Lindsey Stirling – Lindsey Stirling

Lindsey_Stirling

Ta dziewczyna zrobiła wielka furorę na YouTube. Rocznik ’86, gra na skrzypcach i tworzy bardzo interesująca muzykę. Dwa lata temu wyszedł jej debiut pod prostym i niespecjalnie skomplikowanym tytułem „Lindsey Stirling”, czyli swoim imieniem i nazwiskiem.

Jest to mieszanka elektronicznych dźwięków z popisami skrzypiec Stirling. Kiedyś wiele lat temu, taką mieszankę zrobiła niejaka Vanessa Mae, co dzisiaj jest już nie do zniesienia. Skrzypce i pulsujące bity wydaja się mocno absurdalnym pomysłem, ale wykonanie jest całkiem przyzwoite, nawet mimo wykorzystania dubstepu („Zi-Zi’s Journey” czy „Elements”). Nie ma tutaj zgrzytu między elektroniką, która jest bardzo współczesna, z różnego rodzaju „uderzeniami” perkusji („Shadows”), dźwiękami walczących ze sobą mieczy („Moon Trance”) czy różnych przebitek i wokaliz („Electric Daisy Vioin” czy „Stars Again”). Nie da się wyróżnić jakiegoś mocnego czy słabego elementu, bo to zależy od tego czy jesteście otwarci na różnego rodzaju eksperymenty (skrzypce za to brzmią świetnie, zgrywając się z tłem). Więc jest to propozycja dla odważnych smakoszy.

Brak oceny.

Radosław Ostrowski

Goldfrapp – Tales of Us

Tales_of_Us

Duet Goldfrapp od ponad dekady gra muzykę elektroniczną z bardzo intrygującym wokalem Allison Goldfrapp oraz dźwiękami przypominającymi lata 80. i 90. Zaś swój ostatni, szósty album z zeszłego roku (2013) wprawił mnie w sporą konsternację. Już mówię dlaczego.

Wyprodukowane przez duet „Tales of Us” zaskakuje, bo jest w porównaniu z poprzednikami bardziej stonowana i oszczędna, a jednocześnie bardzo wyciszona, mając do dyspozycji tylko gitarę akustyczną z klawiszami, imitującymi smyczki. Jednych to odrzuci, bo za spokojnie i za delikatnie (czytaj: mało przebojowo), z drugiej strony jest to bardzo intymna płyta do słuchania w długie wieczory, kiedy ciemności zapadają wcześniej. W dodatku brzmi ona naprawdę pięknie (singlowa „Annabel” czy trochę żywszy „Drew”), ale na pewno nie monotonnie, choć pojawiają się drobne urozmaicenia (skrzypce w „Ulla” czy lekko orientalna perkusja w „Alvarze”), zaś miłośnicy szybszych brzmień powinni się ucieszyć „Theą” oraz „Clayem”.

Także wokal pani Goldfrapp jest bardzo delikatny, stonowany i elegancki, współgra zarówno z muzyką jak i tekstami. Warto nabyć ten album w wersji deluxe, która zawiera jeden dodatkowy utwór („Lee”), dwa udane remiksy i trzy wersje koncertowe, które dodatkowo podnoszą ocenę.

Taka melancholijna, trochę delikatna, zróżnicowana i bardzo klimatyczna płyta. Nie wszyscy wytrzymają, ale warto spróbować.

7,5/10

Radosław Ostrowski


AlunaGeorge – Body Music

Body_Music

Nazwa tajemnicza, ale to są debiutanci, a dokładniej duet Aluna Francis (wokal) i George Raid (klawisze i produkcja). Pochodzą z Wielkiej Brytanii, działają od czterech lat, ale dopiero teraz wydali swój debiutancki album. Co z tego wyszło?

Elektroniczne brzmienia skręcające w strony r’n’b, tworzące bardzo chilloutowy klimat. Czyli nie ma żadnego agresywnego łubu-dubu, jednak jest to tak uwarstwione, że nie przynudza („Your Drums, Your Love” czy „Bad Idea”), perkusja też  bardziej stonowana, wręcz delikatna, nie brakuje też przesterowanego wokalu („Diver”, „Lost & Found”). Klimatem trochę to przypomina debiut Jessie Ware, jednak tutaj jest to ciekawsze i bardziej melodyjnie. Trudno przyczepić się tu do jakiegoś utworu, elektronika jest bardzo przyjemna, zaś dziewczęcy głos Aluny bardziej potęgują ten chilloutowy klimat. Jedyne do czego można się przyczepić to teksty – dość błahe i banalne, ale chyba w tego typu muzyce nie są one najważniejsze.

