świetnie dobranymi piosenkami (głównie spod znaku rapu), idealnie wpasowany do poszczególnych scen. Dodatkowo mamy słoneczne Miami, piękne kobiety oraz lekki klimat. Ale żeby nie było tak słodko, jest kilka wad. „Gracze” to przede wszystkim męski świat, gdzie kobiety w zasadzie są albo wspierającymi żonkami, albo seksownymi kociakami, spełniającymi fantazje seksualne. Stanów pośrednich nie stwierdzono, parę wątków to niewypały (m.in. agent Jason poznający przyszłego męża swojej mamy), ale z odcinka na odcinek było coraz lepiej, fabuła rozkręcała się i nawet małe wpadki nie były w stanie przeszkodzić z czerpaniu sporej frajdy z oglądania.

gracze3

Aktorsko, „Gracze” to popis Dwayne’a „The Rocka” Johnsona, mającego więcej do zagrania niż zwykle. Spencer w jego interpretacji to wiarygodny bohater – opanowany i spokojny facet, który chce jak najlepiej dla swoich klientów. Staje się ich mentorem, choć sam musi zmierzyć się ze swoimi problemami (bólem, lekami i przykrościami, które zrobił innym), zachowując pełny luz oraz lekkość.

gracze4

Reszta bohaterów też ma swoje pięć minut, z czego najciekawszych jest aż dwóch. Pierwszy to Ricky Jarrett (bardzo dobry John David Washington), który jest świetnym graczem, jednak bywa bardzo impulsywny i nie do końca wierny swojej dziewczynie. Powoli jednak zaczyna aklimatyzować się z grupą i jest w stanie pokonać swoje demony (to akurat są bardzo zabawne sceny). Drugi jest Charles Greene (Omar Miller) – doświadczony, przechodzący na emeryturę zawodnik. Aktor wiarygodnie pokazuje jego rozterki związane z powrotem na boisko oraz strach, czy da radę. Vernon jest najmniej interesującym bohaterem, jednak grający go Donovan W. Carter dobrze oddał jego niedoświadczenie oraz ignorancję. Wynika to jednak z młodego wieku oraz złego otoczenia. Za to najbardziej trudnym do oceny bohaterem jest partner Spencera, Joe Krutel. Z jednej strony oddany przyjaciel, z drugiej impulsywny, nie zawsze trzeźwo myślący choleryk, który jest kolejnym ładunkiem komediowym.

gracze5

Mimo pewnych niedoskonałości, „Gracze” to dobry i lekki serial, gwarantujący bezpretensjonalną rozrywkę. Już nie mogę doczekać się drugiej serii.

7/10

Hercules

Każdy słyszał o Heraklesie – półbogu, którego Hera chciała zabić oraz jego 12 pracach, które musiał wykonać. Jego rzymskim odpowiednikiem był Herkules i to imię przyjęło się w krajach anglosaskich. Powstało wiele opowieści oraz produkcji filmowych jak i telewizyjnych. Własną wersje tej opowieści bazującej na komiksie Steve’a Moore’a.

hercules1

Punkt wyjścia jest prosty – Hercules jest najemnikiem wykonującym trudne zlecenia za złoto. Jednak wbrew opowieściom nie działa sam, ale ma skromną drużynę, na którą zawsze może liczyć. Nasz bohater trafia do Tracji, na dwór króla Kotysa, będącego w konflikcie z Rezusem. Król prosi herosa o pomoc w wyszkoleniu wojska, za co ma otrzymać tyle złota, ile waży. Jednak sytuacja staje się nagła i Hercules sam musi wziąć swoją maczugę i pozabijać parę osób.

hercules2

Już po tym opisie można stwierdzić, że nie jest to film trzymający się mitologii greckiej, pozostaje jednak ciekawie zrealizowanym widowiskiem. Co dostajemy? Bezpretensjonalne widowisko skierowane dla młodego kinomana w wieku gimnazjalnym, co widać w śladowej ilości krwi, braku mocno brutalnych scen oraz w sporej ilości luzu. Ratner wielkim reżyserem nigdy nie był, jednak zna się na swojej robocie. Podobało mi się inne podejście do znanej opowieści o słynnym superherosie, choć wielu liczyłoby na coś bardziej efektownego. Nie brakuje tutaj widowiskowej akcji (wspominane w retrospekcjach prace czy starcie z oddziałami Rezusa), ciętego humoru oraz pomysłowo zainscenizowanych potyczek. Styl Ratnera troszeczkę przypomina filmy Petera Jacksona, co osobiście mi nie przeszkadzało. Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o zdjęciach (Dante Spinotti zaprezentował przyzwoity poziom), kostiumach i scenografii, aczkolwiek niektóre sceny akcji były montowane w zbyt teledyskowy sposób, a i sama historia staje się przewidywalna.

hercules3

Jest jeden bardzo mocny atut tego filmu – Dwayne „The Rock” Johnson w roli tytułowej. Fizycznie idealnie pasuje do roli półboga i ma odpowiednią charyzmę, do końca jednak nie wiemy czy jest on prawdziwym synem Zeusa czy tylko napakowanym mięśniakiem? Jedno jest pewne – posiada pewną mroczną tajemnice i nie potrafi odnaleźć spokoju, a aktor odnajduje się w tej postaci bardzo dobrze. Poza nim mamy bogaty drugi plan, gdzie najbardziej błyszczą towarzysze herosa – szukający śmierci wieszcz Amfiaraos (świetny Ian McShane), sprytny nożownik Autolykos (dobry Rufus Sewell), mistrz toporów Tydeus (dziki Aksel Hennie) oraz piewca czynów Herculesa i jego siostrzeniec, Jolaos (niezły Reese Ritchie). Każdy z nich ma swoje pięć minut, skupiając w sobie uwagę.

hercules4

Trzeba przyznać, że „Hercules” to przyzwoite kino rozrywkowe na poziomie, gwarantujące niezłą zabawę. Czasami wkradnie się patos, jednak Ratner dawkuje go w odpowiedniej ilości, nie psując całkowicie przyjemności. 

