Kowalski – For the Love of Getting Go

For_The_Love_Of_Getting_Go

Znacie pewnie taki zespół Kowalski? Najbardziej znanym ich przebojem jest utwór „Spragniony Karoliny” i „Marian”, więc kiedy znalazłem ich płytę w dodatku w języku angielskim, byłem zaskoczony. Bo okazało się, że to inny Kowalski. Ten zespół stworzyło czterech kumpli z Irlandii: Louis Price (wokal), Paddy Conn (klawisze, gitara), Tom O’Hara (bas) i Paddy Baird (perkusja), do tej pory zrobili EP-kę i debiut. Teraz pora na drugi longplay.

Album z dość długim tytułem (jak na płytę) ma raptem 10 piosenek (ulubiona liczba producentów, bo dość często spotykana) i jest to pop z domieszką (wręcz domiechą) elektroniki. Muzyka jest prosta, lekka i przyjemna w odsłuchu. Szybka perkusja, ładna elektronika, gitara robiąca swoje, delikatny i miękki wokal – czy może być lepiej? Takie płyty sprawiają mi problem, bo z jednej strony to dobre brzmienie, wpadające w ucho melodie i przyjemnie się tego słucha. Z drugiej jednak po odsłuchaniu nie zostaje nic w głowie. Tak też jest tutaj, choć panowie grają dynamiczne kawałki.

Tu jest tak jak być powinno, ale mało oryginalne to jest. Mimo to można przesłuchać, bo to nie zaszkodzi.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Ramin Djawadi – Pacific Rim

Pacific_Rim

Na najnowszy film Guillermo del Toro czeka dosłownie masa ludzi. Ta wysokobudżetowa produkcja o walce mechów z bestiami zbiera dość ciepłe recenzje, a i widownia też powoli dopisuje. Ja filmu jeszcze nie widziałem, ale jak będę miał możliwość opowiem wam. Teraz skupię się na warstwie muzycznej.

A tutaj wieści nie były zbyt dobre, ponieważ na kompozytora wybrano człowieka, który nie ma zbyt wielkiego talentu czy warsztatu, ale jest podopiecznym Hansa Zimmera, który ma szerokie wpływy. Ramin Djawadi nie jest zbyt lubiany ani przez krytykę, ani przez fanów muzyki filmowej, zaś jego najwyższym dokonaniem jest temat przewodni z „Gry o tron” oraz „Postrach nocy”. Tyle wstępu, więc możemy przejść do muzyki wydanej przez WaterTower Music, który zawiera 25 utworów (w większości dość krótkich). Ale czy warto sięgnąć po ten album?

djawadiOdpowiedź jest jedna i niezbyt zaskakująca: nie. Muzyka brzmi jak kolejny twór Remote Control, czyli w cholery elektroniki, sampli, gitary elektrycznej i rżnięcie od Zimmera. Innymi słowy niby jest epicko, ale sztucznie. Tematów w zasadzie nie ma wiele, ma być głośno, dynamicznie i z łomotem. I tak też jest, zaś muzyka akcji bazuje na szybkich i niepokojących smyczkach, uderzeniach perkusji, kotłów oraz dęciaki wzięte z „Incepcji”. Czasem jednak pojawi się pewne urozmaicenie jak chór („The Shatterdome”), delikatna liryka („Mako” z wokalizą Priscilli Ahn i delikatnymi dźwiękami harfy oraz smyczków) czy lekko azjatyckie klimaty („Hannibal Chau”). Jednak żeby nie było aż tak strasznie Djawadiemu udała się jedna rzecz, która jest highlightem tej płyty. To temat przewodni, który może i jest prosty, ale z drugiej chwytliwy, dynamiczny (smyczki i elektronika) ze świetną gitarą Toma Morello (Rage Against the Machine), który z Djawadim już współpracował przy „Iron Manie”.

