The Flaming Lips – The Terror

the_terror

Muzyka eksperymentalna należy to takich brzmień, które wymagają od słuchacza więcej i szuka nowych wyzwań i dźwięków. Taką muzykę od ponad 25 lat gra amerykański zespół The Flaming Lips. Obecnie zespół w składzie: Wayne Coyne (wokalista, gitarzysta, klawiszowiec), Michael Ivins (gitara basowa, klawisze), Steven Drozd (wokalista, bębny, gitara, klawisze), Kliph Scurlock (perkusja) i Derek Brown (gitara, klawisze, perkusja) mieszają rocka z ambientem. Potwierdza to też ich najnowsza, trzynasta płyta „The Terror”.

Album ten zawiera 9 piosenek, a za produkcję odpowiada zespół oraz Dave Friedman (producent prawie całej dyskografii zespołu) i ich menadżer Scott Booker. I tak jak wspominałem jest to muzyka rockowa zmieszana z ambientem (bardziej przestrzenną elektroniką), który tutaj gra pierwsze skrzypce, a każdy utwór płynnie przechodzi do następnego. Słychać to od samego początku w „Look… The Sun is Rising”, gdzie przebijają się różne zmechanizowane dźwięki, do których potem dołącza perkusja i gitara. Bywa też, że ta wielowarstwowość pulsuje („Be Free, A Way”), potrafi przykuć uwagę i intryguje („Try To Explain” z chórkami w tle), budując dość ponury klimat, co najbardziej słyszalne jest w „You Lust” – ponad 13-minutowym kosmicznym szaleństwie z gościnnym wsparciem duetu Phantogram, co dla wielu może być wyzwaniem, bo od 3 minuty jest sama muzyka, bez wsparcia wokalnego(pojawia się ono pod sam koniec). Ale poza eksperymentalnym brzmieniem udaje się czasem stworzyć coś bardziej przystępnego jak tytułowy kawałek z rytmicznym basem i perkusją czy „You Are Alone”. Więc nie jest to taka trudna muzyka jak się na pierwszy rzut ucha mogła się wydawać, zaś bardzo interesująco wypadł cover „All You Need is Love” z gościnnym udziałem Alex i Jade z zespołu Edward Sharpe and the Magnetic Zeros.

Klimat ten wspomagają wokale Coyn’a i Drozda, jakby odrealnione i bardzo delikatne.

„The Terror” to dość intrygująca płyta, która wymaga jednak wiele i albo was przyciągnie albo odepchnie. Dla mnie to było dość ciekawe granie, które trzymało dość równy poziom. Więc dajcie się sterroryzować.

7/10

Radosław Ostrowski

Various Artists – Spring Breakers

spring_breakers

Wakacje wielu kojarzą się z imprezami, seksem i kompletnym luzem. I o tym właśnie marzą bohaterki nowego filmu Harmine’a Korine „Spring Breakers”.  co do samego filmu, jeszcze trzeba trochę poczekać na seans, ale zapowiada się dość ciekawa historia. Natomiast ja chciałbym się skupić na warstwie muzycznej, gdyż już jest dostępny soundtrack z tego filmu.

martinezAlbum ten jest poszatkową kompilacją zawierającą zarówno piosenki jak i kompozycje instrumentalne. Za te ostatnie odpowiada dwóch jegomościów: Cliff Martinez – twórca muzyki ambientowej, znany z muzyki do filmu „Drive” oraz Skrillex – młody chłopak tworzący muzykę dubstepową. Efekt tego połączenia jest dość mało zaskakujący. Bo obaj panowie tworzą na swoja modłę i we wspólnych kawałkach, których jest tu kilka bardziej wyraźny jest ambient, tworzący dość oniryczny klimat, który może sprawdza się w filmie, ale poza nim może wywoływać problemy z odbiorem, co przypomina wspomniany wcześniej „Drive”. Nawet jeśli pojawiają się pewne urozmaicenia (dzwonki w „Your Friends Ain’t Gonna Leave With You”), to pojawiają się na chwileczkę i nie bardzo ratują sytuację. A kompozycje Skrillexa są bogatsze dźwiękowo („Will You, Friends (Long Drive”) i dość chłodne (wyjątkiem jest otwierający album „Scary Monsters and Nice Spirits” oraz ten utwór w wersji na smyczki), jednak słucha się ich przyjemniej niż Martineza. Ale ich wspólne utwory („Bikinis & Big Booties Y’all” czy „Rise and Shine Little Bitch”) jak wspomniałem bardziej idą w stylu Martineza.