Co ja tu dużo będę mówił, jest to bardzo melodyjna, przebojowa elektronika będąca alternatywą dla plastikowego brzmienia. Świetnie się tego słucha.

8/10

Radosław Ostrowski

Julia Holter – Loud City Song

Loud_City_Song

Muzyka ambientowa jest dla mnie czymś obcym. Ale jak wiadomo, trzeba spróbować wszystkiego, by wyrobić własne zdanie. I tak przypadkiem trafiłem na dość eksperymentalną płytę niejakiej Julii Holter. Pochodząca z USA artystka właśnie wydala swój trzeci album.

Jak określić tą muzykę? Powiedzieć, że jest dziwna to tak jak stwierdzić, że łysy nie ma włosów na głowie. Klawisze pulsują, wplatają się też dźwięki miasta (samochód, bieg), nie brakuje nakładania się wokali, skrętu w jazz (bas w „In The Green Wild”), zniekształcenia dźwięków (trąbki w „Horns Surrounding Me” czy wiolonczele w „Hello Stranger”) . To wszystko buduje bardzo specyficzny, lekko psychodeliczny klimat. A do tego nie trzeba zbyt wiele – raptem 9 utworów. Potrzebne są smyczki i wiolonczele, przyprawić trąbkami, fortepianem, saksofonem, cymbałkami i Bog wie jeszcze czym („Maxim’s II”). Taka muzyka mógłby luzem pojawić się w dowolnym filmie Davida Lyncha. Owszem, zdarzają się mniej dziwaczne fragmenty („He’s Running Through My Eyes”), ale to raczej krótkie przystanki w tej mrocznej wędrówce, niepozbawionej pięknych fragmentów oraz chwytliwości.

A jeśli do tego dodamy jeszcze delikatny, trochę dziewczęcy wokal Holter, będziemy mieli jeden z najciekawszych muzycznych snów, jaki kiedykolwiek został stworzony. Pytanie tylko czy chcecie go śnić?

8/10

Radosław Ostrowski

Nine Inch Nails – Hesitation Marks

Hesitation_Marks

Muzyka elektroniczno-industrialna jest czymś, co trudno ocenić. Czasami wymaga to odrobiny skupienia i otwartości na eksperymenty dźwiękowe oraz mieszanie syntezatorów z dziwnymi dźwiękami i gitarą elektryczną. Jednym z zespołów uważanych za mistrzów tej konwencji jest Nine Inch Nails pod wodzą Trenta Reznora. Czy są nadal w formie, to pokaże ósmy album tej grupy.

Za „Herisation Marks” odpowiadają od strony produkcyjnej Trent Reznor, Atticus Ross (stały współpracownik zespołu) i Alan Moulder, który też współpracował z NIN. I co wyszło z tego eksperymentu? Zgrabne dźwięki, elektronikę budującą atmosferę, zmienną i czasem pulsującą, a czasem odezwie się gitara elektryczna („Find My Way”). O dziwo, całość jest do słuchania, nawet do tańczenia („Copy of A”), lekko psychodeliczna („Came Back Haunted”). Ale jak to się mówi, dupy nie urwało. Owszem, doceniam pomysłowość w tworzeniu kompozycji, wokal Reznora też jest bez zarzutu. Większe wrażenie zrobił jednak na mnie Atoms for Pieces, który gra bardziej wyrafinowaną muzykę. Może i jest mrocznie, ale nie czuje tego. Sytuacji nie ratują też dołączone w wersji deluxe przyzwoite remixy. Cóż, to po prostu raczej nie moje klimaty. A na to się nic nie poradzi.

