Faworyta

Początek wieku XVIII, czyli czasy panowania królowej Anny Stuart – samotnej, schorowanej kobiety i wdowy, która poroniła 13 z 18 dzieci. Kobieta jest bardzo zależna od księżnej Marlborough, Sary Churchill, mającej tak naprawdę pełnię władzy nad całym krajem. Jednak jej pozycja może być zagrożona, bo do dworu dołącza jej uboższa kuzynka – Abigail Hill, powoli zyskując coraz większą pozycję i łaski samej królowej. Musi dojść do konfrontacji oraz gry o władzę, tylko kto ją wygra?

faworyta1

Yorgos Lanthimos, czyli najbardziej porąbany Grek od czasów starożytności, tym razem robi film kostiumowy za dużą kasę, dla hollywoodzkiej wytwórni. By jeszcze bardziej nas zaskoczyć, nie napisał scenariusza do tego filmu. Czyżby ten wariat się sprzedał i poszedł w konwencjonalne kino gatunkowe? Chyba w waszych snach. „Faworyta” to nadal film Lanthimosa, chociaż osadzony w zupełnie innej konwencji, w konkretnych realiach historycznych oraz pełna prawdziwych postaci (w sensie niemal wszyscy bohaterowie żyli i istnieli naprawdę). To nadal jest surrealistyczno-groteskowy świat, gdzie każdy kogoś musi udawać, by osiągnąć swoje cele. Gra pozorów trwa cały czas – w końcu to polityka, ale to kobiety tutaj rozdają karty w tej rozgrywce.

faworyta2

Pozornie może się wydawać klasycznym filmem kostiumowym, ale realizacja idzie w zupełnie innym kierunku. Owszem, scenografia oraz kostiumy wyglądają dość imponująco, jednak różnicę robią zdjęcia – wręcz bardzo naturalistyczne, wykorzystujące naturalne oświetlenie świec (jak w „Barrym Lyndonie”) oraz przyjmujące w sporej części „żabią perspektywę”, co bardzo zniekształca naszą percepcję świata. Panowie tutaj pełnią tylko rolę pionków na szachownicy, gdzie wszelkie ruchy wykonują kobiety – stanowiące same o swoim losie, a faceci albo skupiają się na hazardzie, walczą na wojnie albo… mają wielką chcicę i są zbereźnikami. A w tym okrutnym świecie, postacie pozytywne nie istnieją – każdy ma tutaj swoje za uszami, zaś ich stosunek z każdą kolejną sceną ulega weryfikacji. Zwłaszcza relacja królowa-faworyta-służąca jest pełna niejednoznaczności. Bo kto tu kim manipuluje, kto jest katem, kto ofiarą, a komu tak naprawdę zależy tylko na własnej korzyści? I to jest największą esencją „Faworyty”.

faworyta3

Tak samo jak rewelacyjny pojedynek aktorski, gdzie na pierwszym planie nie ma słabej postaci. Olivia Coleman (królowa Anna), Rachel Weisz (księżna Marlborough) oraz Emma Stone (Abigail Hall) bardzo krwiste, pełne paradoksów postaci. Coleman jako władczyni z jednej strony potrafi wzbudzić współczucie swoją samotnością oraz dramatyczną przeszłością, z drugiej bywa wręcz egoistyczna, rozkapryszona i zagubiona w rządzeniu. Z kolei Weisz jako bezwzględna faworyta królowej absolutnie magnetyzuje swoich wyrachowaniem oraz błyskotliwym umysłem, jednak pragnie sympatii oraz dostrzeżenia przez swoją przyjaciółkę (chyba?) i kochankę. Dla mnie film kradnie Stone. Jej początkowo wydaje się skromną i potulną kobietą, ale jej przemiana w ostrą, bezwzględną zawodniczkę na tym politycznym bagienku budzi przerażenie. Tutaj uczennica przeskakuje swoją mentorkę, bo uczy się szybko. Jedynym wyrazistym męskim bohaterem jest szef opozycji Robert Harley, grany przez świetnego Nicholasa Houlta.

„Faworyta” to najbardziej przyswajalny film w dorobku Lanthimosa, co dla mnie nie jest wadą. Świetnie poprowadzona historia, z pokręconą intrygą, ostrym humorem oraz gorzką refleksją na temat władzy, a także bardzo toksycznej, trudnej miłości. Dla mnie prawdziwa petarda.

