Diuna: część druga

Cztery lata – tyle trzeba było czekać na drugą część filmowej adaptacji powieści Franka Herberta z ręki Denisa Villeneuve’a. Oczekiwania były o wiele większe od pierwszej części, która była wprowadzeniem do politycznej gry o władzę nad najbardziej pożądanym i dochodowym specyfikiem (przyprawa zwana melanżem). I tutaj stawka poszła o wiele wyżej, bo w grę jeszcze wchodzi zemsta. Ale nie rozpędzajmy się.

Druga część zaczyna się tam, gdzie skończyliśmy poprzednio: ocaleli z rzezi Harkonnenów na rządzących planetą Arrakis Paul (Timothee Chalamet) i Lady Jessica (Rebecca Ferguson) trafiają do grupy Fremenów pod wodzą Stilgara (Javier Bardem). Plemienni mieszkańcy planety prowadzą partyzancką wojnę z nowymi zarządcami planety, chcącymi wyssać cały melanż. Jednak młody książę musi podjąć najtrudniejszą decyzję, czyli stać się Mesjaszem dla tych ludzi. Obawia się jednak coraz bardziej nachodzących go wizji masy trupów oraz rozpętania świętej wojny po całej galaktyce. Czy jest jednak inny sposób na pomszczenie swojego ojca?

Tu już coraz bardziej wchodzimy w buty politycznego dramatu, gdzie każda strona prowadzi swoją grę, walcząc za wszelką cenę o władzę. Harkonnenowie, Fremeni, zakon Bene Gesserit, wreszcie wspominany wcześniej Imperator (Christopher Walken). Reżyser dokonuje bardzo trudnej sztuki znalezienia balansu między ciągłymi sprzecznościami: kameralnością i epickością, momentami intymności i spektakularnymi scenami akcji, działaniami z ukrycia i na widoku. Całość wciąga jak najlepszy towar twojego dilera na dzielnicy, pełną różnych przewrotek (nawet jeśli znacie źródłowy materiał) oraz zaskoczeń. Villeneuve skupia się zarówno na budowanej relacji między Paulem a Chani, poznawaniem społeczności Fremenów i ich obyczajów oraz kolejnymi planami zakonu Bene Gesserit. Wszystko tu bardzo uważnie poprowadzone, zachowując powolne tempo narracji.

Co najbardziej mnie zaskoczyło to jak bardzo przekonująco pokazano tragedię Paula Atrydy, który z chłopaka musi stać się prawdziwym mężczyzną. Do tego by przetrwać musi wejść w buty, które przygotowywano od dawna i jest świadomy tego ciężaru. Timothee Chalamet sprawdził się w pierwszej części jako inteligentny chłopiec, tutaj musiał swoją drogę do stania się charyzmatycznym liderem grupy Fremenów. I to wyszło mu absolutnie fantastycznie: od drobnych mikroekspresji na twarzy aż po silne przemowy, uwierzyłem mu całkowicie. Zarówno przemawiającego do tłumu Fremenów do finałowego pojedynku – niesamowita robota. Równie świetnie są zrobione sceny akcji, bardzo płynnie zmontowane oraz sfotografowane przez Greiga Frasera. Nie mogę też wspomnieć wizyty na planecie Giedi Prime, gdzie słońce jest tak silne, iż wszystko poza wnętrzami jest monochromatyczne. Nawet fajerwerki tam są czarne. Takich niezapomnianych obrazów jest więcej: opanowanie jazdy na czerwiu przez Paula, pierwsze pojawienie się Feyda-Reuthy, wypicie Wody Życia czy ostateczne starcie z użyciem czerwi.

