Różni wykonawcy – Albo Inaczej 2

okladka_ALbo Inaczej alkopoligamia 2

Pamiętacie taki projekt, który się nazywał Albo Inaczej? Alkopoligamia postanowiła zaprosić weteranów polskiej muzyki (poza Marylą Rodowicz i Krzysztofem Krawczykiem) do zmierzenia się z klasyką polskiego rapu, dodając nutkę jazzowego posmaku. Do tego udział wykonawców takiego kalibru jak Krystyna Prońko, Zbigniew Wodecki czy Felicjan Andrzejczak sprawił, że znane hity Peji, Kalibra 44 czy Mor W.A. zyskały nowy blask. Wytwórnia postanowiła pójść za ciosem i zrobić część drugą, ale tym razem z innym składem. Do sequela zaproszone młode pokolenie wykonawców kojarzone z szeroko rozumianą muzyką alternatywną, zaś aranżacjami oraz opracowaniem tekstów zajął się Mariusz Obijalski – pianista jazzowy. Czy możemy mówić tutaj o sukcesie? Hmm.

Pierwszy na scene wchodzi Piotr Zioła idący na starcie z “Nie mamy skrzydeł” Miousha,który tutaj przypomina typowy dla tego wykonawcy retro pop z lat 60., gdzie dominuje gitara elektryczna z klawiszami. Przyjemnie to buja, chociaż mroczna aura słów potrafi sprowokować. Jazzowo-reagge’owa hybryda towarzyszy w “Mogę wszystko” z całkiem nieźle sobie radzącą Natalią Nykiel, jednak szoł kradnie sekcja dęta w środkowej partii. Więcej ognia serwuje za to (ku mojemu wielkiemu zdumieniu) Mrozu w niemal rockowym “Gdyby miało nie być jutra”, zwłaszcza w refrenie. Ale też zwrotka z powoli tykającym fortepianem potrafi zaskoczyć. Efekt jest piorunujący. Znowu gitarowo, chociaż mniej agresywne jest “Nic”, gdzie refren jest tak cudnie zapętlony, że mógłbym słuchać go w nieskończoność, a delikatny głos Darii Zawiałow jest wartością dodaną.

I wtedy pojawia się perła w postaci melancholijnych “Sznurowadeł” z chropowatym głosem Fismolla, mającym w glosie tyle emocji, że można nimi obdzielić masę innych wykonawców. A gdy dodamy kolejne wejścia instrumentów, ze szczególnym wskazaniem gitarowej solówki oraz dęciaków, efekt jest znakomity. Znacznie intymniejszy (lecz nie gorszy) jest drugi mocny punkt, czyli “Chodź ze mną” z nisko śpiewającym Ralphem Kamińskim oraz fortepianem. Równie spokojna (poza refrenem oraz gitarą w tle), ale też naznaczona pewnym mrokiem jest “Czerwona sukienka”, co bardzo mnie zaskoczyło. Tak samo jak występująca Justyna Święs, dodająca pewnej delikatności. Za to większy groove dodaje Monika Borzym w bardzo dynamicznych “Złych nawykach”, zaś retro rockiem zaleciał Igo ze swoją zachrypniętą wersją “Mówią mi”. Nieźle wypada Rosalie naszpikowanym basem “Ile mogę” oraz mroczniejszy, przerobiony wokalnie Krzysztof Zalewski z “Chwilą”, zaś na finał wszyscy wykonują “Chwile ulotne” Paktofoniki.

Do samych aranżacji czy wykonań nie mam poważnych zastrzeżeń, ale jest jeden poważny zgrzyt jaki fanom rapu się nie spodoba – opracowania tekstów. Owszem, wiadomo, ze nie da się przenieść utwór jeden do jeden, bo wokaliści nie rapują i ślepe rekonstruowanie byłoby nijakie. Na poprzednim albumie też były pewne skróty, jednak Obijalski z wokalistami dokonali wręcz rzezi na materiale źródłowym. W wielu przypadkach wyleciało nawet ¾ całości, co najmocniej słychać w “Czerwonej sukience” (takie cięcia przy utworach będącymi opowieściami są bardzo bolesne), “Mogę wszystko” oraz “Ile mogę”, gdzie wiele niezapomnianych fraz poszło do kosza. I tego żadne wykonanie nie jest w stanie zastąpić.