8/10

Radosław Ostrowski

Wojna płci

Rok 1972 to czas, kiedy w tenisie na topie była Billie Jean King – młoda (przed 30-tką) i ambitna kobieta, dla której ten sport jest jej największą miłością. Oprócz tego ma męża oraz parę koleżanek po fachu. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy nasze panie postanawiają założyć WTA, ponieważ nie zgadzają się na nierówne płace (ośmiokrotnie mniejsze niż mężczyźni). Jednocześnie poznajemy niejakiego Bobby’ego Riggsa – kiedyś bardzo utytułowanego tenisisty, obecnie pracownika firmy oraz nałogowego hazardzisty. I to właśnie on proponuje zagranie meczu między nim a King. Kobieta jednak odmawia, ale kiedy obecna rakieta numer jeden (Margaret Court), przegrywa pojedynek z Riggsem, kobieta postanawia przyjąć wyzwanie.

wojna_plci1

„Wojna płci” to próba sklejenia poważnego tematu równouprawnienia w bardziej tragikomiczną konwencję. Zanim jednak dojdzie do przygotowań tego pojedynku, mającego zmienić oblicze świata (a to miał być tylko zwykły mecz), minie bardzo dużo czasu. Dokładniej, jakieś pół filmu. Po drodze zaczynamy coraz bardziej poznawać główne dramatis personae, ich motywacje, charaktery oraz problemy z jakimi muszą się zmierzyć. Z jednej strony to kwestia równouprawnienia (zarobki, szacunek) oraz walki – symbolicznej, ale jednak – z szowinizmem oraz seksizmem, z drugiej poczucie pustki, odnalezienie siebie na nowo i hazard. Tylko, ze z tych interesujących elementów powstał film – w najlepszym wypadku – bardzo letni.

wojna_plci2

Cała ta opowieść nie angażuje, oglądałem troszkę na zimno, a te najciekawsze wątki są ledwo liźnięte i miejscami wykorzystujące ulubione narzędzie filmowców, czyli łopatę (finałowa scena czy pyskówki między Billie a niejakim Jackiem Kramerem – wpływowym związkowcem tenisa). Do tego (jak w przypadku „Wielkich oczu”) jest troszkę za dużo błazenady ze strony Briggsa, co z jednej strony pasuje na zasadzie kontrastu między pajacującym Briggsem a wręcz śmiertelnie poważną Jean. Z drugiej strony jednak to osłabia siłę rażenia tego filmu, chociaż nie przekracza to granicy przesady jak w „Wielkich oczach”.

Pochwalić za to można odtworzenie klimatu oraz realiów lat 70. – te fryzury, te bardzo wyraziste stroje czy fragmenty imitujące relację telewizyjną pasują do tej epoki. To są też czasy, gdy pewne odchylenia za ogólnie przyjętych norm społecznych nie były akceptowane (ale to już minęło, prawda?), a kobiety nadal były traktowane jako osoby tylko do kuchni i łóżka, bo mają za słabą psychikę oraz nie radzą sobie z presją.

wojna_plci3

Jeśli coś potrafi skupić uwagę to główne role. Znakomita jest Emma Stone – kompletnie niepodobna do siebie (co jest zrozumiałe), ale idealnie weszła w skórę Billie Jean, która jest bardziej męska niż niejeden mężczyzna. Pewna siebie, twarda, nie pozwalająca sobą pomiatać, ale też i bardzo delikatna, zagubiona. A wszystko to pokazane bardzo delikatnie, powściągliwie, bez fajerwerków. Steve Carell zaś jako Briggs też jest świetny, dodając wiele humoru, ale jego motywacja jest nie do końca jasna. Naprawdę był „szowinistyczną świnią” czy to była tylko medialna kreacja znudzonego ryzykanta, próbującego na nowo zdobyć sławę? I stąd ten cały cyrk? To intryguje, a kilka scen (rozmowa z żoną czy wizyta u terapeuty zakończona zabawną puentą) pokazuje troszkę kogoś więcej niż tylko pajaca. Reszta postaci to tak naprawdę tylko tło, choć zapełnione znanymi twarzami jak Sarah Silverman (Gladys Heldman), Bill Pullman (Jack Kramer), Andrea Riseborough (fryzjerka Marilyn) czy Elisabeth Shue (żona Briggsa), których przyjemnie się ogląda.

wojna_plci4

„Wojna płci” miała potencjał na mocne kino z feministycznym zacięciem, ale zmarnowała go. Całość ratuje fantastyczne aktorstwo na pierwszym planie, klimat epoki oraz sceny finałowego pojedynku, okraszone dość dynamicznym montażem. Po twórcach „Małej Miss” liczyłem na coś więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Nieracjonalny mężczyzna

Abe Lucas jest profesorem filozofii, który jest strasznie przygnębiony. Zostaje przeniesiony na uniwersytet, gdzie ma zostać wykładowcą, a już jego zła sława przyszła wcześniej. Wypalony, zmęczony i dręczony poczuciem bezsensowności egzystencji powoli zatapia się w życiu uniwersyteckiego. Do czasu kiedy poznaje studentkę Jill. Dziewczyna się w nim podkochuje, ale on się opiera. Podczas jedzenia posiłku, oboje podsłuchują rozmowę kobiety skarżącej się wobec nieuczciwego sędziego. Abe postanawia wykorzystać szansę i planuje zbrodnię doskonałą.

nieracjonalny_mezczyzna1

Woody Allen to jeden z tych reżyserów, którzy nawet jak się powtarzają i kręcą jeden, ten sam film, nie schodzi jednak poniżej wysokiego poziomu. Rzadko zdarzają mu się wpadki czy rozczarowania, ale zeszłoroczny film trudno określić innym słowem niż rozczarowanie. Oskarżanie reżysera o wtórność tematyczną jest czymś takim jak czepianie się garbatego, że chodzi krzywo. Bo Allen mimo pewnej powtarzalności zawsze miał duża dawkę uroku oraz trafnej obserwacji. Jednak tutaj trudno mówić o czymś takim w „Nieracjonalnym mężczyźnie” – to kolejna egzystencjalna opowieść o tym, jak życie potrafi być nieobliczalne, o wszystkim decyduje przypadek. To wiemy z innych filmów Nowojorczyka, a dylematy zbrodni i kary w pełni zostały pokazane w znakomitym „Wszystko gra”. I że paradoksalnie dokonanie najgorszego czynu, może dokonać przemiany człowieka (na lepsze).

nieracjonalny_mezczyzna2

W porównaniu z tamtym thrillerem z 2005 roku, przedostatni film Allena zwyczajnie nie trzyma w napięciu. Ani w scenie przygotowania morderstwa, gdy Abe znajduje się w laboratorium i zostaje zauważony przez studentkę czy podczas sceny morderstwa. Sam wątek romansowy też jest poprowadzony dość ślamazarnie i bez zaangażowania. I nie wiem, czy to wina dialogów czy reżyserii Allena, ale nie zagrało to wszystko. Może poza zakończeniem, ale to troszkę za mało.

nieracjonalny_mezczyzna3

Aktorzy starają się, by nadać charakteru swoim postaciom i to oni ratują ten tytuł przed porażką. Klasę potwierdza niezawodny Joaquin Phoenix w brawurowej roli Abe’a. Gdy go poznajemy, sprawia wrażenie wiecznie zmęczonego, zgorzkniałego faceta z zawsze towarzyszącą mu manierką. Ale powoli (i stopniowo) zaczyna na nowo wracać do krainy żywych, chociaż motywacja jest co najmniej dwuznaczna. Równie urocza jest Emma Stone jako niby pewna czego chce Jill, jednak dziewczyna ulega pokręconemu Abe’owi, niejako chcąc być jego kochanką i partnerką. Ale to ona okazuje się być osobą z silniejszym kręgosłupem moralnym. Chemia między tym duetem to w zasadzie największy atut tego filmu.

nieracjonalny_mezczyzna4

Powiedzmy to sobie wprost – „Nieracjonalny mężczyzna” to nie jest najlepszy film w dorobku Allena. To po prostu niezłe kino z zabarwieniu kryminalnym z odrobinką humoru oraz drwiną z wszelkiej maści filozofów teoretyków. Bo najważniejsze jest tutaj przeżycie życia, jakiekolwiek ono jest. Dla mnie to nihil novi.

6/10

Radosław Ostrowski

Magia w blasku księżyca

Stanley Crawford jest iluzjonistą, który zajmuje się demaskowaniem fałszywych medium w czasach przedwojennych. Jego stary przyjaciel Howard prosi go o pomoc. Trafił na tajemniczą Amerykankę o imieniu Sophie Baker, która działa jako medium u rodziny Cathridge’ów, nie mogąc znaleźć żadnych słabych punktów. Stanley wyrusza do Francji, by obalić oszustkę.

