Sunny Dancer

Wakacje zbliżają się ku końcowi, nie dając zbyt wiele czasu na złapanie ciepłych i słonecznych dni przed wkroczeniem szarej jesieni. Nawet jeśli ta atmosfera pojawia się tylko na dużym ekranie. Taki był mój przypadek z małym i kameralnym komediodramatem „Sunny Dancer” ze Szkocji. Pozornie kolejna „nastoletnia” opowieść o jedynym takim lecie, ale…

Bohaterką jest 17-letnia Ivy (Bella Ramsey) – bardzo zdystansowanej wobec całego świata oraz wszystkich. Dziewczyna choruje na białaczkę, choć od 10 miesięcy nie było żadnego nawrotu. Niemniej jest outsiderką, co martwi jej rodziców. Ci decydują się zapisać ją na letni obóz CRF dla nastolatków chorych na wszelkie nowotwory, co mocno dziewczynę denerwuje. No bo jak spędzić 4 tygodnie w towarzystwie kompletnie obcych ludzi, których raczej nie polubię? Niemniej Ivy daje się przekonać i od razu trafia na bardzo zgraną paczkę pokręconych ludzi: strasznie zafiksowaną na straceniu dziewictwa Ellę (Ruby Stokes), niemal ubranego jak punk Ralpha (Earl Cave), strasznie nieśmiałego Archie’ego (Conrad Khan), lubiącą tarota Maisie (Jasmine Elcock) oraz najbardziej wyluzowanego Jake’a (Daniel Quinn-Toye). No jeszcze jest prowadzący cały obóz Patrick (Neil Patrick Harris), będący niemal żywą inkarnacją boomera. Jak tu się w tym wszystkim odnaleźć?

Reżyser i scenarzysta George Jaques na pierwszy rzut oka wydaje się kolejny young adult z ciężką chorobą w tle. Czyli będzie bardzo poważnie, dramatycznie i wręcz depresyjnie. Prawda? Absolutnie nie i mamy zadziwiająco sporo humoru, mocno ocierającego się o krindż. Nawet ta paczka pokręconej młodzieży mogłaby być przefajnowana oraz przerysowana, choć początkowo wydają się znajomymi stereotypami. Jednak udaje się twórcy uczynić ich przekonującymi postaciami z krwi i kości. Pod ich wpływem Ivy powoli zaczyna się na innych otwierać, zaprzyjaźniać, a nawet… zakochuje. Brzmi to bardzo znajomo i może nawet schematycznie, ale reżyser pokazuje to wszystko z dużą dawką życzliwości, ciepła i empatii. Troszkę w tym pomagają przyjemne dla oka krajobrazy oraz świetna muzyka.

Jaques niczym Tadeusz Śliwa w „Światłoczułej” bardzo umiejętnie lawiruje między powagą a humorem, bez straty emocjonalnego ciężaru. I powiem, że bez niego „Sunny Dancer” byłby dla mnie zarówno nieszczery, jak i mocno ocierający się o banał. Najlepsze sceny dotyczą interakcji między Ivy a resztą paczki, którzy sprawiają wrażenie żyjących tak, jakby to miał być ostatni dzień. Można to podejście uznać za mechanizm obronny lub sposób życia z chorobą, starając się jak w miarę normalny nastolatek. Zważywszy na nienormalne okoliczności, nie chcąc od nikogo nieszczerej litości i fałszywego współczucia, bez ciągłej obawy o śmierć. Chemia między młodymi aktorami jest bardzo mocna i namacalna, a cała ekipa gra też świetnie (szczególnie Stokes, Cave i Quinn-Toye).

Ale w samym centrum jest Ramsey – nie miałem wcześniej styczności z tą aktorką, jednak wypada bardzo przekonująco. Od bardzo nerwowych, wręcz agresywnych wyzwisk (scena „inspirującej” influencerki) przez chwile wyciszenia (rozmowy z obozową psycholożką) aż po chwile radości. Nawet drobne drugoplanowe role Neila Patricka Harrisa (kierownik obozu Patrick), Josie Walker (rozdająca leki Brenda) czy wcielających się w rodziców Ivy Jamesa Nortona i Jessiki Gunning są bardzo wyraziste, zapadając mocno w pamięć.