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sztanga i cash

Wiem jak zabrzmi ta historia, ale zarzekam się, że wydarzyła się naprawdę. W Miami w 1994 roku trzech kulturystów (Daniel Lugo, Paul Doyle i Adrian Doorbal) porwało, przejęło interes i próbowało zabić pewnego biznesmena, który szpanował swoim bogactwem. Na ich nieszczęście, bogacz przeżył i wynajął prywatnego detektywa, który doprowadził do schwytania ich.

sztanga2

Jeszcze bardziej nieprawdopodobne jest to, że reżyserem tej pokręconej opowieści (nakręconej za 20 milionów dolarów) jest Michael Bay – gościu, który lubi dużo akcji, dużo wybuchów, strzałów i amerykańskiego patosu, który bywa niestrawny nawet dla Amerykanów. Innymi słowy: lipa jest. Ale efekt okazał się zaskakujący, choć trudno nazwać „Sztangę…” pełnokrwistą komedią, a nawet jeśli pojawia się humor, to jest on mocno czarny (nie chodzi mi o kolor skóry). Mamy prymitywów, którzy próbują na skróty spełnić amerykański sen, co przyniesie im parę trupów, kupę szmalu, ale brak rozwiniętego mózgu. Sam sposób realizacji nadal teledyskowy, montaż szybki, przebitki, slow-motion czy stopklatki z dowcipnym komentarzem. Plusem na pewno jest pomieszana chronologia (prawie jak u Quentina T.) i pokazanie opowieści z punktu widzenia kilku postaci, niepozbawionych ironicznych dialogów i mocno absurdalnej intrygi. Zaś finał nie zaskakuje, choć może budzić skojarzenia z „Fargo” (ale umówmy się, Michael Bay to nie bracia Coen).

sztanga1

Za to jest to naprawdę dobrze zagrane. Mark Wahlberg i Dwayne Johnson są mocno napakowani i świetnie budują swoje postacie (pierwszy to silny psychicznie facet, który konsekwentnie chce spełnić swój sen i ukarać bogacza; drugi jest nawrócony religijnie twardzielem). Towarzyszy im Anthony Mackie, grający faceta z impotencją. Za to na drugim planie błyszczy Tony Shalhoub (Victor Kershaw – istny dupek) i Ed Harris (detektyw DuPois), którzy kradną każdą scenę.

sztanga3

Bay zaskoczył i nie wyszło lipy, serwując naprawdę porządną rozrywkę, choć nie dla każdego. Ironiczne, ponure i brutalne kino z małym budżetem.

7/10

Radosław Ostrowski

Infiltrator

John Matthews jest właścicielem firmy budowlanej, rozwiódł się, ma nową żonę i córkę. Ale jego syn z pierwszego związku wpadł w poważne tarapaty – zgarnięto go za narkotyki. I to dość dużą ilość, wystarczającą do handlu i żeby pójść na 10 lat do więzienia. Chyba, że wyda innych dilerów, wtedy mu zmniejszą wyrok, czego nie może zrobić (bo nikogo nie zna). Ojciec decyduje się sam wniknąć do środowiska dilerów, za zgodą pani prokurator i DEA. Pomaga mu w tym były diler, pracujący w jego firmie.

infiltrator1

Trudno nazwać ten film kinem akcji, ale jednak potrafi przykuć uwagę i chwycić za gardło, choć sam wątek wydaje się mało realny. Historia podobno bazuje na faktach, ale co do tego mam wątpliwości, bo naszemu bohaterowi dość łatwo przychodzi realizacja jego zadania, szybko poznaje szefa kartelu (po jednej akcji), ale cała reszta jest naprawdę ciekawa. Akcji jest tu niewiele (ale za to dobrze zrobionej), wszystko bardziej jest oparte na słowach niż totalnej demolce i rozwałce, co jest zaletą, a jednocześnie mamy tu ludzi z krwi i kości. Bo napięcie jest dość spore i potrafi ten film zaangażować.

infiltrator2

Także od strony aktorskiej film prezentuje dobry poziom. Największym zaskoczeniem jest Dwayne „The Rock” Johnson, który tutaj po pierwsze gra, po drugie robi to dobrze, po trzecie jego bohater nie jest twardzielem. To zwykły facet doprowadzony do ostateczności, który z desperacji pakuje się w dość trudną sytuację. I jest on naprawdę wiarygodny w tej kreacji. Z innych znanych aktorów pojawia się tu Susan Sarandon (prokurator Keeghan) i Barry Pepper (agent Cooper), jednak dla mnie drugą ciekawą postacią jest Daniel James (w tej roli znany w „Walking Dead” Jon Bernthal) – były diler, prowadzący uczciwe życie. Jednak zostaje on zmuszony powrócić do „branży”, a jego rozterki też zostają rozegrane przekonująco.

Ten film pozytywnie zaskakuje i pokazuje, że kino sensacyjne może trzymać w napięciu, mimo pozornie nie dziania się. Interesują propozycja.

7/10

Radosław Ostrowski