magia_w_blasku_ksiezyca1

Woody Allen to jest jeden z niewielu reżyserów, których filmy oglądam w ciemno. Ale nawet w przypadku reżysera takiej klasy, zdarza się nakręcić film słabszy i rozczarowujący. I „Magia…” niestety wpisuje się do tej drugiej grupy. Sama intryga jest prowadzona dość wolno i nawet jest w tym odrobina uroku, jednak wnioski o magicznej stronie miłości to nie jest to, czego się spodziewałem po Allenie. Idzie to wszystko w dość przewidywalnym sznurku, co powoduje pewne zmęczenie. Nie jest w stanie tego ukryć ani piękna strona plastyczna (ładna stylizacja i plenery), ani warstwa muzyczna utrzymana w typowej dla Allena mieszanki jazzu i muzyki klasycznej. Nawet dialogi pozbawione są błysku oraz humoru, choć zderzenie świata optymizmu z cynizmem, racjonalizmu i mizantropii z magia oraz urokiem dawało spore pole do popisu.

magia_w_blasku_ksiezyca3

Sytuację częściowo próbują aktorzy i grający główne role Colin Firth z Emmą Stone grają po prostu czarująco. On – twardo trzymający się ziemi racjonalista do szpiku kości ze sporym ego, ona – czarująca i świadoma swojego uroku. A jak wiadomo, przeciwieństwa się przyciągają. Solidny poziom trzyma Simon McBurney (Howard Burkam) oraz Eileen Atkins (ciocia Vanessa).

magia_w_blasku_ksiezyca2

Allen ma to do siebie, że jego filmografia jest jak sinusoida. Raz idzie w gorę, by gwałtownie nagle spaść w dół. „Magia…” to znacznie lżejsza rozrywka, która dla mnie jest troszeczkę za lekka i zbyt słaba jak na produkcję mistrza. Może następnym razem się uda.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Birdman

Riggan Johnson kiedyś to był aktorem, którego wszyscy znali. Jeszcze dwadzieścia parę lat temu był bardzo popularnym aktorem, dzięki roli niejakiego Birdmana – człowieka-ptaka. Ale to przeszłość. dwadzieścia parę lat, jeden rozwód i kilka milionów dolarów później facet jest nikim – duchem przeszłości, który marzy o coś więcej. Dlatego postanawia sam wystawić, zagrać i wyreżyserować sztukę Raymonda Carvera – wydaje się to takie proste, prawda?

birdman1

Alejandro Gonzales Inarritu jeszcze parę lat temu można było porównać do Krzysztofa Kieślowskiego. W końcu dostał propozycję zrobienia filmu w kraju zwanym Hollywoodem – miejscu, gdzie można zrobić karierę, pod warunkiem pójścia na ustępstwa. Chyba że jest się kompletnym świrem i wariatem. Niby temat niespełnienia artystycznego, walki ze swoim wizerunkiem oraz próbą udowodnienia, że jest się kimś innym – to wszystko już było, ale jeszcze nie w takim wydaniu. Jest to totalnie surrealistyczna i bardzo pokręcona tragikomedia, gdzie czasami dzieją się rzeczy nie do końca zgodnie z rzeczywistością (lot Riggana na miasto, który tak naprawdę był… kursem taksówką), ale dając też wiele do myślenia nad mechanizmami szołbiznesu. Szokuje tutaj precyzyjna realizacja – Inarritu wspólnie z operatorem Emmanuelem Lubezkim oraz montażystami (Stephen Mirrione oraz Douglas Crise) wykonują nieprawdopodobną robotę, jakbym mieli wrażenie „płynności” całej fabuły, kręconej niby jednym ciągłym ujęciem (oraz obowiązkową zielenią). Jednak ta operatorska sztuczka połączona z perkusyjną muzyka potęguje tylko dziwaczny klimat, w którym próbujemy wejść w psychikę głównego bohatera, gdzie fikcja z rzeczywistością tworzą tutaj nierozerwalną całość.

birdman2

Kim jest Riggan? W interpretacji Michaela Keatona jest postacią żyjącą na krawędzi niemal psychicznego wyniszczenia oraz wypalenia. Sprawia tylko wrażenie człowieka przekonanego o swojej ścieżce, którą teraz kieruje. Ale tak naprawdę to maska, zresztą jedna z wielu. Ambitnego twórcy, niespełnionego aktora próbującego „wyrwać” się z dawno określonego wizerunku superherosa (wyznaczającego współczesne trendy, lecz niedocenionego), ale nie potrafiącego odnaleźć się w świecie współczesnych mediów (rozmowa z krytykiem teatralnym Tabithą czy dyskusje, gdzie przewija się Twitter i Facebook), korci go, by jeszcze raz nałożyć strój Birdmana (aluzje z Batmanem chyba nie są przypadkowe, a może są – sam nie wiem) oraz małostkowego skurwiela, dbającego bardziej o swoją reputację i nieudolnie próbującego nawiązać relacje ze swoją rozbitą rodziną. Keaton bywa tutaj i poważny, i śmieszny, i żałosny, ale do samego końca pozostaje człowiekiem. Choć zawłaszcza ekran całym sobą (kwestie ze sztuki, które wypowiada Riggan na scenie nie wydają mi się zbiegiem okoliczności), to ma paru godnych sekundantów.