Bardzo orzeźwiające kino tylko pozornie skierowane dla młodych widzów. „Sunny Dancer” jest słodko-gorzką mieszanką dramatu i komedii, bez popadania w żadną ze skrajności oraz jakiegokolwiek fałszu. Kolejna z drobnych niespodzianek, jakie pojawiły się w tym roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tylko jedna noc

Komedia romantyczna na dużym ekranie dzisiaj pojawia się bardzo rzadko, a sam gatunek – bardzo popularny w latach 90. i początku lat 2000-nych – dominuje na platformach streamingowych. Niemniej czasami udaje się taką produkcję dać do kin, nawet jeśli nie zarabia kosmicznych pieniędzy. Taki jest też przypadek nowego dzieła Willa Glucka, z intrygującym pomysłem na świat przedstawiony, ale czy czymś ponadto?

Akcja „Tylko jednej nocy” dzieje się w alternatywnej rzeczywistości Ameryki, gdzie od trzech obowiązuje zakaz seksu przedmałżeńskiego. Z wyjątkiem tylko jednej nocy w roku, co dla singli płci obojga oznacza 364 dni poszczenia. I tego wyjątkowego wieczora będziemy towarzyszyć dwójce ludzi, szukających partnera/ki na numerek. Owen (Callum Turner) jest właścicielem pizzerii, mieszkającym u matki (Molly Ringwald). Choć ma dziewczynę Malikę (Maya Hawke), ta jednak woli spędzić tą noc w towarzystwie sąsiada. Z kolei Allie (Monica Barbero) to aspirująca piosenkarka, która ma tremę przed występami publicznymi (dlatego tylko śpiewa w studiu do reklam), mieszka ze współlokatorką i jest… romantyczką. Nie trzeba być wnikliwym, by dojść do wniosku, że losy tej dwójki się przetną więcej niż raz.

Fabuła w sumie jest dość standardowa jak na ten gatunek. Dwójka obcych ludzi (przez większość czasu jednak będący osobno), będących chodzącymi kontrastami, co początkowo nie przepadają za sobą, by na końcu… tu raczej można się domyślić finału. Ale najciekawsze jest tutaj światotwórstwo z koncepcją seksualnej abstynencji dla singli. Tutaj jest źródło najzabawniejszych momentów: od przeróbek piosenek jako… reklam przez różne napisy na ścianach, hasłach po (dość nieudolne) próby podrywania oraz dziwnych komplikacji. Nawet takie drobne detale jak chodzący lubrykant, odliczanie do rozpoczęcia nocy (niczym w noc sylwestrową) pozwalają wejść do tego pokręconego świata. Jak choćby desperackiego znalezienia prezerwatywy w sklepach, wejścia na imprezę zamkniętą czy potencjalnych partnerów/partnerki. A kiedy kończy się odliczanie, a w ludziach budzi się dzika żądza, wywołuje to niedowierzanie i pląsawicę oczną. I choć widać tu także zalety tego poszczenia jak choćby nieobecność influencerów oraz ludzi filmujących telefonami wszystko czy braku gwałtów.

Niemniej jeśli ktoś spodziewałby się bardziej pieprznej komedii, która byłaby bardziej pieprzna i silniej zabarwiona erotycznie, to możecie poczuć się lekko rozczarowani. Gluck nie szczuje golizną czy wulgarnymi tekstami, choć te rzadkie pieprzne teksty (głównie rzucane przez nastoletniego Troya) potrafią złapać z zaskoczenia. Same dialogi są całkiem niezłe, postacie nie popadają w przerysowanie i karykaturę, parę razy doprowadzając do spazmów śmiechu.

A to wszystko działa dzięki dwójce głównych aktorów. Zarówno Callum Turner jak i Monica Barbaro są bardzo czarujący, a chemia między nimi jest bardzo naturalna. Chce się za nimi podążać oraz kibicować, oboje wyglądają atrakcyjnie (szczególnie Barbero w zielonej sukience), a kolejne przecięcia ich ścieżek nie sprawiają wrażenia wymuszonych na siłę. Jednak najbardziej tutaj błyszczą kreacje drugo- oraz trzecioplanowe, które kradną ekran: zaskakujące epizody Bobby’ego Cannavale i Pete’a Davidsona (aktorzy grający policjantów w kręconym filmie) oraz Nicholasa Brauna (Woodrow K. Mullhand), świetna Molly Ringwald z LeVar Burtonem (matka Owena i jej chłopak Rick), Julia Fox (barmanka Skye), czy Quintesa Swindell (Arya). Wszyscy oni wnoszą momenty lekkości, a także czynią całość bardziej przyziemną.