skrillexSytuację częściowo ratują piosenki, które budują dość imprezowy klimat. Mocno napakowane elektroniką, ale jednocześnie są bardziej przyswajalne i energetyzujące jak kończący album „Lights” Ellie Goulding. Nie brakuje też utworów rapowanych („Hangin’ With Da Dopeboys” Jamesa Franco i Dange Russa czy „Big Bank”, gdzie nawija m.in. Rick Ross), ale i tak w podkładzie dominuje elektronika oraz dubstep, jak w kapitalnym „Young Niggas” Gucci Mane oraz Waka Flocka Flame).

Innymi słowy „Spring Breakers” to dość trudna i niełatwa w odbiorze płyta. Bo z jednej strony mamy skoczną i imprezową muzykę, ale z drugiej instrumentalne kompozycje są dość trudne w odbiorze i mogą wywołać znużenie. Czas trwania, czyli niecała godzina też niespecjalnie sprzyja. Innymi słowy, jeśli podobał wam się film lub lubicie Skrillexa, to kupujcie śmiało. Reszta niech się poważnie zastanowi.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Hurts – Exile

exile

Kiedy 3 lata temu brytyjski duet Hurts wydał swój debiutancki album, szturmem podbijali listy przebojów na całym świecie, także i u nas. Panowie zdecydowali się pójść za ciosem i po 3 latach przerwy (zaledwie) wracają z nowym materiałem „Exile”. Czym tym razem zaskakują Theo i Adam?

W zasadzie niczym, bo „Exile” idzie w kierunku debiutu, czyli synth popu z domieszką gitary elektrycznej. Nie brakuje tu zarówno chwytliwych melodii w zwrotkach, rozmachu w refrenach (m.in. dzięki chórkom jak w „Sandman”) i stonowania w spokojniejszych kawałkach (w których przewijają się smyczki lub fortepian – w utworze „Help” na pianinie gra sam Elton John), które nie są jednak pozbawione potencjału na hit. Całości słucha się po prostu wybornie, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Czuć inspirację zarówno popem lat 80-tych, ale też i ostatnimi dokonaniami Coldplay („Miracle” i „Blind” lekko zajeżdża „Princess of China”), a nawet dubstepem („Mercy”), co akurat nie jest wadą, bo utwory po pierwsze są zróżnicowane, po drugie kompletnie nieprzewidywalne, a po trzecie bije z nich dość pozytywna energia. I tak przez prawie godzinę, bez poczucia nudy, co zdarza się niezbyt często.

Nieźle za to wypadają teksty (choć tematyka jest ograna – uczucia do kobiet, pragnienie wolności i szukanie swojego miejsca na świecie) oraz wokal Theo miejscami budzący skojarzenia z Davem Gahanem.

„Exile” pozytywnie zaskakuje, a Hurts chyba znalazło swój złoty środek na przyciągnięcie słuchaczy. Ja nie muszę zachęcać, sami kupcie i się przekonajcie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bartosz Chajdecki, różni wykonawcy – Misja Afganistan

misja_afganistan

Cóż, muzyka do polskich filmów rzadko jest u nas wydawana, chyba, że jest to muzyka z kom-romu będąca składanką. Z muzyką do polskich seriali też nie wygląda to najlepiej. Chyba, że jest to produkcja TVN, która jest tak samo skonstruowana jak muzyka z polskiego kom-romu (chodzi mi o muzykę, nie scenariusz). Aż tu w zeszłym roku Canal+ ruszył z ambitną produkcją „Misja Afganistan”. Serial ten opowiadał o naszych dzielnych chłopakach, co z talibami walczyć musieli, choć nie chcieli. 13-odcinkowy serial spotkał się z dość ciepłym przyjęciem, a promocji towarzyszył też wydany soundtrack z serialu. I jest to wydanie na bogato, bo zamiast jednej płyty, mamy aż 3-płytowy box. Ale po kolei.

chajdeckiZa warstwę muzyczną do serialu odpowiada Bartosz Chajdecki – młody kompozytor, który zadebiutował dzięki serialowi „Czas honoru”. Ale tym razem kompozytor opowiadając o wojnie w innych czasach i innej szerokości geograficznej, musiał trochę podciągnąć swój warsztat i znów zaskoczył. Pojawia się tutaj więcej elektroniki, nie mogło zabraknąć etnicznych dźwięków. Są bardzo wyraziste bębny („Remembering Home”, „Associate”), wrzaski arabskie („Associate”), flety (słyszalne już od „Sands of War”), orientalnie brzmiące smyczki („Associate”). Muzyka akcji najbardziej słyszalna jest w „Activated”, gdzie elektroniczne organy przeplatają się z pędzącą naprzód gitarą elektryczną oraz elektroniczną perkusją serwując naprawdę mocne tempo, by w połowie wyciszyć się (bardzo delikatne syntezatory), by w okolicach 4 minuty wrócić do poprzedniego tempa i jeszcze bardziej przyśpieszając. Takiej jazdy naprawdę dawno nie było, jednak całość ma dość ponury klimat. Czasami Chajdecki idzie w stronę ambientu (pierwsza połowa „Sandglass”), nie zapomina w werblach („Kandahar – Whose War Is It?”, które przypominają prace Hansa Zimmera), ale nie idzie w żaden patos. Jednocześnie materiał jest bardzo przyswajalny, nawet dla osób nie znających serialu. Nie zabrakło tu tzw. reprise’ów (zmodyfikowane melodie „Sands of War i „Kandahar”) wyluzowanej i skocznej melodii („Chillout” idąca lekko w reggae), zaś całość wieńczy remix „Associate”.

I teraz zaczynają się, bo ktoś może zapytać po jaką cholerę dwie dodatkowe płyty z piosenkami? Są to być utwory inspirujące się serialem, z czego jeden został specjalnie napisany („Song 4 Boys” Comy). I są to kolejno polskie (cd 2) i zagraniczne (cd 3) kawałki. Nie zabrakło tu zarówno nieśmiertelnych przebojów (m.in. „Wychowanie” T.Love, „Ace of Spades” Motorhead, „Born to Be Wild” Steppenwolf), ale rozrzut gatunkowy jest tu duży: od rocka (ciężki w utworach „Ruchomy cel” Proletaryatu, „Holy War” Megadeth czy „Mój Bóg” Iry; lżejszy w ) przez bluesa („Wszystkie winy” Cree), alternatywny pop („Jesli kiedyś zabraknie mnie” Afro Kolektywu, „I Follow Rivers” Triggerfinger, „Seven Devils” Florence +The Machine) czy nawet reggae („Kiedy byłem małym chłopcem” Maleo Reggae Rockers). Ten muzyczny koktajl Mołotowa może sprawiać wrażenie dość chaotycznego i zbędnego, ale po pierwsze utwory bardziej lub mniej nawiązują do tematyki wojennej i jej okolicach (strata najbliższych, strach, ryzyko, szaleństwo), po drugie słucha się tego naprawdę przyjemnie. A po trzecie 50 zł za trzy płyty to chyba nie jest zbyt wygórowana cena?

Nie wiem jak wy, ale ja muszę obejrzeć ten serial, bo muzyka do niego mnie zachęciła. Poza tym mam ochotę zabić paru talibów. Kto pójdzie za mną?

8/10

Radosław Ostrowski

Depeche Mode – Delta Machine

delta_machine

Ten zespół to jedna z ikon muzyki nowofalowej. Delikatne i przyjemne dźwięki elektroniczne z czasem stawały się mroczniejsze i mniej przebojowe, a że działają już ponad 30 lat nadal imponują kreatywnością. Chodzi o trio Depeche Mode, a wspominam o nich, bo zbliża się już 13 studyjna płyta.

Na 13 płycie „Delta Machine” jest nomen omen 13 piosenek, które pachną elektronicznym popem. I znów Martin Gore pokazał co potrafi jako kompozytor. Ta płyta jest po prostu naszpikowana elektroniką, tak jak ostatnie płyty zespołu. I tak jak zawsze nie brakuje tutaj zarówno spokojniejszych, ale bogatych kompozycji („Welcome to My World”), klawisze pulsują („Soft Touch/Raw Nerve”), mieszają i tworzą bardzo dziwne dźwięki, których słucha się z niekłamaną przyjemnością. Każdy utwór ma swój własny klimat, poza klawiszami oraz perkusją (zazwyczaj elektroniczną), pojawia się też gitara elektryczna (najbardziej słyszalna w „Heaven”). Poza dynamicznymi czy wręcz dyskotekowymi kawałkami („Broken”) są znacznie spokojniejsze i oszczędniejsze utwory („Slow” czy „The Child Inside”). Nie wiem jak oni to robią, ale nie ma tutaj utworów słabych czy nieudanych. Są w najgorszym wypadku dobre, w najlepszy bardzo dobre a nawet świetne.

