Człowiek-demolka

Niby były połączenia kina akcji z SF, jednak takiej jazdy jak „Człowiek-demolka” nie da się wymazać z pamięci. Jedyny film zrobiony przez Marco Brambillę ma w zasadzie to, co lubicie w akcyjniakach z lat 90. i nawet o wiele więcej. Akcja toczy się w przyszłości roku 1996, gdzie policjant John Spartan (tytułowy Człowiek-demolka o aparycja Sylvestra Stallone’a) ściga niebezpiecznego bandziora Simona Phoenixa (Wesley Snipes w czasach wielkiej formy), który porwał zakładników. Udaje się przestępcę schwytać, lecz akcja kończy się rozpierduchą i wrobieniem policjanta w zabójstwo zakładników. Za karę obaj panowie zostają zamrożeni w komorach kriogenicznych na 70 lat. W 2032 roku Los Angeles, Santa Monica oraz San Diego połączyły się w jedną metropolię, zaś przemoc to pieśń przeszłości. Ale właśnie wtedy Phoenix ucieka z więzienia, a policja jest wyjątkowo bezsilna. Pozostaje jedyne rozwiązanie: wybudzić Spartana i dorwać Phoenixa.

Może i sam początek filmu zapowiada coś konwencjonalnego, to złudzenie trwa kilka minut. Gdy trafiamy w przyszłość, nagle film idzie w satyrę na dystopijne społeczeństwo. Świat, który wskutek katastrofy zmienił się totalnie. Ludzie noszą stroje przypominające kimona, przestrzeń jest nieznośnie sterylna, zaś wiele rzeczy (mięso, przemoc, seks, niezdrowa żywność, broń palna) w zasadzie nie istnieją. Nawet przeklinać nie można, bo dostaje się za to mandat. Nowy, wspaniały świat, będący zasługą wizjonera dra Cocteau. Ale technologicznie jest wiele gadżetów bardzo blisko naszej rzeczywistości jak telekonferencje, tablety czy automatycznie prowadzące samochody. Zaś dominacji tylko jednej fast-foodowej sieci wydaje się być kwestią czasu. Krótko mówiąc – niby zdrowe, ale jakieś pozbawione jaj społeczeństwo.

I to komediowe zacięcie w scenach, gdzie Spartan próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości to najmocniejszy punkt filmu. Nie oznacza to jednak, że sceny akcji nie są interesujące. Walki są zdominowane głównie przez bijatyki, z bardzo płynnym montażem (kolejny popis umiejętności Stuarta Bairda) oraz czasami nietypowymi kątami kamery. To wyróżnia „Człowieka-demolkę” z grona innych filmów akcji tego okresu. Nie brakuje też one-linerów oraz przewidywalnych kierunków historii, co absolutnie nie jest wadą.

No i całość bardzo mocno trzyma się aktorsko. Stallone bardzo dobrze wypada jako bezkompromisowy stróż prawa, próbujący się odnaleźć w nowej rzeczywistości. W scenach akcji robi to, do czego nas przyzwyczaił, ale tutaj pokazuje spore predyspozycje komediowe. Świetnie też wypada Snipes, tworząc bardzo przerysowanego łotra z mocno psychopatycznym rysem. Ma w sobie coś z Jokera, a granie Phoenixa sprawia mu najwięcej frajdy. Ale największą niespodzianką jest tutaj Sandra Bullock, czyli porucznik Huxley. Policjantka niby z przyszłości, lecz mentalnie mocno zafiksowana na punkcie lat 90., tworząc bardzo zgrabny duet ze Stallonem. I ta trójka jest prawdziwym paliwem napędowym tego szaleństwa.

Dla mnie to specyficzny oraz niedoceniony film akcji, który miejscami mógłby być osadzony w świecie RoboCopa. „Człowiek-demolka” miesza sensację, fantastykę z satyrycznym spojrzeniem na przyszłość, dając bardzo dużo frajdy fanom gatunku. Absolutna perełka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wrogowie publiczni

Amerykanie kochają swoich gangsterów tak mocno, że tworzą o nich mity. A jednym z herosów czasów Wielkiego Kryzysu był John Dillinger, o którym nie powstało zbyt wiele filmów. Za jego historię postanowił wziąć się sam Michael Mann. I wyszedł mu naprawdę dobry film, ale po kolei.