birdman3

Kimś takim jest wracający po pewnej przerwie (ale zawsze będący w formie) Edward Norton. Jego Mike bywa kapryśny i lepiej się odnajduje w obecnej rzeczywistości, jednak jak sam mówi: „Tylko na scenie jestem autentyczny” i gra to niemal z poświęceniem, czasem wręcz przesadnym. Nie można też nie wspomnieć o Emmie Stone, która chyba zagrała najciekawsza kreację w swojej karierze. Wracająca z odwyku córka Riggana Sam, wymagająca opieki, krucha i pogubiona dziewczyna zapadła mi mocno w pamięć (nie tylko przez swoje duże oczy), podobnie jak bardziej poważny Zach Galifianakis (nieunikający manipulacji producent Jake) oraz Naomi Watts pokazująca niepewność swojej postaci – aktorki Lesley.

birdman4

„Birdman” chyba wydaje się być czymś więcej niż tylko próbą rozliczenia Michaela Keatona z samym sobą oraz próbą powrotu do glorii i chwały. To także tour de force Inarritu pokazujące nieobliczalność Meksykanina, będące trafna satyrą na szołbiznes i sztukę w ogóle. Zgniecie was albo odrzuci – innego wyjścia nie ma. Zgadnijcie, po czyjej stronie jestem ja?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gangster Squad. Pogromcy mafii

Los Angeles, rok 1949. Niby miasto ma swoje władze, ale tak naprawdę rządzi nim bezwzględny gangster Mickey Cohen, który zbudował swoje wielkie imperium. Policję to on ma w kieszeni i dlatego wszyscy mogą mu skoczyć. Jednak naczelnik Parker powołuje specjalny oddział policji, którego zadaniem jest schwytanie i aresztowanie Cohena. Jej dowódcą jest John O’Mara – twardy i bezkompromisowy gliniarz.

gangster_squad1

Jeśli czytając ten opis nasuwają się wam skojarzenia z „Nietykalnymi” Briana De Palmy, to… macie racje. Takie też było moje pierwsze skojarzenie na temat filmu Rubena Fleischera, twórcy „Zombieland”. Ambicje były wysokie, a celem było zapewnienie rozrywki i połączenie starego (tematu) z nowym (technika). Efekt jest jednak rozczarowujący. Bohaterowie są bardzo jednowymiarowi i płascy – albo to przesadnie dobrzy kolesie albo są źli do szpiku kości i balansując na granicy groteski, sama historia przewidywalna i mało angażująca, choć twórcy postarali się jak mogli, by odtworzyć realia lat 40., które znamy z filmów noir. Jakby było tego mało, całość jest kręcona kamerami cyfrowymi, co już mi przeszkadzało we „Wrogach publicznych” Michaela Manna. Strasznie to kłuje, zwłaszcza w scenach akcji (w dodatku ostatnia konfrontacja jeszcze w slow-motion – litości). Owszem, scenografia i kostiumy robią wrażenie, ale to trochę przy mało.

gangster_squad2

Aktorzy też próbują coś wycisnąć z postaci, ale to było z góry skazane na przegraną. Najgorzej wypada Sean Penn w roli Cohena. O ile jeszcze charakteryzacja jest, powiedzmy, znośna, o tyle barwa głosu i sposób gry pozostawia wiele do życzenia. Trudno traktować go na poważnie, bo jest do bólu zły i przerysowany. Nieco lepiej wypada będący głównym antagonista Josh Brolin, ale jego bohater (O’Mara) jest z kolei zbyt bohaterski i prawy do bólu. O pozostałych aktorach (m.in. Ryan Gosling, Anthony Mackie, Giovanni Ribisi czy Robert Patrick) można powiedzieć, że po prostu byli po ekranie, ale jakoś niespecjalnie zapadli w pamięć. Trochę szkoda, bo potencjał był wręcz ogromny.

gangster_squad3

Cóż mogę powiedzieć dobrego na temat „Pogromców mafii”? Oczekiwania miałem spore, ale efekt jest mocno rozczarowujący. Jeśli liczycie na kino gangsterskie w stylu retro, lepiej po raz kolejny zobaczyć „Ojca chrzestnego” czy wspomnianych „Nietykalnych”.

5/10

Radosław Ostrowski