Ale Depeche Mode poza elektronicznymi brzmieniami mają jedną mocno wyróżniającą od reszty zespołów rzecz – Davida Gahana. Nie wiem jak on to robi, ale jest pełen emocji, zarówno spokojniejszy („Secret to th End”) jak i bardziej ekspresyjny („Heaven”). Ale też jest zgrany z muzyką, a to + bardzo intrygujące teksty, w których nie ma miejsca na banalne słówka.

Kiedy słuchałem płyty Soulsavers, w którym śpiewał Dave Gahan zastanawiałem się czy uda się przeskoczyć Gore’owi poprzeczką zawieszoną przez tą płytę. I teraz bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć: Depeche Mode trzyma fason, nawet nie nagrywając przebojowych hiciorów. Panowie, tak dalej.

8/10

Radosław Ostrowski

Danny Elfman – A Civil Action

a_civil_action

O samym filmie opowiedziałem już dużo wcześniej. Jednak tutaj skupimy się na warstwie muzycznej, a za nią odpowiada Danny Elfman, kompozytor znany głównie dzięki współpracy z Timem Burtonem. Dlatego zaskoczeniem był wybór tego kompozytora do dramatu sądowego. Album zawiera 25 kompozycji, z których raptem kilka przekracza czas 3 minut, reszta jest krótka i bardzo krótka.

elfmanJednak obie pierwsze kompozycje są dość nietypowe dla Elfmana. Różnego rodzaju dźwiękowe dzwonki i małe perkusyjne instrumenty w „Walkin'” z delikatnym dźwiękiem smyczków bardziej kojarzą się z dorobkiem Thomasa Newmana. „A Civil Action” z lekką gitarą elektryczną, pianinem oraz różnymi dzwonkami, cymbałkami oraz klarnetem podtrzymuje te skojarzenia. Trochę dłuższą kompozycją jest „The River”. Zaczyna się dość spokojnymi skrzypcami, do których potem dołączają cymbałki, trąbka i fortepian, by potem zbudować niepokojącą atmosferę. Całe to instrumentarium jest wykorzystywane parokrotnie. Po tym kompozycja są te króciutkie motywy, w których jednak dochodzi do podniesienia napięcia („First Landing” z bombastycznymi w połowie bębnami oraz dęciakami czy „Bills, Bills, Bills” z zapętlającymi się skrzypcami oraz cykającą perkusją), ale też bardziej wyciszone („And This…” czy „Water #2” z pięknymi smyczkami oraz smutną trąbką). Jednak najciekawsze są te dłuższe, ponad 2,5-minutowe kompozycje jak „The Trial”. Nerwowe skrzypce na początek, delikatny fortepian i klarnet oraz bębny w tle budują poczucie niepokoju, by następnie się uspokoić i zabrzmień podniośle. Również zwraca uwagę „Objections” z ciekawą gitarą elektryczną w tle oraz szybkimi smyczkami, co tempo zmieniają.

Poza kolejnymi krótkimi kompozycjami (m.in. „Harvard Club”, „20 Bucks”), pojawia się najlepszy na płycie „Water #2” – spokojne brzmienie smyczków i dzwonków na początku, zostaje podmienione i nabiera niepokoju z pojawieniem się elektroniki oraz wokalizy. Podobna atmosfera niepokoju pojawia się w „Night work”, gdzie szybko brzmiące dzwonki i fortepian + dynamiczne skrzypce w połowie nagle przyśpieszają. Potem różnego rodzaju perkusja, dęciaki „wybuchają” i zaczyna robić się nerwowo (w filmie scena wrzucenia do wody toksyn i podpalenie ich przez dzieciaków), by pod koniec wyciszyć. A wszystko zwieńczone jest prawie 7-minutową suitą.

Wadą tej ścieżki jest masa króciutkich utworów (1-2 minuty), które rozdrabniają tę ścieżkę. „Something to Prove”, „Going Down” i „20 Bucks” poza krótkim czasem, mają bardzo podobne brzmienie, co wywołuje pewne znużenie, bo zamiast rozwinąć się, nagle urywają się. Elfman naśladujący Newmana wypada naprawdę dobrze, tak jak muzyka w filmie. To solidna robota, która tylko czasami daje znać o swojej obecności.