Nawet nie chcę jeszcze mówić o aktorstwie, bo tu nie ma żadnego słabego ogniwa. O Chalamecie wspomniałem, więc nie będę się powtarzać. Drugą niespodzianką była Zendaya, która ma o wiele więcej do pokazania. Jej Chani to z jednej strony trzymająca się ziemi wojowniczka, nie wierząca w całe to proroctwo, ale zaczyna powoli przełamywać swoje uprzedzenia wobec młodego księcia. Jest o wiele bardziej złożona i wyrazistsza niż mogłoby się wydawać. Nie zawodzi też Rebecca Ferguson (lady Jessica, stająca się wręcz kapłanką nowego kultu), Josh Brolin (Gurney Halleck) i jak zawsze świetny Stellan Skarsgard (baron Vladimir Harkonnen to strzał w 10). Ale jest tutaj dwóch prawdziwych złodziei scen. O wiele bardziej imponujący jest kompletnie nie do poznania Austin Butler jako siostrzeniec barona, Feyd-Rautha. Wyrachowany, kalkulujący psychopata, będący absolutnym brutalem, co czerpie przyjemność z zabijania. Ogolony z łyso, z kompletnie innym głosem niż zwykle fascynuje, szokuje i zapada mocno w pamięć. Drugą niespodzianką jest Javier Bardem. Jego Stilgar, początkowo opanowany i racjonalny, z czasem staje się coraz silniejszym wyznawcą Paula Mesjasza. Kolejna bardzo mocna rola, pozostająca na długo.

Na żaden inny film nie czekałem tak bardzo jak na drugą część „Diuny”, nie bez obaw i z duszą na ramieniu. Ale Villeneuve znowu (po sequelu do „Blade Runnera”) dokonał rzeczy niemożliwej, tworząc totalną ucztę dla miłośników kina SF. Fantastycznie zagrany, bardzo złożony, lecz zaskakująco czytelny w swojej narracji, pełen szczegółów i żywy świat. Mógłbym go nazwać kosmiczną wersją „Gry o tron”, choć nie wiem czy oddaje to w pełni sprawiedliwość. Absolutnie kapitalne kino, do którego (razem z częścią I) będę wielokrotnie wracał, a jeśli powstanie kolejny rozdział tej opowieści, na pewno ją sprawdzę.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Diuna

Na żaden inny film nie czekałem w tym roku bardziej niż na „Diunę”. Powieść Frank Herberta już była przeniesiona na ekran przez Davida Lyncha, ale została zmasakrowana przez krytyków, widownię oraz fanów książki. Potem jeszcze był mini-serial w roku 2000, jednak o nim nikt nie pamięta. Wszystko się zmieniło 3 lata temu, gdy do kolejnej adaptacji postanowił podjąć się Denis Villeneuve. Kanadyjczyk kino SF znał dobrze, co pokazał „Nowy początek” oraz bardzo udany sequel do „Blade Runnera”, więc kto jak nie on?

Sama historia jest bardzo znajoma. Osadzona w roku 10191 roku akcja toczy się wokół tytułowej planety, gdzie znajduje się najcenniejszy surowiec – przyprawa zwana melanżem. Planeta była oddana w lenno rodowi Harkonnenów przez 80 lat, ale wolą Imperatora zostaje przekazana ich wrogom: Atrydom. Książę Leto Atryda przyjmuje ten zaszczyt, wiedząc iż jest to pułapka zastawiona przez poprzedników. Czy uda się wznowić produkcję melanżu, a rodowi Atrydów znaleźć wyjście z całej sytuacji?

Najtrafniejszą decyzją reżysera było podzielenie historii z książki na dwie części. To daje więcej czasu na poznanie świata, gdzie jest wielu graczy i każdy ma tutaj wiele do zyskania, lecz także i stracenia. Tutaj polityka, ekonomia, religia oraz genetyka mieszają się ze sobą, zaś wiele postaci zostaje tutaj wspomniane, bez fizycznej obecności (Imperator). Dialogi odbywają się głównie między paroma osobami na ekranie (niczym w teatrze), a jednocześnie widać wielką skalę przedsięwzięcia. Pozbawienie głębszych wyjaśnień z jednej strony może wywołać potrzebę zadawania pytań, jednocześnie czyni narrację łatwą do śledzenia i obserwowania. Nawet chwile ekspozycji są zaskakująco oszczędne, nie sprawiając wrażenia upchniętej na siłę. Jedynie kilka detali może zwrócić uwagę na bardzo istotne informacje.