Czy to znaczy, że sequel nie wypalił? Raczej nie do końca wykorzystał swój potencjał, a nowe wersje raczej nie będą w stanie przebić oryginału (może poza “Sznurowadłami”), chociaż niektórym zabrakło naprawdę niewiele. Bardzo przyzwoicie wykonane, chociaż nie jest w stanie dorównać poprzedniej części. Mimo to, kibicuje tej inicjatywie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Anita Lipnicka & The Hats – Miód i dym

0006XKSR2FWBT9Q0-C122

Ta wokalistka udowadnia, że można zbudować swój własny świat poza popularną formacją. O ile pierwsze solowe płyty nie do końca zniosły próby czasu, o tyle wydawnictwa od 2009 roku zaskakiwały świeżością oraz mocną inspiracją bluesem, folkiem I alternatywnym rockiem. Tym razem wsparta przez muzyków towarzyszących jej od lat, co założyli grupę The Hats (gitarzysta Bartek Miarka, klawiszowiec Piotr Świętoniowski, basista Kamil Pełka oraz perkusista Bartek Niebielecki) przygotowała nowe dzieło “Miód i dym”.

Czyli będzie słodko i gorzko? A jakżeby inaczej, przeplatając się, a nawet idąc ręka w rękę. Tak jest w otwierającym całość “Z miasta”, gdzie spokojne dźwięki gitary, perkusji oraz chórku są skontrastowane z ostrzejszymi dźwiękami gitary elektrycznej. Bliżej jednak tutaj muzyce do folkowych dźwięków z Ameryki w stylistyce retro jak w “Chce tu zostać” (jeszcze te klawisze oraz wokalizy w tle) czy bardziej podrasowany gitarami psychodeliczny “Raj” (troszkę podobny do ostatniej płyty Arctic Monkeys), przyspieszając w “Big City”. Wielu bardzo zaskoczy oszczędne “Jak Bonnie i Clyde”, gdzie wybijają się smyczki. Nawet pojawia się odrobina country na początku pełnego przesterów “Diamond of Your Heart”, zmieniającego się w soczystego bluesa. Odrobinę oniryczno-akustyczny walczyk “Za Tobą” a’la Nick Cave chwyta niemal akustyczną aranżacja oraz obecnością dzwonów z rozpędzonym fortepianem. Warto też wspomnieć powoli rozkręcającego się “Ptaśka”, wykorzystującego ogień oraz szum wiatru “Lot Anioła”, dodający wiele animuszu czy bardzo skoczny “Whiskey Song”.

Sama Anita ma tutaj bardziej delikatny oraz pogodny wokal, będący prawdziwym miodem na uszy. I to zarówno po polsku, jak i angielsku, co nie jest wcale takie łatwe. Zaskoczeniem za to byli goście na tym albumie. Nie byle jacy, bo Tomek Makowiecki (“Jak Bonnie i Clyde”), Fismoll (“Back To The Sea”) oraz zaskakujący duet Julia Pietrucha/Ralph Kamiński (“Tęczowa”), nie będąc w żadnym wypadku tylko tłem dla piosenek.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony wielością barw na tej płycie, stanowiącą mieszankę folku, rocka z bluesem. Lipnicka po raz kolejny zaskakuje i utrzymuje wysoki poziom, a każdy dźwięk daje sporo frajdy, zaś teksty przepełnione liryzmem oraz refleksjami wznoszą całość na wyższy poziom. Prawdziwy miód na moje uszy.

8/10

Radosław Ostrowski

Fismoll – Abandoned Stories (EP)

abandoned stories

Fismoll znany jest z tego, ze tworzy spokojne, wyciszone piosenki grane na gitarę akustyczną i pachnące Skandynawią. Po wydaniu dwóch płyt (ostatnia w 2015 roku) wyszła pod koniec zeszłego roku EP-ka zawierająca utwory, które zostały nagrane do longplay’ów, ale się nie zmieściły i zostały dokończone w listopadzie.

Utworów jest tylko pięć, ale ilość poszła w jakość. Zaczyna się od mroczniejszych smyczków, zastępowanych przez gitarę akustyczną w „April Sun”, a kiedy dochodzi perkusja i delikatniejsze smyki, robi się po prostu cieplej i przyjemniej, włącznie z zapętlającą się melodią pod koniec. Równie przejmujące jest „Skin”, gdzie znowu wybijają się wolne skrzypce, przewijające się w tle. Smyki i gitara to tak naprawdę odstawa każdego utworu w tym zestawie: czy to słodko-gorzkie „Forget What She Said” (ładnie plumkają i „mechanicznie” brzmią te smyki), jedyny polski utwór „Jaśnienie” – bardziej perkusyjny ze zgrabnymi klawiszami (dziwnie brzmi Fismoll śpiewający po polsku, ale to kwestia osłuchu) oraz niemal instrumentalny „Herbs Overblown”.