7/10

Radosław Ostrowski

Mike Oldfield – Tubular Beats

mike oldfield - tubular beats

Postać Mike’a Oldfielda najbardziej jest kojarzona dzięki płycie „Tubular Bells” nagranej w 1972 roku. Później powstały druga i trzecia część tej płyty, a w 2003 roku nowa wersja oryginału. Teraz jednak ten muzyk i multiinstrumentalista podjął się karkołomnego zadania przerobienia swoich utwór bazując na nowoczesnych trendach.

Podszedł to tego albumu z obawami, bo znam te nowoczesne trendy i parę utworów Odlfielda, więc nie wyobrażałem sobie tego połączenia. Utwory zostały zremiksowane przez duet York i jestem mocno zawiedziony. Takiej chały to ja nie słyszałem od bardzo dawna. Elektronika po prostu drażni i pasuje do tych kompozycji jak pięść do nosa i zamiast wspomagać, niszczą je. Wystarczy posłuchać chocby „Tubular Bells”, „Tubular Bells” czy piosenek nagranych z Maggie Kelly „Moonlight Shadow” i „To France”. Te utwory mogę skwitować tylko jednym słowem: profanacja. Ja rozumiem, że chodziło o podbój dyskotek, ale to nie zmienia faktu, że „Tubular Beats” jest złe. Jest jednak pewien mały plus: kończący album „Never Too Far” z wokalizami Tarji Turunen z Nightwish.

Powiem to z żalem: mamy tutaj do czynienia z wyrafinowanym i podłym skokiem na kasę. Przykład na to jak płyty nie wolno wydawać.

Radosław Ostrowski

Jessie Ware – If You’re Never Gonna Move

if_you_gonna_300x300

Ta dziewczyna w zeszłym roku zrobiła bardzo duże zamieszanie, a jej debiut „Devotion” zebrał bardzo ciepłe recenzje. Jessie Ware już na początku tego roku wydała (tylko w USA, ale też jest dostępna na iTunes) EP-kę. Niby niewiele, bo jest tylko 5 piosenek (z czego dwie pochodzą z debiutanckiej płyty), ale jednak zawartość jest dość intrygująca.

Nadal jest to bardzo delikatny pop okraszony spokojną i nieagresywną elektroniką. Zaczyna się wszystko od tytułowego kawałka, który jest niczym innym jak „110%” z debiutu, ale jest pewna różnica.  Ta wersja zawiera sample z „Dream Shatterer”, ponieważ wcześniej był problem z prawami autorskimi i dlatego na debiucie ten utwór pod tytułem „110%” pojawił się z podobnymi samplami. Zarówno „Sweet Talk” jak i „Devotion” pochodzą z debiutu i nadal słucha się ich z przyjemnością, jednak rodzynkiem jest „What You Won’t Do for Love” – piękna kompozycja elegancko łącząca elektroniczne dźwięki, soulowe klimaty oraz świetny wokal Jessie. Całość kończy i wieńczy tytułowy utwór w remixie autorstwa Two Inch Punch, jednak zaserwowane przez nich dodatkowe dźwięki nie psują tego kawałka (jak to z remixami bywa), ale dopełniają i wspomagają ten utwór.

Choć to zaledwie EP-ka, mam małą nadzieję na drugi album Jessie, a ta płytka jest niezłym zapychaczem czasu.

7/10

Radosław Ostrowski

Katy B – Danger EP

KatyBDanger_250x250

Kiedy pojawiła się jej debiutancka płyta w 2011 roku, świat oszalał na jej punkcie (ja też). „On A Mission” było przykładem świetnego popu – mocno elektronicznego, ale bardziej lightowego, pełno bardzo rytmicznych przebojów. Kiedy wszystko przycichło, pod koniec zeszłego roku Katy B opublikowała EP-kę (dostępna za darmo na jej stronie internetowej) zapowiadającą nowy materiał. Przyjrzyjmy się bliżej tej płytce.