wrogowie1

Wszystko zaczyna się w 1933 roku, gdy John Dillinger dokonuje spektakularnej ucieczki z więzienia. Po drodze zobaczymy kilka napadów na bank, czym zajmuje się Dillinger praktycznie od zawsze, pojawi się pewna dziewczyna, a J. Edgar Hoover wykorzystując Melvina Purvisa będzie próbował dopaść Dillingera. Ale ten facet jest sprytny, gdyż wie jak zbudować swój medialny wizerunek – a to dowcipkuje z dziennikarzem, ściska się z naczelnikiem więzienia po aresztowaniu. Celebryta tamtych czasów, a jednocześnie gangster ze starej szkoły, który woli napadać na banki niż czerpać profity z narkotyków, hazardu itp. A to mafii się niespecjalnie podoba (Frank Nitti). To poczynania Dillingera tak naprawdę przyśpieszyły działalność FBI, wprowadzając nowy rodzaj przestępstw – zbrodni federalnych, ściganych przez całe Stany. To jednak jest tło dla Manna, tak jak wykorzystany wątek przemijania pewnej epoki, zmierzchu starej gangsterki. Ze wzgląd na starcie Dillingera z Purvisem, film budzić może skojarzenia z „Gorączką”, jednak „Wrogowie” są zbyt chłodnym filmem, by ta konfrontacja mogła nas wciągnąć. Jest tu wiele klisz i schematów, ale całość ogląda się naprawdę dobrze. Zarówno scenografia, kostiumy jak i muzyka świetnie budują klimat epoki. Pewnym problemem może być warstwa wizualna – nie chodzi o samą kolorystykę zdjęć (te w sporej części są bardzo dynamiczne, z dominacją mroku przy świetnych strzelaninach czy scenach napadów), ale wykorzystanie kamery cyfrowej nie wywołuje zbyt dobrych wrażeń estetycznych. Wygląda to po prostu brzydko.

wrogowie2

Aktorsko film prezentuje się dość różnie. Na plus zdecydowanie warto wyróżnić Johnny’ego Deppa, choć bez charakteryzacji można go nie rozpoznać. Jako Dillinger jest czarującym dżentelmenem, który czerpie z życia ile się da. Choć strzela i to w dużej ilości, to jednak nikogo nie zabija – taki fajny facet. Jednocześnie jest świadomy swojego losu, lojalny wobec kumpli oraz romantyczny jak cholera. Jego przeciwieństwem jest Mervin Purvis (nudny Christian Bale), który szanuje swojego przeciwnika i jest uczciwy aż do bólu. Czy tylko mnie się wydawało, że Bale ma głos Batmana? Ciekawsza jest Marion Cotilliard jako dziewczyna Johna – niejaka Billie, która nie jest pierwszą lepszą damulką w opałach. Naiwna też nie jest, ale i tak trzyma się Johna mimo wszystko. Poza nimi jest wiele znanych twarzy w małych rolach (najbardziej utkwił w pamięci Stephen Graham jako psychopatyczny „Buźka” Nelson oraz twardy Stephen Lang jako agent Winstead), będącymi smaczkiem dla ekranu.

wrogowie3

Mann po kompromitacji pt. „Miami Vice” powoli wraca do dobrej formy. Solidna realizacja (poza cyfrówką), sprawna reżyseria, świetny Depp – to główne składniki sukcesu tego filmu. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę doczekać się najnowszego filmu Manna, który pojawi się w przyszłym roku („Haker” o walce z cyberterroryzmem). A „Wrogowie” to dobre kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Gorączka

Nazwisko Michaela Manna jednoznacznie kojarzy się z kinem sensacyjnym, które posiada kilka bardzo charakterystycznych elementów. Po pierwsze, jest bardzo realistyczne od strony inscenizacji oraz pracy zarówno gliniarzy jak i bandytów. Po drugie, mroczny klimat budowany zarówno przez mocno elektroniczną muzykę, jak i przez pokazanie nocnego życia miasta. I po trzecie, wiarygodne psychologicznie postaci bohaterów, którzy posiadają własny kodeks moralny. Wszystkie te elementy skrystalizowano w „Gorączce” – najbardziej epickim ze wszystkich filmów Manna.

goraczka1

Film jest konfrontacją dwóch ludzi, którzy znają się na swojej robocie jak mało kto. Pierwszy to doświadczony złodziej Neil McCauley, który zawsze bierze tylko szmal i nie wiąże się z żadną kobietą. Po przeciwnej stronie stoi porucznik Vincent Hanna, dwukrotnie rozwiedziony, trzeci związek też się rozpada. Wszystko zaczyna się z powodu napada na konwój z pieniędzmi, podczas którego jeden z nowych członków grupy nie wytrzymuje napięcie i zabija jednego z konwojentów, co doprowadza do śmierci pozostałych dwóch. Łupem staja się obligacje należące do Rogera Van Zanta. I tak zaczyna się bardzo długo budowana intryga, gdzie jest masa pionków, dużo trupów oraz melancholijny klimat.