Takie filmy jak „Tylko jedna noc” są odpowiednikami imprezowego koktajlu: musują, są lekkie, orzeźwiające oraz pozwalają zapomnieć o świecie na półtorej godziny. Bezpretensjonalna, sympatyczna rozrywka, nie tylko do oglądania dla singli.

7/10

Radosław Ostrowski

Sprzątaczka

Netflix potrafi być niczym pudełko czekoladek, o którym mówił „Forrest Gump” – nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Zwłaszcza, gdy trafia się na film lub serial bez dużej promocji, rozgłosu ani szumu. Może wyjść z tego albo średniak, coś niezłego albo co najmniej solidna lub bardzo dobra produkcja. Do tego drugiego grona zalicza się „Sprzątaczka”, która nie ma może zachęcającego tytułu. To jednak tylko pozory.

Bohaterką jest Alex – młoda dziewczyna, która mieszka ze swoim mężem oraz 3-letnią córeczką w kamperze. Gdy ją poznajemy, ucieka w nocy z córką. Wszystko przez faceta, Seana oraz skłonności do psychicznego znęcania się nad żoną. To jednak dopiero początek długiej drogi do usamodzielnienia się, w czym nie pomoże ani brak pieniędzy, ani biurokratyczny labirynt. By móc się utrzymać, dziewczyna zaczyna pracować jako sprzątaczka w domach głównie dzianych klientów. Jednocześnie musi znaleźć dla siebie nowe lokum, żłobek dla córki oraz uwolnić się z wpływów męża.

Brzmi jak bardzo poważny dramat, ale ekipa showrunnerki Molly Smith Metzler nie idzie w żadnym wypadku na łatwiznę. Oparta na wspomnieniach Stephanie Land „Sprzątaczka” balansuje między momentami bardzo na serio, gdzie rzeczywistość nie jest zbyt łatwa. Ile trzeba się namęczyć nad papierologią, by zdobyć zasiłek, mieszkanie zastępcze, wsparcie finansowe. I to w stanie, gdzie przemoc psychiczna nie jest uznawana prawnie za przemoc. CO DO K**** NĘDZY?! To, że jest to trudniejsze do udowodnienia nie oznacza, iż nie ma to miejsca. Jakby mało było kłód pod nogi, protagonistka nie ma w zasadzie żadnego wsparcia. Ojciec zostawił ją, zaś matka ma zapędy artystyczne i jest podstarzałą, antysystemową hippiską z nie do końca stabilnym umysłem. Co pozostaje?

Tutaj twórcy lawirują między kolejnymi wątkami: od psychicznej choroby matki i jej problemów z podejrzanym gachem przez próby znalezienia lokum, praca jako sprzątaczka za marne pieniądze, próby zdobycia w pełni praw do opieki nad dzieckiem aż do powrotu na studia. Czasem można odnieść wrażenie, że jest to łapanie kilku srok za ogon, lecz każda z tych opowieści potrafi zaangażować. I co najważniejsze, pozwala sobie na odrobinę humoru, lekkości oraz zabawy formą (radość ze znalezienia domu w rytm „Don’t Stop Me Now”).

Ten ostatni element pozwala też pokazać wszelkie stany emocjonalne bohaterki, rewelacyjnie zagranej przez Margaret Qualley. Jest twarz jest jak otwarta księga, gdzie emocje (od złości, desperacji i depresji po determinację) bardzo płynnie przenikają ze sobą, bez popadania w fałsz. Jeszcze bardziej zadziwiła mnie kreacja Nicka Robinsona jako męża bohaterki, Seana. Tak jak Alex nie jest przerysowanym czarnym charakterem, choć bywa porywczy. Zwłaszcza pod wpływem alkoholu, stając się jego niewolnikiem, przez co robiło mi się go żal. Jeszcze bardziej zadziwiały mnie momenty, gdy ten człowiek zaczyna uświadamiać sobie swoje problemy oraz niedoskonałości. Drugi plan też ma bardzo wiele wyrazistych ról, choć tutaj wybija się Andie McDowell jako pokręcona matka Alex, mająca wiele pretensji do wszystkich za swoje błędy. Postać na granicy przerysowania, na szczęście nigdy jej nie przekracza.

„Sprzątaczka” to mały, wielki mini-serial pokazujący jak bardzo wiele trzeba, by zacząć nowe życie z dala od toksycznej relacji. Gdzie każde zwycięstwo wydaje się małym krokiem do wolności, a wszystko w bardzo przyziemny, bez popadania w patos oraz wielkie słowa. Niby skromne, ale ma siłę rażenia bomby atomowej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski