Gra fortuny

Ostatnimi czasy filmy Guya Ritchie ograniczają jego wizualny styl, czyli bardzo teledyskowy montaż, łamanie chronologii oraz zabawę formą. Ostatnie dzieło „Jeden gniewny człowiek” zaskoczył o wiele poważniejszym tonem, mroczniejszym klimatem oraz bardzo krwistym finałem. Raczej wielu podejrzewało, że to będzie jednorazowy skok i Ritchie zacznie robić swoje. Ale „Gra fortuny” niejako kontynuuje tą drogę, tym razem idąc w stronę kina szpiegowskiego.

gra fortuny1

Bohaterem jest ekscentryczny agent tajnych służb Orson Fortune (Jason Statham), który obecnie przebywa na zasłużonym urlopie. Ściągnięty przez swojego szefa Nathana (Cary Elwes) ma bardzo trudne zadanie: odzyskać skradzioną rzecz z laboratorium na terenie Ukrainy. Nie wiadomo co to jest (roboczo nazwane Rączką), kto chce kupić i co może zrobić. Orson, Nathan i jego ekipa (strzelec JJ oraz amerykańska hakerka Susan) próbują dotrzeć do celu. Wiele wskazuje, że w sprawę może być zamieszany miliarder oraz handlarz bronią Greg Simmonds (Hugh Grant). Żeby zinfiltrować jego otoczenie Fortune decyduje się zwerbować gwiazdę kina akcji, Danny’ego Francesca (Josh Hartnett) – ulubionego aktora antagonisty.

gra fortuny2

W gruncie rzeczy nowe dzieło brzmi jak prosta sensacyjno-szpiegowska opowieść. Ale takie rzeczy byłyby za proste. Mamy tutaj ekipę doświadczonych agentów plus absolutnie nową w grupie agentką plus zwerbowanego aktora. By jeszcze bardziej skomplikować sprawę okazuje się, że działa jeszcze jedna komórka wywiadowcza. I wydaje się, że chce tego samego. Ale dla kogo pracuje ten drugi zespół? Niezależni agenci? Inna ekipa rządowa? Reżyser komplikuje cała historię, lecz nie na tyle, żeby nie dało się tego śledzić. Chętnie korzysta z montażu równoległego, pewnie buduje sceny akcji (pościg za consigliere Simmondsa czy kulminacyjna rozwałka), przeskakując w różne lokacje i dodając odrobinę szorstkiego humoru.

gra fortuny3

W tym wszystkim bardzo dobrze odnajdują się aktorzy. Jason Statham robi tu w zasadzie to, co zazwyczaj – mówi niewiele, używając głównie twardych pięści, dużych pukawek oraz ostrych one-linerów. Cary Elwes na drugim planie jako szef ekipy sprawdza się dobrze, choć robi tu troszkę za tło. Jeśli ktoś tutaj naprawdę błyszczy to świetnie bawiący się Hugh Grant jako główny zły. Sprawia wrażenie wyluzowanego, dowcipnego i podekscytowany jako dziecko, ale jest w nim coś niepokojącego. Całości dopełniają także zaskakująca Aubrey Plaza (hakerka Sarah Field) oraz przeuroczy Josh Hartnett (Danny Francesco), dopinając reszty.

To nie jest Guy Ritchie z gangsterskich opowieści, jednak nadal pozostaje bezpretensjonalną i dostarczającą masę przyjemności rozrywką. Ktoś powie, że Brytyjczyka stać na wiele więcej, ale nie schodzi poniżej swojego poziomu. A to potrafi niewielu reżyserów.

7/10

Radosław Ostrowski

Jeden gniewny człowiek

Zaczyna się pozornie spokojnie. Widzimy dwóch konwojentów wjeżdżających do wozu z przewożoną kasą. Na drodze zostają zatrzymani przez wóz remontowy. Tylko, że robotnicy okazują się bandytami i atakują wóz. Włamują się, biorą łup i konwojentów za zakładników. Wszystko idzie gładko? Nie, padają strzały, giną konwojenci oraz jeden z cywilów. Drugi zostaje postrzelony. Parę miesięcy później do firmy konwojenckiej zgłasza się Patrick Hill – doświadczony Anglik i zostaje zatrudniony. Podczas ataku udaje mu się w pojedynkę zabić atakujący gang, co budzi uznanie kolegów. Ale też zmusza do zastanowienia kim, do cholery jest Hill zwany też H.?

jeden gniewny czlowiek1

Co może powstać z połączenia sił Guya Ritchie, Jasona Stathama oraz przerobionego scenariusza francuskiego thrillera? Jeśli spodziewacie się akcyjniaka, gdzie bohater grany przez Jasona Stathama robi to, co zawsze robi Jason Statham – czyli zabija wszystko i wszystkich, co mu staną na drodze… cóż… to nie jest ta bajka. Jeśli oczekujecie kolejnej gangsterskiej produkcji z piętrową intrygą, lekkim tonem oraz smolistym humorem, to też nie do końca. Jest dużo mroczniej i poważniej niż zwykle – w końcu jest to historia zemsty, chciwości oraz determinacji w dążeniu do celu. Więcej nie mogę powiedzieć, bo na tajemnicy budowana jest cała historia. Brudna i pokazująca bezwzględny świat, gdzie zaufanie i lojalność są towarem deficytowym. Zwłaszcza, kiedy w grę idzie duża kasa.

jeden gniewny czlowiek3

Reżyser nadal bawi się narracją – wspomnianą scenę napadu na konwój zobaczymy z kilku perspektyw, przez co poznamy wszystkich graczy. Odkryjemy historię pana Hilla (zaskakująco wyciszony i małomówny Jason Statham), a także ekipy atakującej na konwoje. Będzie parę montażowych przeplatanek, skoki w czasie i bardzo niewielka ilość smolistego poczucia humoru. Na początku będzie też parę seksistowsko-maczowskich tekstów, co budzi skojarzenie z kinem lat 90. (stare, złe/dobre czasy – zależy kogo się spyta). I mimo tych przeskoków co rozdział nie czułem się ani znużony, ani zdezorientowany. Na pewno w tym pomaga bardzo pewna ręka Ritchiego, jak i bardzo wyraziste postacie drugoplanowe (zagrane m.in. przez świetnego Holta McCallany’ego, zaskakującego Josha Hartnetta czy pasującego idealnie Scotta Eastwooda – wygląda tutaj niemal jak ojciec). Sama rozwałka pojawia się dopiero w trzecim akcie, gdzie Ritchie bardziej idzie w klimaty kina Michaela Manna.

jeden gniewny czlowiek2

Rzadko się udaje reżyserom z tak wyrazistym stylem wyjść ze strefy komfortu w taki sposób, by odnieść zwycięstwo. Za bardzo się przyzwyczailiśmy do stylu niektórych reżyserów, że chcielibyśmy takie wyraziste filmy powstawały częściej, a zanim się zorientujemy, pójdzie to w stronę autoparodii. „Jeden gniewny człowiek” może być początkiem nowego etapu, gdzie Guy Ritchie pokaże bardziej dojrzałe oblicze. Czy będzie to jednorazowy wyskok? Czas pokaże, na pewno jednak współpraca z Jasonem Stathamem rozkręci się.

8/10

Radosław Ostrowski

River

John River jest mieszkającym w Londynie detektywem ze szwedzkimi korzeniami. Prowadzi poważne dochodzenia i jest skuteczny jak diabli. Jednak tym razem próbuje ustalić kto zabił jego partnerkę z pracy. Będzie to o tyle trudne, że prowadzi sprawę niejako bez wiedzy swoich przełożonych, ale też dlatego, iż nasz gliniarz widzi zmarłych ludzi. O tym jego przełożeni nie wiedzą, a sytuacja Rivera się pogarsza. Wszystko z powodu zakończonego śmiercią pościgu za podejrzanym, co jechał autem, z którego padły strzały.

river1

Kolejny brytyjski miniserial kryminalny od BBC, ale troszkę inny od reszty. Dzieło Abi Morgan inaczej rozkłada akcenty niż w tego typu produkcjach. Zamiast kryminalne intrygi, ważniejszy jest tutaj główny bohater ze swoją przypadłością. Imigrant, samotny, mający spore trudności w nawiązywaniu relacji z innymi ludźmi – taka postać zawsze będzie fascynująca. Ale jednocześnie w swoich fachu jest zawodowcem. Bardzo skupiony, wnikliwy, lecz także empatyczny. I to wyróżnia „Rivera” z grona brytyjskich kryminałów, pokazując bardziej psychologiczny portret człowieka udręczonego. Bo czym są ci zmarli? Manifestami, jak określa ich detektyw? Wyrzutami sumienia? Prześladującymi demonami? Urojeniami? Czy to oznacza, że jako martwi muszą być prawdomówni? Ich obecność bywa pomocna w prowadzeniu śledztw, jednak jest jeden prawdziwy wrzód na dupie. XIX-wieczny seryjny morderca Thomas Cream, jątrzący duszę Rivera, będący jego mroczniejszym odbiciem.  Strasznie męczy i wydaje się jako jedyny nie opuszczać bohatera do samego końca.

river2

Produkcja ma odpowiednio mroczny klimat, bardzo przypominający „Luthera”. Londyn tutaj jest bardzo szary, pozbawiony mocnych kolorów oraz mniej „pocztówkowy”. A i same sprawy, bo poza głównym wątkiem są dwa poboczne śledztwa, potrafią wciągnąć. Muszę jednak przyznać, że główny wątek korzysta ze znajomych elementów: korupcja w wymiarze sprawiedliwości, konflikt z rodziną o przestępczej przeszłości, rodzinne tajemnice. Ale jest tutaj poruszona kwestia imigrantów, stanowiąc kluczowy motyw dla zagadki. Nie wszyscy z nich mają tyle szczęścia co River, który wyruszył do Londynu za matką. Zawsze są traktowani z wrogością, podejrzewani o zaszczepienie wszystkiego, co najgorsze. To wywołuje jeszcze większą frustrację oraz desperację, którą wykorzystują inni.

river3

Aktorsko jest to wysoki poziom, do którego brytyjska telewizja nas przyzwyczaiła. Absolutnie znakomity w tytułowej roli jest Stellan Skarsgard, który w bardzo oszczędny sposób pokazuje skomplikowany charakter policjanta. Pozornie wycofany, w oczach oraz drobnych gestach widać bardzo kotłujące się emocje, które czasem w sobie wyzwala. W jego troszkę innym spojrzeniu na świat tkwi pewna siła, która pozwala mu jeszcze w miarę funkcjonować. Intrygująca jest Nicola Walker, czyli nawiedzająca Rivera detektyw Jackie Stevenson. Figlarna, dowcipna, czarująca, a jednocześnie bardzo tajemnicza, tworzy bardzo ciekawy duet z detektywem, choć poza nim, nikt jej nie widzi. Z drugiego planu najbardziej zapada w pamięć niepokojący Eddie Marsan, czyli prześladujący duch seryjnego mordercy Thomasa Creama oraz Lesley Manville jako przełożona policjanta.

river4

Troszkę się dziwię, że nie powstał drugi sezon „Rivera”, bo był potencjał na kolejne mroczne opowieści z nietypowym detektywem w roli głównej. Nie mniej to, co dostaliśmy pozostaje jedną z perełek brytyjskich miniseriali kryminalnych ostatnich lat. Jeśli macie okazję, zobaczcie koniecznie i popłyńcie z nurtem tej rzeki.