goraczka2

Efekt? Mieszanka kameralnych i stonowanych scen z realistycznym, stylowymi i dynamicznymi scenami akcji. Napad na konwój, zemsta na nielojalnym wspólniku, wyciąganie informacji od informatorów, zasadzki – dzieje się tu dużo. A gdy nie ma akcji, widzimy samych bohaterów oraz ich prywatne życie, które staje się balastem dla nich samych. I już tutaj widać spore różnicę: ekipa Neila przypomina silnie zwartą rodzinę, która nawzajem się wspiera, pomagając sobie w różnych sprawach. Z kolei gliniarze nie są ze sobą aż tak silnie związani, po części z powodu nagłych wezwań na akcję. I w zasadzie trudno kibicować jednej stronie. Przy okazji tez pokazuje się życie po odsiadce (wątek Donalda, który dostaje parszywą robotę w kuchni, za co musi jeszcze znosić upokorzenia oraz „odpalanie” działki z pracy).

Wizualnie porywa (zwłaszcza nocne ujęcia), kamera czasami biegnie za bohaterami, a przywiązanie do detalu imponuje. Do dzisiaj wrażenie robi ikoniczna sekwencja włamania na bank zakończona uliczną strzelaniną (TEN DŹWIĘK KARABINU) sprawiającą wrażenie niemal wojennej rozpierduchy, co nadal inspiruje twórców kina akcji.

goraczka3

Także od strony aktorskiej jest to potężny kaliber. Ale czy może być inaczej jeśli po obu stronach barykady mamy Ala Pacino i Roberta De Niro? Trzeba było być mistrzem, żeby nie wykorzystać talentu obu dżentelmenów, którzy fantastycznie wczuli się w swoje role prawdziwych mistrzów w swoim fachu. U obydwu nie ma raczej miejsca na związek (Neil zaczyna się spotykać z rysowniczką Eady, co może go przekonać do zerwania z przeszłością) i tak naprawdę są dobrzy tylko w swoim fachu. Jednak drugi plan jest tutaj tak bogaty, że nie starczyłoby miejsca na wszystkie. Najbardziej zapadł mi w pamięć fantastyczny Val Kilmer (Chris, mający problem z hazardem oraz nie najlepszymi relacjami z żoną, którą bardzo mocno kocha), niezawodny Tom Sizemore (Michael „Piękny” Cheritto), opanowany Jon Voight (paser Nate) oraz chciwy William Fichtner (Roger Van Zant). Panie wydaja się tylko tłem dla męskich konfrontacji, ale nie sposób nie zauważyć zarówno Amy Brenneman (Eady), zmęczoną Ashley Judd (Caroline, żona Chrisa) oraz Diane Venorę (żona Hanny).

goraczka4

„Gorączka” to film, o którym można użyć jednego słowa: kompletna i zwarta całość, pozbawiona poważniejszych wad. Wielu może zniechęcić sinusoidalne tempo oraz wątki obyczajowe, które mają uspokoić akcję. Ale jak się dacie oczarować, nie ma mowy o jakimkolwiek rozczarowaniu. Wielkie kino po prostu (i nie chodzi tu o czas trwania).

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wywiad z wampirem

Louis jest wampirem, który żyje od ponad 200 lat. Swoją historię postanowił opowiedzieć dziennikarzowi Danielowi Malloyowi. Cała opowieść zaczyna się w momencie, gdy Louis po śmierci żony zmierza ku autodestrukcji i bardzo pragnie śmierci. W końcu jego prośba zostaje wysłuchana, ale nie do końca w taki sposób, jaki sobie wyobrażał mężczyzna. Na jego drodze pojawia się tajemniczy Lestat, który okazuje się być wampirem.

wampir1

Adaptacja jednej z części cyklu Anne Rice to najpopularniejszy film Neila Jordana, który nie nakręcił typowego horroru. Nie jest tu najważniejsza krwawa jatka czy pokazywanie kolejnych ofiar, Jordan próbuje opowiedzieć o… egzystencji i pokazuje wampiry nie tak jak w serii „Zmierzch”. Tutaj wampir oznacza samotnika skazanego na nudę, na zabijanie (inaczej sam umrze), krew jest jego jedynym motorem napędzającym jego życie. Sama historia opowiedziana jest dość spokojnym tonem. Owszem, nie brakuje tutaj krwi (czymś żywić w końcu się trzeba), a klimat jest tutaj iście gotycki. Imponuje tutaj zarówno scenografia oraz kostiumy (od końcówki XVIII wieku aż do dnia dzisiejszego) oraz wyrafinowanie plastycznie. Kilka miejsc na bank zostanie w pamięci (slumsy Nowego Orleanu, rezydencja podziemna w Paryżu), podkręconych świetnie grającą muzyką Goldenthala. Po obejrzeniu pewnie wielu z was będzie się zastanawiało, czy nadal chcą pozostać krwiopijcami oraz jaka jest cena za nieśmiertelność, przy okazji szukając odpowiedzi na temat sensu życia (niekoniecznie według Monty Pythona).