Jak przyznał del Toro, wybrał Djawadiego, bo „Jego kompozycje są wielkie, ale posiadają też niesamowity rodzaj ludzkiej duszy„. Że co? Chyba mam wrażenie, że słuchaliśmy czegoś innego. Niestety, „Pacific Rim” wpisuje się w nurt ubożenia muzyki w filmie, który się zaczął nasilać w XXI wieku. Zamiast potężnego brzmienia – imitacja, elektronika i sample. Coraz więcej głuchych osób jest w Hollywood.

5/10

Radosław Ostrowski


Kali i Paluch – Milion dróg do śmierci

Milion_drog_do_smierci

Ktoś może zwrócić uwagę, że za mało jest tutaj płyt nagrywanych przez ziomali. W końcu pojawiła się płyta, która przykuła moją uwagę. Nagrana przez dwóch już uznanych raperów – Kali (Marcin Gutkowski) to były członek Firmy, Paluch (Łukasz Paluszak) był związany z ekipą Aifam. Obaj panowie postanowili połączyć siły. Efekt współpracy mamy tutaj.

Utworów jest 16, a za produkcję odpowiadają m.in. SoDrumatic (współpracował z VNM), Donatan i Sherlock. Efekt jest dość intrygujący, bo jest to połączenie starego (olskul) z nowym (elektronika). Wielu próbowało dokonać takiego idealnego połączenia, ale rożnie to bywało. Tu są utwory zarówno bardziej oldskulowe takie jak „Nie zmusisz mnie” z wplecionymi nawijkami klasyków czy „Hip-hop 4 ever” z gitarą elektryczną i perkusją), jaki pójście w bardziej elektroniczne kawałki („Nie musisz nic”, „Syntetyczna Gandzia Mafia” z pulsująca elektronika i cykaczami czy „Droga do raju”). Nie ma tutaj zgrzytu między tymi dwoma stylami, a w paru utworach łączą się ze sobą jak w ascetycznym „Mam nadzieję” (oszczędny podkład perkusyjny) czy „Spokój” z delikatnymi klawiszami. Dzieje się tu sporo, mieszanka jest atrakcyjna i nie czuć tu znużenia. Producenci dali z siebie wszystko i tu nie ma się do czego przyczepić.

Teraz drugi istotny element, czyli nawijka. Zarówno Kali jak i Paluch brzmią naprawdę dobrze, nie ma tutaj przyśpieszania, wszystko jest wyraźne i czytelne. Obaj panowie mówią zarówno o przemijaniu, wierności sobie, młodości, spokoju, mroku czy o rzeczywistości. Może wnioski nie są w żaden sposób zaskakujące, ale opowiedziane jest to w atrakcyjny sposób. Jeśli zaś chodzi o featuringi pojawiają się tylko w dwóch kawałkach („Droga do piekła” i „Nie zmusisz mnie”), gdzie kolejno Kacper i Onek 87 radzą sobie całkiem nieźle.

Rzadko sięgam po płyty hip-hopowe, co z jednej strony powoduje, że zachwycam się wszystkim, z drugiej rzadko tam znajduje coś ciekawego i interesującego dla mnie. Na moje szczęście, „Milion dróg do śmierci” jest bardzo interesującą płytą.

8/10

Radosław Ostrowski


Daft Punk – Random Access Memories

Random_Access_Memories

O tym duecie usłyszałem po raz pierwszy, dzięki soundtrackowi do filmu „Tron: Dziedzictwo”. Ale już wtedy byli bardzo znaną ekipą odpowiedzialną za muzykę elektroniczną. Duet Thomas Bangalter i Guy-Manuel de Homem-Christo po ośmiu latach przerwy (od studyjnego albumu) uznała, że pora nagrać nowy album i tak też zrobili.

„Random Access Memories” – tak się zwie ten nowy album duetu zawiera utworów 13, które reprezentują muzykę elektroniczną utrzymaną w klimacie lat 80., która w ostatnim czasie jest bardzo modna, zaś inspiracjami są m.in. Giorgio Moroder („Giorgio by Moroder”, gdzie o swoich początkach opowiada… Giorgio Moroder, zaś przez 9 minut!! muzyka brzmi kapitalnie). Jeśli jednak myślicie, że są tu tylko syntezatory i klawisze – popełniacie wielki błąd. Poza ogólnie pojętą elektroniką pojawia się i delikatnie grająca gitara elektryczna („Give Life Back to Music” z udziałem Nile’a Rodgersa czy „Instant Crush”, gdzie jest odrobinę podrasowana elektronicznie), fortepian (ballada „Within'” – tam gra Chilly Gonzales), perkusja i bas, które są tłem dla całej elektroniki. Całość tworzy bardzo przyjemną muzykę, która pasuje do dyskotekowego parkietu jak i do kompletnego chilloutu (jeśli ktoś lubi taką muzykę), gdzie nie zabrakło zarówno eksperymentów (początek „Touch”, ale w połowie pojawiają się dęciaki, pianino z basem i perkusją), jak i tanecznego sznytu (singlowe „Get Lucky”). Rozgardiasz jest totalny, ale tworzy dość spójną całość.

Jednak poza wokalami duetu (zmodyfikowanymi komputerowymi), udało się zaprosić wielu gości, którzy śpiewają naprawdę dobrze m.in. Pharella Williamsa („Lose Yourself To Dance”, „Get Lucky”), Paula Williamsa („Touch”), Juliana Casablancasa („Instant Crush”) czy Todda Edwardsa („Fragments of Time”). O tekście nie wspominam, bo nie jest najważniejszy.

Rzadko zapuszczam się w rejony muzyki elektronicznej (ostatnio tak było w przypadku debiutu Kamp!), ale dziwnym trafem mam dobrą rękę do tej muzyki. I płyta Daft Punk również zalicza się do tych ciekawych i udanych. Ciekawe jakie wy macie zdanie na ich temat?

7,5/10

Radosław Ostrowski

The National – Trouble Will Find Me

Print

Tym albumem zainteresowałem się dzięki… bardzo intrygującej okładce, nie znając istnienia amerykańskiego zespołu The National. Jak podaje Wikipedia, zespół działa od 1999 roku, tworzy go pięć osób i nagrał do tej pory 5 płyt. Poza tym znani są z tego, że grają smutne piosenki. Mając tą podstawową wiedzę, podjąłem wyzwanie i sięgnąłem po „Trouble Will Find Me”.

Sam nazwa wskazuje, muzyka indie jest z jednej strony melodyjne i ładne, z drugiej brudne i pełne różnych elektronicznych przebitek dźwiękowych. Za  produkcję odpowiadają bracia Aaron i Bryce Dessner (gitary i klawisze) i jest tak jak wspominałem. Melodyjne gitary budują bardzo melancholijny klimat („I Need My Girl”, „Bulletproof”), gdzie jeszcze wspiera ich delikatna elektronika i sporadycznie szybka sekcja rytmiczna („Humiliation”, „Sea of Love”). Jednak muzycy poza gitarami i klawiszami korzystają z różnych instrumentów – fortepianu („Pink Rabbits”, „Heavenfaced”), gitary akustycznej („I Should Liv in Salt”) czy smyczków („Fireproof”, „This Is The Last Time”). Nudy tu nie ma, choć dominują tutaj spokojniejsze kompozycje, które brzmią po prostu ładnie i pozwalają się wyciszyć.

Tak samo wyciszający jest wokal Matta Beringera, który nie popisuje się, a wręcz przeciwnie jest bardzo spokojny, stonowany, wręcz pozbawiony emocji. Brzmi to dość dziwnie, ale tworzy to bardzo intrygująca całość do spółki z niezłymi tekstami.

The National są smutni, ale ich smutek nie brzmi zbyt depresyjnie czy mrocznie. Nie wiem jak poprzednie płyty, ale tej słuchałem z może nie wielką, ale przyjemnością. To udana płyta do słuchania po ciężkim dniu.

8/10

Radosław Ostrowski


Editors – The Weight of Your Love

The_Weight_of_Your_Love

Ten rock dla brytyjskiego zespołu Editors jest istotny. Po odejściu Chrisa Urbanowicza, do zespołu dołączyli Jostin Lockey (gitara prowadząca) i Elliot Williams (klawisze, gitara). W takim właśnie składzie Anglicy wydali swój czwarty album „The Weight of Your Love”.

Nowy album, nowy skład i nowy producent – to ostatnie w przypadku zespołu jest stałą. Tym razem za produkcję odpowiada Jacquire King, który produkował płyty m.in. Kings of Leon, Toma Waitsa czy Nory Jones. I już słychać, że ekipa wraca brzmieniowo do korzeni (wraca gitara elektryczna), choć nie zabrakło miejsca na elektronikę (najbardziej wybija sie w „What Is This Thing Called Love?”). Kapela gra bardzo zróżnicowanie: nie brakuje skrętów w stronę popu („Honesty” czy „Nothing” ze smyczkami), melodyjnego grania gitary (singlowy „A Ton of Love” czy „Hyena”), wybijającego się basu (urwany „Formaldehyde” czy „Hyena”) czy nawet skrętu w stronę country („The Phone Book”). Brakuje mi trochę bardziej dynamicznych utworów jak „Munich”, ale ten album jest bardziej klimatyczny i nadal słucha się go dobrze, częściowo zacierając średnio udanego poprzednika.

Jeśli chodzi o wokal Toma Smitha, to nie zmienił się specjalnie, nie drażni i może jeszcze trochę zalatuje Ianem Curtisem. Nadal słucha się go dobrze, co nie wszystkim się udaje. Także w warstwie tekstowej jest pewien progres, choć tematyka nie jest zbyt zaskakująca.

„The Weight of Your Love” to częściowy powrót zespołu do melodyjnego, lekko rockowego grania. Nie ma tu aż tak elektronicznego cudowania jak w przypadku „In This Light and On This Evening”, ale też nie jest tak ostro brudno jak w przypadku pierwszych płyt. Niemniej widać, że grupa idzie w dobrą stronę.

7/10


Editors – The Back Room

the_back_room

Dawno, dawno temu, Bóg się znudził muzyką, która była grana i wymyślił punk, który podchwycili Brytyjczycy. Najpierw było Sex Pistols, potem Joy Division, z którego wiele zespołów czerpie do dnia dzisiejszego. I właśnie opowiem wam o jednej z kapel-córek Joy Division. Poznali się na uniwesytecie w Birmingham roku 2002 i było ich czterech. Tom Smith (wokal, gitara), Russell Leetch (bas, klawisze), Geraint Owen (perkusja, zastąpiony przez Edwarda Laya) i Chris Urbanowicz (gitara) się zwali. Nazwę zespołu zmieniali aż trzy, by ostatecznie nazwać się Editora, a w 2005 roku zadebiutowali ze swoją płytą.

„The Back Room” zawiera 11 piosenek, za których produkcję odpowiada Jim Abbiss znany ze współpracy z m.in. Arctic Monkeys, Kasabian czy Adele. Całość pachnie punk rockiem polanym elektroniką. Nie brakuje tutaj szybkich gitar („Munich”, „Lights”), mocnej perkusji („All Sparks”), trochę spokojniejszych brzmień („Camera” z rytmicznym basem i klawiszami oraz rozkręcającą się perkusją), melodyjności („Bullets”), ale ogólnie całość jest bardzo róznorodna i słucha się tego z dużą frajdą mimo paru lat po premierze. Nie ma tutaj czegoś, co byłoby nie udane czy mocno odstawało od reszty, co też nie zdarza się zbyt często.

Również wokal Toma Smitha, który wielu kojarzy się z Ianem Curtisem (najbardziej to słychać w kończącym „Distance”), jest delikatny, gdy trzeba zadziorny, ale nie jest ani przez moment sztuczny. Także niezłe teksty mówiące o miłości i samotności trzymają poziom.

Mówiąc najprostszymi słowami: „The Back Room” to udany album, od którego zaczęła się kariera Anglików, którzy mieli być odpowiedzią na amerykański Interpol. Dalej było równie ciekawie, ale to temat na oddzielną historię.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

Tangerine Dream – Thief

thief

Michael Mann najbardziej znany stał się dzięki „Gorączce” i „Policjantom z Miami”. Ale już swój nieprzeciętny talent i styl pokazał już swoim debiucie. „Złodziej” pozornie wydaje się typową kryminalną opowieścią o drobnym kryminaliście (znakomity James Caan), który chce zrealizować swój ostatni skok i przejść na emeryturę (poza swoim fachem, mężczyzna prowadzi komis samochodowy). Ale jak wiadomo, nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Ten trochę zapomniany i niedoceniony film, został też zauważony dzięki budującej klimat muzyce.

Tym ciekawsza dlatego, że odpowiada za nią zespół już wówczas znany, ale jeszcze nie posiadający dużego doświadczenia w pisaniu muzyki filmowej. Mowa o Tangerine Dream – specjalistach od mrocznej muzyki elektronicznej pod wodzą Edgara Frosse. Choć zespół dość często zmieniał skład, to zarówno stylistyka jak i silne (później) więzy zespołu z filmem pozostały niezmienne (do tej pory napisali muzykę do ponad 30 filmów). Przy pracy nad tym filmem zespół grał w składzie Edgar Frosse (klawisze, gitara), Christopher Franke (syntezatory, elektroniczna perkusja), Johannes Schmoelling (elektronika).

Wydanie pochodzi z roku 2004 roku i zawiera całą muzykę (w kolejności chronologicznej – 8 utworów), a także muzykę niewykorzystaną i wersje alternatywne. Nie brakuje tutaj kolosów, (otwierające ponad 10-minutowe „Main TitleThe Heist” czy „TailedThe Break-In”), elektronicznego rozwarstwienia czy zmodyfikowanej gitary elektrycznej („Destruction” z pulsującym basem). Wszystko to buduje bardzo ponury klimat, a jednocześnie trzyma w napięciu. Jednocześnie muzyka jest bardzo przystępna i niepozbawiona melodyjności, co w przypadku tego zespołu nie jest zbyt częste. Trudno jest opisać taką muzykę, ale słucha się tego bardzo dobrze. Muzycy czasem zbaczają z mocnej elektroniki („Frank Is Set Up” z imitacją smyczków, oryginalną perkusją oraz klimatem żywcem wziętym z kryminału czy napisane przez Craiga Safana „Final Confrontation/End Credits” z ostrą gitarą) i czasem grają trochę lżej („Sam’s Forge” czy najładniejsza ze wszystkich „San Diego Beach/Love Scene”).

Tematy alternatywne niewiele się różnią od oryginałów, co z kolei trudno mi ocenić czy to dobrze czy nie. Ale jedno mogę powiedzieć na pewno – to świetna muzyka. Owszem, słychać, że to lata 80., jednak nie sądzę, żeby się w jakiś sposób mocno zestarzała. Tym bardziej zdziwił mnie fakt, że muzyka tego zespołu była nominowana do Złotej Maliny – przyznawanej za wszystko, co najgorsze. Nie kapuję tego.

8/10

Radosław Ostrowski

Novika – Heart Times

heart_times

Katarzyna Nowicka jest jedną z bardziej znanych twarzy polskiej sceny klubowo-elektronicznej. Zaczynała w zespole Futro, potem współpracowała z Andrzejem Smolikiem, a od paru lat robi na własny rachunek. I niedawno ukazała się jej trzecia solowa płyta „Heart Times”.

Tak jak w przypadku poprzedników, za produkcję odpowiada Bogdan Kondracki, który odpowiadał za płyty m.in. Ani Dąbrowskiej, Moniki Brodki czy Karoliny Kozak. I mamy do czynienia z albumem naszpikowanym elektroniką, co nie jest zaskakujące. Jednak nie tylko klawisze i syntezatory odgrywają istotną rolę (ich „głębia” i rozwarstwienie powoduje, że potrafią one naprawdę oczarować), bo zdarza się i akustyczny numer („Safest” napisany przez Skubasa), pojawiają się też inne dźwięki jak głos dziecka („Mommy Song”) i całość jest lekko przyprawiona melancholią jak na początku „She’s Dancing”, sam zaś nie nazwałbym tej płyty mocno taneczną. Klimatem bliżej jej do Jessie Ware czy The xx, czyli bardzo delikatniejszego brzmienia, chociaż nie zabrakło kilku potencjalnych przebojów, które mogą namieszać w radiowych stacjach i wszystko to trzyma naprawdę równy, wysoki poziom.

Sama wokalistka śpiewa naprawdę dobrze, bardzo delikatnie i kobieco. Po prostu, a jej angielski brzmi bardzo przekonująco (jedynym polskim utworem jest „Scenariusz”). Zaś sama wokalistka ma naprawdę silne wsparcie i pojawia się wielu gości, m.in. Encharted Hunters („Useless People”, „Mommy Song”), Kasia Piszczek („Bad News”) czy Marsija („Partner in Crime”) i wszyscy spisali się bardzo dobrze. Tekstowo też jest nieźle, zaś tematyką po prostu życie ze wszystkimi wadami i zaletami.

Innymi słowy, dobrze że w naszym kraju powstaje jeszcze ciekawa i niebanalna muzyka, którą możemy śmiało przedstawić na Zachodzie bez wstydu i kompleksów. Rzadko sięgam po elektronikę, bo mnie zazwyczaj albo drażni albo przynudza. A tutaj słucha się tego przyjemnie i można się przy niej zrelaksować. Chyba już wiecie, co trzeba zrobić?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Myslovitz – 1.557

Myslovitz__1.577

W zeszłym roku doszła dość porażająca wiadomość: zespół Myslovitz opuścił Artur Rojek. W takich sytuacjach są dwa wyjścia: albo kończymy działalność i idziemy na emeryturę albo ciągniemy to dalej i szukamy kogoś nowego. Członkowie zespołu zrobili to drugie i zamiast Rojka pojawił się Michał Kowalonek z zespołu Snowman. I teraz wyszła nowa płyta zespołu z nowym wokalistą. Jaki jest tego efekt?

Album ma 10 piosenek w pop-rockowej estetyce, czyli jest to bardzo delikatnie brzmiąca gitara elektryczna, nadal zmieszana z elektroniką i basem. Niby to brzmi inaczej, ale po staremu. Nadal nie brakuje prostego grania, z ciekawymi aranżacjami (gitary w „Być jak John Wayne” oraz ciekawy riff pod koniec) oraz klawiszami. Nie brakuje skrętów w stronę nowej fali („Koniec lata”), skocznych melodii (zapętlająca się perkusja i klawisze w singlowym „Prędzej, później, dalej” czy „Wszystkie ważne zawsze rzeczy”), gitara potrafi jeszcze zaszaleć („Telefony”), perkusja szybko wali („Trzy procent”, „Być jak John Wayne”). Nudno nie jest, może trochę za spokojnie, ale to na szczęście jedyna poważna wada. Muzycy jednym słowem dają radę.

Także teksty też są ciekawe, nie przynudzają i nie drażnią jakimiś rymami. Ale najważniejszą sprawę zostawiłem na koniec. Wielu bardzo obawiało się nowego wokalisty – Michała Kowalonka. Wynikało to z bardzo rozpoznawalnego głosu poprzednika, ale moim zdaniem „nowy” wybronił się i śpiewa naprawdę dobrze. Szepcze („Koniec lata” czy „Telefony”, gdzie trochę przypomina Lecha Janerkę), jest bardziej delikatny od Rojka („Trzy sny o tym samym”) i nie próbuje go naśladować, co dla mnie jest zaletą.

Stwierdzam krótko: „1.557” to nowy początek dla zespołu Myslovitz, a Kowalonek okazał się nie gorszy od Artura Rojka. Kolejna udana płyta tego zespołu.

8/10

Radosław Ostrowski