Skromny zestaw (przecież to EP-ka) wspiera bardo ciepły i dojrzały głos Fismolla, idealnie współgrający oraz współtworzący klimat tej płyty, bardzo zimowo-jesiennej. Ale jednocześnie bardzo pięknej, lirycznej i pozornie tylko nudnej. Troszkę za krótka, ale to jedyna wada.

8/10

Radosław Ostrowski

Fismoll – Box of Feathers

20402_bf5ecfdd

Arkadiusza Gienska zwanego Fimollem poznałem dwa lata temu, gdy przesłuchałem jego debiutancki album „At Glade” sprzed 2 lat. Teraz wychodzi jego drugi album wydany przez Nextpop, a za produkcję znów odpowiada Robert Amirian razem z artystą.

Nadal jest to bardzo wyciszone, niemal akustyczne brzmienie przypominające muzykę skandynawską. Tym razem piosenek jest tylko osiem, ale nadal są one piękne i śpiewane po angielsku. Podstawowym narzędziem muzyka jest gitara, która nadaje rytm i tempo całości. Słychać to w wybranym na singla „Eager Boy”, gdzie potem dołączają gitara elektryczna oraz mocniej uderzająca perkusja. Cieplejsze i bardziej dynamiczne są „Tales” z chwytliwym motywem gitarowym. Wspomaga go mandolina oraz wolna perkusja, która tworzy potencjalny przebój radiowy. „Soldier” jest bardziej stonowany, ale ma ładne (nawet bardzo) smyczki w tle oraz zapętlone solo elektryczne w drugiej połowie, zmieniając kompletnie brzmienie całości. „Holy Ground” zaczyna się dość sennie, wolno grającą gitarą, ale po półtorej minucie pojawiają się „wiosenne” smyczki, pełne radości oraz ciepła. Dołączenie perkusji tylko podtrzymuje ten klimat i nadal działa silnie na słuchacza.

Taktyka sennego początku i wzbogacania każdej sekundy dodatkowymi instrumentami działa też w „Let Me Breathe My Skin” (marszowa perkusja oraz duet gitarowo-smyczkowy) czy lekko orientalnym „Made of Clouds” (ciepły fortepian w tle). I mimo dość spokojnego, niemal wyciszonego klimatu, ta muzyka wciąga i pochłania całkowicie.

Późna jesień i wczesna zima to najlepsza pora na takie albumy jak nowego Fismolla. Nie trzeba się spieszyć, ciesząc się każdym pojedynczym dźwiękiem oraz tym intrygującym głosem. Jeszcze nie raz usłyszymy o tym chłopaku, a album bardzo gorąco polecam.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Fismoll – At Glade

At_Glade

Czasami zdarzają się tacy wykonawcy, którzy pojawiają się znikąd i otwiera pewne struny w naszych sercach. Czymś takim można chyba nazwać płytę Polaka ze skandynawskimi korzeniami – niejakiego Fismolla. Jego debiut „At Grade” właśnie ujrzał światło dzienne.

Album zawiera 10 piosenek utrzymanych w szeroko pojętej muzyce indie. Tutaj jest bardzo akustyczne (gitara dominuje), wręcz delikatne brzmienie przypominające klimaty skandynawskie. Jednak nie ma tu mowy o stosowaniu tej płyty zamiast środków usypiających. Jest w tym coś urzekającego i prostego w towarzyszących gitarze smyczkach, fortepianie i chórkach. Tempo też jest dość zróżnicowane, bo choć dominują bardzo spokojne piosenki, nie zabrakło też szybszych utworów („Triffle”), zaś rozpisywanie i analizowanie poszczególnych piosenek mija się z celem, bo albo się kupi całość albo nie. Płyta ta bardzo nadaje się do przesłuchania po ciężkim dniu, zaś delikatny i dobrze śpiewający po angielsku wokal działa odprężająco, co chyba miało być celem tego albumu.

Nie wiem jak wy, ale jeśli chcecie czegoś ciepłego, a jednocześnie odświeżającego – nie wahajcie się i kupujcie Fismolla. Czym nas jeszcze ten chłopak zaskoczy? Nie mam pojęcia, ale będę czekał na jego nową płytę.

7,5/10

Radosław Ostrowski