4 piosenki trwające razem 20 minut – czyli malutko. Ale w tym przypadku ważniejsza jest jakość. A ta jest z najwyższej półki. Całą zabawę zaczynamy od „Aaliyah”, czyli energetyczny house brzmiący dość oldskulowo (delikatne, synth popowe dźwięki przeplatane różnymi dźwiękami) produkcji Geeneuse’a – znanego głównie z dubstepowych brzmień. Tutaj Katy jest wspierana przez świetną Jessie Ware. Drugi w kolejce jest „Get Paid” – pędzący na złamanie karku energetyzer z połamanymi bitami, mieszaniną mechanicznych dźwięków, za które odpowiada Zinc z kolektywów Ganja Kru i True Playaz. Także tutaj wokalistka jest wspierana, tym razem przez rapera Wileya, który też pędzi na złamanie karku. Potem następuje wyciszenie i uspokojenie w „Light As A Feather” z pulsującym bitem oraz loopami + dancehall, co jest robotą Dipla. I znów na gościnnych występach, tym razem Iggy Azalea – raperka z Nowej Zelandii. A na koniec mamy tytułowy kawałek napisany przez Jacquesa Greene’a – bardziej powolny i oniryczny podkład idący w r’n’b.

A wszystko to bardzo przyjemnie zaśpiewane. Katy B ma bardzo ciekawą barwę głosu i choć jest mniej ekspresyjna niż na debiucie, nadal zaciekawia, bywa rozmarzona, ale nigdy nudna.

Jedno na chwilę mogę powiedzieć – to bardzo fajne 20 minut spędzone przy słuchaniu muzyki. Zaś druga płyta Katy B zapowiada się bardzo ciekawie. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Henry Jackman – Wreck-It Ralph

Wreck-It Ralph

Muzyka do filmów spotyka się z dość ciepłym przyjęciem zarówno przez krytykę, jak i zwyczajnych słuchaczy, a że jest to rynek dość poważny, to i soundtracków nie brakuje, także do filmów animowanych. Kolejnym dość ciekawą pracą wydaje się muzyka do „Wreck-It Ralph” (u nas znany jako „Ralph Demolka”) – nowej animacji Disneya. Film jest opowieścią o czarnym charakterze z gry komputerowej, jeszcze z automatu, który jest tak naprawdę sympatycznym gościem, mającym dość grania tego złego. W końcu zakrada się do nowej gry komputerowej, wywołując niemałe zamieszanie. Film w Polsce trafi do kin 18 stycznia i wtedy będzie można ocenić ten tytuł, który zapowiada się dość ciekawie. Za to muzykę z filmu można kupić już teraz.

jackman_400x400

Jej autorem jest młody, zdolny podopieczny Hansa Zimmera, niejaki Henry Jackman. Objawił się on w 2011 roku, dzięki muzyce do „X-Men: Pierwsza klasa”. Rok 2012 był mniej udany – „Człowiek na krawędzi”, „Abraham Loncoln – łowca wampirów” spotkały się z dość chłodnym przyjęciem, także od strony muzycznej. Jednak kompozytor tutaj pokazuje, że jeszcze ma parę pomysłów. Kompozytor czerpie garściami z elektroniki, łącząc ją z orkiestrą. Niby nic nowego, ale elektronika nie ona agresywna jak współczesne, bardziej w stronę synth popu, zaś motyw przewodni jest po prostu miły („Wreck-It Ralph”, a także początek „Royal Raceway” czy „One Minute to Win Race” z miłą gitarą elektryczną), a nawet brzmiąca jak z gier z lat 80-tych („Life in the Arcade”, „Cindy Wandals”). Jednak orkiestra też ma swoje pięć minut, choć większość utworów trwa nieco ponad minutę lub dwóch. Aranżecje są naprawdę pomysłowe jak w „Vanellope von Schwertz”, gdzie pojawiają się werble, flety, potężne dęciakami, i szybkie smyczkami – temat dość epicki) i pomysłowe aranżacje przypominające prace Alana Silvestri z czasów najlepszych świetności. Przykładem jest 5-minutowy „Rocket Fiasco” – spokojny początek, chór, werblowa perkusja, nerwowe smyczki, dobra elektronika. Dynamiczny „Sugar Rush Showdown” jest przykładem idealnego połączenia elektroniki z orkiestrą. A wszystko zakończone oldskulowym „Arcade Finale”.

Jednak nie wspomniałem o jednej rzeczy – album zaczyna się od 6 piosenek, w większości elektronicznych i dość sympatycznych kompozycji jak „When Can I See You Again” Owl City czy ” Wreck-It, Wreck-It Ralph” duetu Buckner & Garcia, choć zawodzi Skrillex („Bug Hunt”).

Jackman wraca do dobrej dyspozycji i tworzy dość ciekawą i po prostu fajną muzykę. Jak ona wypada w filmie, można się będzie wkrótce przekonać. Oldskulowe brzmienie elektroniki zgrabnie łączy się z orkiestrą i nie rozczarowuje.

7/10

Radosław Ostrowski