8/10

Radosław Ostrowski

Dżentelmeni

Mickey Pearson to jest prawdziwy dżentelman z krwi i kości, choć pochodzi z USA. Jednak to w Wielkiej Brytanii działa jako biznesmen, wspierający różne fundacje oraz działalność charytatywną. Prawdziwym bogactwem naszego Jankesa jest Królowa Marysieńka, którą sprzedaje w ilościach hurtowych. Ale problem w tym, że Mickey już chciałby się wycofać i sprzedać swój złoty interes. Kiedy znalazł się kupiec i oferta wydała się być zaklepana, nagle wszystko zaczęło się sypać. Ktoś się włamał do jednej z plantacji, pojawia się kolejny chętny do kupna, a jakby tego było mało, okazję w tym widzi pewien dziennikarz zajmujący się odnajdywaniem brudów.

dżentelmeni1

Guy Ritchie po flircie z Hollywoodem (głównie przynoszącym komercyjne rozczarowanie) postanowił wrócić na stare śmieci. W tym przypadku oznacza to londyński półświatek, gdzie nie brakuje wyrazistych bohaterów. Niby są to dżentelmeni i potrafią się elegancko wysłowić, a nawet zapraszani są na imprezy organizowane przez wyższe sfery. Ale kiedy mowa o interesach, to wszystkie chwyty są dozwolone, a zobowiązania przestają mieć znaczenie. Wszyscy zachowują się jak rekiny na zapach krwi. Przewodnikiem po tym bezwzględnym świecie jest niejaki Fletcher – dziennikarz śledczy, który zostaje zatrudniony przez wydawcę tabloidu do śledzenia oraz znalezienia brudów na Pearsona. Pismak jest też wielkim pasjonata kina i całą opowieść ubrał w formę scenariusza. Dlatego wiele rzeczy zostaje podkoloryzowanych, by zdynamizować akcję, a to pozwala reżyserowi na robienie najlepszych rzeczy: zabawę formą, chronologią oraz wodzeniu za nos.

dżentelmeni2

Ritchie serwuje całość dialogami bardzo w jego stylu i niepozbawionym bardzo smolistego poczucia humoru. Obrywa się tu wszystkim: mniejszością etnicznym („Chińczycy aktualizują się szybciej niż jebane iPhony”), raperom, próżniaczej arystokracji, młodzieży czy dziennikarzom, próbującym wejść do high-life’u. Każdy z nich jest przekonany o swoim sprycie, chce wykorzystać okazję na wzbogaceniu się i myśli, że jest nietykalny. Ale wielu się pomyli w tym temacie. Może i reżyser nie szaleje tak bardzo jak w „Królu Arturze”, ale i tak ma kilka szalonych pomysłów jak napad na plantację marihuany w formie… hip-hopowego teledysku czy użycia piosenek (grane na żywych instrumentach „Shimmy Shimmy Ya”). A finał był dla mnie bardzo satysfakcjonujący.

dżentelmeni3

Jedyne do czego mógłbym się przyczepić, ale to już tak na siłę, to dość wolne tempo oraz (celowo) chaotyczny początek. Z czasem to wszystko zaczyna łapać swój rytm, a nadmiar postaci tylko na początku wywołuje dezorientację. I dla mnie troszkę narracja oraz kilka scen przypominały mi troszkę zapomniany klasyk brytyjskiego kina gangsterskiego, czyli „Długi Wielki Piątek”. Od razu ostrzegam: nie jest to plagiat.

dżentelmeni4

A aktorsko to jest prawdziwa znakomitość jaką można się po Ritchiem spodziewać. Do wielkiej formy wraca Matthew McConaughey jako Mickey Pearson. Niby spokojny, opanowany pan w średnim wieku z umysłem szachisty. Ale kiedy ktoś mu nadepnie na odcisk, budzi się w nim bestia i nie boi się brudzić rąk. To z jakim spokojem oraz elegancją zapodaje dialogi czyni tą postać elektryzująca. Równie wyborny jest Charlie Hunnam jako prawa ręka mafioza, Raymond. Jemu to Fletcher opowiada swoją historię, zaś aktor tworzy swoją najlepszą kreację w swojej karierze. Bardzo ostry, bezwzględny, choć też opanowany gangster z głęboką wiarą oraz wstrętem do narkomanów. Ale tak naprawdę film kradną dwie rewelacyjne kreacje. Po pierwsze, Colin Farrell w drobnej rólce Trenera, potwierdzający swój wielki talent komediowy (scena w restauracji). Po drugie, Hugh Grant jako Fletcher, który jest wypadkową śliskiego cwaniaka, elokwentnego detektywa i pasjonującego gawędziarza. Ten facet ostatnimi laty pokazuje, że ma o wiele szerszy wachlarz umiejętności niż nam się to wydawało.

Jeśli ktoś się obawiał, że Guy Ritchie ostatnio miał stępione pazurki i nie mógł w pełni zaprezentować swoich umiejętności, „Gentlemeni” rozwieją je od pierwszych minut. Gangsterski klimat okraszony brytyjskim poczuciem humoru, galerią wyrazistych postaci oraz pomysłowo poprowadzoną intrygą. Wielki powrót na stare śmieci. Pytanie tylko na jak długo?

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Vice

Czy ktoś z tu obecnie wchodzących i czytający moje teksty oglądał kiedyś „House of Cards”? pewnie wielu z was zastanawiało się co by było, gdyby Frank Underwood istniał naprawdę i próbował dążyć do władzy absolutnej w USA? Przecież Kongres czy Izba Reprezentantów byłaby go w stanie powstrzymać, prawda? To chyba nie słyszeliście o Dicku Cheneyu. Może nie był prezydentem najpotężniejszego kraju świata (nie, nie jest to Polska, ani Rosja), ale zmienił historię kraju. Jak? O tym opowiada najnowszy film Michaela Moore’a, eeee, Adama McKaya.

vice1

Wszystko zaczyna się w latach 60., kiedy z Chaneya był kawał dicka. Zamiast się uczyć na poważnej uczelni, pracuje naprawiając oraz montując druty telefoniczne. Oprócz tego lubi dużo wypić oraz spuścić wpierdol tym, którzy go zaczepiają. W końcu jego żona ma tego dość i stawia mu proste ultimatum: albo się weźmie w garść, albo ma wypierdalać z jej życia. Jak myślicie, co wybrał? Po studiach trafił do Kongresu, gdzie poznał Donalda Rumsfelda, który miał dość istotny wpływ na polityczną karierę Cheneya.

vice2

McKay jako reżyser jest świadomy, że tak naprawdę przeciętni ludzie mają politykę (tak jak świat ekonomiczny) głęboko w dupie i woleliby obejrzeć np. kolejną część „Szybkich i wściekłych” albo kolejne wybitne dzieło Patryka Vegi. Lecz tak jak w „Big Short” twórca kombinuje w ten sposób, by w tym mętnym świecie odnaleźć się i przy okazji dostarczyć rozrywki. Dlatego mamy tutaj zabawę montażem, pojawia się przewodnik zwany Kurtem (zwykły robotnik, który sam się nazywa – „krewnym Cheneya”) oraz – na początku – łamana chronologia, by pokazać karierę Cheney’a, który z pijusa zmienia się w prawdziwego politycznego szachistę. Mówi niewiele, ale uważnie obserwuje i czeka na swój moment. Ale reżyser nie demonizuje naszego bohatera – przynajmniej na początku. Lecz bardzo brutalnie pokazuje do czego zdolni są ludzie, by pozyskać władzę absolutną, za wszelką cenę. Trzeba rozpętać wojnę? Nie ma sprawy. Trzeba potępić małżeństwa homoseksualne? Jasne. A że masz w rodzinie osobę homoseksualną, chuj z tym. Pójść na układy z dużymi korporacjami w sprawie ropy naftowej, rozregulować podatki dla najbogatszych? Od czego jest manipulacja grup fokusowych. Informacje wywiadowcze najpierw dostaje prezydent? Trzeba je przejąć. Stosowanie tortur podczas przesłuchań? Jeśli prezydent coś robi, to jest to legalne. (kto pamięta „Frost/Nixon”?) Ale są przecież wyborcy i media, mający patrzeć na ręce politykom, prawda? Gówno prawda, bo Fox News (telewizja) mamy pod kontrolą, a ludźmi można przecież manipulować i tak mydlić oczy, że po latach się nie zorientują, iż coś jest nie tak. Bardzo gorzka to refleksja, nawet jeśli miejscami polewana humorem.

vice3

Poza wspomnianym montażem (fenomenalnym), McKay skupia uwagę zarówno precyzyjnym, pełnym ciętych dialogów scenariuszem. Czy trzeba znać mocno fakty, by się w tym wszystkim odnaleźć? Niekoniecznie, bo wiele jest wyjaśniane w istotnych kwestiach. Pojawiają się znajome twarze (Colin Powell, Condolezza Rice, Donald Rumsfeld) oraz wydarzenia (11 września, inwazja na Irak czy przypadkowe postrzelenie przez Cheneya). Tylko, że niemal wszystko zza kulis, bez kamer oraz świadków. Dawno nie widziałem tak pewnie, znakomicie poprowadzonego filmu.

vice4

No i jak to jest zagrane. Genialny jest Christian Bale w roli głównej, pokazując kolejny raz swoją zdolność do metamorfozy. I nie chodzi tylko o charakteryzację oraz kwestie fizyczne, lecz sposób mówienia, mowę ciała oraz spojrzenie. Zmiana naszego bohatera w bezwzględnego polityka, korzystającego z każdej okazji do umocnienia swojej pozycji jest bezbłędna, przyciąga uwagę i jest dość niebezpiecznie pociągająca. Równie cudowna jest Amy Adams jako Lynne. Pozornie wydaje się cichą i wspierającą męża kobietą, ale ma więcej charakteru i jaj niż cała partia polityczna. To bardzo ciekawy, nieszablonowy duet, gdzie nie do końca wiadomo, kto tak naprawdę tu pociąga za sznurki. Dla mnie jednak film kradnie Steve Carrell jako błyskotliwy, niemal diaboliczny Donald Rumsfeld oraz Sam Rockwell w roli George’a W. Busha, tutaj przedstawionego jako tępego, łatwo podatnego na manipulacje. A i to nie wszyscy warci uwagi aktorzy (zwróćcie uwagę na pewne drobne epizodziki, gdzie nie brakuje znanych twarzy).

Jeśli nadal po tym filmie NIE będziecie uważać, że politycy to grupa bezwzględnych skurwysynów działających dla własnych korzyści, to zazdroszczę Wam naiwności. „Vice” to z jednej strony cięta satyra, z drugiej akt oskarżenia wobec polityków z ostatnich lat. Wielu może się rzucić, że jest to kino z tezą, a reżyser nie ukrywa swoich bardziej liberalnych poglądów, co jest po części prawdą. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to prowokujące i zmuszające do czegoś, czego amerykańscy ludzie (i nie tylko oni) nie potrafią robić od dawna – myśleć.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Deadpool 2

Trudno było mi zapomnieć tego kolesia w czerwonym, lateksowym stroju, który miał dość luźne podejście do życia. Wade Wilson, bardziej znany jako Deadpool, pojawił się na dużym ekranie z hukiem w 2016 roku. ten moment był dla kina superbohaterskiego tym, czym pierwsza erekcja u nastolatka – punktem granicznym, po którym już nic nie będzie takie samo. Żaden film o superherosach nie był tak samoświadomą parodią tego gatunku, co przygody Najemnika z Nawijką. Film zgarnął w chuj hajsu, więc musiał nadejść ciąg dalszy. Pytanie tylko, czy jest to zwykły skok na kasę, czy może jednak coś więcej?

deadpool_21

W jedynce fabuła była tylko pretekstowym origin story, gdzie poznawaliśmy losy naszego (anty)bohatera po bardzo ciężkich przejściach. Ale teraz Wade wydaje się być szczęśliwy ze swoją kobietą Vanessą. Poza tym, normalnie pracuje: a to trzeba odrąbać łeb kilku kretynom, pozarzynać kilku złych typków, by pokój i miłość zapanowały na świecie. Szczęście jednak nie trwa długo, a świat dla Wade’a stanie się jednym wielkim kurestwem, pozbawionym sensu i nadziei. Czy jest dla niego szansa? Na jego drodze pojawia się dwóch kolesi, którzy wywrócą jego życie do góry nogami: młody, narwany mutant Russell oraz przybywający z przyszłości Terminator (z powodu problemów związanym z prawami autorskimi nazywany jest tutaj Cable).

deadpool_22

Choć zmienił się reżyser (debiutującego Tima Millera zastąpił troszkę bardziej doświadczony David Leitch), to Deadpool w zasadzie pozostał tym samym kolesiem, co zwykle. Nadal pajacuje i wykorzystuje każdą sytuację, by przyłożyć jakimś żartem (od seksualnych podtekstów oraz olania politycznej poprawności poprzez popkulturowe aluzje oraz całą konwencję kina superhero), ale jednocześnie pozostaje troszkę bardziej serio. W końcu to przecież film familijny, w którym nasz bohater próbuje odnaleźć swoje miejsce na ziemi po wielkiej tragedii, przy okazji odkrywając siłę rodziny (niczym ekipa Vina Diesela w „Szybkich i wściekłych”). I jak to w każdym filmie familijnym, muszą pojawić się – cytując pewnego rapera – „pościgi, strzelaniny, skurwysyny” z krwią oraz bluzgami. A co mnie najbardziej uderzyło to fakt, jak płynnie te dwa tony przeplatają się ze sobą, bez wywoływania poważniejszych zgrzytów.

deadpool_24

Także sceny akcji są po prostu lepiej zrealizowane, jest troszkę więcej efektów specjalnych oraz bardzo dynamicznego montażu zmieszanego z kreatywną choreografią. Co w przypadku tego reżysera nie jest niczym zaskakującym (w końcu pomógł zabić psa Johna Wicka oraz uruchomił zabójczą Atomową Blondynę), ale jak przyjemnie się to ogląda (atak na więzienie czy próba odbicia Russella z konwoju), odpowiednio podkręcając adrenalinę. Takiej dzikiej frajdy nie miałem przy filmie o gościach w lateksowych ciuchach od czasu obydwu części „Strażników Galaktyki”. Nadal film pozostaje zgrywą z konwencji (skomentowanie punktu zwrotnego, początek, walka dwóch postaci wygenerowanych komputerowo, czy finałowa scena umierania, ciągnięta tak długo, by docenić ją mogli członkowie Akademii Filmowej), ale robi to po prostu lepiej. Jest tylko jeden, poważny problem: dwójka to w zasadzie jedynka, tylko na sterydach. Nie ma tego zaskoczenia, co w przypadku jedynki. Z czego ono wynikało? Że poza wielkimi fanami komiksów nikt nie widział, kim do chuja Pana jest Deadpool. Dla szaraczka wyglądał jak Spider-Man noszący katany.

deadpool_25

Drugi „Deadpool” to nadal one man show Ryan Reynoldsa, który ewidentnie czuje tą postać i bezczelnie drwi z samego siebie. Różnica między aktorem a postacią odgrywaną przez niego jest praktycznie niezauważalna, co jest tutaj ogromnym plusem. Bo nie wiadomo, czy Reynolds gra Deadpoola, czy Deadpool gra Reynoldsa. Stara ekipa nadal radzi sobie bardzo dobrze, ale to nowe postacie tutaj intrygują. Świetnie wypadł Josh Brolin jako Thanos, eee, znaczy Kabel (przy „Deadpoolu 2” dystrybutor powinien nakleić: Nie pomyl roli Brolina 😉  ) – naznaczony tragedią mściciel z przyszłości. Poważny dramat bohatera świetnie uzupełnia się z nie do końca poważnym Deadpoolem, dodając jeszcze więcej ognia w tej pokręconej relacji. Coś czuję, że w sequelu jeszcze namiesza (i dobrze). W podobnym tonie krąży Julian Dennison w roli młodego, wkurwionego Russella. To osobnik, potrzebujący wsparcia, z mroczną przeszłością oraz żądzą zemsty. Ta mieszanka słabości oraz napędzającego go gniewu działa bardzo mocno i pozwala stworzyć pamiętną postać. Równie wyrazista jest Zazie Beats w roli „fuksiary” Domino – jak jej moc jest pokazana, staje się kolejnym pretekstem do żartów, chociaż w dalszych scenach nie praktycznie wiele do roboty.

Powiem to krótko i oszczędnie: drugi Deadpool jest zajekurwabistym filmem. Co z tego, że w zasadzie daje to samo, skoro jest nadal soczystym stekiem z bluzgów, polanym sosem z czarnym humorem, nie uznając litości dla nikogo (poza politykami – ci oberwą w „Deadpoolu 3: Zrobieni w chuja”), jednocześnie dostarczając mnóstwo frajdy. Boję się myśleć, co filmowcy odjaniepawlą w trójce.

deadpool_23

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Siedem dni

Konflikt między Izraelem a Palestyną istnieje odkąd powstało to pierwsze państwo. By walczyć o swoją niepodległość sięgała po metody, które dzisiaj nazywalibyśmy terrorystycznymi (ataki bombowe, zamachy) i obecnie są wykorzystane przez Palestyńczyków. Ale w latach 70. Za sprawę Palestyny włączali się do walki lewaccy terroryści działający na terenie zachodniej Europy (RFN, Włochy) pod szyldem RAF. Taka sytuacja miała miejsce pod koniec czerwca i lipca 1976 roku. Wtedy samolot linii Air France podczas śródlądowania w Grecji zostaje porwany przez członków Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny. W samolocie było ponad dwustu zakładników, w tym 1/3 to byli Żydzi, zaś żądanie było proste: uwolnić palestyńskich terrorystów z więzień.

siedem_dni1

Reżyser Jose Padilha, który jest odpowiedzialny za „Elitarnych”, bardzo skrupulatnie pokazuje te wydarzenia, przerzucając się na dwie istotne strony widzenia: terrorystów (zarówno Niemców, jak i Palestyńczyków) oraz rządu, który jest mocno podzielony. Czy prowadzić negocjacje, a może podjąć próbę ataku? Tylko, że stawka jest bardzo duża, a czynników decydujących jest bardzo wiele. Doświadczenie przy budowaniu napięcia tutaj procentuje, bo i samo porwanie, jak i finałowa akcja robią piorunujące wrażenie. Ale Padilha nie chce iść na łatwiznę, pokazując prosty podział na dobrych i złych i próbuje zrozumieć nakręcającą się spiralę przemocy na Bliskim Wschodzie. Tam przemoc wydaje się jedyną metodą walki, a dla ludzi z tzw. Zachodu wydaje się być czymś fascynującym. Zwłaszcza dla młodych ludzi z poglądami lewicowymi, żyjących w spokojnych domach, gdzie dla Palestyńczyków to dzień powszedni.

siedem_dni2

Reżyser na tyle, na ile sobie pozwala rekonstruuje przebieg wydarzeń i potrafi utrzymać w napięciu, mając do dyspozycji bardzo ograniczoną przestrzeń. Akcja nie jest tu najważniejsza, ale uciekający czas na działanie. I wie, kiedy podkręcić adrenalinę (znakomicie zmontowana scena odbijania zakładników przeplatana z tańce grupy baletowej), pozwolić na wyciszenie i gwałtownie zaatakować.  Jednocześnie między wierszami Padilha stawia pytania o szanse na pokój w tym regionie (najmocniej czuć to w napisach końcowych), nie dając jednak żadnych nadziei na rozwiązanie.

siedem_dni3

Także aktorsko trudno się do kogokolwiek przyczepić. Zwłaszcza Daniel Bruhl i Rosamond Pike (Wilfred Bose oraz Brigitte Kuhlmann) tworzą dość zaskakujący duet terrorystów, zderzonych z rzeczywistością. Zwłaszcza Bruhl pokazuje bardziej skonfliktowaną postać, nie do końca odnajdującą się w tym układzie. Drugi plan tutaj dominuje Eddie Marsan (minister Szimon Peres), budując opanowanego, dobrze przygotowanego polityka, nie bojącego się zbrojnej konfrontacji. Za to troszkę odstaje Nonso Anozie w roli Idiego Amina, zepchniętego na dalszy plan, zachowując jego ekscentryczne zachowanie.

Ku mojemu zdumieniu, „Siedem dni” sprawdza się jako polityczny thriller, trzymający w napięciu oraz ukazujący trudne relacje Izraela z Palestyną. A Zachód tylko się przygląda, nie mogąc tego zrozumieć, zaś wszelkie próby zrozumienia, kończą się klęską.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Atomic Blonde

Rok 1989, Berlin jeszcze jest podzielony na dwie części, ale w powietrzu czuć wrzenie. I to właśnie tam dochodzi do zabójstwa. Ofiarą jest brytyjski szpieg, James Gascoigne, zaś cała intryga skupia się wokół tzw. listy. To spis wszystkich działających agentów wywiadu świata, znajdujący się w zegarku. Właśnie tam zostaje wysłana agenta MI6 Lorraine Broughton. Tylko, że od samego początku podążają Ruscy.

atomic_blonde1

Reżyser filmu David Leitch znany stał się dzięki współrealizacji „Johna Wicka”. Więc nie byłoby zdziwieniem, że wiele osób spodziewało się, iż samodzielny debiut reżysera też będzie prostym, nieskomplikowanym kinem akcji w starym, retro stylu. Ale tak naprawdę jest to rasowy film szpiegowski, troszkę inspirowany Jamesem Bondem. Poszukiwania „listy” – będącej obiektem zainteresowania wszystkich służb – łączą się z wytropieniem podwójnego agenta, Satchela. Zabawa w podchody, brak zaufania, zdrady w szeregach wywiadu Królowej: tutaj gra jest ostra, stawką jest własne życie. Tylko, że tutaj nie wiadomo komu do końca możemy zaufać, tak jak Lorraine.

atomic_blonde2

Scen akcji nie ma tutaj zbyt wiele, ale kiedy dochodzi do niej, to jest krwawo, ostro i z mięchem. Jak wszyscy wiemy, dobrze wyszkolony szpieg, potrafi wykorzystać jako broń wszystko. Nie tylko spluwy i pięści. Widać to mocno zarówno w bijatyce z niemiecką polizei, jak i fenomenalnie zrealizowanej scenie walki z małym oddziałem KGB, zrobionej w jednym ujęciu (przynajmniej tak wygląda). Pomysłowa choreografia, niemal tańcząca kamera oraz pewien mały detal – bardzo mocno widoczne ciosy oraz zmęczenie przeciwników. Lorraine to nie jest Neo czy inny superbohater, który wychodzi ze wszystkiego bez zadrapania. To dodaje realizmu tej stylowej historii. Trzeba pochwalić realizację, gdzie czuć klimat lat 80. – neony w spelunach, mocne kolory, zaś w tle największe hity epoki z New Order, Neną i Davidem Bowie na czele.

atomic_blonde3

Dla wielu problemem może być dość nierówne tempo, gdzie trzeba było balansować miedzy skomplikowaną szpiegowską intrygą, a ostrą, krwawą naparzanką. Przez co zdarzają się pewne przestoje, wplecione repetycje, ale nie brakuje tutaj suspensu (wszystko, co związane z przerzutem Spyglassa), ironicznego humoru oraz walącej po oczach oprawie audio-wizualnej.

atomic_blonde4

Jednak film ma jednego mocnego asa – Charlize Theron w roli głównej. Jej ciosy mają siłę bomby atomowej, pozornie sprawia wrażenie chłodnej, wypalonej specjalistki, jednak nie rezygnuje ze swojego seksapilu (te buty na wysokim obcasie, ciuchy, fryzury), przez co nie da się oderwać od niej oczu. Idealnie pasuje do tej kreacji chłodnej, opanowanej, ostrej twardzielki. Jednak film bezczelnie kradnie James McAvoy w roli łącznika Percivala. Wyglądający jak anarchista, w rzeczywistości jest wypalony, zgorzkniały, wręcz cyniczny szpieg, ciągle lawirujący i dbający o własny interes. Poza tym duetem na drugim planie fason trzyma Toby Jones (Eric Gray) oraz John Goodman (Kurzfeld), także Eddie Marsan (Spyglass) potrafi skupić uwagę swoim bezbłędnym akcentem. Nie można też nie wspomnieć równie pociągającej Sofii Boutelli (Lasalle) oraz drobnym epizodzie Tila Schweigera (zegarmistrz).

„Atomic Blonde” to miks krwawego akcyjniaka ze szpiegowskim thrillerem, balansującym między powagą a humorem. Może bywa podkręcony, tempo bywa dość nierówne, ale intryga wciąga, nie brakuje kilku wolt, zaś wizualnie robi niesamowite wrażenie. To dobry prognostyk dla kolejnego filmu Leitcha, czyli drugiego „Deadpoola”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jonathan Strange i pan Norrell

Czy gdybym wam powiedział, że w XIX wieku w Anglii żyli magowie, jak byście na ten fakt zareagowali? Pewnie byście powiedzieli, że coś ćpałem albo wpadłem w stan zwany obłędem, ale nie zamierzam zrezygnować ze swojego zdania. Magowie dyskutowali i prowadzili wtedy rozmowy zamiast rzucać czary. Do czasu, gdy przybył do Londynu Gilbert Norrell – mały jegomość z wielkim talentem. Pokazał jedną sztuczkę (ożywił kamienne posągi na cmentarzu), przez co skupił uwagę i wymusił na magach zakaz wykonywania przez nich swojej profesji. W tym samym czasie w małym Shropshire mieszkał Jonathan Strange – ziemianin mieszkający z piękną żoną, lecz nie posiadający żadnego fachu. Przypadkowo spotkanie z niejakim Vinculusem spowodowało, że zainteresował się magią. A w tym czasie trwała wojna z Napoleonem. I wtedy Norrell dokonuje cudu, czyli wskrzesza zmarłą zonę ministra sir Waltera Pole’a – magia zaczęła być szanowana. Ale za ten cud była cena, gdyż potrzebna była pomoc elfa, za co ten miał wziąć połowę życia zmarłej.

Czytałem powieść Susanne Clarke, na podstawie której powstała ta produkcja BBC i byłem pod wielkim wrażeniem. Wielka magia, skomplikowana intryga oraz przyjaźń, która została zniszczona przez upór jednej ze stron. I to wszystko tutaj jest – opowieść o restauracji brytyjskiej magii pasjonuje i wciąga, a każda postać, nawet najdrobniejsza ma kluczowe znaczenie dla całości. Przeznaczeniu nie da się uciec, ale można je lekko zmienić, jednak magia potrafi być bardzo niebezpieczna, wprowadzając zamęt w naszym świecie. Wszystko za sprawą elfa, mającego własne plany związane z zabicie magów lub ich unieszkodliwieniem. Klimat jest mroczny i niepokojący, przez większość czasu jesteśmy albo w bibliotece, zostajemy nawet przeniesieni na pole walki i do Wenecji, by wejść do Faerie i przygnębiającej Utraconej Nadziei – miejscu, gdzie przebywają ludzie porwani przez elfy.

strange_i_norrell3

Poza tą intrygą, gdzie magia miesza się z ludzkimi namiętnościami, walką o władzę, poklask i splendor, twórcy trafnie obserwują stosunek ludzi do magii – nieznanego dzieła, którego mocy nie są nawet w stanie sobie wyobrazić. Początkowo pogardzana i traktowana jako zabawa, zyskuje jednak uznanie i splendor, chociaż czyny dokonywane przez nią nie zasługują na uznanie jak  wskrzeszenie zmarłych hiszpańskich jeńców, by wyciągnąć informacje w sprawie dział. Ale nawet po tym uznaniu ludzie chcą wykorzystywać magię niczym broń, co widać choćby w prośbach o czary, by zabić członka rodziny. Także ludzie wokół magów chcą żyć ich blaskiem i sławą, chociaż sami tylko przeszkadzają jak postaci Lascallesa oraz Drawlighta – odpychający i małostkowi poklaskiwacze, spychający z odpowiedniej ścieżki oraz siejący zawiść.