6/10

Radosław Ostrowski

 

Various Artists – Lost Highway

Lost_Highway

Muszę się do czegoś przyznać – nie jestem fanem Davida Lyncha. Mało oglądałem jego filmów, ale jednego nie mogłem temu człowiekowi odmówić – budowania atmosfery i tajemnicy, a że nie mogłem tego rozgryźć („Mulholland Drive”), to inna kwestia. Z jego „mrocznych” filmów zrozumiałem tylko „Dzikość serca”, ale nie skusiłem się na zgłębianie jego dorobku (poza „Diuną”, „Prostą historią” i „Człowiekiem słoniem”, ale są to mało „lynchowskie” filmy). M.in. dlatego nie widziałem „Zagubionej autostrady”, choć jego soundtrack już przesłuchałem i mnie trochę zniechęcił. Ale to było kilka lat temu i mimo nieznajomości filmu, sięgnąłem po niego jeszcze raz.

Wiadomo, że skoro film robi Lynch, to muzyka będzie dziełem Angelo Badalamentiego (za kapitalną „Prostą historię” i „Twin Peaks” – ma dożywotni respekt), jednak tutaj mamy do czynienia z kompilacją mieszającą piosenki z szeroko pojętego nurtu alternatywy z kompozycjami instrumentalnymi. To zawsze wywołuje pewne burzenie klimatu. Nie tutaj, ale po kolei. Zacznę od instrumentalnych kompozycji, za które odpowiadają 3 osoby.

badalamentiO pierwsze wspomniałem – to Badalamenti, który ma tutaj najwięcej, bo aż 7 kompozycji. Jakościowo jednak jest dość nierówno. I jak na tego typu produkcję, brzmi to dość spokojnie. Pierwszą kompozycją (i najlepszą) jest „Red Bats with Teeth”, który zaczyna się dość spokojnie, by potem dzięki saksofonowi eksplodować i zaszaleć. Coś świetnego i szalonego jednocześnie. „Haunting & Hearthbreaking” już bardziej usypia zamiast budować atmosferę (ciężka wiolonczela i stłumiona elektronika) tak samo „Fred & Renee Make Love” czy „Fred’s World”. „Dub Driving” imitujące reggae przykuwa uwagę nieprzyjemną gitarą, zaś cudaczny „Fats Revisited” za pomocą smyczków, fortepianu i elektroniki buduje dość odrealniony klimat, z kolei ostatni jego utwór „Police” to po prostu smyczki imitujące policyjną syrenę.

barry_adamsonDrugim kompozytorem (że się tak wyrażę, bo połowa jego utworów to kompozycje z solowych płyt) jest Barry Adamson – basista i jeden z założycieli zespołu Nick Cave & the Bad Seeds, ale już wtedy działający solo. Raptem cztery kompozycje, ale jakościowo odrobinę lepsze od Badalamentiego. Najbardziej zapada w pamięć dwie części „Mr. Eddy’s Theme” – ponury temat jazzujący ze świetnymi dęciakami, basem oraz pulsującą elektroniką. Pozostałe wypadają całkiem nieźle (rytmiczne „Something Wicked This Way Comes” oraz jazzowe „Hollywood Sunset”), jednak poza ekranem brzmią za spokojnie i są nieczytelne.

reznorNo i twórca nr 3 zaangażowany przy tym projekcie – Trent Reznor. Nagrał tylko 3 utwory (krótkie „Videophone; Questions”, eksperymentalne „Perfect Drug” ze świetną perkusją z Nine Inch Nails oraz psychodeliczne „Driver Down”), jednak jego udział przy tym albumie jest większy, bo pomagał też w doborze piosenek, które wypadają najlepiej (mimo różnorodności gatunkowej tworzą spójna całość).

O ile instrumentalne kompozycje sprawdzają się najlepiej na ekranie, to piosenki bronią się też poza nim, zaś wybór wykonawców jest imponujący – od Smashing Pumpkins (intrygujący „Eye”) przez Lou Reed (pachnący latami 60-tymi „This Magic Moment”) do Marilyna Mansona („Apple of Sodom” i „I Put a Spell on You”) i niemieckiej grupy Rammstein, która wybiła się dzięki temu filmowi na cały świat, zaś klamrą spajającą album jest „I’m Deranged” Davida Bowie pojawiające się dwukrotnie.

Cóż, nadal uważam ten album za nierówny – utwory instrumentalne nie dotrzymują poziomowi piosenek, co wywołuje poczucie misz-maszu. Z drugiej strony jednak całość ma bardzo spójny klimat, tajemnicę i atmosferę Lyncha. Na pewno w filmie ta muzyka się sprawdza, ale jeśli go nie widzieliście możecie się ścieżką dźwiękową rozczarować.

7/10

Radosław Ostrowski

Scanners – Love Is Symmetry

Love_Is_Symmetry

Kolejna rzecz z Anglii, która może przykuć uwagę na dłużej. działający od prawie 10 lat zespół Scanners założony przez Matthew Mole’a (wokal, gitara) i Sarę Daly (wokal). Poza nim jeszcze skład uzupełniają: Amina Bates (gitara), Ben Grillon (Bas) i Harry Lane (perkusja). Do tej pory wydali dwie płyty, a że jeden + dwa = trzy, więc musiała się ukazać trzecia płyta.

Na tym albumie zespół przez 12 piosenek balansuje między delikatnym rockiem a bardzo eteryczną elektroniką, która wydaje się bardziej dominująca jak w „Control”, gdzie pulsuje, wręcz tańczy. Choć zdarzy się jej robi za tło, ustępując akustycznej gitarze i perkusji jak w „Charmed Life” czy singlowym „State of Wonder” z fortepianem, dzwonkami i gitarą akustyczną. Kapela potrafi tworzyć melodyjne melodie, lekko ocierająca się o nowofalowe brzmienia lat 80-tych („My Streets Are Always in the Shade”, gdzie pod koniec klawisze brzmią niemal żywcem jak z gry komputerowej czy lekko psychodeliczne „When They Put Me Back Together They Forgot to Turn Me On”). Taka mieszanka mogła być wywołać zdziwienie, ale nie przekraczają granicy tandety czy kiczu, a całość dopełnia intrygujący głos Daly.

Można się przyczepić, że pod koniec jest trochę na jedno kopyto robione i jest bardziej spokojnie, ale mimo to jest to bardzo interesujący album. Odrobina świeżości i wiosny w zbliżającej się jesieni.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Helen Love – Day-Glo Dreams

DayGlo_Dreams

Ta ekipa to pokręcona kombinacja. Działają od 1992 roku i po wielu perturbacjach w składzie, działają w nim same panie (Helen Love, Sheena i Beth), grają wypadkową punka, popu i disco. Od ostatniej płyty minęło pięć lat, a do sięgnięcia po ich album skusiła mnie nazwa zespołu i okładka.

W „Day-Glo Dreams” większy nacisk jest tutaj na dyskotekowe brzmienia z lat 80-tych, z równie elektroniczną perkusją. Naszpikowane różnymi bajerami, „walnięciami” jakiś metali, wrzaskami („Spin Those Records”), bardzo rytmiczny bas („J.Pop”), różnymi warstwami dźwięków z syntezatora, imitującymi m.in. smyczki („Don’t Forget About This Town”) czy dzwonki („My Imagination”) jak z czasów synth popu. Dynamiczne na równi z rockowymi kapelami, melodyjne jak to w popie, bardzo delikatnie zaśpiewane przez Helen. W zasadzie trudno się tu do czegokolwiek przyczepić, bo każdy utwór trzyma poziom i zbliżone tempo. Jeśli zaś chodzi o teksty, to trzymają niezły poziom, czasami pachną nostalgią („Teenage Soap Opera”), czasem o miłości.

Moda na muzykę z lat 80-tych jeszcze nie przeminęła i jeszcze trochę się utrzyma. A ten album potwierdza, że jeszcze można stworzyć muzykę elektroniczną, która nie wywołuje rozdrażnienia. Problem jednak jest taki, że szybko wchodzi do ucha, ale nie zostaje na długo. Choć posłuchać nie zaszkodzi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

White Lies – Big TV

Big_TV

To trio działa od 2007 roku i do tej pory nagrało dwie płyty. Inspirują się zarówno Joy Division jak i zespołami Editors, Arcade Fire czy Interpol, a więc jest to mieszanka rocka i elektroniki. Mają jeden hit w dorobku – „Farewell to the Fairground”, ale panowie chyba mają ambicje być czymś więcej niż tylko zespołem jednego przeboju. Trio White Lies właśnie wydało swój trzeci album. Czy warto sięgnąć?

Za „Big TV” od strony produkcji odpowiada Ed Buller, z którym zespół nagrał swój debiutancki album, a także współpracował m.in. z Suede czy Pulp. I mamy to, z czego White Lies jest znane i jak zawsze inspirując się muzyką z lat 80-tych. Jest chwytliwie, dynamicznie, choć w połowie następuje wyciszenie i pójście w stronę elektronicznego popu (początek „Mother Tongue” z ostrą gitarą w środku). Najważniejsze są tu syntezatory i perkusja, bez której tej zespół w zasadzie nie istnieje (balladowe „Change” czy „Tricky to Love”), a i gitara też ma coś do powiedzenia, tak samo jak sekcja rytmiczna („Be Yout Man”). Ale prawda jest taka, że instrumenty zgrane są ze sobą i razem dopiero tworzą mocną mieszankę, która bardziej mi się podobała niż ostatnia płyta Editors. Może i pod koniec robi się za spokojnie, ale wtedy pojawia się „Goldmine” z mocną perkusją i gitarą. Ta płyta mogła by wyjść 30 lat temu i byłaby wielkim hitem.

Drugim znakiem rozpoznawczym zespołu jest trochę nadekspresyjny wokal Harry’ego McVeigha. Jednych może drażnić przesadną ekspresją w refrenach, ale mnie w zasadzie nie przeszkadzał. Drugą wadą (dla mnie pierwszą) są dwa instrumentalne kawałki „Space I” i „Space II”, które sprawiają wrażenie niepotrzebnych. Teksty może tematyką nie zaskakują (miłość, rozstanie, zaufanie itp.), to brzmią całkiem nieźle.

Niby zespół nie robi niczego, co nie było do tej pory, ale są w tym konsekwentni i jeszcze potrafią tworzyć chwytliwe melodie, które wpadają w ucho. Mam nadzieję, że jeszcze zrobią kilka płyt.

8/10

Radosław Ostrowski

Dave Porter – Breaking Bad

breaking_bad

Ten serial zrobił wielkie zamieszanie, choć początek miał dość niepozorny. Walter White miał wszystko to, co mogło go określić jako losera. Jest nauczycielem chemii, którego olewają uczniowie, dorabia na stacji benzynowej, syn ma porażenie mózgowe, a wkrótce ma pojawić się kolejne dziecko. Czy może być gorzej? Tak, bo Walter ma raka płuc (nieoperacyjnego). By zapewnić byt swojej rodzinie, razem ze swoim byłym studentem zajmują się… robieniem narkotyków. Tak można opisać pokrótce „Breaking Bad”. Serial ma świetny scenariusz, wyrazistych bohaterów, który są fantastycznie zagrani, a także świetną muzykę (składającą się m.in. z bardzo dobrze dobranych piosenek).

Ale w zeszłym roku wydano ścieżkę dźwiękową do serialu, a jej autorem jest niejaki Dave Porter i zawiera ona najważniejsze tematy z 4 serii/sezonów (niepotrzebne skreślić). Cały problem polega na tym jednak, że o ile w serialu ta muzyka brzmi rewelacyjnie, to poza nim jakoś tak mniej interesująca jest. W całości bazuje na elektronice i ambiencie, która nie należy do najprzyjemniejszej, trochę w stylu Cliffa Martineza.

dave_porterCzym byłby jednak serial bez tematu przewodniego? To, co słyszymy na początku serialu na płycie zostało wydłużone o minutę, dzięki czemu możemy usłyszeć więcej perkusji, westernową gitarę i bas, zmieszane elektronicznymi dźwiękami, które budują odrealniony klimat. Jednak tutaj większość utworów coś tam mamrocze, nie mogąc wychwycić tych dźwięków i zniekształcając lekko tło. Czasem idąc w lekko trance’owe klimaty („Smoking Jesse’s Pot”), czasem wkładając inne instrumenty (fortepian w „Gray Matter”, cymbałki w „The Morning After” czy bębny w „Jesse in Mexico”). Najciekawsze są tutaj utwory z agresywnymi dźwiękami jak „Aztek” (mocna perkusja), „Crawl Space” z lekko „kosmicznymi” dźwiękami czy „Baby’s Coming”. W pozostałych utworach albo jest bardziej wyczuwalny ambient („Disassemble” czy „Three Days Out”) albo jest co najwyżej średnio strawną elektroniką, co nie jest zbyt przyjemne w odsłuchu.

Niemniej praca Portera spełnia swoje zadanie, a to jest podstawa. Że poza nim nie robi już takiego wrażenia, ale to nadal udana robota.

7/10

Radosław Ostrowski