Sam świat też jest fascynujący, choć zbudowany na paradoksach. Z jednej strony potężne statki oraz technologia, ale z drugiej brak sztucznej inteligencji czy czegoś na kształt komputerów, zaś starcia fizyczne odbywają się za pomocą broni białej. Żadnych laserów, pistoletów czy innych futurystycznych pukawek. Zadziwiająca decyzja, dzięki której „Diuna” wyróżnia się z tłumu. Otoczka SF jest tylko pretekstem do opowiedzenia o politycznej walce i mierzeniu się z przeznaczeniem, co najdobitniej widać w wątku głównego bohatera. Paul (rewelacyjny Timothee Chalamet) – 15-letni chłopak musi się skonfrontować z losem, który wydaje się być dawno zaplanowany przez sterujący z ukrycia zakon Bene Gesserit oraz Imperatora, bojącego się silniejszych wpływów Atrydów. Jednocześnie mieszkańcy pustynnej planety – Fremeni – widzą w nim Mesjasza, który da im upragnioną wolność. A podatność chłopaka na melanż jeszcze bardziej komplikuje całą sytuację, gdzie wybór wydaje się być iluzją.

Ta filozoficzna warstwa jest tylko jedną z wielu, a Villeneuve bardzo pewnie przedstawia kolejne zakręty. Wizualnie ten film wręcz oszałamia skalą, imponujące są wszelkie pojazdy (ornitoptery, żniwiarka) oraz scenografia i kostiumy. Piasek pustyni jest wręcz namacalny, a efekty specjalne wykonane są bezbłędnie. Od dawna nie miałem poczucia przez wysokobudżetowym filmie wejścia w ten świat – bez zastanowienia się, co zostało stworzone przez człowieka, a co efektem komputerowym. Samych scen akcji jest niewiele, ale jak się pojawia, jest wykonana bez zarzutu. I każdy z obsady, która jest tak imponująca, że nie starczyłoby miejsca na wymienienie wszystkich (na mnie największe wrażenie z tego grona zrobiła kapitalna Rebecca Ferguson jako lady Jessica oraz idealny Stellan Skarsgard wcielający się w barona Harkonnena) gra świetnie, tworząc bardzo dobrze naoiliwioną maszynę. Nawet mając do dyspozycji dosłownie kilka scen – nieprawdopodobne.

Rzadko, BARDZO rzadko mi się zdarza, żebym poszedł do kina dwa razy na jeden film. Jedyne czego żałuję, że na dalszy ciąg tej opowieści będę musiał czekać dwa lata.  To będzie długie czekanie, ale po tej części wiem, że warto czekać. Czy muszę mówić, że „Diuna” była dla mnie niesamowitym doświadczeniem kinowym?

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Diuna

Wielu przez lata próbowało przenieść na ekran powieść Franka Herberta z 1965 roku. najpierw w 1971 przymierzał się meksykański wizjoner Alejandro Jodorovsky, jednak nie udało mu się zebrać funduszy na realizację swojego szalonego pomysłu (film miał trwać 12 godzin!!!). W końcu prawa do ekranizacji nabył włoski producent Dino De Laurentiis i po odrzuceniu propozycji wyreżyserowania przez Ridleya Scotta na stołku reżyserskim trafił David Lynch. Z dzisiejszej perspektywy wybór ten może wydawać się absurdalny, a efekt… no, cóż. Powiedzmy, że dla fanów książek filmowa adaptacja nie spełniła ich oczekiwań, a w box office też poszedł na dno. Czy słusznie?

diuna1

Jest rok 10191. Wszechświatem rządzi Imperator Shaddam IV, a najcenniejszą substancją jest przyprawa zwana melanżem. I nie daje ona odporności na poimprezowego kaca, ani nie zmienia w króla parkietu. 😉 Narkotyk ten poszerza świadomość, przedłuża życie i jest jedynym sposobem na podróżowanie po kosmosie. Wydobywana na zlecenie Gildii Planetarnej znajduje się tylko na planecie Arrakis zwanej Diuną. Planetę dostaje w lenno książę Leto Atryda, jednak władca tak naprawdę chce wykorzystać sytuację do usunięcia lennika, który zaczyna stanowić dla niego zagrożenie. Wykorzystuje do tego celu pełniących dotychczasową rolę nadzorców ród Harkonnenów.

Osoby spodziewającego się klasycznego SF mogą poczuć się zdezorientowani zawiłą, polityczną intrygą oraz bardzo intrygującym światem. Wprowadzenie do tego świata trwa godzinę, zaś rzucane terminy (memtaci, zakon Bene Gennesit, Kwisatz Haderach, Fremeni, Czerwie) oraz galeria postaci jeszcze bardziej mieszają w głowie. I to powoduje, że całość należy oglądać w ogromnym skupieniu, by wiedzieć kto jest kim dla kogo, kto jest zdrajcą, kto komu służy. Bez znajomości powieści Herberta można bardzo łatwo się pogubić. Sytuację troszkę ratuje narracja z offu od księżniczki Irulany (śliczna Virginia Madsen) oraz dialogi wypowiadane spoza kadru przez bohaterów. Niemniej jednak od momentu przybycia Atrydów na Arrakis sprawa zaczyna się komplikować, by w połowie filmu (ucieczka Paula i lady Jessiki) sytuacja zaczynała nabierać jasności. Widać tutaj bardzo interesujące wątki jak kwestia przeznaczenia czy prób wejścia w konkretną rolę (motyw Mesjasza planety/nadnaturalnej istoty Kwisatz Haderacha) lub sterowania losami ludzi przez rodzenie dzieci konkretnej płci, ale to wszystko tylko nadbudowa do tego świata.

diuna3

Ale mimo tego chaosu oraz niezbyt jasnej narracji, „Diuna” potrafi zafascynować oraz intrygować. Sama wizja świata ma w sobie coś unikatowego oraz politycznych knowań, gdzie mamy walkę o władzę. Bo melanż jest tak cenny, że osoba posiadająca ją jest w stanie w zasadzie być istotnym graczem i wykorzystać do zmiany układu sił. Nadal wrażenie robi niesamowita strona wizualna z bardzo szczegółową scenografią oraz kostiumami. Pałac Imperatora, stroje Fremenów czy bardzo niepokojąca siedziba Harkonnenów zostają w pamięci na długo, budząc skojarzenia troszkę z pracami H.R. Gigera. Nie brakuje też onirycznych scen snów Paula, które mogą budzić skojarzenia z późniejszymi filmami Lyncha. Nawet efekty specjalne godnie znoszą próbę czasu, chociaż nie wszystkie (kuleją sceny z użyciem blue screenu czy niszczenia statków są tandetne). Także zakończenie wydaje się strasznie niedorzeczne, przez co wywołuje ono śmiech.

diuna4

Za to dobrze dobrano aktorów, którzy wywiązują się ze swoich zadań, bez względu na swoją ekranową obecność. W główną rolę, czyli Paula Atrydy wcielił się debiutujący na ekranie Kyle MacLachlan. I trzeba przyznać, że podołał zadaniu, niemal od początku kupując sympatię, z czasem nabierając sporej dawki charyzmy. Oprócz niego najbardziej wybija się przerysowany, lecz przerażający Kenneth McMillan w roli barona Harkonnena oraz bardzo eteryczna Francesca Annis (lady Jessica, matka Paula), tworząca bardzo opanowaną, ale i władczą kobietę z nieprzeciętnymi mocami. Nie brakuje też bardzo znajomych twarzy (m.in. Max von Sydow, Jurgen Prochnow, Brad Dourif czy Sean Young), ładnie uzupełniających pierwszy plan.

diuna2

„Diuna” była bardzo ambitnym projektem SF, do którego jeszcze próbowano wrócić w formie miniserialu. Teraz z dziełem Herberta zmierzy się Denis Villeneuve i czy podoła zadaniu? W międzyczasie warto wrócić do najdroższego filmu Lyncha, który – mimo niedoskonałości – intryguje i wygląda nadal zjawiskowo.

7/10

Radosław Ostrowski