wampir2

Wielu z was może znudzić tempo, brak przemocy (poza podpaleniem domu Lestata i krwawej jatki w Paryżu), mała ilość krwi i w ogóle. Ale Jordan trzyma rękę na pulsie i magnetyzuje do samego końca, nawet u niego noc nie była nigdy tak mroczna, że można byłoby ją kroić na kawałki. No i jeszcze ta obsada. Jeśli ktoś kiedyś wątpił w talent Brada Pitta, po tym filmie zmieni zdanie na pewno. Bardzo przekonująco pokazał Louisa – „wampira z ludzka duszą” oraz wątpliwościami. Wszystkie swoje rozterki rozgrywa jednym spojrzeniem, niedopowiedzeniem i robi to świetnie. Ale i tak ekran skradł mu znienawidzony przeze mnie Tom Cruise, który tutaj pokazuje swoje wielkie umiejętności. Kim jest Lestat w jego wykonaniu? To hedonista, który ma w sobie tyle uroku, by wykorzystać go do zdobywania nowych ofiar. Dla niego życie ludzkie jest nic nie warte. Z bogatego drugiego planu najbardziej zapada w pamięć równie bezwzględny Antonio Banderas (Armand, próbujący uwieść Louisa), niezaspokojona Kirsten Dunst (wiecznie głodna Claudia, która nie kontroluje do końca swoich potrzeb) oraz przeprowadzający cały wywiad Christian Slater (Daniel Malloy).

wampir3

Jordan pokazuje, że w każdym gatunku są rzeczy, które można zmodyfikować lub wywrócić do góry nogami. To nie jest konwencjonalny horror, ale opowieść pełna poważnych pytań i zmuszająca do refleksji. A przy okazji bardzo przystępnie opowiedziana całość.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

 

Elliot Goldenthal – Michael Collins

Michael_Collins_ost

Michael Collins był twórcą IRA, dzięki której Irlandczycy zawalczyli i odzyskali niepodległość. O jego historii (częściowo podkoloryzowanej) opowiadał film Neila Jordana z Liamem Neesonem w roli głównej. O filmie już mówiłem , a teraz skupimy się na warstwie muzycznej. Album z soundtrackiem wydało w 1996 roku Atlantic Records, a autorem ścieżki jest Elliot Goldenthal – kompozytor-eksperymentator, który z Jordanem już pracował przy „Wywiadzie z wampirem”. I tutaj mamy tak samo atonalne brzmienia, choć nie pozbawione melodyjności i zahaczenia o irlandzkie instrumenty (flażolet i dudy), ale jednocześnie pełna emocji to ścieżka. Bardzo mroczna, ale i niepozbawiona piękna.

goldenthalZaczyna się całość od bardzo ponurego „Easter Rebellion”, gdzie do smutnych smyczków, potężnych kotłów i werbli dołącza chór oraz dęciaki ze wsparciem flażoletu oraz wokalu Sinead O’Connor, która jeszcze pojawi się na płycie („Civil War” oraz emocjonalna pieśń „She Moved Through the Fair”). Kompozytor najlepiej radzi sobie w muzyce akcji, gdzie pozwala sobie na eksperymenty i popisuje się znakomitym warsztatem („Fire and Arms” z bardzo „walcowymi” smyczkami, werblami i dęciakami, przyprawione lekko irlandzkimi brzmieniami, które jednak nie zdominowały całej ścieżki, „Winter Raid” – szybkie dudy, mocna perkusja i bardzo nerwowe smyczki – temat ten będzie wykorzystany w smutniejszym „Elegy to Sunday” czy „Footbal Match” z nerwowymi perkusyjnymi wstawkami, które potem ustępują miejsca dęciakom i smyczkom, by potem „wybuchły” kotły i perkusja z dęciakami idealnie obrazują scenę masakry podczas meczu piłkarskiego). W przypadku pozostałych utworów akcji, są to pochodne w/w tematów albo ich mniej przystępnym underscorem, który też trzyma w napięciu (m.in. „His Majesty’s Finest” czy „Boland’s Death”). Zdarzają się też czysto etniczne ozdobniki jak w smyczki i flet w „Train to Granard” czy „Home to Cork”, które trochę ubarwiają ścieżkę.