strange_i_norrell4

Jedyne do czego można się przyczepić to krótki czas trwania całości – tylko 7 odcinków, ale za to wiernie oddających klimat powieści. Za to dobrze prezentują się efekty specjalne – statki z wody, wskrzeszanie zmarłych czy czarny obłok nad postacią Strange’a robią imponujące wrażenie, podobnie jak scenografia oraz kostiumy z epoki. Wizualnie to cymes, ale to BBC i przyzwyczaiło nas do tego.

strange_i_norrell5

Za to poziom aktorski jest też taki jak na miarę BBC, czyli bardzo wysoko zawieszona poprzeczka. I dotyczy to wszystkich postaci, nawet tak epizodycznych jak książę Wellington czy szalony król Jerzy. Jednak wszystko skupia na sobie garstka postaci. Tytułowych bohaterów zagrali Bertie Carvel oraz Eddie Marsan. Pierwszy przypomina swoją aparycją troszkę Hugh Dancy’ego i bywa troszeczkę roztrzepany, ale im dalej, tym bardziej widać wiele jego cech – ambicję, oddanie żonie i magii, szacunek, szaleństwo oraz odrobinę bezczelności. Nie można mu jednak odmówić odwagi w przekazywaniu jego przekonań. Z kolei Marsan ma trudniejsze zadanie, gdyż jego bohater jest kompletnym przeciwieństwem Strange’a – rozważny, niski, spokojny domator, kochający książki oraz świadomy niebezpieczeństw związanych z magią. Jednak on pada ofiarą swoich wad – próżności, zapatrzenia w siebie oraz brakowi obycia w świecie, co miało przynieść mu zgubę. Tego nie mógł powstrzymać nawet oddany sługa – John Childermass (wspaniały Enzo Cilenti), który parę razy był w stanie wykazać się większym rozumem od swego pana.

strange_i_norrell6

Trudno też nie docenić dwóch pań – Arabelli (świetna Charlotte Riley), oddanej i wspierającej swojego męża oraz zmieniającej się pod wpływem czarów lady Pole (mocna Alice Englert), uznanej za obłąkaną. A i tak najważniejszy jest tutaj dżentelmen o włosach jak puch ostu, czyli magnetyzujący Marc Warren. Ta postać to śliski, niski i niebezpieczny elf, bawiący się niejako czarami jak rozkapryszone dziecko. Nie uznający sprzeciwu, ale bardzo potężny, nie wahający się nawet zabić. Dawno nie widziałem tak wyrazistego czarnego charakteru.

strange_i_norrell7

Cóż mogę zrobić niż tylko polecić spotkanie Strange’a i Norrella? To będzie porywające i niesamowite doświadczenie nawet dla osób znających literacki oryginał, gdzie zachowano to, co najważniejsze – takiej magii nie serwowano od dawna.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Brud

Bruce Robertson jest jednym z najlepszych policjantów szkockiej policji. Tym razem dostaje sprawę, od której zależy jego awans na komisarza. Jednak nie wiecie, że nasz bohater to intrygant, pijak, ćpun, mason i dziwkarz . Jak myślicie, uda mu się?

brud1

Irving Welsh to autor kultowego „Trainspotting”, które zostało brawurowo przeniesione na ekran przez Danny’ego Boyle’a. „Brud’ to adaptacja kolejnej powieści tego autora, więc wiadomo czego mniej więcej należy się spodziewać – „Złego porucznika” w wersji psychodelicznej. Wszystko jest mieszanką brudnego i brutalnego realizmu z wizjami narkotycznymi głównego bohatera, gdzie nawiedza go lekarz – dr Rossi, od którego bierze lekarstwa. To wszystko podkreśla stan emocjonalnego obłędu głównego bohatera, który jest ważniejszy od wszystkiego – nawet od śledztwa, które przejdzie w kompletnie zaskakującym kierunku. Całość okraszona jest dwoma mocnymi rzeczami: eklektycznym soundtrackiem podkreślającym nierealność wydarzeń na ekranie (od coverów po tandetne disco z lat 90.), masa bluzgów, wódy, seksu (z podduszaniem) oraz lekko narkotyczne wizje zmieszane ze zwidami. Jon S. Brion, dla którego to drugi film w karierze, jedzie ostro po bandzie pokazując zepsucie i moralną zgniliznę, dodając do tego masę czarnego humoru, niepoprawnego politycznie.

brud2

Naszym przewodnikiem po tym dziwacznym świecie jest znakomity James McAvoy, któremu jest do twarzy z obłędem. Intrygant, nałogowiec, kompletna gnida, która lubi korzystać ze swojej władzy i dla awansu nie cofnie się przed niczym – nawet z wrobieniem swojego kumpla ze zgromadzenia. Ale za każdym takim człowiekiem skywa się tragedia. McAvoy zawłaszcza sobie cały film, rozsadzając całość na ekranie. Cała reszta obsady robi tutaj za tło (może poza Jimem Broadbentem jako dr Rossi), ale poniżej pewnego poziomu nie schodzi.

brud3

„Brud” to brudna, szalona i psychodeliczna opowieść. Mocne, szokujące i zaskakujące wieloma momentami. To trzeba samemu ocenić, ale jeśli spodobało się „Trainspotting”, możecie iść w ciemno.

7,5/10

Radosław Ostrowski