Pewną przeciwwagą dla potężnego underscore’u jest pojawiająca się rzadko muzyka liryczna, która obrazuje wątek Kitty Kiernan i jej miłości do Collinsa. Temat ten pojawia się już w „Train Station Farewell” z fortepianem na pierwszym planie czy „Collins Proposal” (tam w połowie robi się mniej przyjemnie), ale pełnym blaskiem wybija się w „Boland Returns (Kitty’s Waltz)” – piękny utwór z solówką trąbki. Zaś cała praca kończy się w podniosłym „Funeral/Coda” opartym na odrzuconym „End Title” z „Gorączki” Michaela Manna. Jest jeszcze piosenka „Macushla” śpiewana przez Franka Petersona, ale można było się bez niej obejść, gdyż psuje ona wrażenie po finale.

Goldenthal potwierdza tu swoją wszechstronność oraz kreatywność w tworzeniu muzyki. Nie jest to jego najlepsza praca, ale pozostaje w ścisłej czołówce i jest najbardziej przystępną ze wszystkich swoich dzieł. Niebezpiecznie ociera się o geniusz.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Michael Collins

Przez 700 lat Irlandia była podporządkowana Wielkiej Brytanii. Ale w 1916 roku po nieudanym powstaniu, rząd zostaje aresztowany i jednemu człowiekowi udaje się zwiać – odpowiedzialnemu za wywiad Michaelowi Collinsowi. Ten człowiek zorganizował tajny związek, którego celem była walka z Brytyjczykami zwana IRA. Jednak kiedy zostaje zawarty pokój, to wtedy rozpętuje się piekło. I o tym opowiada film Neila Jordana, który obok Jima Sheridana jest najbardziej znanym irlandzkim reżyserem.

Ale jeśli ktoś z was spodziewa się suchych faktów i wierności historycznej, to będzie bardzo rozczarowany. To bardzo romantyczna laurka, aczkolwiek nie zabrakło tutaj surowości i realizmu w przedstawieniu tła – wojny, gdzie obowiązują twarde reguły i prawo silniejszego. Brytyjczycy są brutalni i nie wahają strzelać do cywilów (scena na stadionie). Mimo tego, cała ta historia jest opowiedziana w bardzo przekonujący sposób i pozwala skupić się na wydarzeniach – walce z okupantem i wojnie domowej, gdzie dochodzi do walk zwolenników i przeciwników traktatu. Najgorsze jest to, że obie strony mają swoje racje i dawni sojusznicy walczą ze sobą. Bohaterowie są wyraziści, sceny akcji i walk zrobione z precyzją i bez żadnych ozdobników, co jest zasługą zarówno świetnych zdjęć Chrisa Mengesa oraz montażu. Jordan czasami ubarwia historię, ale ogląda się to znakomicie (choć wątek miłosny wydaje się odrobinę zbędny). Przez pierwszą połowę mamy walkę i akcje niemal z kina sensacyjnego (walki, egzekucje, działania wywiadowcze), potem mamy wyciszenie i politykę, aż w końcu powrót do walki – bratobójczej, bezsensownej i brutalnej.

collins1

W dodatku całość jest bardzo przekonująco zagrana. Reżyser skupia się na Collinsie, którego fantastycznie zagrał inny znany Irlandzyk, Liam Neeson. Dzięki niemu widzimy Collinsa zarówno jako silnego, charyzmatycznego przywódcę, specjalistę od rozróby i walki, a jednocześnie udaje się pokazać w nim człowieka, który potem chce utrzymać pokój i wierzy, że jeszcze można potem zawalczyć i uzyskać więcej. Jego późniejszymi antagonistami są prezydent de Valera oraz dawny kumpel Harry Bolland (obaj świetnie zagrani przez Alana Rickmana i Aidana Quinna), z którymi łączyła bardzo silna przyjaźń i obaj stali się wrogami. Całkiem nieźle wypadała Julia Roberta (Kitty, ukochana Harry’ego), za to na drugim planie najbardziej wybija się Stephen Rea w roli Ned Broya – podwójnego agenta działającego dla wywiadu i Collinsa oraz Ian Hart jako Joe.

collins2

Mimo pewnego podkoloryzowania film Jordana jest bardzo dobrym kinem, które angażuje i przedstawia bardzo ciekawą historię, która angażuje, wciąga i skłania do myślenia. Naprawdę znakomite kino z wysokiej półki.

8/10

Radosław Ostrowski